Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Piotr Rutkowski (Vagitarians)

Piotr Rutkowski (Vagitarians)

Debiutancki album Vagitarians to porcja świetnego grania, spotkaliśmy się więc z gitarzystą zespołu Piotrem Rutkowskim, aby trochę o niej pogawędzić. Uciekającą w różnych kierunkach rozmowę trudno było utrzymać w ryzach, bo Piotr to niepoprawny gaduła. Zapraszamy do lektury

Zamierzałem darować sobie pytania natury biograficznej, ale może chcesz powiedzieć coś o początkach Vagitarians?


Wszystko odbyło się całkiem standardowo. To był chyba 2007 rok, druga połowa, zaczęliśmy grać w domu gitarzysty - Pitera, z którym znaliśmy się może niekoniecznie z podwórka, ale z okolic Wesołej. Każdy z nas grał wcześniej w jakichś kapelach, ale stwierdziliśmy, że razem musimy pocoverować Downa i powymyślać kawałki, które są dokładnie w takim, a nie innym stylu. No i tak zaczęliśmy robić. Perkusista był z drugiego bandu Pitera, wokalista z mojej starej kapeli, który z kolei  dokooptował Mariana na basie. I tak sobie plumkaliśmy wesoło przez jakieś pół roku..


Ciężko było Marianowi na początku, zaczynał chyba od gitary?


No tak, zaczynał od gitary i na gitarze lepiej mu idzie niż na basie,a przynajmniej tak twierdzi (śmiech). Ale nie, nie, on strasznie zajarany był, że jakaś kapela się szykuje i to jeszcze w takich klimatach. Generalnie, nie wiedzieliśmy jak on gra na gitarze, ani nawet na basie, ale jak zobaczyliśmy, że ma na telefonie flagę Konfederacji jako tapetę to stwierdziliśmy, że go bierzemy.


Teraz chyba już nie używacie flagi Konfederacji zbyt często?


Nie, koszula z naszywką flagi Konfederacji wisi na swoim miejscu w szafie (śmiech).


Ok, przejdźmy do "Wood". Jesteś w 100% zadowolony z tej płyty?


Nie w 100%. Kompozycyjnie jestem bardzo zadowolony, aczkolwiek sam proces nagrywania  szedł dość topornie, bo wiele patentów wymyślaliśmy jeszcze w trakcie pracy w studio. I też nie było tak, że wszyscy tam siedzieliśmy i nagrywaliśmy, tylko ja np.  jednego dnia nagrywałem gitary i potem wysyłałem tę wersję reszcie.  Oni potem nie wiedzieli jak się do tego ustosunkować. Działy się zupełnie nowe rzeczy i trzeba było przearanżowywać numery.  Ale jakoś daliśmy radę. Brzmieniowo niby mógłbym się doczepić do paru rzeczy, ale…


Dla mnie brzmienie jest całkiem dobre.


Jak za takie pieniądze i taki zespół półprofesjonalny jak my, to lepiej człowiek nie mógł trafić.


Jest selektywnie.


No, tutaj bym się nie zgodził (śmiech), czasami to jest taka ściana dźwięku. Ale chodziło o to, żeby to było takie zamulone, żeby był garaż…


Czy w takim razie nagraliście najlepszą płytę w tym gatunku? Jesteście najlepszą sludge'ową kapelą w Polsce - tak jak o was napisał Metal Hammer?


Czy ktoś jeszcze u nas w ogóle gra sludge? Oprócz nas jest jeszcze tylko o.d.r.a  z Wrocławia, którzy grają muzę pod Eyehategoda..  My chcieliśmy stworzyć płytę sludge'owo - doomową, ale to nie znaczy, że będziemy tak chcieli grać w przyszłości.


Waszą muzykę nie do końca można zamknąć w określeniu sludge.


Ni cholery (śmiech).


Czyli jakbyś określił to, co gracie?


Blady z Obscure Sphinx stwierdził, że gramy sludge'n'roll. To moim zdaniem dobre określenie. Nasze riffy są motoryczne, z charakterystyczną pulsacją, czasami niemal hardcore'ową czy stricte metalową, ale jednocześnie są tłuste, powolne i ciężkie.


Coś w tym jest. Ale wracając do reakcji, trzeba przyznać, że chwalą was…


Tak, recenzje są bardzo pozytywne. Musimy się tylko spiąć i bardziej to rozpromować. Wprawdzie nie wiem już, w jakich kręgach to robić, bo szczerze mówiąc, mało kto słucha takiej muzyki. Na pewno nie publika mainstreamowa, która chodzi na Metallicę i Iron Maiden i zdaje się, że słucha tylko tego (śmiech)


Myślę, że słuchacze by się znaleźli, tylko faktycznie trzeba do nich trafić.


Najlepiej byłoby przez koncerty, bo to chyba tak działa, że kiedy jakaś kapela wystąpi przed danym zespołem, to nagle ten support staje się popularny w tych kręgach. Tak mi się przypomniało, weźmy Power of Trinity, nie wiem, czy kojarzysz?


Kojarzę.


Takie reggae plus jakieś ostrzejsze granie, nie wiem, nie pamiętam. Oni grali chyba 12 lat temu w Wesołej, niegdyś mieścinie a obecnie dzielnicy Warszawy, z której pochodzę, przed 2Tm2,3 i potem o nich nie słyszałem latami, a teraz widzę, że na każdym festiwalu grają jako samodzielna gwiazda. A to zespół, który wyrósł na supportowaniu innych kapel, na jeżdżeniu po juwenaliach.


No, ale zajęło im to 12 lat i dopiero teraz są na fali (śmiech).


Tak, chyba większości zespołów w Polsce zajmuje to co najmniej dekadę.


Jesteś gotowy na to, by czekać 12 lat?


Trochę za późno zaczęliśmy. Nasz gitarzysta podchodzi już pod 30, nam też niedaleko, nie wiem jak będziemy znosili trudy życia w trasie w wieku 40 lat (śmiech).


Niektórzy znacznie starsi znoszą...


No i dlatego co roku sobie przyrzekam, że następny musi być jeszcze bardziej intensywny. Różnie to wychodzi, ale generalnie cały czas idziemy do przodu, brakuje tylko jakiegoś totalnego punktu zwrotnego. Myślałem, że to będzie wydanie płyty i faktycznie przez moment tak się zdawało, ale teraz przystopowaliśmy ze wszystkim. Niby tworzymy nowy materiał itp. itd. Ale koncertować powinno cały czas.


Da się utrzymać zainteresowanie przez cały czas?


Dobre pytanie, bo mamy 1000 płyt do sprzedania (śmiech). Musimy je sprzedać do końca roku. Przynajmniej taki miałem plan.


Wcześniej w waszej muzyce wyczuwało się wpływy Down, teraz pojawiły się inne inspiracje. Czy to, co słychać na "Wood", to jest z grubsza to, czego słuchacie na co dzień?


Już wyrośliśmy z Downa, bo generalnie ileż można tego słuchać. Przez całe liceum tłukłem Panterę, Down, Superjoint Ritual, wszystkie kapele, które miał Anselmo razem wzięte, i takie granie już mi przejadło. Myślę, że "Wood" to wypadkowa muzyki, której ja z Marianem  słuchamy na co dzień, bo nasz bębniarz bardziej odnajduje się w deathowych klimatach, gitarzysta to triphop i muzyka elektroniczna, a jeśli chodzi o metal to bardziej złożone formy typu Baroness. Wokalista słucha jakiegoś  folku i innych chilloutów, w ogóle metalu nie tyka w domu, tylko zbiera w sobie frustracje z całego tygodnia, a potem na próbach to wywrzaskuje. Niemniej na kanwie popularności stoner-doomu  założyliśmy sobie, że nagramy płytę doomową. Zacząłem więc słuchać takich bandów więcej…


I to słychać, np. Yob, Church of Misery…


No, ale dopiero wy mi powiedzieliście o podobieństwie do Yob. Kiedy nagraliśmy ten ostatni kawałek "Stones From a Blank Sky", jeszcze przed miksami, powiedzieliście, że Yob słychać, i wtedy bardziej pociągnąłem numer w tym kierunku.


Z drugiej strony tych waszych inspiracji nie słychać aż tak wyraźnie.


Mam nadzieję, że nie. W sumie mi każdy kawałek z płyty kojarzy się z jakimś innym bandem (śmiech)


Trochę tak jest, ale jednocześnie wyraźnie można wyczuć wspólny rdzeń tej muzyki.


Z jednej strony nie było sensu grać pod jakąś konkretną kapelę, np. na zasadzie, że każdy utwór tworzony jest pod inny zespół, ale na przykład chciałem nagrać taki kawałek wolny, doomowy i jest nim właśnie "Stones From a Blank Sky". To już była moja własna inicjatywa, którą dumnie wniosłem do zespołu!


Na koncertach wychodzi jeszcze wolniej.


Staramy się, chociaż bębniarz czasem przyspiesza (śmiech). To są tempa dość nienaturalne dla Grabarza, który jak mówiłem specjalizuje  się w tzw. Napierdalaniu.


Używacie klika?


W studio niestety tak. Najgorsze jest to, że nagrywaliśmy na ścieżki, a nie wszyscy razem, a to zabija inwencję i naturalność, tak naprawdę zabija wszystko, co może. Więc potrzebowaliśmy metronomu. Gdybyśmy grali do podkładu bębnów, który gra nierówno, nie pod metronom, w sensie czasami coś przyspieszy, to byśmy nie wiedzieli, co się dzieje. Łatwiej jest, jak patrzysz na bębniarza, który gra i fruwa między tempem, bo jakoś tak jest, że jak widzisz muzyka kiedy gra, to możesz wywnioskować co i jak zagra za chwilę. A wiem to, ponieważ 10 lat grałem w taki sposób heh.


Czy można w takim razie uznać, że macie już wykształcony własny styl?


Teraz mi się wydaje, że nigdy nie będziemy mieli typowo własnego stylu. Już prędzej będzie to jakieś nasze konkretne brzmienie, które sobie wyklarujemy. Generalnie zamierzamy na każdej płycie zmieniać styl.


Wspominałeś kiedyś o klimatach w stylu Graveyard.


Planowaliśmy trochę pograć w stylu retro, psychodelicznie pod lata '60 i '70. Tak, żeby kawałki na płycie były dosyć zwarte, ale na koncertach można je było rozwinąć. To się jednak nie dzieje, bo na ostatnich próbach wychodzi zupełnie inne muzyka.


Więc w jakim kierunku teraz zmierzacie?


Powiedziałbym, że w groove metalowo-hardcore'owym. Wracamy do Pantery i trochę do Lamb of God, choć to mi nie pasuje do tego zespołu (śmiech). Ale jak wszystko układamy w całość to okazuje się, że riffy są w taki sposób zagrane, że słychać, że to i tak Vagina. Nie wiem jeszcze, jak to dokładnie określić i o co w tym chodzi, ale myślę, że nie będzie jakiegoś gwałtownego zgrzytu, że najpierw nagraliśmy płytę sludge’ową czy doomową, a teraz hardcore'ową. Chcemy to jakoś połączyć ze sobą. Na razie mamy zarys czterech kompozycji. Trzy są podobne do siebie, utrzymane właśnie w metalowo-hardcore'owym stylu, a jeden numer jest typowo stonerowy, albo bardziej stoner-doomowy, coś jak Church of Misery na przykład.


Kiedy planujecie to wydać?


Najpierw wypuścimy w końcu płytę akustyczną, to jest jednak priorytet. Mamy cztery kawałki nagrane, chcemy dograć te trzy i taką EPkę wydać własnym sumptem.


Na razie ta akustyczna EPka funkcjonuje tylko w Internecie.


Na razie tak.


I jak, ludzie ściągają?


Ściągają, ściągają, ale nadal nie są to takie ilości, jakie byśmy chcieli.


A jak wpadliście na pomysł grania akustycznego?


Pepsi Rock Battlefield miało taki punkt w umowie, że jak się kapela dostanie do półfinału, to musi zagrać koncert akustyczny. Stwierdziliśmy, że to zajebisty pomysł, tylko, że nikt z nas nie potrafił naprawdę dobrze grać na gitarze akustycznej. Uznaliśmy, że nie będziemy robić nowego materiału, tylko totalnie przerobimy stare kawałki. Skończyło się tak, że przez dwa miesiące gadaliśmy, że jak się spotkamy na próbie to to zrobimy, a de facto ćwiczyliśmy tylko dwa dni przed samym koncertem. To były ciężkie i pracowite dnie i noce..


Ale wyszło dobrze.


Wyszło zaskakująco nieźle, więc stwierdziliśmy, że musimy to pociągnąć dalej i nagrać, zwłaszcza, że dużo osób, które nie słuchają nas w cięższej wersji, polubiło te kawałki w wydaniu akustycznym. Okazało się, że akustyczna Vagina ma znacznie więcej odbiorców i widać to nawet wśród znajomych. Kiedy wcześniej zapraszałem 50 osób na koncert, to wiedziałem, że 20 osób przyjdzie, bo słucha takiej muzyki, a 30 po to, żeby zrobić mi przyjemność. Teraz, kiedy zapraszam na akustyczny set,  przychodzą wszyscy bez gadania hehe


Jednorazowa sprawa rozwinęła się w coś większego, bo częściej gracie takie koncerty.


Tak, zagraliśmy już chyba ze 3 takie gigi, łącznie z tym na Pepsi Rock Battlefield.


I planujecie następne.


That's right. 26 czerwca, gdy będziemy grali koncert, który jest nagrodą za wygraną w Pepsi Rock, mamy zamiar zagrać najpierw akustyczny, a potem elektryczny set. Może nawet to jakoś nagramy.


Czy wygrana w Pepsi Rock Battlefield przełożyła się na jakiś konkretny efekt?


Mam wrażenie, że dała nam taką czasową promocję. Na dłuższą metę za to ustabilizowała jakby kapelę. Podniosła na duchu. Udowodniliśmy sobie, że nawet z tak niszową muzą możemy się przebić. Fani i znajomi myślę, też zrozumieli po tych koncertach, że Vagitarians pomału wychodzi z podziemia (śmiech)


Teraz, nagrywając album harcore'owy, jeszcze bardziej zniechęcicie ludzi.


Dlatego najpierw wydamy materiał akustyczny. Mieliśmy plan, żeby się zebrać w wakacje, pojechać na wieś, do pewnej miejscowości pod Kazimierzem, zarejestrować krążek w sposób bardzo organiczny. W sensie - wziąć sprzęt do nagrywania, a najpierw ćwiczyć parę dni, żeby kompozycje w tym czasie się rodziły. Wszystko miało przebiec spontaniczne. Chcieliśmy nagrywać gitary nie w studio, tylko np. w lesie, albo bębny w kamieniołomach, a w kościele wokal, żeby wyszły te wszystkie naturalne pogłosy. Muzycznie mieliśmy plan połączyć wersję akustyczną z elektryczną, nagrać album w stylu "III" Led Zeppelin, gdzie pierwszą połowę mamy ostrzejszą, bluesowo-rockową, a drugą folkową, akustyczna. Jednak wyszło, jak wyszło.


Więc najpierw akustyczna EPka, a potem bardziej jednorodna płyta.


Tak. Nie wiem, kiedy ten krążek się ukaże, chcielibyśmy wydać go jeszcze w tym roku... Ja jestem jak Frank Zappa. To znaczy, nie tak elegancki jak Zappa (śmiech), ale chciałbym wydawać naprawdę bardzo dużo płyt, nie czekać pięć, trzy czy osiem lat na następny album, jak większość polskich kapel.. Choćby dlatego, żebym był zadowolony z mojej półki z płytami, że mam np. 10 płyt Vaginy wydanych w ciągu pięciu lat (śmiech). Bo w sumie pomysłów mamy sporo.


No właśnie co z tymi pomysłami. DVD?


DVD jest kręcone cały czas. Większość koncertów filmuje nasz znajomy Maciek, w HD. Do tego jeszcze jakieś pseudo-dowcipy, ale jeszcze tego w ogóle nie przejrzeliśmy, niczego nie wybraliśmy, więc na razie też to odsuwamy. Mamy za dużo pomysłów, a za mało czasu i kasy, żeby to zorganizować.


Split z Lucky Funeral?


Ten split się przeciąga już tak długo, ale tak to jest, jak chce się samemu wydać płytę. Najpierw oni mieli jakieś problemy finansowe, potem my. Później okazało się, że ich wytwórnia czy tłocznia życzy sobie jakieś dokumenty od ZAIKS-u, których nie możemy zdobyć. Musieliśmy dostarczyć papier potwierdzający, że nie jesteśmy w ZAIKS-ie, wtf ?!. A tam powiedzieli nam, że takiego zaświadczenia nie wydają. Teraz mamy więc kolejny problem, który zajmie nam pewnie dwa czy trzy tygodnie. Tak to się właśnie rozwija, ale w końcu wydamy ten materiał, jesteśmy już bliżej niż dalej. Dwa bardzo mądre kawałki tyle czasu już leżą odłogiem…


Spotkałem się ze stwierdzeniem, zresztą sam też tak uważam, że opus magnum "Wood" jest "Ruthless". To faktycznie nowa jakość w waszym graniu.


Ten kawałek gramy już jakieś 2,5 roku. Graliśmy go jeszcze ze starym bębniarzem. Różnił się tym, że był w całości instrumentalny, ale szczerze mówiąc nie wiem, czy można go nazwać naszym opus magnum. Znalazł się w dość kulminacyjnym momencie płyty, ale nie planowałem tego. Mamy też jeden odrzut z "Wood", utrzymany w takim stylu, w jakim teraz robimy kawałki, trochę sludge'owy, trochę hardcore'owy. Ten numer nie pasował jednak do reszty utworów, nie był taki dostojny, wolny i tłusty, tylko trochę zbyt radosny, z refrenem, itd. Tego już było za dużo jak na jedną płytę, więc stwierdziliśmy, że teraz odłożymy go na półkę. Może później, kiedyś. Jak będziemy wydawać wersję de luxe dwupłytową, to na drugim krążku będzie tylko ten jeden utwór (śmiech).


Trzeba w tym celu zbierać odrzuty.


Dokładnie (śmiech). To jest naprawę niezły kawałek. Gramy go na koncertach, nosi roboczy tytuł ‘siemaneczko’. Zawsze jak mówimy ‘siemaneczko’ do ludzi na koncercie, to później gramy ten kawałek (śmiech) i się sprawdza.. Pamiętaj o tym (śmiech)


Postaram się (śmiech) Dlaczego wydaliście płytę własnym sumptem?


Chyba dlatego, że chcieliśmy sprawdzić, jak to jest wypuścić płytę własnym sumptem, jak to potem wygląda od środka, jak się ją robi i wydaje. Męczyliśmy się z okładką pół roku, z tymi wszystkimi specyfikacjami technicznymi dotyczącymi tego, czy się plik nadaje do wydruku czy nie, itd. Poza tym, jakbyśmy materiał zaczęli rozsyłać po wytwórniach, to by nam się wszystko opóźniło o kolejny rok.


A dystrybucja?


Mieliśmy się dogadać z Fonografiką, ale też to odpuściliśmy. Stwierdziliśmy, że chcemy rozprowadzać materiał własnymi kanałami. Umówmy się, kto kupi album nieznanej kapeli, nawet za 19 zł, w Saturnie, Media Markt, Empiku czy gdziekolwiek indziej. Po co tracić egzemplarze płyt, które można wykorzystać dużo lepiej. Wolałbym już rozdawać te krążki, niż żeby leżały w jakichś sklepach.


W przyszłości będziecie działać tak samo?


W przypadku akustycznej płyty na pewno, a następna... zobaczymy, jaki będzie szum wokół kapeli. Jak coś się będzie działo, uda nam się trasa po Niemczech, dostaniemy propozycje innych koncertów, wtedy będziemy wiedzieli, że to jest zespół, który może w Europie podziałać i że będzie interesujący dla wytwórni. Ciężko nam się też rozstać ze 100% odpowiedzialnością za to wszystko, co zrobiliśmy. Nie za bardzo bym chciał, żeby ktoś mi wydawał płytę i był odpowiedzialny np. za okładkę, za to gdzie płyta będzie sprzedawana, ile my z tego będziemy mieli pieniędzy jako zespół itp. Chciałbym to wszystko kontrolować, szczerze mówiąc. Trzeba znaleźć wytwórnię, która partnersko podchodzi do sprawy.


To pewnie nie w Polsce.


No właśnie. Nie chciałbym na przykład mieć naklejki na folii, że Radio Eska Rock prezentuje... czy coś takiego, bo mnie to gówno obchodzi (śmiech).


I tak byście nie mieli podobnej naklejki, bo radio nie puszcza takiej muzyki (śmiech).


No, wiem (śmiech).


Co z koncertami zagranicznymi i trasami?


Pomału sobie kreujemy jakąś trasę po Niemczech. Nie wiem, ile to będzie koncertów, wiem za to mniej więcej z jakimi kapelami. Coś się szykuje z Wight, Kadavar, prawdopodobnie co miasto będziemy grać z innym zespołem. W Polsce na razie przecieramy szlaki. Pojechaliśmy do Gdyni i do Krakowa, tam naprawdę ogarnięci kolesie robią koncerty. Nie chcę, żeby to tak wyglądało, że zabukujemy w Polsce 15 imprez, z czego 10 będzie polegać na tym, że na siłę pojedziemy do jakiegoś miasta, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo, kto na to przyjdzie i w konsekwencji nie będzie nikogo w knajpie. Kluby nie robią wystarczającej promocji zazwyczaj, trzeba będzie znaleźć jakiegoś lokalnego promotora, który będzie wiedział, jak ustawić imprezę, żeby przyszło dużo osób. Np. w Krakowie graliśmy na takiej cyklicznej zabawie Southern Discomfort i tam była tylko jedna kapela z Krakowa, trzy przyjechały spoza. Przyszło 150 osób i to był dobry koncert. Jesteśmy za biedni, żeby wydawać 6 stów na transport do jakiejś miejscówki, gdzie na gigu pojawią się 3 osoby. Ten czas już chyba minął, w sensie, że jakbyśmy 10 lat temu zaczynali, to pewnie byśmy się wszędzie pchali, ale teraz spróbujemy wyrobić sobie najpierw jakieś znajomości po prostu. Nie jest tak, że siedzimy z założonymi rękami i czekamy, aż ktoś się do nas odezwie - jak większość zespołów w Polsce moim zdaniem  - ale szukamy, choćby po FB, kontaktów do ludzi, którzy mogliby się zainteresować naszą muzyką.


Uważacie się za band koncertowy? Wolicie grać koncerty czy nagrywać płyty?


I to i to. Nie jesteśmy zespołem, który improwizuje za dużo na koncertach. Wcześniej, jak mówiłem, grałem w kapeli w której z zasady pozwalaliśmy sobie na więcej, nazywała się Strange Brew. Braliśmy na warsztat utwór np. King Crimson "21st Century Schizoid Man" i graliśmy, dodając nowe pomysły tak, że trwał 20 minut. To było granie bardzo koncertowe, tego by się nie dało potem powtórzyć. Z Vaginami jest tak, że dopiero jak siedzę w studio, to czuję, że mogę coś poimprowizować, coś dodać, itd., nie mam ograniczeń, bo zazwyczaj sam pierwszy nagrywam gitary i siedzę nad wszystkimi szkicami utworów.


A reszta zespołu jaki ma wpływ na ostateczny kształt materiału?


Zerowy (śmiech). Jest to żart oczywiście. Choociaż.. (śmiech) To, że ja przynoszę więcej riffów od innych, nie znaczy że reszta kapeli nie ma mocy sprawczej oraz możliwości twórczego wkładu generalnie.


Tworząc materiał dla Vaginy wykorzystujesz pomysły z tego wcześniejszego projektu?


Tak, choć rzadko. Na przykład w ten sposób zrobiliśmy akustycznego "Stoner Bonera". Kawałek całkowicie inny niż w wersji normalnej, generalnie został w całości oparty na utworze, który kiedyś grałem ze Strange Brew, 5 czy 6 lat temu. Aktualnie myślimy, żeby przejąć repertuar Hellbound, czyli innej mojej kapeli, superjointowo-panterowej i grać go na koncertach jako Vagitarians, ale jeszcze w sumie się nie zgodziliśmy w 100%. Dla mnie normą jest granie 3 godzinnych gigów, tylko wiem, że z taką muzyką to mogłoby być strasznie nudne. Dlatego nagraliśmy tę płytę, która jest od początku do końca ciosem w mordę, ściana dźwięku i wkurwienia leci na człowieka. Teraz będziemy urozmaicali bardziej, nawet jeśli mamy bardziej hardcore'owe pomysły, to mam nadzieję, że płyta nie będzie taka w całości.


Jak zaczęło się twoje granie na gitarze?


Mój ojciec-perkusista zaraził mnie miłością do bębnów. Kiedy miałem jakieś 6 lat, zacząłem walić pałkami w stołki. Waliłem w nie tak 4 lata, a później jak siadłem do zestawu, oczywiście nie wiedziałem, co jest do czego.


To typowa opowieść każdego perkusisty (śmiech).


No właśnie. Tak sobie grałem, grałem i stwierdziłem - ‘chcę być perkusistą, ojcze’. A on odpowiedział: ‘nie, no co ty, będziesz na perkusji grał, zanim zwiniesz sprzęt to wszystkie dziewczyny będą zajęte przez gitarzystę i wokalistę’.


I miał rację.


Miał rację, oczywiście, a że się wstydziłem śpiewać, no to stwierdziłem ‘dobra, niech będzie gitara’. Mieliśmy gitarę klasyczną, zacząłem się uczyć pod okiem ojca, który sam wcześniej ogarniał jakieś utwory, żeby potem mi je pokazać, więc w sumie rozwijaliśmy się obaj. Całe szczęście, że tak zacząłem, bo jakbym wystartował od jakiejś Metalliki czy Nirvany to pewnie bym umiał 10% tego, co umiem teraz.


A od czego zaczynałeś?


Od Stevie Ray Vaughana, Gary'ego Moore'a, Jimi Hedrixa. Gitarzyści bluesowi, rockowi, taka podstawa w sumie i to było bardzo dobre.


Dzieciakom, które startują od Metalliki, brakuje podstaw.


Tak, zdecydowanie. To jest coś, co powiedział perkusista Whitesnake. Kiedy przychodzą do niego dzieciaki i mówią, że się bardzo dużo nauczyły od niego na bębnach. Tymczasem on, jak był młody, uczył się od Johna Bonhama, którego tamte dzieciaki np. nie znały.. Jak Bonham z kolei  był młody, to uczył się od jazzmanów, itd. Więc John Bonham tak naprawdę wiedział więcej, a bębniarz z Whitesnake podpatrywał tylko to, co Bonham wykorzystał do swojego rockowego grania z różnych jazzowych patentów. Więc to się wszystko zawęża. Jak ktoś teraz słucha Dragonforce i gra to potem na gitarze, umie tylko bez sensu zapierdzielać skale na gryfie.


I nie zagra prostego bluesa.


Na pewno nie. Steve Vai nie umie grać bluesa (śmiech). Jest taka niby zasada, że każdy gitarzysta powinien umieć zagrać bluesa, bo to jest podstawa rock'n'rolla i potem w jakiś tam sposób z rock'n'rolla powstał metal. I coś w tym jest.


Miałeś szczęście, bo dziś nie każdy tak zaczyna. Zazwyczaj początkujący grają do tego, czego słuchają, a dziś bluesa nie słucha prawie nikt.


Kiedy daję dzieciakom lekcje gry, to okazuje się, że wielu z nich ma ojców, którzy kiedyś grali na gitarach, ale ich nie uczą, tylko wysyłają do mnie. Oczywiście nie było tak, że nie miałem żadnych przejść  z ojcem. Mieliśmy całkiem napięty harmonogram - godzina dziennie grania i ćwiczenia. Strasznie się wkurzałem na taki rozwój sytuacji. Gdzie mi się w 6 klasie podstawówki chciało grać godzinę dziennie, po szkole…, ale to było bardzo dobre. Mój ojciec pewnie z 10 lat życia stracił na tym (śmiech).


I co teraz myśli o tym, w jakim kierunku podążasz z zespołem i jako gitarzysta?


Jako gitarzysta, to słabo. Przez to, że grałem metal za długo, przestałem się rozwijać, przestałem uczyć się jakichś innych stylów, innych gitarzystów i solówek. To nie jest dobre. Dlatego, jako gitarzysta sam nie jestem z siebie zadowolony. Ale jeśli chodzi o płytki, które nagrywamy, to ojciec docenia, a nawet mu się podoba, akustyczna przede wszystkim. Zresztą akustyczna podoba się całej mojej rodzinie (śmiech).


Ulubieni gitarzyści?


Najbardziej zachwycam się takimi postaciami, jak John McLaughlin albo Scott Henderson, czyli takimi jazz-rockowcami, bardziej zwariowanymi technicznie i muzykalnie niż wszyscy gitarzyści metalowi razem wzięci. Jeśli chodzi o metal, to nie wiem, czy mam jakiegoś gitarzystę, który by mnie inspirował, albo specjalnie zachęcał do tego, by grać tak jak on. Bo wszyscy grają tak samo, albo bardzo podobnie.


A Dimebag?


No, w sumie masz rację. Kiedyś jeszcze dużo grałem z Petrucciego, ale to taka inspiracja, która już mi przeszła. Przede wszystkim, inspirują mnie gitarzyści jazzowi. Jest jeszcze Adrian Belew z King Crimson, ale to chyba wszystko.


Opowiedz o sprzęcie.


Mam wzmacniacz Soundmana Mark III, trochę dopieszczony. Kupiłem go z 10 lat temu chyba i od tamtej pory nic z nim nie robiłem, nie wymieniłem lamp, co jest karygodne, ale jestem z niego zadowolony. Teraz myślę nad tym, żeby kupić drugi wzmacniacz i grać na dwóch na raz, gitara będzie wtedy brzmiała dużo potężniej. Gitary mam dwie, Fendera Strata japońskiego i Gibsona Les Paula. Z Fendera jestem zajebiście zadowolony, a Gibson jest bardzo dobry do łojenia, bo ma dużo mocniejszy sygnał, ale generalnie mi nie podchodzi. Przez to, że teraz zakładam grube struny, Fender trochę nie wyrabia i gra się na nim nieco gorzej, ale mimo wszystko  jest bardziej funkcjonalny, nadaje się do wielu stylów. Gibson jest niesprawdzony, sklepowy, niewyregulowany wymaga trochę roboty. Ostatnio ustawiłem  w nim w końcu menzurę, ale to podstawowy model Les Paul Studio i raczej nie polecam. Jeśli chodzi o efekt, na koncertach nie korzystam nawet z kaczki.


To na koniec pozdrów ładnie naszych czytelników.


Pamiętajcie, żeby bawić się ładnie i mieć oczy otwarte na ciekawą muzyczkę!


Szymon Kubicki i Małgorzata Napiórkowska Kubicka

Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie