Człowiek legenda, pionier, geniusz, najlepszy gitarzysta wszech czasów - tak najczęściej mówi się o Jimim Hendriksie. Ale jaki on był naprawdę?
Pewnego razu po imprezie Jimi został złapany w skradzionym samochodzie. Zaproponowano mu ultimatum: albo pójdzie do wojska, albo na dwa lata do więzienia. W ten sposób Jimi trafił do wojska. Był rok 1961 i muzyk miał wtedy osiemnaście lat. W wojsku poznał Billy’ego Coksa, który później miał grać na basie w zespole Jimiego, a prywatnie był jego najlepszym przyjacielem przez długie lata. Dzielili pasje muzyczne: obu fascynowała twórczość Kinga Curtisa, zespołu Booker T. & The MGs, a także bluesmana Bobby’ego "Blue" Blanda. Billy opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z Jimim: "Wszedłem do lokalnego domu kultury, a tam siedział jakiś facet i grał na gitarze. Było w nim coś wyjątkowego, choć znał tylko trzy skale na krzyż".
Po odbyciu służby Jimi i Billy pojechali do Nashville, gdzie założyli zespół rhythmandbluesowy o nazwie The King Kasuals. Grywali w okolicznych klubach, ale Jimi szybko poczuł się znudzony i doszedł do wniosku, że chce spróbować swoich sił w Nowym Jorku.
Był rok 1964. W Nowym Jorku Hendrix pracował jako gitarzysta sesyjny i miał okazję grać z największymi gwiazdami tamtego okresu. Chas Chandler, basista grupy The Animals, docenił jego nieoszlifowany talent i zaproponował przeprowadzkę do Londynu, gdzie pomógł artyście założyć nowy zespół, The Jimi Hendrix Experience. "Na scenie Jimi preferował krzykliwe kolory i ekscentryczne stroje, ale prywatnie był cichym i nieśmiałym facetem - mówi Billy. - Można powiedzieć, że był jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Kiedy Jimi wychodził na scenę, zamieniał się w kogoś zupełnie innego. W ogóle nie przypominał tego łagodnego i skromnego gościa, jakim był prywatnie".
|
Hendrix nie lubił konwencjonalnych rozwiązań. Jego nowatorstwo przejawiało się nie tylko w zakresie technik gry na gitarze, ale również podczas pracy w studiu. Jako producent dużo eksperymentował z efektami stereofonicznymi oraz phazerem. "Był niezwykle zdeterminowanym muzykiem - mówi Bob. - Przez całe życie usiłował przełożyć na instrument brzmienia, jakie powstawały w jego własnej głowie. Wizualizował muzykę i dosłownie widział ją w kolorach. W studiu potrafił powiedzieć, że do tej partii trzeba dodać trochę czerwonego, natomiast tamtej zagrywce brakuje niebieskiego".
Popularność Hendriksa rosła i w końcu osiągnęła absolutne wyżyny. Jednocześnie muzyk zaczął być kojarzony z narkotykami, szczególnie z LSD. Jeden z jego największych przebojów "Purple Haze" opowiada o doznaniach artysty po zażyciu tej substancji. "Pisanie o narkotykach to nie był najszczęśliwszy pomysł - przyznaje Billy. - Ludzie z wytwórni płytowej powiedzieli Jimiemu, że ma pisać o wszystkim, co mu się przydarzy. Więc kiedy wziął kwas, napisał o tym. Jednak później wizerunek narkomana przylgnął do niego na dobre. Media usiłowały zrobić z niego narkotykowego guru, a on nim przecież nie był! Nadal był normalnym i spokojnym facetem".
Niezależnie od tego, jak bardzo był popularny, Jimi podobno w ogóle się nie zmienił. Nie dbał też zbytnio o pieniądze. Kiedy wrócił do Seattle - już jako megagwiazda - przyjaciele z dawnych lat prosili go o pieniądze, a on chętnie im je dawał. "Kiedy przyjechał do Seattle, czekał na niego apartament hotelowy i limuzyna. On jednak poszedł prosto do domu swojego ojca - wspomina Bob. - Pytaliśmy go o Claptona i The Beatles, ale on chciał wiedzieć, jak nam się żyje i co słychać w domu. W ogóle się nie zmienił, to był cały czas ten sam Jimi, którego znałem z dzieciństwa. Wszędzie, gdzie szedł, zaczepiali go ludzie, lecz jemu to nie przeszkadzało. Jeździł starą furgonetką swojego ojca i spał w suterynie. Ludzie zrobili z niego dziwaka, ekscentryka, a on w rzeczywistości był jednym z najzabawniejszych i najserdeczniejszych ludzi, jakich znałem".
Minęły już prawie cztery dekady od śmierci Hendriksa, ale okoliczności związane z jego odejściem wciąż pozostaje niewyjaśnione. Bob tłumaczy: "Na pewno nie umarł z przedawkowania narkotyków. Zjadł po prostu dobrą kolację, napił się czerwonego wina i wziął pastylki nasenne. Janis Joplin i Jim Morrison oboje umarli z przedawkowania. Myślę, że Jimiego wrzucono po prostu do jednego worka". Niektórzy twierdze, że ktoś był w to zamieszany, inni zaś, że był to tragiczny wypadek. Jimi zmarł 18 września 1970 roku, a więc pięć tygodni przed swoimi dwudziestymi ósmymi urodzinami. Muzyka straciła jednego z najbardziej wyjątkowych artystów, jacy się kiedykolwiek narodzili. Jeśli w niebie jest scena, Jimi na pewno na niej gra.
Jedną z rzeczy, jakie Jimi po sobie zostawił, jest akord dominantowy z podwyższoną noną - 7(#9). Niektórzy muzycy określają go mianem dominanty durowo-molowej, ponieważ składnik podwyższonej nony jest tak jakby tercją małą... Niezwykłość rozwiązania stosowanego przez Hendriksa polegała więc na tym, że jednocześnie poruszał się w dwóch trybach: molowym i durowym. Przykładowo, akord G7(#9) zawierał dźwięki: g, b, d, f, ais, przy czym Hendrix często pomijał w nim kwintę (w tym przypadku dźwięk d). Jimi stosował ten akord bardzo często, a pierwszy raz można go było usłyszeć w 1964 roku, gdy grał w utworze zespołu The Isley Brothers zatytułowanym "Testify". Inne znane kompozycje, zawierające to rozwiązanie, to "Purple Haze" oraz "Foxy Lady" (lub "Foxey Lady", tytuł w Stanach Zjednoczonych). Oba są świetnym przykładem na to, jak Jimi lubił rozbudowywać akordy i jak uwielbiał dodawać do muzyki nowe odcienie barw.
Festiwal Woodstock, 1969 rok
Dwugodzinny występ Hendriksa uważany jest za jeden z najwspanialszych momentów w historii rocka. Jego fragment został wkomponowany w "The Star Spangled Banner", hymn narodowy Stanów Zjednoczonych.
Festiwal Monterey, 1967 rok
Występ na tym legendarnym festiwalu rozsławił Jimiego na cały kraj. Po zakończeniu gry muzyk oblał swoją gitarę paliwem z zapalniczki, podpalił ją, po czym uderzył nią o scenę. Kawałki, które z niej pozostały, rzucił w tłum... "Voodoo Child (Slight Return)". Te rewolucyjne partie gitarowe nasączone efektem wah brzmią niesamowicie również i dzisiaj. Joe Satriani nazwał ten utwór "świętym gralem gitarowej ekspresji i techniki".
The Lulu Show, 1969 rok
Jimi wystąpił w programie telewizyjnym o tym właśnie tytule. Nagle, w połowie utworu "Hey Joe", przerwał i zagrał "Sunshine Of Your Love" dedykowane grupie Cream, która właśnie się rozpadła. Zaskoczeni producenci nie zdążyli wyciągnąć wtyczki od wzmacniacza!
PODJĘLIŚMY SIĘ TRUDNEGO ZADANIA WYBRANIA TRZECH NAJWAŻNIEJSZYCH PŁYT Z DOROBKU ARTYSTY...
|
"Are You Experienced" (1967)
To pierwsza płyta wydana pod szyldem The Hendrix Experience. Królują na niej trzyminutowe przeboje w stylu "Foxy Lady", obok których znajdują się takie znane utwory artysty, jak: "Hey Joe", rockowy hit "Purple Haze" oraz wspaniała ballada "The Wind Cries Mary". Jest to bez wątpienia pozycja obowiązkowa w kolekcji każdego miłośnika muzyki rockowej.
|
"Axis: Bold As Love" (1967)
Druga płyta zespołu jest jeszcze bardziej eksperymentalna niż pierwsza. Jimi nie bał się odważnych zabiegów realizacyjnych w studiu, takich jak np. umieszczanie partii gitar w przeciwfazie czy puszczanie ścieżek od tyłu. Hendrix dojrzał też jako kompozytor i to wyraźnie słychać na płycie. Muzyk prezentuje tu bardziej ekspansywny i przemyślany styl gry. Dobrym tego przykładem są ballady "Little Wing" i "Castles Made Of Sand".
|
"Electric Ladyland" (1968)
Na tym krążku technika gry Hendriksa osiągnęła wyżyny i właśnie dlatego uważany jest on za jego szczytowe osiągnięcie. Muzyk eksperymentował z różnymi gatunkami muzycznymi, a najważniejszym momentem na tej płycie jest piętnastominutowa improwizacja, która stała się jego utworem rozpoznawczym - "Voodoo Child". Znalazł się tu również bardzo udany cover Boba Dylana "All Along The Watchtower". Płyta nowatorska, wizjonerska i... genialna.
Nick Cracknell
"Czemu Kraków nie ma cyklicznego festiwalu bluesowego?" - to pytanie zadawał sobie zapewne niejeden krakus.
Gramy dalej15 maja w katowickim Mega Clubie na jednym z dwóch polskich koncertów wystąpiła holenderska formacja Epica. Galeria z tego wydarzenia.
Gramy dalejZapraszamy do galerii zdjęć z koncertu Ive Mendes we Wrocławiu.
Gramy dalej11 maja w berlińskim Huxleys Neue Welt wystąpiły formacje Lostprophets oraz Young Guns. Galeria z tego wydarzenia.
Gramy dalejDrugi dzień krakowskich Juwenaliów to występy m.in. Apocalyptiki, Hey oraz Illusion. Zobaczcie zdjęcia z tych i innych koncertów.
Gramy dalej