Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Artykuły / Michael Landau

Michael Landau

Znakomity gitarzysta sesyjny, Michael Landau, zafundował wreszcie swym fanom nie lada gratkę - podwójny album koncertowy, który w kwietniu tego roku promował swymi występami w Europie.

 

Pierwsza płyta zawiera materiał bardziej szorstki, w stylu grupy The Raging Honkies, którą stworzył przed laty, natomiast utwory z drugiego krążka są bardziej wyciszone, w stylu jego solowych płyt. Jak sam mówi, obecnie lubi tak właśnie grać - od melodii do zgiełku. Bycie muzykiem sesyjnym zazwyczaj skazuje gitarzystę na rolę drugoplanowego aktora. Świetne umiejętności, wspaniała paleta barw, inwencja, a mimo to w rankingach i tak przewodzić będą gitarzyści zespołów, które zabłysną na listach przebojów bądź też staną się kultowe w undergroundowych kręgach. Cechy, które charakteryzują dobrego muzyka sesyjnego nie są tu więc najważniejsze, bowiem bardziej liczy się promocja i wizerunek sceniczny.

ZAWÓD: GITARZYSTA SESYJNY

Często owi drugoplanowi aktorzy potrafią wyrazić więcej za pomocą jedynie kilku dźwięków, niż ich bardziej uznani koledzy spod znaku sześciu strun. Symbolem tego zawodu jest dla większości z nas Steve Lukather. Z jednej strony gitarzysta Toto, z drugiej zaś muzyk do wynajęcia, którego nazwisko pojawiło się na rozmaitych płytach wykonawców popowych i rockowych. Wymieniając jego nazwisko, zahaczamy tylko o wierzchołek góry lodowej, która ostatnio trochę stopniała, bo - mając pod ręką tony sampli i narzędzia do ich obrabiania - coraz rzadziej wynajmuje się muzyków sesyjnych. Są oni szarymi eminencjami studiów nagraniowych i nie ma przesady w stwierdzeniu, że potrafią zagrać wszystko. Gitarzyści studyjni nie zawsze są gwiazdami mediów, ale bez wątpienia są filarami produkcji, na których się pojawiają. Niekiedy poznajemy ich po kilku dźwiękach gitary, której producent daje czasem więcej miejsca pomiędzy refrenem, a przejściem do następnej zwrotki.

Michael Landau jest właśnie takim gitarzystą - unikalnym, uniwersalnym, elastycznym i doskonałym nie tylko technicznie, ale przede wszystkim muzycznie. Wspomniany wyżej Lukather powiedział o nim, że jest absolutnym numerem jeden, jeśli chodzi o dobór barw i umiejętność odnajdywania się w prawie każdym stylu muzycznym. Zresztą, jak nie komplementować gościa, który grał na płytach takich artystów, jak: Joni Mitchell, Ricky Martin, Pink Floyd, Julio i Enrique Inglesias, Rod Stewart, Eros Ramazzotti, Kenny Rogers, Richard Marx, Michael Bolton, Neil Diamond, Celine Dion, Mariah Carey, Cher, Herb Alpert, Chicago, Laura Branigan, Joe Cocker, Bonnie Raitt, George Duke, Miles Davis, Vinnie Colaiuta, David Foster, Kenny G, Sammy Hagar, Steve Perry, Al Jarreau, B.B. King, Melissa Manchester, Ronan Keating, Jennifer Lopez, Vonda Shepard itd... Grubo ponad setka (sic!) albumów, a licząc okazjonalne nagrania - ponad pięćset utworów! Do tego dochodzi kilka albumów solowych, bądź nagranych przez formacje założone przez Landaua: Burning Water i The Raging Honkies. Albumów bez wątpienia świetnych gitarowo, ale wyjątkowo niekomercyjnych, które artysta nagrał wyłącznie po to, by zaspokoić własne potrzeby i ambicje.

Pierwsza solowa płyta "Tales From The Bulge", wydana przeszło 15 lat temu, jest jedną z najlepszych płyt gitarowych w ogóle. Tę mieszankę rockowej ekspresji i naznaczonej fusion zadumy cechuje absolutna perfekcja brzmienia i formy. Grają na niej wspaniali muzycy (m.in. Vinnie Colaiuta, Steve Tavaglione, Jimmy Johnson i Wayne Shorter), których interakcja zapewnia słuchaczowi niesamowite, muzyczne przeżycia. Gra Landaua to przykład dobrego smaku, oszczędnego frazowania, a jego kompozycje są niezwykle dojrzałe i przemyślane. Na następny album solowy trzeba było czekać kilka dobrych lat. "The Star Spangled Banner" zawierał muzykę ostrzejszą, bardziej rockową i osadzoną w bluesie. Nie jest on kontynuacją poprzednika, choć z pierwszym albumem łączy go wysoka jakość kompozycji i świetna produkcja.

Na tej płycie Landau gra i śpiewa, łącząc hendriksowskie maniery z nienaganną dyscypliną, do jakiej przyzwyczaił słuchaczy i... producentów. Stylistycznie muzyka bliższa była dokonaniom artysty wraz z grupą The Raging Honkies, w której występował z bratem Teddem na basie i Abe Laborielem Jr. na perkusji. Z tymże zespołem nagrał dwa krążki zatytułowane "We Are The Best Band" oraz "Boner" (obydwa są niezwykle trudne do zdobycia), które zawierają potężną, energetyczną muzykę, zagraną w formacie "power trio", określaną nawet jako mieszankę... punk-rocka i bluesa. Brudne barwy gitary, agresywne riffy, nieszablonowe rozwiązania harmoniczne przysporzyły zespołowi wielu fanów.

Ciekawym projektem o bardziej hardrockowym charakterze była grupa Burning Water, w której rock i blues zmieszano w dość ambitny sposób, a mniej lub bardziej przebojowe utwory od biedy wpisywały się w modną podówczas stylistykę AOR (chodzi tu o format radiowy Album Oriented Rock). W tamtym okresie Landau przeżywał fascynację muzyką Steviego Raya Vaughana.

POCZĄTKI

Michael Landau urodził się 1 czerwca 1958 w Van Nuys, w Kalifornii. Pochodzi z rodziny o tradycjach muzycznych - jego dziadek był muzykiem jazzowym w orkiestrze Benny Goodmana. Zaczął grać na gitarze jako jedenastolatek po tym, jak wujek (wielbiciel Beatlesów) podarował mu swojego akustyka. Flirt z gitarą stał się namiętnością po usłyszeniu Jimmiego Hendriksa. Landau jest samoukiem, wiele nauczył się, kopiując cudze zagrywki z płyt. Jako nastolatek wziął jedną lekcję u Joego Passa, ale był to jedyny epizod z nauczycielem w jego karierze. Jak sam przyznaje, nie jest zbyt dobry w czytaniu nut. W szkole średniej Mike grał w szkolnych zespołach m.in. ze Stevem Lukatherem oraz braćmi Porcaro.

Po okresie fascynacji Mahavisnu Orchestra w latach 70. stał się fanem grupy Karizma Davida Garfielda. Mike zaczął pracować jako gitarzysta studyjny po tym, jak pojechał w trasę z Bozem Scaggiem. Tak naprawdę nigdy nie myślał poważnie o karierze muzyka studyjnego, bo nie wiedział, że taki zawód w ogóle istnieje. Po pierwszych sesjach rozdzwoniły się telefony i od tego czasu Landau nie narzekał na brak zleceń. Kiedyś w internecie pojawiły się informacje, że tak naprawdę jeden z najlepszych gitarzystów studyjnych... nie za bardzo lubi swoją pracę. Zaprzeczył temu w jednym ze swych wywiadów, mówiąc: "To całkiem dobra i interesująca praca. Główny problem to fakt, że każda sesja jest zupełnie inna". Jednakże potwierdził pogłoski o tym, że w latach 80. czuł się całkowicie wypalony i nie miał zbyt wielkiej ochoty brać udział w kolejnych sesjach.

WSPÓŁPRACA Z PRODUCENTAMI

Praca w studiu nagraniowym to nie tylko umiejętność odnajdywania brzmień bądź też zaimprowizowania solówki czy partii rytmicznej. Trzeba także umieć słuchać producenta. Bywa tak, że ma on własny sposób pracy, który nie zawsze musi odpowiadać muzykom, ale niestety to ich zadaniem jest dostosowanie się do tego trybu. Michael Landau mówi: "Czasem idzie to bardzo szybko, a czasem dłużej - to zależy od producenta. Niektórzy z nich są perfekcjonistami, jeśli chodzi o sprawy brzmienia oraz rytmu. Chcą, by wszystko idealnie do siebie pasowało". Producent także może zechcieć, by gitarzysta zagrał jak... inny muzyk: "Niekiedy bywam o to proszony. Jeśli mam kopiować muzyka, którego uwielbiam, wtedy jest to fajna zabawa" - dodaje Michael. Kiedyś takim muzykiem był Van Halen, którego Mike bardzo ceni, a którego czasem musiał naśladować w czasie sesji. Landau wspomniał niegdyś, że jego kapitałem są... brzmienia. Faktycznie jest mistrzem w ich dobieraniu i cieniowaniu, niejednokrotnie trafiając już za pierwszym podejściem w wizję producenta. Gitarzysta jest zarazem inżynierem dźwięku, co z pewnością ułatwia pracę zarówno jemu, jak i producentowi.

RÓŻNORODNOŚĆ STYLISTYCZNA

Posada muzyka sesyjnego wymaga umiejętności idealnego wpasowywania się w różne, często bardzo odległe, style. W tym zawodzie bycie kameleonem (np. rockmanem, zaraz potem bluesmanem i pod koniec dnia artystą country) wyjątkowo popłaca. Kim zatem naprawdę czuje się jeden z najlepszych gitarzystów świata? Na to pytanie Landau odpowiada z rozbrajającą szczerością: "Czuję się po prostu gitarzystą muzykalnym". Muzykalność to także kryterium dobierania muzyków do realizacji własnych projektów: "Gram tylko z takimi, którzy są muzykalni i są dobrymi ludźmi. Muszą być muzykami, którzy słuchają siebie nawzajem. To brzmi prosto, ale byłbyś zdziwiony, jak niewielu jest takich ludzi".

TECHNIKI NAGRYWANIA

Będąc już prawie 30 lat w branży, Landau ma okazję porównać zmiany w technikach nagrywania, wyjaśnia więc: "Możliwość edycji w Pro Toolsie jest nieporównywalnie większa niż w tradycyjnych, analogowych systemach. Również wiele stylizowanych na retro kompresorów i korektorów graficznych także jest świetnych. Zazwyczaj podczas sesji w studiu obecny jest gitarzysta, bo tzw. czynnik ludzki jest niezastąpiony, ale zdarza się też, że producenci wysyłają ścieżki na taśmie ADAT lub przez internet. Niekiedy tak bywa, lecz raczej rzadko tak robię, mimo że nie lubię ruszać się z Los Angeles. Problem z sesjami wyjazdowymi polega na konieczności zabrania ze sobą około 15-20 gitar, wielu wzmacniaczy i efektów". Obecnie to się zmienia, bo coraz więcej muzyków produkuje swoje nagrania w domu, coraz mniej jest także superprodukcji, przy których producenci zatrudniają całą plejadę gwiazd - czasem nawet mało istotną finalnie partię grał na takiej płycie świetny muzyk sesyjny. Ta tendencja w ciągu kilku ostatnich lat spowodowała zmniejszony popyt na gitarzystów sesyjnych. I tak też obecnie wygląda biznes muzyczny. Więcej jest teraz samodzielnych projektów. Jednak kalendarz Landaua wciąż jest zapełniony i w miesiącu zdarza mu się od 8 do 15 pełnych dni pracy.

MISTRZ DRUGIEGO PLANU

Po nagraniu Landau praktycznie nie interesuje się dalej swoimi partiami. Bywa, że słyszy je dopiero na płycie, ale - jak nam powiedział - najczęściej nie ma czasu się w nie ponownie wsłuchiwać. Można sobie zadać pytanie, która z kilkuset partii gitary nagranych przez Landaua jest najlepsza? Byłby to zapewne ciekawy temat pracy magisterskiej bądź też audycji radiowej dla bardzo wąskiej grupy fanów. Albowiem trudno jest czasem wychwycić uchem wszelkie gitarowe smaczki autorstwa tego gitarzysty. Niemniej jednak wytrawni znawcy tematu potrafią niekiedy zachwycić się pięknymi partiami gitary w jakimś utworze z repertuaru muzyki pop, a dopiero później, po analizie wkładki do płyty, okazuje się, że ich autorem jest któryś z tuzów studyjnej gitary, no i nierzadko jest to właśnie Mike Landau. Gitarzysta opowiada, że od lat jednymi z jego ulubionych są sesje z Joni Mitchell, i to zarówno pod względem brzmienia, jak i muzyki, a także produkcje Erosa Ramazotti czy Roda Stewarta.

Z pewnością jako mistrz drugiego planu ocenia swe partie z zupełnie innej perspektywy niż przeciętny odbiorca. Ma także dystans do swojej pracy. Nie robi nic na siłę. W studiu bywa czasem tak, że producent chce wycisnąć z niego jak najwięcej, ale Landau tego nie lubi, ponieważ uważa, że zdarzają mu się takie dni, kiedy nie może po prostu lepiej zagrać. W latach 80. najwięcej sesji obsadzonych było przez wąskie grono gitarzystów. Prócz Landaua byli to: Steve Lukather, Dan Huff, Tim Pierce, Michael Thompson oraz Dean Park. Czy pojawili się ich następcy? Według Michaela - tak, a są nimi: Derek Trucks, Kirk Fletcher i Dustin Boyer. Zapytany o to, co sprawia mu największą radość w muzyce, Landau odpowiada: "Jedną z największych uciech w muzyce jest dla mnie improwizacja oraz interakcja pomiędzy innymi muzykami, podczas gdy gramy razem. Zawsze jest w tym coś nowego do odkrycia i nauki; to nigdy się nie kończy".

Sprzętologia

Zobaczmy, co ma do powiedzenia Michael Landau odnośnie swojego sprzętu. Jest tego trochę...

Gitary

"Obecnie moim ulubionym instrumentem jest Gibson SG z 1963 roku, który ma pięknie brzmiący przetwornik przy gryfie oraz tremolo Vibrola. Prócz niego używam takich gitar, jak Fender, Gibson, Suhr i Tyler. Posiadam też niezłą kolekcję Stratocasterów, m.in. roczniki ‘59, ‘61, ‘63, ‘64, ‘65, ‘68 i ‘97 Fender Custom Shop Strat wykonany przez Johna Suhra. Ponadto mam gitary Tyler Studio Elite i Classic, gitarę 7-strunową oraz model sygnowany moim nazwiskiem. Z Gibsonów mogę wymienić: ‘59 Southern Jumbo, ES-330, ‘56 Les Paul Special TV, ‘56 Les Paul Junior, ‘59 ES-335 TD oraz ‘68 Les Paul Standard ze złotą płytą wierzchnią. Inne gitary to: ‘56 Gretsch Due Jet, ‘60 Gretsch Country Gentleman, 1963 Epiphone Sorrento oraz Guild X-160, ‘68 Martin D28. Ponadto posiadam dwie gitary barytonowe: Ferrington Baritone (ze strunami .016, .026, .034, .046, .058, .072) oraz Jerry Jones Baritone. Całość uzupełnia sitar tej samej firmy oraz unikalna gitara Hector Pimentel".

W czasie sesji z Burning Water Landau grał na Fenderze Stratocasterze, model ‘64 Olympic z przetwornikami Lindy Fralin, będącymi dokładną imitacją starych przystawek Fendera. Natomiast podczas nagrywania albumów z The Raging Honkies używał m.in. Strata ‘68, wyposażonego w przetworniki single-coil Seymour Duncan Vintage Rails oraz humbucker Lindy Fralin.

Wzmacniacze

Są to głównie: Fender Deluxe Reverb, ‘60 Fender Tweed Deluxe (Vox Bulldog), ‘54 Fender Tweed Deluxe, Fender Super Reverb, Fender Vibrolux Reverb, Fender Pro Reverb (Black Face, 30W), Fender Vibro-King, Vox AC-30 Top Boost, ‘67.

"Mój zestaw do grania live jest obecnie bardzo prosty, bowiem używam jedynie głowy Custom Audio Classic OD100 i otwartej kolumny 2×12" z głośnikami Celestion Vintage 30. Sygnał z gitary przechodzi przez przełącznik Custom Audio RS10".

Efekty

Arion SCH-1 Stereo Chorus, Boss VB-2 Vibrato, Ibanez Tube Screamer TS-9, Ibanez Sonic Distortion SD-9, Tycobrahe Octavia, Roger Mayer Voodoo-1, Custom Audio Super Tremolo i Custom Audio Black Cat Vibe, Dunlop Cry Baby Wah-Wah, Boss Volume Pedal.

"Wszystkie kostki znajdują się przed wzmacniaczem. Raczej nie używam pętli efektów, chociaż czasem wpinam w nią Lexicona MPX-1. Niekiedy ustawiam też mikrofony przy głośnikach i wysyłam sygnał do Lexicona MPX-1, skąd trafia on do pary kolumn Custom Audio 2×10" z głośnikami Celestion Vintage 10. Ostatnimi czasy używam mniej efektów, a więcej czystej, gitarowej barwy".

Struny

D’Addario .010-.046 w przypadku standardowego stroju oraz .011-.049 w gitarach, które są przestrojone pół tonu niżej.

Zestaw do nagrywania

"W studiu ustawiam mikrofony Shure 57 przed moimi kolumnami Bogner 4×12" (Vintage 30), podłączone do przedwzmacniacza Chandler. Sygnał wpięty jest w linię do racka z efektami, w którym znajdują się: Eventide H3000-D/SE Ultra Harmonizer, Lexicon MPX-1, Lexicon PCM-70, dwa Lexicony PCM-42, DBX 160A Compressor/ Limiter, T.C. Electronic G-Force, Dyno My Piano Tri-Stereo Chorus oraz Custom Audio Super Tremolo".

 

 

Piotr Dziedzic

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie

POZOSTAŁE

Amon Amarth - 07.12.2016 - Kraków

Cieszący się dużą popularnością w Polsce, Amon Amarth, w towarzystwie grupy Grand Magus, zagrali w krakowskim Klubie Kwadrat.

Gramy dalej
Anita Lipnicka - 06.12.2016 - Warszawa

Anita Lipnicka wróciła w wielkim stylu. W ramach jej trasy koncertowej, odwiedziła również stołeczny Klub Stodoła.

Gramy dalej
Daniel O’Sullivan. Muzyk nowej ery

Dziwna i niewypowiedziana magia roztacza się wokół wszystkich projektów muzycznych, w których dotąd uczestniczył Daniel O'Sullivan. To muzyk nowej ery, którego talent eksplodował na początku pierwszej... Gramy dalej

Kingston Wall i Petri Walli. Fińska progresja, której nie było

Zagramy w skojarzenia? Wypowiem dwa słowa, a wy następnie podacie kolejne, które będą do nich pasować. Finlandia i muzyka rockowa. Nightwish! Apocalyptica! Children of Bodom! Amorphis! Leningrad Cowboys!

...
Gramy dalej
Ufomammut - 7.11.2016 - Lipsk (Niemcy)

Ufomammut zamyka cykl koncertów związanych z ostatnim albumem "Ecate". Jeden z ostatnich na krótkiej europejskiej trasie odbył się w Lipsku.

Gramy dalej