Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Grzegorz Skawiński

Grzegorz Skawiński

Co łączy takie projekty, jak Kombi, Kombii, O.N.A. czy Skawalker? Oczywiście postać Grzegorza Skawińskiego - gitarzysty, który w swojej muzyce umiejętnie łączy dwa z pozoru trudne do pogodzenia światy: muzyki popowej oraz ciężkiego gitarowego rocka. Z artystą rozmawiamy m.in. o jego najnowszej płycie zatytułowanej "Me & My Guitar".

Czy pamiętasz ten moment, kiedy w twojej głowie pojawiła się myśl o związaniu swego życia z muzyką?


Tak. Ale żeby było śmiesznie, pierwszym instrumentem wcale nie była gitara - kiedy byłem dzieckiem, marzyłem o… akordeonie. Rodzina zrzuciła się więc i rodzice kupili mi malutki akordeonik Echo na 32 basy. Pamiętam, że bardzo się zdziwiłem, że to samo nie gra - myślałem, że jak tylko wezmę go do rąk, to zachwycę wszystkich zebranych wspaniałymi melodiami. Miałem wtedy może pięć lat. Aby pomóc w realizacji marzenia o muzyce, rodzice zatrudnili więc nauczyciela - starszego pana, który przysypiał na lekcjach, a ja wtedy wymykałem się z domu. Ganiałem po podwórku i grałem w piłkę z kolegami. Potem wracałem, a on się dopiero budził. Po jakimś czasie nauczyciel powiedział rodzicom, że nie rokuję, że nie widać żadnych postępów i że nie mam talentu muzycznego (śmiech). Tak więc akordeon okazał się całkowitą porażką. Dopiero kilka lat potem przyszła do Polski moda na Beatlesów i Rolling Stonesów, a wraz z nią na gitary. Na czasie był "chłopak z gitarą" i ja też chciałem się w ten obraz wpisać.


Jak zdobyłeś swój pierwszy instrument strunowy?


Pierwszą "gitarę" zrobiłem sam, z deski od starego łóżka - monolit, czyli gryf i korpus w jednym (śmiech). Pomalowałem ją jakimiś farbkami, które akurat miałem pod ręką, a progi nabiłem z miedzianego drutu. Jak łatwo się domyślić, nie miało to prawa grać, ale mnie rozpierała duma - byłem gitarzystą. Rodzice, widząc mój zapał, zaproponowali pomoc w uciułaniu pieniędzy na prawdziwy instrument, ale pod warunkiem, że część zarobię sam. Zbierałem więc makulaturę i butelki, będąc w punktach skupu częstym gościem. Aż któregoś dnia nadeszła ta upragniona chwila - stałem się właścicielem gitary akustycznej polskiej produkcji. Gitara była straszna, ale przynajmniej wydawała dźwięki i mogłem się uczyć. Koledzy pokazali mi kilka pierwszych akordów, a ja próbowałem śpiewać z akompaniamentem gitary. Chłonąłem wiedzę, skąd tylko mogłem - czy to z pism typu "Na przełaj", w których czasem drukowano piosenki, czy to od człowieka spotkanego przypadkowo na obozie harcerskim. Takie to były początki - przyznam, mało efektowne - chłopaka mieszkającego w Mławie, marzącego o wyjechaniu do dużego miasta i zrobieniu kariery muzyka.


Jak więc gitarzysta z Mławy znalazł się w grającym na dużych scenach zespole Kombi?


W szkole średniej poznałem Waldka Tkaczyka, zupełnie przypadkowo zresztą, bo trafiliśmy po prostu do tej samej klasy. Pod koniec roku założyliśmy nasz pierwszy zespół, Kameleon, w którym graliśmy rockowe covery i jeździliśmy na rozmaite przeglądy, takie jak "Mazowieckie Rytmy Nastolatków", sprawdzając własne możliwości. Już wówczas nasiąkałem dźwiękami zacnych gitarzystów, mam tu na myśli Hendriksa, Claptona, Page'a, Blackmore'a, Iommiego, Akkermana… Z polskich wykonawców pamiętam szczególnie Nalepę z zespołem Breakout, Niemena, a nieco później SBB. To jest właśnie mój muzyczny fundament. Słuchałem muzyki na magnetofonach szpulowych, aż do zupełnego starcia taśm, próbując się uczyć "zagranicznych" patentów. Potem wyjechałem do Gdańska, do szkoły muzycznej, gdzie dostałem się do klasy gitary klasycznej. Niestety, za namową rodziców, po roku nauki zrezygnowałem i zapisałem się na studia, na Pedagogikę Specjalną, bo na tym samym kierunku był mój stary kompan - Waldek Tkaczyk. Nowe środowisko muzyczne okazało się doskonałym impulsem do intensywnego rozwoju. Dość szybko założyliśmy wraz z Waldkiem i Jankiem Plutą rockowe trio Horoskop. Graliśmy dla studentów w trójmiejskich klubach. Po jednym z takich koncertów pojawił się Sławek Łosowski, który złożył Jankowi i mnie propozycję przejścia do jego zespołu o nazwie Akcenty, który już wówczas był znany na lokalnych scenach. Pluta się zgodził, a ja odmówiłem, chcąc być lojalnym wobec Waldka.

Po jakimś czasie Łosowski potrzebował z kolei basisty i złożono w końcu propozycję Waldkowi. Tkaczyk postawił wtedy sprawę jasno, że beze mnie nie pójdzie. No i takim sposobem całe trio Horoskop wylądowało w zespole Akcenty. Zacząłem słuchać szeroko pojętego fusion - John McLaughlin z Mahavishnu Orchestra, Chick Corea z Return To Forever, Joe Zawinul z Weather Report - te fascynacje próbowaliśmy przemycić w naszej muzyce. Graliśmy wówczas koncerty z takimi grupami, jak Laboratorium i Extra Ball. Zdarzyło się nawet zagrać wspólnie z Adamem Makowiczem. Z czasem zaczęło nas jednak mocniej ciągnąć w kierunku rocka i popu, pojawiało się coraz więcej piosenek, aż w końcu nadszedł czas zmiany nazwy - tak właśnie narodziło się Kombi. Pod tym szyldem graliśmy ponad 16 lat.


Skąd wzięła się decyzja o opuszczeniu tego rozpędzonego pociągu i założenia własnego zespołu?


Wyciągnął mnie z niego magnetyzm muzyki gitarowej. Późne Kombi było już mocno elektroniczne i bardzo popowe, a ja straszliwie chciałem grać rocka. Przełomowym momentem był wyjazd do Ameryki w roku 1987, gdzie trafiłem na NAMM Show odbywające się wówczas w Chicago. Przy okazji tej imprezy zobaczyłem fantastyczny koncert, na którym zagrali między innymi Joe Satriani, Steve Vai, Paul Gilbert, Vinnie Moore, Johnny Winter. Co ciekawe, występowali w klubie, w którym graliśmy z Kombi jakieś dwa tygodnie wcześniej. Mieliśmy więc już tam wolny wjazd, znali nas. Dzięki temu mogłem podpatrywać soundcheck i porozmawiać z tymi wszystkimi muzykami osobiście. Sam show był czymś nieprawdopodobnym. To doświadczenie w zasadzie przesądziło o tym, że zacząłem robić na boku własne gitarowe rzeczy, ale oficjalnie zespół Kombi został rozwiązany dopiero w roku 1992. Dzięki współpracy z Rafałem Paczkowskim w roku 1989 wydałem swoją pierwszą solową płytę, zatytułowaną po prostu "Skawiński". Wysłaliśmy ją nawet na casting do Ozzy Osbourne’a, od którego dostałem potem fajny list, a także do Mike’a Varneya ze Shrapnel Records, dzięki czemu mam piękne recenzje, które ukazały się w pismach "Guitar Player" i nieistniejącym już "Guitar For The Practicing Musician". Co ciekawe, w Polsce płyta ta została dosłownie zniszczona przez pewnego pana krytyka, ale to już chyba nasza narodowa specyfika (śmiech).


Następnym etapem w twojej karierze był zespół Skawalker, w którym zagrałeś już nieco ciężej, oraz O.N.A. - zespół, który osiągnął spektakularny sukces.


Płyta "Skawiński" ocierała się jeszcze o pop-rock, a cały czas chodziło mi po głowie mocniejsze granie. Jednocześnie uczyłem się nowych rzeczy, zmieniałem podejście do instrumentu i rozwijałem swoją legatową ekspresję. To wszystko znalazło swój wyraz właśnie w zespole Skawalker, który założyłem wraz z Piotrem Łukaszewskim i Waldkiem Tkaczykiem w 1991 roku. Pod tym szyldem nagraliśmy trzy płyty: "Skawalker", "Sivan" i akustyczną "Bez prądu" - a do kolejnej zaczęliśmy się rozglądać za wokalistką. Tak w zespole pojawiła się debiutująca wówczas Agnieszka Chylińska. Postanowiliśmy też zaryzykować i pozbawić zespół przeszłości, zmieniając jego nazwę ze Skawalker na O.N.A. Pierwszy singiel opublikowaliśmy, nie podając składu, więc nikt nie wiedział, kto to gra. Pewnego razu mój kolega zaskoczył mnie: "Słyszałeś może ten nowy zespół? Dziewczyna zawodowo śpiewa i gość gra super na gitarze, chociaż słychać, że tak jeszcze młodzieńczo". A ja mu na to: "Krzysiu… to ja" (śmiech). "Modlishka" została znakomicie przyjęta - w 1996 odebraliśmy złotą płytę za sprzedanie 100.000 egzemplarzy. Reszta jest historią, którą znają wszyscy: podwójna platyna za "Bzzzzz", platyna za "T.R.I.P.", złoto za "Pieprz" i "Mrok", a także masa rozmaitych nagród i wyróżnień.


Każda płyta O.N.A. miała inny charakter. To było celowe działanie czy naturalna ewolucja?


Absolutnie celowe. Jestem także pewien, że kiedy wezmę się za nagranie kolejnej płyty solowej, to także pójdę w zupełnie innym kierunku. Nie mógłbym nagrywać płyt utrzymanych w tej samej stylistyce, jak na przykład AC/DC. I nie mówię tego pejoratywnie. Mnie po prostu fascynuje różnorodność. Postrzegam to jak pudełko czekoladek Forresta Gumpa - nigdy nie wiesz, co ci się trafi, i to jest właśnie w życiu najpiękniejsze. Dlatego też płyty O.N.A. zmieniały się z krążka na krążek, wraz z naszymi aktualnymi fascynacjami. Moją ulubioną płytą nadal jest "Bzzzzz" - to rzecz fantastycznie nagrana, nic mnie tam nie uwiera i nie razi. Do dziś słucham jej z przyjemnością. Bardzo lubię także ostatnią - "Mrok".


Pewnie sporo osób cię o to już pytało, ale właściwie dlaczego zakończyliście działalność O.N.A.?


Byliśmy ze sobą ponad osiem lat - w końcu musiało dojść do jakiegoś splitu. Agnieszka była osobą bardzo niepokorną. Nie mogę powiedzieć, że zawsze pracowało nam się łatwo. Nie była to droga usłana różami. Oczywiście rezultaty były fantastyczne, ale czasem dochodzenie do konsensusu było dość karkołomne. Można by rzec, że "pięknie różniliśmy się" między sobą i dopóki dało się to trzymać w ryzach, dopóty wszystko działało w miarę sprawnie. Ale zawsze pozostawała tylko jedna kwestia: do którego momentu uda się to wszystko wytrzymać. Szczerze mówiąc, trochę mi żal tego zespołu. Myślę, że rozpadliśmy się co najmniej o jedną płytę za wcześnie.


W dużym uproszczeniu, gitarzyści dzielą się na dwa obozy: jedni wybierają konstrukcje wywodzące się od Gibsona, drudzy - te wywodzące się od Fendera. Ciebie częściej zobaczyć można z tymi drugimi. Dlaczego?


Po wspomnianej wcześniej przeprowadzce na studia do Trójmiasta nie tylko poznałem wielu muzyków, ale po raz pierwszy zetknąłem się z zawodowymi gitarami, takimi jak Gibson Les Paul czy Fender Stratocaster. Podobały mi się obie. To piękne instrumenty, o zupełnie innej budowie, oferujące odmienne możliwości brzmieniowe. Ale w międzyczasie zafascynowałem się muzyką Jeffa Becka, który intensywnie korzystał z mostka tremolo, i to w zasadzie przesądziło o wyborze Stratocastera. Po prostu finansowo nie mogłem sobie pozwolić na dwa instrumenty. Na pierwszego Strata zbierałem pieniądze przez rok - to była gitara po Darku Kozakiewiczu, kupiona chyba za 430 dolarów, co wówczas było kwotą wręcz kosmiczną.


Tamte czasy są zupełnie niepojęte dla naszych młodszych czytelników. Obecnie sklepy aż kipią od sprzętu, a jak było, kiedy zaczynałeś?


Moją pierwszą gitarą elektryczną był Defil przezywany przez nas wtedy "Debilem" (śmiech). Nakleiłem sobie na korpus zdjęcie Hendriksa, i to już było "coś". W centrali muzycznej nie było cienkich strun, które dałoby się normalnie podciągać. Pamiętam, że na dół zakładałem struny z kompletu dwunastek, a na górę trzy struny E tej samej grubości. Tak więc pierwsza struna nie dała się prawie wcale podciągać, druga była w miarę OK, a trzecia była już luźna jak guma od majtek. Czasem udało się zdobyć cieńsze struny basowe. Generalnie gitary kompletnie nie stroiły i była to prawdziwa makabra. Na szczęście w późniejszym okresie na rynek weszła polska firma Presto, wprowadzając struny, na których dało się już w miarę normalnie grać. O produktach marek takich jak Fender mogliśmy tylko pomarzyć. Słyszeliśmy, że gdzieś na świecie produkują sprzęt do takiego rockowego grania, ale w polskich sklepach tego nie było.

Moją drugą gitarą była Musima, produkcji NRD, o kształcie skrzypcówki. Miałem też czeską Jolanę Huragan, która uważana była wówczas za naprawdę dobry instrument. Jednakże pierwszą "normalną" gitarą była kopia Telecastera wykonana przez niemiecką firmę Höfner. To było świetne wiosło, już z dobrymi pickupami i wygodnym gryfem - grałem na nim jeszcze w początkach Kombi. Podobnie jak z gitarami, ciężko było ze wzmacniaczami i efektami. Powoli zdobywaliśmy wiedzę, że jest coś takiego jak przester, który daje charakterystyczne dla rocka brzmienie. Jeden z kolegów wykonał nam własnoręcznie na podstawie schematu z "Młodego Technika" pierwszy fuzz. Obudowę zrobiliśmy z aluminiowej łyżki wazowej, a włącznik z guzika od lampki nocnej. Oczywiście to też nie miało prawa dobrze działać - trzeszczało, pierdziało, warczało… Takie to były czasy.


To ciekawe, bo jak tak opowiadasz, to czuję się, jakbym był z tego samego pokolenia. Jeszcze pod koniec lat 80. marzyłem, by zamienić Defila Kosmos na czeską Jolanę (śmiech). Przester skleciliśmy metodą point-to-point i załadowaliśmy do mydelniczki. W sklepie był tylko jeden rodzaj łamliwych kostek do gitary, a struny były tylko szlifowane, bo normalne sprzedawały się w ciągu godziny tuż po dostawie...


Prawda czasów i prawda ekranu… (śmiech). Przystawki wkładało się w pudełka od akronu - to był taki lek na gardło - dokładnie pudełeczko wielkości obudowy przystawki. Buteleczki po lekach doskonale spełniały się w roli tulejki slide, co zresztą jest w zgodzie z prawdą historyczną, bo czarnoskórzy bluesmani używali przecież właśnie buteleczek - nie było wtedy slide’ów Dunlopa.


Jeśli miałbyś wymienić nazwisko jednego gitarzysty, który wywarł na ciebie największy wpływ, to kogo byś wymienił?


Powiedziałbym bez chwili wahania: Jimi Hendrix. To człowiek, który moim zdaniem dokonał absolutnej rewolucji, jeśli chodzi o gitarę. Był wizjonerem z niewyczerpanymi pokładami wyobraźni, który całkowicie odmienił podejście do tego instrumentu, do barwy, do wykorzystania efektów. Właściwie całą współczesną muzykę gitarową zawdzięczamy właśnie jemu. Czasem wymieniamy bezrefleksyjnie nazwiska znanych gitarzystów, nie doceniając wpływu, jaki mieli na świat. Muzycy tacy jak Hendrix, Clapton czy Page zmieniali mentalność całych pokoleń, a jednocześnie - oblicze świata. Poprzez muzykę oczywiście, bo osobiście nie znoszę tak zwanych "wykonawców walczących". Jestem wrogiem ideologii i polityki w muzyce. Rozumiem to, ale nie lubię, kiedy sztuka - w tym wypadku muzyka - jest traktowana instrumentalnie, jako narzędzie do przekazywania jakichś mniej lub bardziej "podejrzanych" treści. Ja staram się, aby moje intencje muzyczne były jak najbardziej czyste i szczere.


A jednak niektórzy zarzucają ci komercję, czyli tworzenie muzyki z myślą o kasie - mam tu na myśli Kombii


OK, ale właściwie co to jest komercja? Jeśli coś jest komercyjne tylko dlatego, że duża liczba osób chętnie kupuje płyty i chodzi na koncerty, to największą komercją był grunge święcący triumfy w latach 90. A obecnie ten cały pseudoalternatywny bełkot to przecież też komercja, tylko zawoalowana. Bardzo często pod płaszczykiem niezależności sprzedaje się ludziom straszliwy kit. Ja jestem szczery w tym, co robię, a zarzucanie mi komercji to strzał kulą w płot. Sprawa pieniędzy ma dla mnie drugorzędne znaczenie - doszedłem w życiu do takiego etapu, na którym wiem, że kasa to nie wszystko. Robię po prostu to, co sprawia mi przyjemność, a że są to czasem rzeczy z przeciwległych muzycznie światów…

Mam wrażenie, że słuchacze chcieliby często zakuć muzyka w kajdany i zamknąć w złotej klatce. Tymczasem dla każdego artysty najważniejszą sprawą jest wolność. Jeśli jednego dnia będę chciał poruszyć ściany mocnym, przesterowanym riffem, a innego zagrać prostą melodię w rytmie disco, to kto miałby prawo mi tego zabronić? Kto miałby prawo zarzucać mi jakieś nieistniejące, złe intencje? Nie zmuszam zresztą nikogo do słuchania mojej muzyki i jednocześnie daję sobie prawo do ucieczki z tych ciasnych szufladek, w które próbują mnie ciągle włożyć muzyczni krytycy.

Obrazowo mówiąc, muzyka jest jak wielki, tętniący barwami plac zabaw - granie w jednym tylko stylu jest równie fascynujące, co zabawa łopatką i wiaderkiem przez całe życie (śmiech). Co chwilę ktoś mnie pyta: nie boisz się, że cię zaklasyfikują tak czy inaczej; nie boisz się, że nazwą cię muzyczną dziwką? Odpowiadam: nie, nie boję się! Nie boję się ani podążać własnymi ścieżkami, ani krytyki tego, co robię, o ile jest to krytyka konstruktywna.


No właśnie - jak znosisz krytykę?


Jak facet - przyjmuję ją na klatę. Zawsze mam tylko jedną prośbę: posłuchajcie materiału w całości, zanim się wypowiecie. Niech muzyka ma szansę się obronić, niech wpadnie w ucho, zanim otworzycie usta. Wiem, że czasem trudno jest słuchać obiektywnie, szczególnie kiedy ma się jakieś uprzedzenia. Ja jestem w stanie rozmawiać z każdym i z każdym wymieniać argumenty. Jedyne, czego nie lubię, to wylewanie jadu i wchodzenie w jakieś szermierki słowne, w których ktoś stara się mnie zepchnąć do narożnika i zaboksować na śmierć. Śmieszą mnie też niektóre recenzje, których autorzy popisują się wyszukanymi porównaniami i erudycją, wymyślając jakieś nieistniejące historie tylko po to, żeby kogoś ośmieszyć i poniżyć. Przecież za każdą płytą, nie tylko moją, kryje się czyjaś pasja. Kryje się człowiek, którego lata pracy można bezmyślnie przekreślić jednym ruchem pióra. Wyroki feruje się łatwo, ale czasem dobrze jest się zastanowić, zanim się komuś plunie pod nogi.


Porozmawiajmy więc o twojej ostatniej płycie, która wywołała spore poruszenie zarówno w tradycyjnych mediach, jak i w internecie.


Wydana 12 marca płyta "Me & My Guitar" jest powrotem do moich gitarowych korzeni, które połączyłem ze współczesnymi brzmieniami i niskimi strojami. Notabene wierzę, że muzyka rockowa musi wracać do korzeni, aby mogła się rozwijać. To płyta bardzo szczera i bardzo "moja". Przede wszystkim ze względu na to, że pokazuję nią, co mi aktualnie w duszy gra, ale także dlatego, że sam ją sobie sfinansowałem.


A także - jak słyszałem - nagrałeś we własnym studiu?


Tak, komfort pracy zapewniło mi studio, które zbudowałem sobie w domu. Jest niewielkie, ale wyposażone na bardzo dobrym poziomie. Mam na miejscu wszystko, czego potrzebuję, i mogę pracować wtedy, kiedy tylko mam na to ochotę. Nie muszę organizować jakichś skomplikowanych logistycznie wycieczek, żeby coś nagrać. W studiu mam kilkanaście gotowych do pracy wzmacniaczy, wszystkie moje efekty - mogę z tego wybierać jak z palety z kolorami. Gitary mam w domu, więc w razie potrzeby szybko mogę mieć w studiu dowolną z nich. Tam właśnie powstała najpierw demówka, a potem została zarejestrowana oficjalnie wydana płyta, którą sam wyprodukowałem tak, jak chciałem. Po raz pierwszy mogłem popuścić wodze fantazji i zrobić wszystko po mojemu, bez stresu, pośpiechu i ograniczeń. Pomagał mi Marcin Makowiec, świetny realizator i gitarzysta, który dawał mi po łapach, kiedy zaczynałem za bardzo świrować (śmiech). Nagrania poszły naprawdę szybko - zresztą wyznaję zasadę, że jeśli z czymś są większe problemy, to należy to zostawić. Nie cierpię mozołu (śmiech).


Czy możesz nam powiedzieć kilka słów o utworach z "Me & My Guitar"?


"Ship Of Fools" nawiązuje do oceniania, o czym już mówiliśmy przed chwilą. Czasem ludzie opowiadają o mnie głupoty, choć mnie wcale nie znają, deprecjonują moją pracę, próbują ośmieszyć… Ale mnie to nie zatrzyma ani nie zmusi do poddania się. Nie jestem "kapitanem statku głupców". A kim jestem? To wiem już tylko ja. Okraszone to jest ciężkimi riffami i zderzone z melodyjnym refrenem nawiązującym do czasów glam rocka. Wchodzi też część "B", która ma charakter heavymetalowy. Tak więc "Ship Of Fools" ma charakter mocno eklektyczny, wymyka się kryteriom, co miało muzycznie odzwierciedlać warstwę tekstową. "New Better World" śpiewany jest z punktu widzenia człowieka, który leży na stole operacyjnym, czekając na wszczepienie chipa zmieniającego postrzeganie świata. Po tej operacji wszystko ma być piękne i idealne. Ale czy na pewno? "Last Thing" to moje spojrzenie na muzyczną przeszłość, szczególnie tę, która mnie ukształtowała jako muzyka - nawiązałem tu do bluesa i rocka lat 60. i 70.

"Me & My Guitar" to swoiste spotkanie starych gitarowych przyjaciół. Zaprosiłem tam muzyków, których znam od lat i niezwykle sobie cenię zarówno od strony muzycznej, jak i towarzyskiej. Pod każdego gościa tworzyliśmy odmienny podkład, indywidualnie, z myślą o każdym z nich. Dzięki temu uzyskałem rodzaj obrazka z autografami - to wspólne pamiątkowe zdjęcie zapisane za pomocą dźwięków, na którym zobaczysz oprócz mnie Jacka Królika, Marka Radulego, Jacka Polaka, Nergala, Piotra Łukaszewskiego i Marka Napiórkowskiego. Jeśli jesteśmy już przy gościach, to wypadałoby przedstawić też moich znakomitych kolegów, którzy nagrali ze mną całą płytę: Waldek Tkaczyk (bas), Adam Tkaczyk (perkusja), Mariusz Zaczkowski (klawisze), Marcin "Kajtek" Makowiec (realizacja dźwięku), Jacek Gawłowski (miks i mastering). "Return To Innocence", jak podpowiada tytuł, to powrót do niewinnych czasów dzieciństwa - bardzo osobista ballada, w której wracam do stron rodzinnych i minionego świata. "Stratosphere" nawiązuje do tęsknoty człowieka do wzniesienia się ponad ziemię, z dala od zwykłych ludzkich trosk i spraw.

"Strenght To Carry On" to utwór bardzo ważny i nieprzypadkowo wybrany na singla. W życiu każdego człowieka, bez wyjątku, wcześniej czy później nadejdą chwile ciężkie. Stajemy przed ścianą, wydawałoby się nie do przejścia. I co dalej? Nie poddajemy się, tylko wydobywamy z siebie dodatkową energię i tytułową siłę, by iść dalej do przodu. Jak mówił już Konfucjusz, siła człowieka nie polega na tym, że nigdy nie upada, tylko na tym, że podnosi się za każdym razem, kiedy upada. "21st Century Blues" to blues przewrotny jak czasy, w których żyjemy. Fundament stanowią bębny elektroniczne, a solówka Benka Maselego na instrumencie KAT to istny majstersztyk. Mamy tu do czynienia z niepohamowaną zabawą konwencjami, których przyjemność rozszyfrowania pozostawię słuchaczom. "Over The Mountain" mówi o wznoszeniu się ponad własne ograniczenia, problemy i w ogóle poza własne życie. Co ciekawe, od tego utworu zaczynałem nagrania i muzyka ta tchnęła we mnie mnóstwo siły i energii, by pociągnąć sprawy dalej. Mam nadzieję, że tę samą energię da słuchaczom.


W jaki sposób powstawały solówki na tej płycie? Analizujesz harmonię, grasz na słuch?


Przede wszystkim słucham utworu i tworzę w myślach kręgosłup solówki, czyli z grubsza jak ma ona przebiegać, jaka ma być temperatura i dramaturgia. Potem po prostu gram na ucho, starając się przekazać obraz, który powstał w wyobraźni. Dla mnie najważniejsza jest melodia i dotyczy to nie tylko solówek, ale muzyki w ogóle. Zazwyczaj nie analizuję więc utworów pod względem teoretycznym. Wyjątkiem był tutaj "21st Century Blues", gdzie pojawia się sporo nut spoza zwykłej bluesowej skali. W tym przypadku włożyłem sporo wysiłku w przemyślenie i wybór nut o odpowiedniej wadze. Generalnie na tej płycie solówek w ogóle nie poprawiałem - 98 proc. to "one take" - to, co zostało zagrane w studiu, słychać teraz na płycie. Chciałem, aby miały w sobie tę prawdę i ducha grania na żywo.


W twoich frazach słychać, że przywiązujesz dużą wagę do wyboru konkretnych nut…


Bo najważniejsze są te dźwięki, które poruszają w duszy człowieka czułe struny. Chodzi o to, by gitara do ciebie mówiła, żeby opowiedziała ci jakąś historię. Dobrym przykładem jest tu Jeff Beck, który gra trzy piękne dźwięki i rozkłada cię tym na łopatki. Z jego ostatniego koncertu wyszedłem zupełnie oniemiały. Już dawno temu zrozumiałem, że trzeba szukać własnej drogi i swego własnego sposobu wypowiedzi. Nie jest istotne, czy wyrzucasz z siebie milion dźwięków na sekundę, czy jakieś niepojęte megaskomplikowane arpeggia. Jedną umiejętnie wydobytą nutą można zaczarować słuchacza.


Jesteś znany jako sprzętowy freak - jakie zabawki wykorzystałeś przy nagrywaniu "Me & My Guitar"?


Ponieważ nagrywałem tę muzykę w domowym studiu, mogłem wykorzystać praktycznie dowolny instrument. Wystarczyło go przenieść z domu do pomieszczenia studia, a to daje niesamowity komfort pracy. Intuicyjnie wybrałem nie tylko instrumenty, które najbardziej lubię, ale także takie, które pasowały do mojej wizji tej płyty. Na krążku usłyszysz więc następujące wiosła: Washburn Skawa 7-string Custom Made, Mayones Skawa Signature Regius 7, Les Paul Custom Shop Collectors Choice, Fender Custom Shop Broadcaster, Fender Custom Shop 1963 Stratocaster, Fender Custom Shop 1962 Stratocaster, Fender Custom Shop 1967 Stratocaster, Fender Custom Shop 1963 Telecaster, Fender Custom Shop Showmaster, Suhr Custom Shop, Gretsch Country Club, James Tyler Studio Elite. Nieodzownym elementem brzmienia są oczywiście wzmacniacze. Zagrały tutaj następujące konstrukcje: MLC Subzero, Bogner Uberschall TwinJet, Komet Concorde, Custom Audio Electronic PT100 Plus, Engl Invader, Divided by 13 FTR37, TwoRock Custom Reverb Signature, Fender Pro Junior III, Marshall Class 5, Matchless Chieftain, Z-Vex Nano Amp, Mesa Boogie Rectifier. Do podbicia dźwięku używałem także mojego ulubionego boostera Brian May Treble Booster. W dwóch solówkach zagrał też Tube Screamer zmodyfikowany przez Roberta Keeleya.


W jaki sposób ćwiczysz? Czy nadal kręci cię zgłębianie tajników gitary?


Jeśli chodzi o typowe ćwiczenia gitarowe, to jestem już na takim etapie, że zostawiam za sobą wszelkie wprawki i inne szkaradzieństwa. Staram się grać konkretne melodie i budować z tego jakąś całość, która będzie miała ręce i nogi. Jeśli już siadam i coś ćwiczę, to zawsze jest to coś, co będzie mi potrzebne do zagrania jakiegoś utworu, coś, co może mi się przydać. Czy się uczę? Jasne, bo jestem świadom, że nie wiem wszystkiego. Myślę, że nie jest wstydem przyznać się do niewiedzy - wstydem jest udawać, że się coś wie. Mam coś swojego, czym chętnie się podzielę, jeśli ktoś zechce posłuchać. Ale nadal oczy, uszy, umysł i duszę mam otwarte na wszystko, co nowe. Uwielbiam się uczyć.


Czego więc ostatnio nauczył się Grzegorz Skawiński?


Poznałem kilka świetnych patentów jazzowych, które podpatrzyłem u Maćka Grzywacza. Zainteresował mnie też sposób gry Benka Maselego, od którego sporo się nauczyłem podczas nagrywania płyty. Benek zaprosił mnie zresztą na swoją płytę, więc muszę się trochę podszkolić, żeby się nie skompromitować (śmiech).


Jakiej rady mógłbyś na koniec udzielić czytelnikom Gitarzysty?


Bez względu na wszystko, bądźcie sobą. Wiem, że brzmi to banalnie, ale chcę nawiązać do tego, że oprócz rozwijania techniki i wiedzy bardzo ważne jest odnalezienie siebie, znalezienie sposobu na siebie. Chodzi o to, żeby słuchacz mógł rozpoznać, że to wy gracie. Tak samo jak można po kilku dźwiękach rozpoznać, czy to gra Malmsteen, Satriani czy Vai. W muzyce najpiękniejsza jest bowiem różnorodność, odmienność frazowania, artykulacji, prowadzenia melodii. Indywidualny język to najważniejsze, co można w muzyce osiągnąć, i tego właśnie życzę każdemu.


Krzysztof Inglik
zdjęcia: Kobaru

GALERIA
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie