Moja babcia zwykła mawiać, że co się odwlecze to nie uciecze. Jednak odwlekana od grubo ponad 10 lat wizyta w krainie nadwiślańskiej dawała wyraźnie do zrozumienia, że od tego sukcesywnego odwlekania szansa na jakąkolwiek rekompensatę ze strony Gojiry uciekła już dawno w ciemny las. I nagle: Masz babo placek! Niczym koza do woza (kolejne powiedzenie babci) przyjechali. Francuski potwór zaplanował inwazję na dwie polskie stolice i zaatakował je, będąc w swojej szczytowej formie. Niedowierzanie zostało w tę i z powrotem przejechane muzycznym walcem, a ja miałam okazję uczestniczyć w jednym z najlepszym koncertów tego roku. W jednym z najlepszych, bo o najlepszym pod koniec sierpnia mówić jeszcze nie przystoi.
Fajnie zaczynać od środka, a jeszcze lepiej wracać do początku. Punktualnie o godzinie 19 Masachist pojawia się na scenie i rzucając w stronę publiczności kawałem porządnego, ostrego grania rozpoczyna death metalowy pogrom warszawski. Dla niektórych za głośno. Dla innych za krzykliwie. Ale czego się spodziewać kiedy w jednym miejscu krzyżują się geny Decapitated, Hate, Dimmu Borgir, Huntera, Azarath czy Yattering? Ja byłam pod wrażeniem. Ekstremalnym.
O ile 25 sierpnia Masachist po raz pierwszy pokazało się na scenie, o tyle kolejny support może pochwalić się dyszącym w kark i nieuchronnie zbliżającym się dwudziestoleciem kariery. Nie ma co przegadywać. Lost Soul zagrało bardzo dobry koncert, który różnorodnością i energią sprawiał, że tłum pod sceną gęstniał w oczach.
Jeśli już mowa o tłumie, to w tym miejscu chciałabym również schylić czoła przed publicznością obecną tego dnia w Stodole. Może na co dzień wciąż jesteśmy narodem, który żyje przeszłością. Może wciąż krzyczymy że husaria, że papież Polak, że Wałęsa. A jednak wtedy zobaczyłam przegląd pokoleń, przedział wiekowy od 10 do 70, tu i teraz, z taką samą energią, z taką samą, niemalże dach unoszącą, radością. Publika potrafi wykreować nową jakość koncertu. O ile podczas występów Masachist i Lost Soul spisywała się po prostu świetnie, o tyle koncert Gojiry wyniosła niemal pod nieboskłon.
Na gwiazdę wieczoru czekałam bardziej niż na pierwszą gwiazdkę i wielkanocnego zajączka razem wziętych, a każda minuta przerwy po koncercie Lost Soul zdawała się nadgorliwie przemierzać dystanse nieznośnie dłuższe od standardowych 60 sekund. Kiedy poczułam się tak jakby muzyczna torpeda z prędkością światła przeleciała ponad moją głową wiedziałam, że pierwszy koncert Gojiry na polskiej scenie właśnie się zaczął.
Od pierwszych utworów, z "Lizard Skin" na czele, dawali z siebie wszystko. Z zapałem furiatów miotali się po scenie, a ja wciąż zastanawiałam się czy aby na pewno TAKA mobilność w połączeniu z TAKIM graniem jest w naturze dozwolona. Szczególne zasługi w tej dziedzinie należy oddać basiście zespołu. Jean-Michel Labadie podczas środowego koncertu przebiegł naprawdę solidny dystans pokonując "stodolnianą" scenę wzdłuż i wszerz, kiedy tylko miał ochotę na chwilę przerwy od machania głową.
Gojira zagrała pięć utworów ze swojej najnowszej płyty, przeplatając je najstarszymi, najlepszymi i najbardziej wyczekiwanymi kawałkami spośród dorobku zespołu. Nie zabrakło mechanicznego "A Sight To Behold", metalowego majstersztyku w postaci "The Art Of Dying" czy takich hitów jak "Flying Whales".
Joe Duplantier nawiązał świetny kontakt z publicznością i - jak na lidera muzycznego potwora przystało - zaplanował krwawą rzeź w postaci circle pit, które suma sumarum obyło się bez śladu krwi i rzezi. Wszystkim ocalałym i wszystkim w muzycznym boju nie uczestniczącym obiecał rychły powrót do Polski, a po owacjach przed bisami, po bisach w postaci kultowego "Love" i "Oroborus" z najnowszej płyty i pożegnaniu światła zgasły, muzyka umilkła, a scena opustoszała. Nie powiem, że grali za krótko. Powiem jednak, że zeszli ze sceny pozostawiając chyba w każdym ze słuchaczy choćby śladowe ilości niedosytu. Mam nadzieję, że obietnicy dotrzymają i wkrótce ponownie nakarmią nas swoją muzyką. Tym razem do syta.
Tekst: Olga Kowalska
Zdjęcia: Marcin Kamiński
Dobre brzmienie - to prawie magiczne sformułowanie, które jest niezwykle trudne do zdefiniowania, ponieważ każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie i własną definicję na jego temat.
Gramy dalejDla wielu polskich fanów metalu progresywnego kolejny koncert grupy Dream Theater miał być jak długo oczekiwany obiad mamy po miesiącach stołowania się w restauracjach o niekoniecznie dobrej reputacji... Ale co jeśli główne danie wieczoru podane zostaje zimne, z dwugodzinnym opóźnieniem i w dodatku bez przystawki? Na to pytanie odpowiedzieć mogą tylko Ci, którzy ostatniej niedzieli przybyli do poznańskiej Hali Arena.
Gramy dalejTrasy Covan Wake The Fuck Up Tour nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Byliśmy na krakowskim gigu w jej ramach i mamy dla was porcję zdjęć zespołów (w kolejności alfabetycznej): Anal Stench, Decapitated, Heart Attack, Redemptor, Thy Disease oraz Virgin Snatch.
Gramy dalejBehemoth wraz z przyjaciółmi wrócił na trasę Phoenix Rising Tour. Zobaczcie jak radzili sobie razem z Blindead i Morowe w Krakowie. Wszystko to w obiektywie Romany Makówki.
Gramy dalej