Punktualność zdecydowanie nie jest najmocniejszą stroną Living Colour. Zanim moich uszu dobiegł choćby pierwszy dźwięk, szarpniętej przez Vernona Reida, struny zdążyłam obejrzeć sporą część piłkarskiej konfrontacji pomiędzy Dnipro Dniepropietrowskiem a Lechem Poznań. Po kilku minutach mało pasjonującej gry ktoś autorytarnie zmienił kanał, przybliżając mi tym samym fabułę słynnego komromu, bądź jak kto woli komedii romantycznej, "Mój chłopak się żeni". Maqama, jako suport, przy wszystkich tych atrakcjach okazała się wybawieniem. Niestety na tyle krótkotrwałym, że jedynie zaostrzającym apetyt.
Nie musiałam nawet patrzeć. Kilka minut po 22 reakcja publiczności dała mi jasno do zrozumienia, że Living Colour pojawiło się na scenie. Naturalni, szeroko uśmiechnięci i kompletnie rozluźnieni zaczęli od "Ignorance Is Bliss" dając początek nierozerwalnej, dwugodzinnej symbiozie pomiędzy zespołem a publicznością.
Już po raz drugi w tym roku Living Colour rozświetliło Warszawę muzyczną tęczą gatunków, zaczynając od heavy metalu a na hip-hopie kończąc. Po raz kolejny pozwolili przewidzieć, że będzie nieprzewidywalnie, energicznie i eklektycznie. Po raz kolejny hasali po scenie niczym banda niezmordowanych dzieciaków, karmiąc głodnych muzycznych wrażeń fanów każdym dźwiękiem i każdym wyśpiewanym przez Glovera słowem.
Uznanie jakim Living Colour cieszy się w muzycznym światku nie zostało wyssane z palca. Pewnie dlatego nie zdziwił mnie specjalnie fakt, że atmosfera była gorąca już od pierwszych minut koncertu. Jednak przy solówkach, ukazujących potęgę możliwości technicznych zespołu, zaczęła dosłownie wrzeć i nie ostudziła się aż do samego końca. Vernon Reid porażał swoimi umiejętnościami pod sceną, pośród najgęstszego tłumu, wykorzystując przy tym dziesiątki powalających na kolana efektów. Will Calhoun zdawał się trząść Proximą przy każdym uderzeniu swoich kosmicznie świecących pałeczek. Jednak największe uznanie (przynajmniej z mojego punktu widzenia) zdobył basista, Doug Wimbish, wraz ze swoim szerokim uśmiechem i równie sympatycznym, co rzadko spotykanym, scenicznym ADHD.
"Cult Of Personality" standardowo zwiastowało, że wizyta Living Colour w syrenim grodzie nieubłagalnie zbliża się do końca. Polska publika nie byłaby jednak polską publiką, gdyby pozwoliła muzykom odjechać bez porządnego bisu. Zespół pewnie doskonale o tym wiedział, bo nie dał się zbyt długo prosić o powrót na scenę. Wrócili wraz z idealnie pasującym do danego momentu "Should I Stay Or Should I Go?" i ze słynnym muzycznym pytaniem "What’s Your Favorite Colour?". Tego wieczoru właściwa odpowiedź nie pozostawiała nawet najmniejszych wątpliwości. Warto!
Olga Kowalska
Tekst: Olga Kowalska (koncert warszawski) i Marcin Marcinkiewicz (koncert wrocławski)
Zdjęcia z koncertu warszawskiego: Marcin Kamiński
"Czemu Kraków nie ma cyklicznego festiwalu bluesowego?" - to pytanie zadawał sobie zapewne niejeden krakus.
Gramy dalej15 maja w katowickim Mega Clubie na jednym z dwóch polskich koncertów wystąpiła holenderska formacja Epica. Galeria z tego wydarzenia.
Gramy dalejZapraszamy do galerii zdjęć z koncertu Ive Mendes we Wrocławiu.
Gramy dalej11 maja w berlińskim Huxleys Neue Welt wystąpiły formacje Lostprophets oraz Young Guns. Galeria z tego wydarzenia.
Gramy dalejDrugi dzień krakowskich Juwenaliów to występy m.in. Apocalyptiki, Hey oraz Illusion. Zobaczcie zdjęcia z tych i innych koncertów.
Gramy dalej