Kat, Turbo, Hunter, Acid Drinkers, TSA i wiele innych mocnych kapel na jednej scenie? Tak to chyba tylko w Erze… No i oczywiście na Waszym ulubionym portalu, gdzie znajdziecie 50 minut video-relacji z warszawskiej edycji ROCK METAL FEST!!!
Po wyjątkowo udanym występie Turbo nastąpiła kolejna przerwa, która tym razem należała do charakterystycznej, nieco rubasznej ekipy technicznej "Kwasożłopów". Chłopaki uwijali się w pocie czoło strojąc i testując sceniczny sprzęt Titiego i Spółki i już po dwudziestu minutach wszystko było gotowe. W między czasie spod sceny rozległy się okrzyki "Nie ma Kata bez Romana". To oczywiście widzowie, którzy niecierpliwili się na występ zespołu Kat & Roman Kostrzewski (który miał tego wieczoru zdecydowanie najliczniejszą grupę fanów w Stodole). Usłyszałem wówczas komentarz stojącego obok mnie chłopaka: "Roman ściąga młodzieży". "Co jej ściąga, tej młodzieży" (odparł jego kolega). "Nic. Znaczy nic jej nie ściąga. Że młodzież ściąga." (poprawił się delikwent). Młodzież musiała jednak jeszcze poczekać na "ściąganie", bowiem oto przyszedł czas na występ Acid Drinkers.
Zanim zgasły światła, na scenę wbiegło trio młodych dziewcząt (rówieśniczki bohaterek filmu "Galarianki" jak na moje oko) prezentując niezwykle oryginalną konferansjerkę: "A - TERAZ - ACID FUCKIN’ DRINKERS !!!". Zgaduję, że to członkinie "Barmy Army", prężnie działającego fan klubu "Kwasożłopów". Po chwili z głośników popłynęły dobrze znane maniakom zespołu dźwięki z ścieżki dźwiękowej do filmu "Król Lew".
Titusa i ekipę widziałem w tym samy miejscu dokładnie miesiąc temu, podczas jubileuszowej trasy "20 Screwed Years Tour". Najwyraźniej jednak tamta, wyśmienita trasa to już przeszłość, bo chłopaki postanowili gruntownie przebudować setlistę. Tym razem zaczęli od energetycznego, metalikowego "Whiplash", czym od początku kupili sobie przychylność publiki. Następnie zaprezentowali wiązankę utworów z ostatnich wydawnictw z silnym akcentem na najświeższe "Verses Of Steel" (szalone "Fuel Of My Soul", "We Died Before We Start To Live" - tym razem bez dedykacji dla śp. Olka, "Swallow The Needle" i "In Black Sail Wrapped" poprzedzony wazeliniarską zapowiedzią Titusa "Warszawa!!! Ten numer napisałem specjalnie pod to miasto!!!"). Oprócz tego usłyszeliśmy również "Life Hurts More Than Death", obowiązkową "Acidofilię" i raptem trzy utwory z okresu współpracy z Litzą - motoryczny "The Joker" z genialną wstawką z "New York, New York" Franka Sinatry (chłopaki podobną już coś dłubią przy zapowiadanej na przyszły rok płycie "Fishdick II", na której mają znaleźć się rockowe covery nierockowych szlagierów - może to też się znajdzie), odśpiewane przez Yankiela "Poplin Twist" (wers "In Morbid Dance" zabrzmiał naprawdę "Morbid" - Jankiel zagrowlował ostrzej niż Litza za najlepszych czasów, niczym frontman Morbid Aniel) i odegranego na bis (sic!!! - pierwszy bis tego wieczoru) "Another Brick In The Wall".
"Kwasożłopy" poniżej pewnego, bardzo wysokiego poziomu nie schodzą. I po raz kolejny było to widać i - przede wszystkim - słychać. Dodam jeszcze tylko, że podczas koncertu Acidów nie dało się nie zauważyć, że Popcorn i Jankiel kupili sobie nowe zabawki - rozsławione przez śp. Dimebaga Darella efekty Whammy, których zdecydowanie nadużywali tego wieczoru (uśmiech dziecka na twarzy Popcorna wykańczającego koleje solówki piskami Whammy - bezcenny!). Co nie zmienia faktu, że - jak zwykle - zeszli ze sceny żegnani burzą oklasków.
Po występie Acidów nastąpiła dłuższa niż dotychczas, ponad półgodzinna przerwa przez występem wyczekiwanego przez większość zgromadzonych zespołu Kat (a właściwie to Kat & Roman Kostrzewski, bo do nazwy Kat oficjalnie prawa rości sobie Pan Piotr Luczyk). Przy asyście coraz częściej ponawianych okrzyków "Nie ma Kata, bez Romana!" odbył się wyjątkowo irytująco długi test skromnego (przynajmniej w porównaniu z zestawami pałkerów Turbo, Hunter i Acids) zestawu perkusyjnego Irka Lotha. Na szczęście, o 22.40 wreszcie zgasły światła.
Zaczęli trochę niezdarnie - po trochę nie pasującym do image’u muzyków (i do samej muzyki Kata) industrialno-tanecznym intro Loth zaczął nabijać cięty rytm, jakby mieli zacząć grać "Diabeski Dom cz.II" po czym… rozpoczęli od "mrocznej" ballady (może trochę głupie, ale chyba trafne określenie) "Czas Zemsty". Trochę zbyt spokojnie jak na początek (a nie można było np. od "Odi Profanum Vulgus"?), ale to przecież prawdziwy hicior z katalogu Romka i Spółki, więc fani raczej to kupili. W oczy rzucił mi się od razu image Basisty Laksika - w poprzednich latach nieco odstawał od kudłatych gitarzystów prezentując się jako swojski chłopak z podwórka, teraz jednak może się wreszcie pochwalić własnymi, długimi, kruczoczarnymi "herami", co w połączeniu z odzieniem ze skóry i charakterystyczną urodą muzyka (blada skóra twarzy i oprawa oczu przywodząca na myśl wizerunek wampirycznego bohatera filmu dla nastolatek pt. "Zmierzch") daje wysoce zadawalający efekt (w końcu image dla rockowego muzyka jest ważny chyba tak samo jak dla np. Lady Gagi). Jeszcze większą uwagę (i słusznie ;)) skupiał na sobie "mistrz ceremonii"- Roman Kostrzewski, który swoim paralitycznym break-dancem (a może to był ten tajemniczy "bredgens" o którym mówił kiedyś Andrew Lepper?) prezentowanym podczas partii instrumentalnych bawił zgromadzonych. Ciekawy, czy miałby jakieś szanse, gdyby zgłosił się dziś jako debiutant na casting do programu "Mam Talent"?
Dość tych żartów - w Stodole tego wieczoru pojawiłem się głównie dla Romka i Kata, więc wiązałem z tym koncertem naprawdę duże nadzieje. No i w sumie się nie zawiodłem - "Wyrocznia", "Odi Profanum Vulgus", "Ostatni Tabor" czy spokojniejsze "Łza Dla Cieniów Minionych" (po prostu miód na moje uszy) i "Głos Z Ciemności" - czego chcieć więcej. Zagrali także jeden nowy utwór, ale ciężko w tym temacie wypowiadać się po jednym tylko przesłuchaniu - fakt, nie zabrzmiał na pewno jak choćby "Mag-Sex" czy "Czarne Zastępy", ale może poczekajmy z osądem do premiery płyty. Tak czy siak, warto było się na nich wybrać - nawet, jeżeli uznamy, że konferansjerka Romana nie jest najwyższych lotów, to przecież do muzyki i wokalu raczej ciężko się przyczepić. Zwłaszcza, że w głosie wokalisty wciąż czuć tę "magię".
Po spektaklu Kata (i oczywiście krótkiej przerwie technicznej, podczas której - podobnie jak podczas poprzednich przerw realizator serwował muzykę z płyty "Visionism" grupy Rootwater, która musiała odwołać swój występ na ROCK METAL FEŚCIE z powodu choroby frontmana) nastąpić miał występ ostatniej (czy największej? - tu zdania były podzielone) gwiazdy festiwalu - TSA. Niestety koncertu grupy Marka Piekarczyka i Andrzeja Nowaka nie było mi dane zobaczyć tego wieczoru ("niestety" - zwłaszcza, że od kilku lat nie mogę wybrać się na ich koncert - a takiego Huntera, Acidów czy Comę widziałem przez ostatnie 1,5 roku po 3, 4 razy). Może innym razem.
Reasumując - to był naprawdę udany wieczór. Mam nadzieję, że 2 edycja ROCK METAL FESTU nie będzie ostatnią, wręcz przeciwnie, warto kontynuować taką inicjatywę. Zwłaszcza jeśli w parze z jakością prezentowanej muzyki idzie tak sprawna i prawdziwie profesjonalna produkcja widowiska.
Przez lata zazdrościliśmy kolegom z Europy i USA różnej maści "Wackenów", "Ozzfestów", "Donningtonów" czy "Roskildów". Ale już nie musimy. Bo mamy teraz swój własny pełnowartościowy festiwal. I co z tego, że tylko z lokalnymi gwiazdami - że niby "nasze" to gorsze"? Nic z tych rzeczy. I - co najważniejsze: festiwal nie "przyspawał się" do jakiegoś jednego konkretnego miejsca. "Chcesz" ich wszystkich u siebie? Poczekaj. Na pewno przyjadą.
Michał Czarnocki
"Czemu Kraków nie ma cyklicznego festiwalu bluesowego?" - to pytanie zadawał sobie zapewne niejeden krakus.
Gramy dalej15 maja w katowickim Mega Clubie na jednym z dwóch polskich koncertów wystąpiła holenderska formacja Epica. Galeria z tego wydarzenia.
Gramy dalejZapraszamy do galerii zdjęć z koncertu Ive Mendes we Wrocławiu.
Gramy dalej11 maja w berlińskim Huxleys Neue Welt wystąpiły formacje Lostprophets oraz Young Guns. Galeria z tego wydarzenia.
Gramy dalejDrugi dzień krakowskich Juwenaliów to występy m.in. Apocalyptiki, Hey oraz Illusion. Zobaczcie zdjęcia z tych i innych koncertów.
Gramy dalej