Naprawdę ciężko jest zmierzyć się z legendą. Niektórzy mogą w tym momencie z politowaniem zacząć kręcić znacząco głowami, że przecież legendą to można nazwać takich tuzów swoich gatunków jak AC/DC czy The Rolling Stones, a nie jakiś zespół z podziemi, który wykonuje mało znaną i trudną odmianę muzyki i o którym mało kto słyszał. Tyle, że w tym przypadku właśnie to jest jego wielką siłą.
Koncert Ulver w Krakowie z pewnością będzie wspominany latami przez fanów muzyki. I to nie tylko rockowej, ani tym bardziej metalowej. Zespół zresztą dawno z impetem wyważył kilka stylistycznych furtek, co też widać było tego wieczoru patrząc na zgromadzony przed klubem tłum. Oprócz metalowców, którzy w części postawili zapewne kreskę na zespole już przy okazji jego drugiej płyty, przeważała grupa "normalsów". Na taki widok z ulga odetchnąłem pewien, że nie powtórzy się sytuacja z pamiętnym koncertem Neurosis, na który kilka osób trafiło pomyłkowo… Nie do końca miałem rację, choć tego dnia nawet czasami żenujące zachowanie części publiki nie liczyło się dla mnie wcale.
Pierwszym posunięciem, zaraz po wejściu do Studia, był oczywiście atak na stoisko z płytami i koszulkami. Niestety wielu z obiecanych rarytasów nie było, co wskazuje na spore zainteresowanie koncertami grupy w krajach, gdzie koncertowała wcześniej. Inna sprawa, że proponowane ceny niezbyt zachęcały do zakupów…
Pierwsze na scenie pojawiło się Tides From Nebula. W ciągu ostatnich kilku miesięcy widziałem ich na żywo cztery razy. Za każdym razem wypadali co najmniej dobrze. Teraz również nie można się było do czegokolwiek przyczepić - muzycy zaprezentowali się w pełni profesjonalny sposób, nie wykazując żadnego zblazowania i znudzenia sceną. W kontekście częstotliwości ich koncertowania w ostatnim okresie zdecydowanie można zaliczyć im to in plus. Muszę jednak przyznać, że ich występ nie zrobił na mnie tym razem takiego wrażenia jak poprzednie. Szkoda, że zdecydowali się zaprezentować nowy numer z nadchodzącej płyty. Nie dość, że przez jego długość (ponad 10 min.) zabrakło czasu na kilka numerów z "Aury", to jeszcze słuchanie na żywo, do tego przy nienajlepszym brzmieniu, kawałka, którego nie zna się jeszcze z wersji studyjnej, nie było zbyt ekscytującym przeżyciem.
Void Ov Voices było największym znakiem zapytania tego wieczoru. Występ Attili Csihara wzbudził zdecydowanie najwięcej kontrowersji. Delikatnie mówiąc, nie wszystkim jego eksperymenty wokalne przypadły do gustu. Pomysł, by na żywo nakładać i miksować ze sobą swoje szepty, chrząknięcia czy skrzeki można uznać za co najmniej ekscentryczny, ale jednocześnie intrygujący. Co do ostatecznego rezultatu mam mieszane odczucia. Z jednej strony sam wizerunek sceniczny frontmana Mayhem jest dość kiczowaty. Śpiewał bowiem ubrany w mnisi habit z nasuniętym na głowę kapturem, jako oświetlenia używał tylko z zapalonych na scenie… świeczek. Od strony muzycznej, pomimo ascetyzmu, było dość ciekawie. Wytworzoną samodzielnie ścianą dźwięku Attilla wprowadzał w swoisty trans, od którego, jeżeli ktoś wsłuchał się w jego dźwięki, trudno było się oderwać. Gdy już zapewne część publiczności bliska była popadnięcia w szaleństwo, muzyk zakończył swój recital, niespodziewanie schodząc ze sceny…
Ulver wdziałem na żywo już na zeszłorocznym Brutal Assault, na ich występ byłem więc w pewnym sensie przygotowany. Pomimo tego to, co Garm i spółka pokazali w Studiu ponownie wprawiło mnie w osłupienie. Pierwsze melancholijne dźwięki "Eos" i "Let Children Go" mogły zwieść. Niepokój wprowadził już "Little Blue Bird" połączony z kakofonicznie kończący się “Rock Massif". Z największą ciekawością czekałem jednak na "In Love of God", którego koncertową wersje uważam za o wiele ciekawszą niż oryginał z "Blood Inside". Utwory z tego właśnie albumu zyskiwały na żywo najwięcej przestrzeni i mocy. Podobnie wspaniale wypadł szalony "Operator", w czasie którego zaprezentowano chyba najbardziej porażającą wizualizację tego wieczoru. Co istotne, cały koncert, choć złożony z kompozycji z różnych okresów działalności grupy, zabrzmiał bardzo spójnie, niczym jedno, złożone z kilkunastu aktów przedstawienie. Zespół w pewnym sensie ułożył setlistę tak, by pod względem dramaturgii przypominała parabolę. Po spokojnym początku i długim szaleństwie nadszedł czas na kojące "Not Saved", wieńczące występ.
Nie sposób nie wspomnieć o wizualizacjach, które odgrywały w czasie koncertu niebagatelną rolę, potęgując wrażenia z odgrywanych utworów. Choć podejrzewam, że sama muzyka również zrobiłaby na słuchaczach duże wrażenie, w połączeniu z wizją dała jednak niesamowity efekt. Żałuje decyzji zespołu o ocenzurowaniu klipu do "Rock Massif", ukazującego obrazy z obozów koncentracyjnych. Choć w Polsce coś takiego mogłoby z pewnością wywołać kontrowersję, pamiętam, że w czasie czeskiego występu grupy ten fragment koncertu robił największe wrażenie…
Co prawda koncert wywołał sporo kontrowersji. Nie dołączę z pewnością do chóru narzekających na brak kontaktu muzyków z publicznością. Zdecydowanie wolę Garma-introwertyka niż to, by co kawałek rzucał do fanów ze sceny banałami jakimi zasypują nas z niej gwiazdy rocka. Inna sprawa to setlista. Faktycznie brakowało utworów z rewelacyjnych "Zaślubin…", które mogłyby pojawić się choćby kosztem "Silence Teaches You How To Sing", którego wykonywanie na żywo okazało się niezbyt trafionym pomysłem. Żałuję tym bardziej, że pod znakiem zapytania stoi dalsza historia koncertowa grupy. Widać było, że Ulver składa się raczej z muzyków, którzy najlepiej czują się w studiu nagraniowym, niekoniecznie zaś na scenie. W tym kontekście za paradoks uznać można, że właśnie ten skład zagrał tak rewelacyjny koncert…
Jacek Walewski
Dobre brzmienie - to prawie magiczne sformułowanie, które jest niezwykle trudne do zdefiniowania, ponieważ każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie i własną definicję na jego temat.
Gramy dalejDla wielu polskich fanów metalu progresywnego kolejny koncert grupy Dream Theater miał być jak długo oczekiwany obiad mamy po miesiącach stołowania się w restauracjach o niekoniecznie dobrej reputacji... Ale co jeśli główne danie wieczoru podane zostaje zimne, z dwugodzinnym opóźnieniem i w dodatku bez przystawki? Na to pytanie odpowiedzieć mogą tylko Ci, którzy ostatniej niedzieli przybyli do poznańskiej Hali Arena.
Gramy dalejTrasy Covan Wake The Fuck Up Tour nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Byliśmy na krakowskim gigu w jej ramach i mamy dla was porcję zdjęć zespołów (w kolejności alfabetycznej): Anal Stench, Decapitated, Heart Attack, Redemptor, Thy Disease oraz Virgin Snatch.
Gramy dalejBehemoth wraz z przyjaciółmi wrócił na trasę Phoenix Rising Tour. Zobaczcie jak radzili sobie razem z Blindead i Morowe w Krakowie. Wszystko to w obiektywie Romany Makówki.
Gramy dalej