Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Victor Smolski (Rage)

Victor Smolski (Rage)

Nieczęsto zdarza się słyszeć o muzyku z Białorusi, który nie dość, że grał muzykę "rewolucjonistów", to jeszcze zdołał zrobić dzięki niej światowej klasy karierę.

Przykładem takiej postaci jest gitarzysta zespołu Rage, Victor Smolski. Jego wytrwałość i determinacja pozwoliły mu pokonać krzywdzący system polityczny i odnieść sukces w dziedzinie, której nikt kiedyś nie wróżył w jego ojczyźnie przyszłości. W wywiadzie dla Gitarzysty Victor opowiada o swoich trudnych początkach, naturze ryzykanta i zawodzie kierowcy rajdowego.

Jesteś kompozytorem, gitarzystą, grasz na keyboardzie i zajmujesz się produkcją. Czy nie jest to dla ciebie czasami trochę za dużo?


To prawda, czasami mam wrażenie, że jest to trochę ponad moje siły, ale potem przypominam sobie, ile mi to daje radości. Nie traktuję tego w kategorii pracy. Chcę się tym zajmować i być możliwie najlepszym. Oczywiście generuje to niekiedy trochę stresu, ale czerpię z tego sporo satysfakcji.


Czy zatem rola człowieka orkiestry dobrze wpływa na proces twórczy? Jakkolwiek na to spojrzeć, kontrolujesz przecież wiele aspektów powstającego materiału.


To nie jest tak do końca. Rzeczywiście zajmuję się wieloma rzeczami, ale nie sprawuję dyktatury twórczej. Mam zawsze otwarty umysł i kiedy tworzymy coś nowego, zawsze jest to efekt pracy całego zespołu, a nie tylko mojej. Każdy z nas dorzuca coś od siebie i pracujemy jak zgrana drużyna. Nie mamy w zespole jakiegoś konkretnego lidera czy szefa (śmiech).


Urodziłeś się na Białorusi. Czy trudno było w tym kraju rozpocząć karierę?


Nawet bardzo trudno. Na początku nie było w ogóle mowy o jakiejkolwiek szkole, gdzie można by było nauczyć się gry na gitarze. Do tego społeczny zakaz grania muzyki metalowej i cała plejada innych głupot. Niemniej jednak cieszę się, że chodziłem do szkoły w Mińsku. Uczyłem się tam nie tylko gry na klasycznych instrumentach, ale również komponowania, historii i czytania muzyki. Dało mi to niezwykle solidne podstawy, z którymi nauka gry na gitarze okazała się o wiele łatwiejsza. Nieoceniona była też pomoc mojego ojca, który również jest muzykiem.

Nikt w szkole nie popychał mnie do nauki czegoś, co nie odpowiadało moim gustom muzycznym. Pamiętam, że uczęszczałem na próby orkiestry, opery i teatru, poznając przy tym wszystkie arkana ich fachu, które były niedostępne dla zwykłego widza. Otworzyło mi to oczy na wiele aspektów tworzenia muzyki. Moja przygoda z gitarą zaczęła się co prawda już w wieku 11 lat, ale miłość do tego instrumentu dojrzewała powoli. W pewnym momencie po prostu przerzuciłem się z wiolonczeli i pianina na gitarę. Udałem się na studia i zacząłem rozmyślać o założeniu zespołu. Już wcześniej bardzo chciałem skomponować coś własnego. Pamiętam, że w wieku 14 lat grałem już w swoim pierwszym zespole. Kiedy miałem 16 lat, jeździłem w pierwsze trasy koncertowe. To było moje pierwsze zetknięcie ze sceną i bardzo mi się to doświadczenie spodobało. Byliśmy w tamtym czasie jednym z bardziej rozpoznawalnych zespołów w naszym kraju, dlatego otworzyło to nam drogę do takich rarytasów, jak na przykład profesjonalne studio nagraniowe z całym wyposażeniem i instrumentami.

Mimo to nasze własne wiosła pozostawiały wiele do życzenia. Wtedy na Białorusi ciężko było o jakiekolwiek gitary, więc nie wybrzydzaliśmy. Wiele rzeczy kupowaliśmy również w Polsce. Graliśmy też u was sporo koncertów. Zapraszano nas na różne festiwale i był to tak naprawdę początek naszych światowych tras koncertowych (śmiech). Pamiętam, jak graliśmy kiedyś na festiwalu w Jarocinie. Tam poznałem kilku gości z Niemiec, którzy załatwili nam trasę po całej Europie, co tak naprawdę otworzyło nam drogę do dalszej kariery. Wszystko byłoby dużo łatwiejsze, gdyby nie pieprzona polityka i te cholerne wizy, które były prawdziwym wrzodem na tyłku podczas przekraczania granicy. Między innymi dlatego postanowiłem zamieszkać w Niemczech. Rozwijanie kariery na Białorusi graniczyło wtedy z cudem, a tam w Niemczech wszystko było podane niemal jak na dłoni.


Mówisz, że sporo grywaliście w Polsce. Pamiętasz może w takim razie jakieś polskie zespoły z tego okresu?


Nie pamiętam już nazw poszczególnych zespołów, ale świetnie się wtedy bawiliśmy i dzieliliśmy doświadczeniem. To było dla mnie naprawdę genialne doświadczenie. Żałuję tylko, że w pewnym momencie wszystko to się skończyło. Kontakty się urwały, a ostatni raz w Polsce z Rage graliśmy chyba jakieś 7 lat temu. Bardzo nad tym ubolewam, bo polska publika jest naprawdę niesamowita i zawsze daje z siebie 110% energii na koncertach. Macie w waszym kraju całe mnóstwo świetnych muzyków, ale bardzo trudno jest niekiedy złapać z kimkolwiek kontakt w sprawie trasy czy festiwalu. W grę jak zwykle wchodzą pieniądze i układy pomiędzy wytwórniami płytowymi. Czasami z finansowego punktu widzenia nie ma sensu zapraszać zespół, którego płyty nie sprzedają się jak ciepłe bułeczki.


Już niedługo do sklepów trafi kolejny album Rage, który zatytułowaliście "21". Jeśli dobrze liczę, jest to dwudziesty pierwszy longplay w waszym dorobku. Co jest w nim takiego wyjątkowego?


Pomysł na tytuł pojawił się po moim wyjeździe do Nowego Jorku. Odwiedziłem tam kilka kasyn i gdzieś po drodze zaczęliśmy dyskutować o Black Jacku, gdzie idealny wynik to właśnie 21. Potem ktoś policzył i okazało się, iż rzeczywiście wydaliśmy do tej pory 20 płyt. Po kilku dyskusjach i wypitych piwach zapadła decyzja o nazwaniu płyty "21". Nasze zamiłowanie do hazardu wygrało więc z rozsądkiem (śmiech).


Czy zatem album ten będzie dla fanów jakimś sporym zaskoczeniem?


Może nie tyle zaskoczeniem, co sporą dawką energii i silnym brzmieniem. Zdecydowanie jest to Rage, jakiego nasi fani znają i kochają. Jedyną różnicą jest tym razem brak elementów orkiestrowych i keyboardu. "21" to mocne uderzenie i głośne gitary. Pomysł na taki album chodził nam już po głowie od jakiegoś czasu. Początkowo chcieliśmy to połączyć z dźwiękami orkiestry i stworzyć album dwupłytowy, na którym byłyby niejako dwie wersje tego samego materiału. Niestety, nasza wytwórnia nie zgodziła się na takie posunięcie, twierdząc, że wydawnictwo to byłoby teraz kiepskim pomysłem.

Zaczęliśmy wtedy kombinować, aby połączyć wszystkie kawałki na jednym krążku, ale ta kombinacja nie brzmiała dobrze w całości, dlatego zrezygnowaliśmy z orkiestry na korzyść surowych gitar i mocnego wokalu. Nasi fani już nieraz dali nam odczuć, że lubią zarówno kawałki z elementami orkiestry, jak i te bez nich. Było kilka rozmów z ludźmi z wytwórni, a później zdecydowaliśmy wspólnie, iż rozdzielimy ten materiał na dwa niezależne albumy.


Ciekawe jest to, iż będąc muzykiem, jesteś również kierowcą wyścigowym. Czy nie jest to trochę niebezpieczne zajęcia dla kogoś, kto potrzebuje sprawnych dłoni?


Jakkolwiek na to spojrzeć, jest to bardzo niebezpieczny sport, ale nie potrafiłbym z niego zrezygnować. Poza tym łatwiej zginąć, wjeżdżając na autostradę w Niemczech, niż na trasie rajdu. Bawię się w to już od chyba 10 lat i jestem obecnie półprofesjonalnym kierowcą zaangażowanym we współpracę z kilkoma teamami. W zeszłym roku brałem udział w wyścigach Porsche Cup i kilku długodystansowych, w tym 24-godzinnym na torze Nürburgring. Mniej więcej rok temu przebranżowiłem się na rajdy i czerpię z tego mnóstwo przyjemności.

Sam czasami nie wiem, czego mam więcej w domu: płyt czy pamiątkowych pucharów z wyścigów (śmiech). Paradoksalnie jest to moja forma relaksu i odpoczynku od grania. Dobrze też wpływa na moją głowę i nie pozwala dać się zwariować w całym tym biznesie muzycznym. Czasami zdarza się tak, że zajmuję się jednocześnie zespołem, swoim solowym projektem, produkcją płyt innych zespołów, prowadzeniem szkoły muzycznej, warsztatów dla różnych firm, i wtedy najnormalniej w świecie potrzebuję odskoczni. Wyścigi na torze są do tego celu idealne. Dodatkowo sport ten pozwala zachować wysoką formę i wymaga dużej koncentracji. W samochodzie rajdowym można oczywiście trochę poszaleć, ale należy zachować umiar. Podobnie jest z graniem metalu (śmiech).


Potrafisz grać na wielu instrumentach. Na którym najbardziej lubisz komponować?


Chyba mimo wszystko na keyboardzie. Korzystam z niego od czasu do czasu, kiedy komponuję jakiś nowy kawałek. Co prawda lwia część materiału powstaje na gitarze, ale lubię czasami napisać coś na klawiszach. Dzięki temu dużo wyraźniej widać pewne elementy aranżacji, akordy i poszczególne dźwięki. Poza tym nadal często grywam na wiolonczeli, która jest bardzo wdzięcznym instrumentem. Zdarza mi się włączać ją do naszych koncertów akustycznych i w studiu, kiedy nagrywamy partie z orkiestrą. Niemniej jednak to właśnie keyboard daje najwięcej możliwości w zakresie komponowania.


Czy zatem widzisz siebie bardziej w roli gitarzysty, keyboardzisty czy wiolonczelisty?


Bez dwóch zdań w roli gitarzysty. Lubię wiele instrumentów, ale najważniejsza jest gitara.


Czy cena gitary jest najlepszym wskaźnikiem jej jakości? Ile w tym wypadku zależy od samego muzyka?


Zdecydowanie cena nie jest wyznacznikiem jakości. Czasami możesz mieć tanią gitarę, która idealnie pasuje do twoich dłoni, dzięki czemu jesteś w stanie z chirurgiczną wręcz precyzją dozować poszczególne dźwięki. Jest to bardzo subiektywne odczucie. Zdarza się, że weźmiesz do ręki niesamowicie drogie wiosło i brzmi ono absolutnie beznadziejnie. Oznacza to nie tyle, że sama gitara jest kiepska, ale że nasz stopień dopasowania do niej nie jest dobry. Jeśli do tego dochodzi kwestia szerokości gryfu i grubości pudła, to sprawa jest przesądzona. Dużo lepiej jest kupić tańszy instrument, który lepiej pasuje do nas i naszego stylu gry, niż przepłacać za coś, na czym nie będziemy w stanie rozwinąć swego potencjału. Tak jak ze wszystkim, tak i w tej branży płaci się niekiedy jedynie za markę.


Na jakim sprzęcie zatem grasz?


Współpracuję obecnie z dwiema firmami. Z jedną z nich działam już od 15 lat i jest to Siggi Braun Guitars. Właśnie od tej niemieckiej firmy dostaję świetne customy. Często razem eksperymentujemy z różnymi rozwiązaniami, dzięki czemu poznaję ten świat od kuchni. Dowiaduję się, jak dobierać rodzaj drewna, przetworniki, struny i tym podobne. Rezultatem tych eksperymentów są zbudowane specjalnie dla mnie egzemplarze z dwoma gryfami, będące tak na dobrą sprawę w połowie basami. Drugą firmą, której produkty przypadły mi do gustu, jest Yamaha. Mam w domu kilka naprawdę fajnych customów, które przyjechały aż z Japonii. Są one bardzo wygodne i mają niezwykle metalowe brzmienie. Średnie tony są w nich naprawdę dopieszczone, a właśnie takich potrzebuje na scenie każdy gitarzysta grający metal.


Kiedy w takim razie możemy spodziewać się twojego kolejnego solowego albumu?


Właśnie nad nim pracuję (śmiech). Byłem niedawno w Nowym Jorku, gdzie nagrałem kilka partii z różnymi znajomymi muzykami, aby zorientować się, na czym w ogóle stoję. Myślę, że to moje małe "arcydzieło" najprawdopodobniej jeszcze w tym roku ujrzy w końcu światło dzienne.


Zatem jakiego brzmienia możemy się spodziewać po tym krążku?


To będzie raczej ciężki materiał, ale przy tym dość zwariowany. Coś trochę innego od poprzedniego albumu, ale w gruncie rzeczy pomysł podobny. Słychać na nim sporo inspiracji zmieszanych z talentem kilku naprawdę szalonych muzyków. Czas pokaże.


M. Kubicki

GALERIA
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie