Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tony MacAlpine

Tony MacAlpine

Jest na tym świecie kilku muzyków zasługujących na miano giganta gitary, a jednym z nich bez wątpienia jest Tony MacAlpine.

Urodzony w roku 1960 muzyk swą edukację rozpoczął w wieku 5 lat od pianina, by poznać uroki gitary w wieku lat 12. Co ciekawe, na obu tych instrumentach osiągnął poziom mistrzowski, czego dowodem jest jego bogaty dorobek artystyczny w postaci 11 albumów solowych, szkoły wideo, pracy w takich projektach, jak: MARS, Planet X, CAB, Ring Of Fire, Devil’s Slingshot, Seven The Hardway czy w składzie koncertowym Steve’a Vaia, a także płyty gitarowych kolegów, na których wystąpił w roli keyboardzisty (np. albumy Vinniego Moore’a i Joeya Tafolli) czy solowe nagrania dzieł Fryderyka Chopina, który stał się jego ukochanym kompozytorem.

Wszystko, co gitarowe, zaczęło się od...?


Od mojego brata Chrisa, który grał na gitarze, a ja go podpatrywałem. Któregoś razu dał mi w prezencie jedną ze swoich gitar i nauczył kilku bluesowych patentów, które potem męczyłem na okrągło. Uczyłem się solówek Johnny’ego Wintera, potem George’a Bensona, po którym przyszedł czas na takich gitarzystów, jak Randy Rhoads czy Eddie Van Halen. Z czasem poszedłem własną ścieżką aż do momentu, w którym jestem obecnie.


Jesteś obecnie w trasie nie tylko z okazji wydania swego ostatniego albumu, ale także z powodu 25. rocznicy debiutu - płyty "Edge Of Insanity". Jakie masz wspomnienia z tamtego okresu?


Z wielu powodów proces nagrywania krążka "Edge Of Insanity" był dla mnie okresem magicznym. Mieszkałem wówczas w okolicy Marin County w północnej Kalifornii. Po raz pierwszy miałem przyjemność pracować z genialnym perkusistą Steve'em Smithem i legendarnym basistą Billym Sheehanem. Smitha słuchałem jeszcze za czasów Jeana-Luca Ponty’ego - jedną z moich ulubionych płyt był krążek "Enigmatic Ocean". Pamiętam więc, jak wspólnie - ja, Steve Smith i Mike Varney - siedzimy w domu Steve’a, oglądając stare koncerty Journey. W jego domowym studiu dopieszczaliśmy muzykę, a Varney występował w roli producenta. Pracowaliśmy nad materiałem do momentu, aż był na poziomie znacznie wyższym niż ten nagrany na demo. Była to ciężka praca, pomimo że obaj to kochaliśmy.

Kiedy osiągnęliśmy swój cel, zarezerwowaliśmy terminy w Prairie Sun Recording Studio, które zlokalizowane było w Cotati, jeszcze bardziej na północ w Kalifornii. Tam właśnie spotkałem po raz pierwszy Sheehana. Obrazowo mówiąc, czułem się wtedy jak porwany przez wir trąby powietrznej, nie przywykłem bowiem do obcowania z muzykami takiego kalibru, którzy lubili moją muzykę i chcieli wziąć udział w nagraniu mojej pierwszej płyty. Nie ukrywam, że byłem zielony jak wcielony do armii rekrut. Miałem wprawdzie do czynienia z muzyką od dziecka, ale w momencie przystąpienia do nagrań "Edge Of Insanity" miałem niewielkie doświadczenie w pracy studyjnej i równie małe w grze zespołowej. Na szczęście wszyscy dali mi wsparcie - Mike Varney miał wizję i wolę jej realizacji, więc uwierzyłem, że wszystko jest możliwe, i zaczęliśmy nagrywać. Billy Sheehan wykazał się prawdziwym mistrzostwem, tym bardziej że pracował pod presją czasu, bo grał wówczas u boku Steve’a Vaia w zespole Davida Lee Rotha. Zarejestrowaliśmy wszystkie partie w jeden tydzień, a w drugim zmiksowaliśmy materiał wraz ze Steve'em Fontano i Markiem Rennickiem. Ta sesja to była swoista szybka piłka, ale jestem szczęśliwy, że mogłem pracować z takimi ludźmi już na swojej pierwszej płycie. Od tamtej pory niejednokrotnie ze sobą współpracowaliśmy i do dziś jesteśmy przyjaciółmi.


Twój najnowszy krążek solowy "Tony MacAlpine" pojawia się po dziesięcioletniej przerwie. Czym była ona spowodowana?


Szczerze mówiąc, po nagraniu płyty "Chromacity" w roku 2001 poczułem, że nadszedł czas wymiksować się z tła, na którym funkcjonowałem przez tyle lat. Nie chciałem na siłę robić kolejnego albumu, ponieważ czułem, że nie mam nic nowego do powiedzenia w temacie. Człowiek potrzebuje od czasu do czasu zatrzymać się, odpocząć, rozejrzeć i spróbować innych rzeczy. Dokładnie to zrobiłem - nie ukrywam - z dużą dozą satysfakcji i radości. Praca w takich projektach, jak CAB, Planet X, Ring Of Fire, Devil’s Slingshot czy w zespole Steve’a Vaia - była niezwykle odświeżająca. Przez ponad rok mieszkałem we Francji, grając z Michelem Polnareffem, co pozwoliło mi spojrzeć na sprawy zawodowe z zupełnie innej perspektywy. Potrzebowałem tego.


Co więc przeważyło decyzję, by nagrać nową muzykę instrumentalną? Poczułeś zew?


Tak, dokładnie to było to! Ponieważ nagrałem wcześniej sporo płyt solowych, w głębi duszy czekałem na inspirację, powiew świeżości w podejściu do komponowania. Pomimo ogromu napisanej muzyki czułem, że powinna ona jeszcze poczekać, poleżeć. Miałem wiele czasu, by eksperymentować ze wszystkimi tymi narzędziami studyjnymi, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Przykładem może być Toontracks Superior Drummer - genialnie brzmiące oprogramowanie perkusyjne. To dla mnie bardzo ważny aspekt komponowania, ponieważ muszę móc jak najszybciej rozpocząć realizację pomysłu, który pojawił się w mojej głowie, a następnie rozwinąć go w relatywnie krótkim odcinku czasu.

Bawiłem się także niezwykłymi gitarami, które wykonał dla mnie Ibanez. Te ośmiostrunowe dzieła sztuki były istotnym elementem puzzli, dając nowym kompozycjom, takim jak "Pyrokinesis" lub "Angel Of Twilight", niezwykle mocny fundament harmoniczny, który wcześniej nie był możliwy przy wykorzystaniu standardowych sześcio- i siedmiostrunowych instrumentów. Tak więc uzbrojony w te wszystkie nowe narzędzia byłem wreszcie gotów, by moje pomysły ujrzały światło dzienne. Kiedy wreszcie zacząłem nagrywać nowe rzeczy wraz z Marco Minnemannem, było to tak niewiarygodne, energetyczne i ekscytujące, że cały album pojawił się błyskawicznie. Uważam, iż tak właśnie powinno być.


Niskie brzmienie gitar siedmio- i ośmiostrunowych stało się trademarkiem nowego krążka. Nie ma zbyt wielu shredderów ze starej szkoły z ośmiostrunówką.


To prawda, ale jeśli o mnie chodzi, to ostatnią rzeczą, jaką bym zrobił, byłoby powstrzymanie się od eksperymentowania z nowymi instrumentami. Po prostu kocham to, co przyszłość trzyma w zanadrzu dla gitarzystów. Mogę sobie tylko wyobrazić, co mógłbym zrobić w latach 80., gdybym miał wówczas gitary z jedną lub dwiema strunami ekstra. Gitara ośmiostrunowa, w sensie poszerzenia rejestrów, daje też możliwość pójścia w górę, a nie tylko w dół. Chciałbym spróbować założyć tu strunę jeszcze wyższą od "E". Ktoś, kto kiedykolwiek złamał tradycję niesioną przez znane, stare instrumenty, doświadcza inspiracji w sposób dotąd nieznany i wkracza w rejon nieograniczonych możliwości. Trzeba walczyć, by oswoić zwierzę, które jeszcze nie do końca jest twoje. Musisz nauczyć się na nowo wyrażać swoje emocje poprzez nowy instrument. To wyzwanie - czyli fundament tego, czym nauka muzyki w ogóle jest. Zdobycie nowej umiejętności i uczynienie z niej części samego siebie. Natomiast jeśli chodzi o samo brzmienie, to nie same instrumenty miały na nie wpływ. Wielka tu zasługa talentu nominowanego do Grammy inżyniera i producenta Ulricha Wilda, który nadał płycie ten ciężki, czysto progresywny szlif.


Na płycie pojawiają się zarówno muzycy, z którymi już współpracowałeś, jak i zupełnie nowe twarze. Jak dobrałeś skład i jaki był wpływ tych ludzi na finalny kształt kompozycji?


Nowe twarze na tym albumie to wielcy Marco Minnemann i Ulrich Wild. Z Virgilem Donatim znamy się od lat, a Philip Bynoe był wcześniej członkiem Planet X i Ring Of Fire. Grał też przez pewien czas na basie u Steve’a Vaia. Marco Minnemann miał ogromny wpływ na finalny kształt muzyki przez sam fakt, że zagrał tu na perkusji. Zanim do tego doszło, nie podejrzewałem, że kompozycje mogą osiągnąć aż taki poziom. Co zabawne, niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Marco jest tak naprawdę gitarzystą, który zaczął grać na bębnach tylko po to, by udowodnić całemu światu, jak dobrym jest multiinstrumentalistą. To był po prostu kolejny instrument, który postanowił opanować, i udało mu się to wręcz po mistrzowsku. Philip Bynoe zagrał w "Oludeniz" piękne, kontrapunktujące partie basu, dzięki czemu utwór zyskał odpowiedni charakter.


Nawiązując do historii Marco Minnemanna, wiemy, że sam zaczynałeś od fortepianu i przeszedłeś przez klasyczną edukację muzyczną. Jaki wpływ miała ona na ciebie jako gitarzystę?


Tak było i szczerze mówiąc, nadal tak bywa, że spędzam więcej czasu przy pianinie niż z gitarą. Wynika to z tego, że najpierw grałem na pianinie, które odkryłem w wieku pięciu czy sześciu lat. Potem przestudiowałem ogrom klasycznego dorobku w Springfield Conservatory Of Music. Dzięki temu udało mi się odnaleźć magiczną ścieżkę prowadzącą do muzycznej przeszłości. Grając całą tę wspaniałą muzykę, czuję się, jakbym był w głowie Franza Liszta lub Fryderyka Chopina - mam umiejętność interpretowania sposobu myślenia i rozwiązywania problemów muzycznych, tak jak to robili oni. Muszę tu zaznaczyć, że klasyczne nuty gram wyłącznie na klawiszach - nie na gitarze. Klasyka to akt prawdy, kiedy musisz zagrać prawidłowo te wszystkie dźwięki i zinterpretować je zgodnie z intencją kompozytora. Gitara jest dla mnie ucieczką od tego - ten instrument to zupełnie inne zwierzę. Kiedy biorę do ręki gitarę, mogę swobodnie improwizować, bez poczucia winy, bo jedyną osobą, z której intencją muszę być zgodny, jestem ja sam. Jest to samo w sobie zupełnie odmiennym doświadczeniem. Ale tak naprawdę w tym wszystkim chodzi tylko o to, by stworzyć muzykę, która obdaruje słuchaczy wspomnieniami. Dzięki temu, że zacząłem uczyć się muzyki w tak młodym wieku, dość szybko poznałem zalety płynące z dobrego przygotowania i ćwiczeń. Zarówno dogłębna znajomość literatury muzycznej, jak i dyscyplina niezbędna w pracy muzyka - to owoce, które zdobyłem właśnie dzięki rozpoczęciu nauki w tak młodym wieku.


Jak zapewne wiesz, Fryderyk Chopin urodził się w Polsce - około 50 km od Warszawy. Jakie jego utwory miały na ciebie największy wpływ?


Z pewnością jednym z nich jest Preludium 16 op. 28, które notabene zagram na koncercie jako część "Edge Of Insanity". To fantastyczna kompozycja i, jak w przypadku wielu innych utworów Chopina, daje pianiście wiele satysfakcji i radości z wykonania. Jak nikt inny znał on prawdziwą naturę tego instrumentu i potrafił to pięknie pokazać w nutach, i to zarówno w momentach dogłębnie romantycznych, jak i ekstremalnie wyszukanych technicznie, jak w przypadku Etiud op. 10 i 25. Na płycie "Maximum Security" nagrałem utwór "Porcelain Doll", który właściwie został skomponowany wokół tematu z Sonaty fortepianowej nr 3 op. 58 Fryderyka Chopina. Byłoby miło móc kiedyś znów zagrać kompletny recital fortepianowy wypełniony jego utworami - jest to pomysł, który mógłbym zrealizować w bliżej nieokreślonej przyszłości. Mam także nadzieję odwiedzić kiedyś to szczególne miejsce, jakim jest Żelazowa Wola, gdzie Mistrz się urodził.


Klasyczna edukacja zupełnie nie przeszkodziła ci w uczestniczeniu w projektach osadzonych w skrajnie odmiennych stylistykach, czego przykładem może być CAB reprezentujący fusion...


CAB wraz ze swoim oryginalnym line-upem, w którym bojowe stanowiska obsadzali Dennis Chambers, Brian Auger i Bunny Brunel, był dla mnie czymś niezwykle fascynującym. Jakby nie patrzeć, są to kolesie będący żywą legendą fusion, którzy w dodatku chcą nagrać ze mną parę kawałków... Długo nad tym nie myślałem - od razu krzyknąłem: "Jasne, zróbmy to!". Tak więc odbyliśmy kilka prób i nagraliśmy pierwsze CD. To doprowadziło do jeszcze bardziej zdumiewających sesji, podczas których powstał nominowany do Grammy krążek "CAB 2". Graliśmy przy pełnych salach w klubach zarówno w Japonii, jak i USA. Jedne z najlepszych show, jakie pamiętam, odbyły się w nowojorskim The Bottom Line. Grało nam się pięknie i chciałbym nagrać w najbliższej przyszłości kolejną płytę pod szyldem CAB.


Innym ze słynnych składów jest Planet X, prezentujący nieco mroczniejsze stylistycznie barwy.


Z Virgilem Donatim i Derekiem Sherinianem zaczęliśmy pisać muzykę w okolicach roku 2000. Muszę przyznać, że grałem w wielu różnych składach, ale ten zespół miał w sobie coś unikalnego i zdumiewającego zarazem. W dodatku zarówno Virgil, jak i Derek mają swój własny, rozpoznawalny sound. Właśnie w Planet X po raz pierwszy zacząłem używać gitar siedmiostrunowych, bo chłopaki chcieli wykorzystać niższy rejestr gitary. Czerpaliśmy mnóstwo frajdy zarówno z nagrywania, jak i występów na żywo, ale w końcu przyszedł moment, w którym każdy z nas zdecydował się zająć własną karierą.


A jak było z Ring Of Fire?


To był w zasadzie ogródek Marka Boalsa, znanego przede wszystkim z zespołu Yngwiego Malmsteena. Mark w tym projekcie występował nie tylko w roli wokalisty, ale też gitarzysty i basisty. Oprócz mnie grał tam na bębnach Virgil Donati, a na keyboardzie fenomenalny Vitalij Kuprij. Pomimo dużych umiejętności poszczególnych członków zespołu zawsze czułem, że powinniśmy byli grać bardziej oryginalnie, starać się znaleźć coś nowego pośród osłuchanych i wyeksploatowanych patentów. Nie było to całkowicie satysfakcjonujące i być może to, oprócz małej liczby koncertów, było przyczyną krótkiego życia tej grupy. Z czasem każdy z nas zaangażował się w inne projekty. Obecnie nie ma żadnych planów reaktywacji Ring Of Fire.


Kolejnym ciekawym zespołem w twojej dyskografii był Devil’s Slingshot, w którym wspominany już kilkukrotnie Virgil Donati spotkał się z basistą Billym Sheehanem, z którym nagrałeś pierwszy solowy album.


Devil’s Slingshot był wysokoenergetycznym triem, w którym miałem zaszczyt zagrać u boku tak znakomitych muzyków. Materiał na album zaczęliśmy pisać z Virgilem podczas wspólnej trasy z francuską supergwiazdą Michelem Polnareffem. Sesje nagraniowe odbywały się w różnych krajach, co samo w sobie było dość zabawne. Zagraliśmy trochę koncertów w Europie, które udowodniły, jak dużo energii może wytworzyć trio na scenie. Myślę, że ten zespół miał szansę przerodzić się w coś poważniejszego, jeśli tylko poświęcilibyśmy więcej czasu na nagrywanie i napisanie większej liczby utworów. Niestety każdy z nas skupił się wówczas na własnych celach - Virgil dopieszczał swoją płytę solową, a ja oddałem się budowie nowego studia w Kalifornii.


W pewnej chwili pojawiłeś się w zespole koncertowym Steve’a Vaia - jak do tego doszło?


Tak, pracowałem u boku Steve’a Vaia przez kilka lat jako członek składu koncertowego The Breed obok Billy’ego Sheehana na basie, Dave’a Weinera na gitarze i Virgila Danatiego lub Jeremy’ego Colsona na perkusji. Pewnego dnia Steve zadzwonił do mnie, ponieważ potrzebował wiarygodnego muzyka, który zastąpi Mike’a Keneally’ego i który udźwignie granie na gitarze, na keyboardach oraz czytanie nut - czasem w kombinacji "wszystko jednocześnie" (śmiech). Wpadłem więc do niego na próbę, no i zaiskrzyło. Granie z nim było naprawdę zabawne i pouczające zarazem. Dowiedziałem się mnóstwa nowych rzeczy związanych z produkcją występów i projekcją muzyki. Steve to supermiły koleś pod względem towarzyskim, który jednocześnie potrafi być ekstremalnie poważny w stosunku do swojej pracy. Zawsze podziwiałem to, co robi, więc pomaganie mu w kreacji występów na żywo zapewniało mi zawsze najlepsze miejscówki - mogłem to wszystko oglądać z perspektywy, której nie miał nikt inny. Dodatkowo zrobiliśmy kilka naprawdę dzikich rzeczy na scenie, takich jak szalona scena, gdzie każdy z nas gra jednocześnie na gitarze kolegi obok. To było prawdziwe, nieustające party. Natomiast obecnie współpracuję z jego Favored Nations - firma naprawdę sporo mi pomogła w temacie nowego CD i promocyjnej trasy koncertowej.


Widzieliśmy, że zacząłeś ostatnio współpracę z nowymi muzykami. W jakim składzie grasz na trasie "Dream Mechanism"?


Rozwijam zespół z Nili Brosh na gitarze - to utalentowana gitarzystka z Bostonu pochodzenia izraelskiego, która gra zaskakująco dobrze jak na wiek 22 lat. Na swoim koncie ma już występy u boku takich artystów, jak Andy Timmons czy Guthrie Govan, a jej album "Through The Looking Glass" jest naprawdę świetny. Będzie miała sporo roboty podczas trasy "Dream Mechanism", wykonamy bowiem na żywo wiele partii gitarowych, które w innych okolicznościach byłyby niemożliwe. Bjorn Englen zagra na basie - dał się poznać od jak najlepszej strony w zespole Yngwiego Malmsteena. Jest bardzo muzykalnym basistą, a przy tym niezwykle zdyscyplinowanym i dokładnym, dlatego uwielbiam z nim grać. Na bębnach Aquiles Priester - to fenomenalny perkusista z Brazylii, który przyciągnął moją uwagę dzięki przesłuchaniom do Dream Theater. Wszyscy wymienieni muzycy są bardzo utalentowani i granie z nimi jest ekscytujące. Współpracuje nam się znakomicie.


W twoim arsenale znajdują się instrumenty takich marek, jak Ibanez i Hughes & Kettner. Powiedz nam kilka słów na temat tego sprzętu.


Na wzmacniaczach Hughes & Kettner gram już od wielu lat. Obecnie w studiu używam modelu Tri-Amp, którego cenię za moc i uniwersalność brzmieniową. Natomiast podczas koncertów wykorzystuję model Coreblade, który jest prawdziwą perełką. Lampowy head jest tu zintegrowany z efektami, które można programować i zapisywać w komputerze lub w pamięci zewnętrznej. Uwielbiam te wzmacniacze. Heady podpinam do dwugłośnikowych wersji paczek Hughes & Kettner CL. Gitar Ibaneza używam obecnie podczas wszystkich sesji nagraniowych i występów na żywo. Gram na nich także na "Dream Mechanism Tour". Są to modele sześcio-, siedmio- i ośmiostrunowe wykonane w technologii neck-through-body i uzbrojone w przetworniki DiMarzio oraz EMG. Gra się na nich nieziemsko i brzmią nieziemsko. Szczególnie ósemka, gdzie oprócz niskiej struny "B" jest jeszcze niższa "F#". Ten Ibanez na mocno rozkręconym H&K potrafi przestawiać meble w pokoju (śmiech).  Struny to Ernie Ball Slinky do siódemki o grubościach .009-.052". Jeśli chodzi o ósemkę to cały czas jeszcze eksperymentuję z grubościami i jeszcze się nie zdecydowałem. Z kolei na podłodze mam wah i pedał głośności firmy Ernie Ball. Świetne wykonanie, dzięki któremu mogę na nich polegać w każdych warunkach. Korzystam także z Source Audio Multiwave Distortion, Voodoo Lab Giggity Pedal i Sparkle Drive Mod tej samej firmy.


Czy muzyk tego kalibru nadal ćwiczy, a jeśli tak, to co?


W zasadzie nie ćwiczę w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nie maltretuję skal z metronomem - nic w tym stylu. Kiedy spędzam czas z instrumentem, to po prostu gram muzykę. A jeśli już muszę nad czymś popracować, to najczęściej uczę się utworów, szczególnie jeśli czeka mnie sesja i mam opanować konkretny repertuar. W młodości poświęciłem na ćwiczenia tysiące godzin, odrobiłem więc swoją pracę domową i naprawdę nie widzę sensu, by do tego wszystkiego wracać. Ludzie często mnie o to pytają, ale dla mnie muzyka jest jak język. Jeśli opanujesz gramatykę, słownictwo i wymowę, a także porozumiewasz się swobodnie i nie masz problemów z komunikacją, to nie ma sensu wracać do podstaw, powtarzać formułki, ćwiczyć rozbiory zdań i podział na sylaby. Jeśli masz coś do powiedzenia - po prostu to mówisz. Jeśli chcesz coś zagrać - po prostu to grasz. Tak to widzę.


Czy jest coś jeszcze, co chciałbyś powiedzieć polskim fanom?


Dzięki za te wszystkie lata wsparcia - fani w tym kraju są po prostu niesamowici. Już teraz nie mogę się doczekać mojej kolejnej wizyty w Polsce. Tymczasem spotkajmy się na stronie www.TonyMacAlpine.com. Pokój!


Michał Kubicki i Krzysztof Inglik,
zdjęcia: Alex Solca

GALERIA
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Zobacz wszystkie