Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ufomammut

Ufomammut

O najnowszej płycie, analogowym rejestrowaniu dźwięku, koncertach, pieniądzach i przyjaźni w muzycznym biznesie rozmawialiśmy z Ufomammut.

Umówiliśmy się na wywiad na Hellfest, dzień przed sobotnim koncertem Ufomammut. Włoska ekipa przybyła w komplecie. Stawiła się nie tylko trójka muzyków, tj.: Urlo (wokal, bas), Poia (gitara), Vita (perkusja), ale także Ciccio - pełnoetatowy mamuci dźwiękowiec (czytaj: SoundLord). Choć na zewnątrz siąpił deszcz, a w prasowym boksie, w którym się zaszyliśmy, nie dla wszystkich wystarczyło plastikowych 'foteli', humory dopisywały. Nic więc dziwnego, że wywiad szybko przekształcił się w luźną rozmowę o wszystkim i o niczym. Zapraszamy do lektury. Fuck the analog. Let's go digital forever!

Wasz nowy album jest już na rynku jakiś czas, jak "Oro: Opus Primum" został odebrany przez media i fanów?


Generalnie, trudno nam to oceniać. Zbyt wiele łączy nas z tym materiałem, żeby zachować jako taki obiektywizm. W każdym razie, ludzie sprawiają wrażenie szczęśliwych, kiedy gramy na koncertach kawałki z nowej płyty. Dla nas, zwłaszcza na samym początku, odgrywanie "Oro" na żywo było swego rodzaju sprawdzianem. Coś na kształt: 'OK, czas sprawdzić, jak to wyjdzie’. Bez pewności co do efektu, bo granie nowego krążka live to spore wyzwanie dla naszych instrumentalnych umiejętności. Musieliśmy to solidnie przećwiczyć, mieliśmy naprawdę sporo prób, zanim w końcu zagraliśmy pierwsze koncerty z "Oro" w setliście. W końcu, krok po kroku, opanowaliśmy wszystkie struktury, na których opiera się "Oro". Poczuliśmy, że kiedy sami jakby bardziej wnikamy w płytę, zespalamy się z muzyką, to samo dzieje się z publicznością. To działa jak wymiana, wymiana emocji.


Symbioza z publiką?

Tak, coś w tym rodzaju.


Powiedziałeś, że materiał z "Oro: Opus Primum" był testem dla Waszych umiejętności. Na czym w szczególności polega różnica między Oro a poprzednimi płytami Ufomammut?


"Oro" jest bardziej skomplikowana pod względem muzycznym, bardziej wymagająca dla naszych możliwości jako instrumentalistów.


Bardziej wymagająca?


No wiesz, trzy nuty zamiast dwóch, jak to było dotychczas.


Nie do końca, nie zawsze tylko trzy, czasem nawet cztery.


Racja, czasem nawet cztery. Sami widzicie, to było w zasadzie niemożliwe do zagrania. No, co najmniej bardzo skomplikowane. Bez prób ani rusz.


I jeszcze jedno. Wszystkie nasze dotychczasowe płyty graliśmy w skali B.


(śmiech)

O czym my właściwie mówimy? (śmiech)


No właśnie, a ta płyta jest w zupełnie innej skali…


W "Oro" pojawiło się wiele zmian, chwilami gramy w C, chwilami zapominamy… co grać i jak.


Ok, koniec żartów chłopaki, lecimy dalej.


Ale to nie są żarty. Dokładnie tak było.


Jak z dzisiejszej perspektywy oceniacie ten materiał? Jesteście w 100% zadowoleni, czy zmienilibyście coś dziś, gdyby była ku temu okazja?


Zadowoleni, jak najbardziej.


Jeśli o mnie chodzi, jestem z tej płyty naprawdę bardzo zadowolony. "Oro" zajęło nam stosunkowo mało czasu. Z nową płytą sprawy potoczyły się zupełnie inaczej niż przy "Eve", co było dla mnie dość dziwne. Teraz, powoli, kiedy coraz częściej gramy materiał z nowej płyty, coraz bardziej się z nią oswajamy, przyzwyczajamy się do siebie nawzajem. Pierwsza, kwietniowa trasa, na której graliśmy "Oro", była dla nas w tym zakresie dość przełomowa. Po pierwszym show Ciccio wyznał nam szczerze: jesteście do bani. I dokładnie tak było, w głębi duszy sami czuliśmy, że jest fatalnie. Było nam naprawdę ciężko przyswoić sobie ten materiał, przetrawić go. Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić, ale dla nas jest on czymś zupełnie nowym, czymś zupełnie innym.


Tak, pierwszych kilka koncertów było… jakby to powiedzieć…


(z przekąsem)… Ciężkich.


Tak, ciężkich. W szczególności dla nas, na szczęście nie zauważyłem żadnych niepokojących reakcji po stronie publiczności. Tak jak mówiłem wcześniej, ludzie sprawiali wrażenie zadowolonych z tego, co słyszą. Z nami było już gorzej. Czuliśmy, że między nami a nowym materiałem jest coś, czego nie powinno być. Z początku nie potrafiliśmy się… zjednoczyć.


Nie było nam łatwo wejść w nowy materiał, nie od początku. To proces, coś, co nie następuje od razu. Teraz, zwłaszcza ostatnio, kiedy mamy za sobą więcej koncertów, na których pojawiał się również materiał z "Oro", kiedy odbyliśmy więcej prób, także w ramach przygotowań do jutrzejszego koncertu na Hellfest, poczuliśmy go, wiemy, że zagramy go jak należy. Teraz jest dobrze, gramy "Oro" łatwo, naturalnie, bez wysiłku. Dlatego dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że owszem, jestem z "Oro" zadowolony. Zarówno z płyty, jak i z odgrywania go na żywo. Spójrzcie na mnie - uśmiech na mojej twarzy znaczy jedno - jestem naprawdę szczęśliwy.


Dokładnie tak, ja też jestem zadowolony. W "Oro" nie zmieniłbym nic. Po kilku pierwszych występach, zmieniliśmy co nieco na potrzeby samych koncertów. Niektóre fragmenty okazały się zbyt długie do odgrywania ich na żywo w niezmienionej wersji. Na płycie sprawdzają się w takim kształcie, ale na koncercie naszym zdaniem już mniej, dlatego postanowiliśmy wprowadzić pewne modyfikacje na potrzeby grania ich na koncertach.


Fakt, zauważyliśmy to w Berlinie. Właściwie, mieliśmy dokładnie takie same spostrzeżenia po Desertfeście - niektóre partie z "Oro" były zbyt długie do grania ich na żywo w całości. Zawsze tak jest, że kiedy nagracie nowy materiał, potrzebujecie czasu, by się z nim oswoić, poczuć się z nim dobrze? Że nie działa to tak, że od razu wiecie: to jest skończone, nasze i na pewno damy radę zagrać to jak należy. Musi upłynąć trochę czasu, zanim nabierzecie przekonania, że nowe kawałki brzmią jak należy i pozbędziecie się wątpliwości co do tego, czy wszystko jest takie, jak powinno?


Tak, jest dokładnie tak jak mówisz. Potrzebujemy czasu. To nie dotyczy tylko muzyki, ale wszystkiego, co wydarza się w życiu. Żeby coś zrozumieć, potrzeba na to czasu. Muzyka rośnie w nas, to coś, co w pewnym sensie żyje własnym życiem. Coś, nad czym nie mamy pełnej władzy. Kształtuje się, zmienia, a można to dostrzec tylko wtedy, kiedy gra się ją na żywo. To coś zupełnie innego niż praca nad materiałem w studiu. Nie da się tego porównać.


W materiałach promocyjnych przed wydaniem "Oro", nawiązując do znaczenia tego słowa, porównywaliście krążek do rezultatu pracy alchemika. Czy ostateczny efekt jest waszym kamieniem filozoficznym, czy wciąż go szukacie?


Tak, to może być nasz kamień filozoficzny. Myślę, że każdy odnajdzie w tym albumie coś innego. Nasz przekaz, nasze założenie było takie, że "Oro" to poszukiwanie, dążenie do odnalezienia źródła wiedzy. Każdy musi odnaleźć swoją drogę sam, odszukać własną filozofię, która będzie dla niego odpowiednia, wyznaczy właściwą drogę w życiu.


Niektórzy twierdzą, że życie to nieustające poszukiwanie, które nigdy nie zostanie zwieńczone sukcesem. Żyjemy po to, by szukać i nigdy nie dochodzimy do celu, bo tak naprawdę sens tkwi w poszukiwaniu, nie w odnajdywaniu. Zgadzacie się z tym?


Cały problem polega na tym, że kiedy czegoś szukasz, kiedy do czegoś dążysz, a w końcu to odnajdziesz czy zdobędziesz, tracisz zainteresowanie i zaczynasz szukać czegoś innego. Z chwilą, w której, wydawałoby się, osiągasz cel, zaczynasz rozglądać się za czymś nowym.


Racja, to co mam przestaje być ważne. Celem jest to, co - na teraz - jest poza moim zasięgiem. Chcemy tego, co wydaje się być niedostępne.


Myślę, że "Oro", nawet jeśli miałoby być naszym ostatnim krokiem naprzód, jest tylko kolejnym krokiem na drodze do celu, który wciąż jest przed nami, to jest tego, co zamierzamy zrobić w następnej kolejności. Mam nadzieję, że to nie koniec i że zrobimy jeszcze niejedno. Chodzi mi to, że tak jak "Eve" jakiś czas temu była, przez moment, czymś na kształt naszego kamienia filozoficznego, rozumianego jako zwieńczenie jakiegoś procesu, działania, dopóki nie zrobiliśmy czegoś nowego, tak teraz tym nowym - nowym kamieniem - jest "Oro". Wierzę, że niebawem nastąpi kolejny etap, nadejdzie nowe.


No, nie wiem… Nie mam pewności, czy to naprawdę możliwe. (śmiech)


Co?


Więc Wasz kamień filozoficzny zawsze jest przed Wami?


Dokładnie. Na szczęście jest tak, że zawsze szukamy nowego celu. Nie wystarcza nam to, co już się wydarzyło. Za każdym razem, kiedy pracujemy nad nową płytą, staramy się coś zmienić, zrobić inaczej niż poprzednio. Kiedy wydaliśmy "Eve", nie byliśmy pewni, co będzie dalej, czy nastąpi po tej płycie coś nowego. Wszystko przez to, że Eve była dla nas dziełem kompletnym. Powiedzieliśmy sobie: ok, zrobiliśmy to, co teraz? A później pojawiło się "Oro".


Dwie rzeczy naraz!


Taa… Nagraliśmy "Oro" I teraz znów zadajemy sobie pytanie o przyszłość Ufomammut. Jaki będzie następny krok? Dokąd nas zaprowadzi?  Jeden, dwa, trzy. Do trzech razy sztuka, czeka nas kolejne wyzwanie. To jest… pewna umiejętność, sztuka, coś czemu musimy podołać…


To jest wyzwanie.


Zgadza się, to jest wyzwanie.


Vita jest taki mądry!


Bo jestem z Was najstarszy!


(ogólny śmiech)

A wracając do tematu, to dla nas wyzwanie, za każdym razem - zrobić, nagrać materiał, który w jakiś sposób będzie się różnić od tego, co zrobiliśmy wcześniej, choć nadal będzie tworem tych samych ludzi, tego samego Ufomammut. Na teraz, z dzisiejszej perspektywy - tak, "Oro" jest naszym kamieniem filozoficznym, ale za jakiś czas to się z pewnością zmieni, a punktem zwrotnym w dziejach Ufomammut stanie się coś innego, coś nowego.


Dzieje się tak pewnie dlatego, że kamień filozoficzny jest czymś, czego zdobyć się nie da. To, coś co nie istnieje w namacalnym sensie. Nie da się fizycznie zdobyć, jest gdzieś TAM.


Coś w tym jest. Wiem, co masz na myśli.


(wskazując na dyktafon) Mam nadzieję, że to się nagra tak jak trzeba. To jest TAM!


Pewnie, to sprytne ustrojstwo.


Tu bardziej chodzi o podróż, zmierzanie do celu, nie o miejsce, do którego zamierzasz dotrzeć. Jak w życiu, każdy z nas ma to przecież na co dzień. To dokładnie ta sama zasada, która rządzi życiem każdego z nas.


Każdy wasz wcześniejszy krążek różnił się od poprzedniego, wprowadzaliście nowe elementy obracając się w dawno wypracowanej stylistyce. Pod tym względem "Oro" jest nieco inny i bazuje przede wszystkim na dobrze znanych patentach. Czy to był efekt zamierzony?


Może to znak, że skończyły nam się pomysły?


Może…


To zamierzony efekt, czy po prostu tak wyszło?


Musicie zaczekać na drugą część.


Wierz mi, że czekamy! Słyszałeś ją już?


Tak. Moim zdaniem, "Oro" to dzieło kompletne, które powinno być oceniane jako całość. Tworzą je dwa albumy. Kiedy przesłuchasz drugą część, zobaczysz, że są tam elementy, których dotąd w muzyce Ufomammut nie było. Nie ma tam żadnych rewolucyjnych zmian, żadnych ekstremalnych nowości, ale…


Chcesz powiedzieć, że mamy takie a nie inne wrażenie, ponieważ nie wiemy wszystkiego o "Oro", tak?


Dokładnie. Na tak zadanie pytanie, moja odpowiedź brzmi: tak. Jeżeli przesłuchałaś tylko jedną z dwu części, poznałaś połowę całości. O ile "Eve" stanowiła jedną całość, składała się jakby z jednego elementu. "Oro" to też jedna, tyle że większa całość, a różnica polega na tym, że podzielona została na pół, na dwa kawałki, które jednak są ze sobą tak ściśle powiązane, że tworzą nierozerwalną całość. "Oro" najlepiej poznawać w ten sposób, że osłuchasz się z jedną częścią, później na trochę o niej zapomnisz, zajmiesz się czymś innym, a następnie…


Może więc decyzja o podziale Oro na 2 części nie była do końca trafna?


Moim zdaniem nie masz racji. Po prostu, chodzi mi o to, że moim zdaniem powinnaś… Najważniejsze jest wsłuchać się w płytę, poznać ją dobrze, a później nacisnąc stop I zająć się czymś innym. Zaczekać na drugą, ostatnią część podróży, znów - poznać ją i dopiero wtedy przejść do ocen. Niezależnie od tego, co finalnie będziesz myśleć o całym "Oro", jak ocenisz koncept złożony z dwóch krążków, myślę, że po odsłuchu, uważnym poznaniu drugiej części to pytanie brzmiałoby jednak inaczej.


Jeszcze jedna rzecz. Zdecydowaliśmy się podzielić "Oro" na dwie części, ponieważ materiał nie mieścił się na jeden płycie, a my nie przepadamy za podwójnymi wydawnictwami płytowymi…


Dlaczego?


Naszym zdaniem są zbyt długie. Dlatego większość ludzi… a przynajmniej ja zawsze w takim przypadku bardziej i częściej słucham tylko jednej z dwu płyt. Zawsze tak jest. Poza tym, pozytyw polega na tym, że  kiedy na przykład gramy naszą muzykę na żywo, możemy swobodnie przechodzić od jednego utworu, czy jednego fragmentu utworu do drugiego, robiąc pomiędzy kolejnymi utworami z danej płyty dowolne przerwy. Dlatego uznaliśmy, że podobnie postąpimy z nowym albumem. Damy ludziom część całości, by się z nią oswoili - wsłuchali, przyzwyczaili się do niego, przyswoili go, wchłonęli, krótko mówiąc, nasłuchali się go do woli, bez presji posiadania drugiego krążka, która leży gdzieś tam i czeka. W ten ów drugi krążek nie zostanie zdominowany przez pierwszy, zgodnie z regułą, o której wspomniałem przed chwilą.

Kiedy już pierwsza płyta zostanie wstępnie ‘przetrawiona’, słuchacz dostanie drugą. Cały proces nastąpi od początku, zaczynasz słuchać nowego materiału, drugiej płyty, po czym wracasz do pierwszej i poznajesz w ten sposób - lepiej, dokładniej - obydwie, a nie tylko jedną z zestawu. Tylko w ten sposób możesz w pełni zrozumieć przekaz "Oro". Traktując każdy krążek oddzielnie, jako nową płytę, którą poznajesz jak każdy nowy materiał, ale z drugiej strony ze świadomością, że dopiero obydwie płyty tworzą całość.

Gdybyśmy podali Wam od razu półtorej godziny muzyki w jednym podejściu, za jednym zamachem, skupilibyście się na jednej albo drugiej płycie, na pewno nie poświęcilibyście uwagi każdej z nich. Po pobieżnym przesłuchaniu obydwu uznalibyście - wolę ten, albo tamten krążek, i już. Ludziom nie chciałoby się wówczas wsłuchiwać w cały album, traktować dwu płyt jako jednej, słuchać ich zawsze razem, etc. Jedna z pewnością poszłaby w odstawkę. W sytuacji, gdy daty obydwu wydań dzieli kilka miesięcy, jest na to większa szansa.

A tak, najpierw słuchasz pierwszej, odnajdujesz w niej taki czy inny przekaz, później dostajesz drugą, słuchasz, wracasz do pierwszej, poszczególne elementy z każdego krążka mieszają się nawzajem, przenikają się, zaczynasz traktować obydwa wydawnictwa - zgodnie z naszym założeniem - jako dwa elementy tej samej układanki. Dlatego uznaliśmy, że wydanie "Oro" w takiej formie to dobra decyzja. Dzięki temu materiał w pewnym sensie jakby bardziej żyje własnym życiem. Jest tworem o zmiennej strukturze w tym sensie, że z upływem czasu odbiera się go inaczej niż na początku. Muzyka, co do zasady, ewoluuje w czasie. Często jest tak, że pierwsze wrażenie po przesłuchaniu diametralnie różni się od tego, co myślisz, czy czujesz, kiedy ten sam materiał przesłuchasz kolejny raz. Odkrywasz nowe płaszczyzny, drugie dno i takie tam. By doświadczyć muzyki w pełniejszym zakresie, nie wystarczy włączyć albumu raz i na tym poprzestać.

Poza tym dziś, w świecie cyfrowej muzyki, generalnie jest tak, że ludzie ściągają płytę z netu, odsłuchują ją raz-dwa i wywalają z dysku. Tutaj przynajmniej nie wyrzucą jej całej od razu, ale będą musieli zaczekać, aż ukaże się druga część i może dopiero wtedy zrobią delete? (śmiech) Mimo wszystko, może taki manewr sprawi, że druga część skupi na sobie więcej uwagi, niż gdyby została od razu dołączona do pierwszej, gdybyśmy wydali "Oro" jako dwupłytowy album. Poza tym, wracając do pytania, wciąż jesteśmy Ufomammut, a to co robimy niezmiennie rodzi się w tym samych trzech umysłach, co zwykle. Więc może, w pewnym sensie, wszystko co robimy jest w gruncie rzeczy ciągle tym samym, ale moim zdaniem dopiero, kiedy pozna się cały materiał, wsłucha w obydwie płyty pozwoli w pełni zrozumieć koncept, odczytać nasze zamiary. W moim odczuciu, można powiedzieć, że pierwszy krążek to klasyczny, typowy Ufomammut, a drugi jest nieco inny.


Wiecie, chodzi nam o to, że sporo odbiorców Waszej muzyki spośród naszych znajomych po odsłuchu pierwszego krążka "Oro" mówiło: 'Tak, to brzmi jak Ufomammut, ale to wszystko już było'. Tak, jakby czuli się rozczarowani, że tym razem zabrakło nowego elementu, jak choćby przy "Eve", gdzie wykorzystaliście całkiem nową formułę. Wasz muzyczny styl jest w pełni ukształtowany i kompletny. Nie chodzi mi o oczekiwanie na rewolucję, tylko o brak nowych rozwiązań, jakbyście czerpali pomysły tylko i wyłącznie ze zbioru już gdzieś, kiedyś wykorzystanych. Chodzi nam o to, że "Oro" to dla słuchaczy nowość, ale po odsłuchu mówią, że materiał niby nowy, jest jakby stary - bo wiedzą, jak gra Ufomammut.


Ok, rozumiem, ale moim zdaniem mówią tak dlatego, że nie poświęcili "Oro" zbyt wiele czasu. Przesłuchali raz i odłożyli na bok. Ograniczyli się do odbioru, oceny materiału na pierwszym poziomie, bez wsłuchania się w niego bardziej, głębiej.


Może i tak.


Wiele osób słucha dziś muzyki w ten sposób - wrzuca krążek na ruszt jeden raz, stwierdza, że jest nudny i nigdy do niego nie wraca. Może warto zdobyć się na więcej niż jedno przesłuchanie. Może jeśli ktoś wsłucha się bardziej i zrozumie, że…


Że to jest faktycznie tak nieprawdopodobnie nudne…


A wtedy trzeba słuchać tego jeszcze bardziej, częściej, więcej. Ile się da!


(ogólny śmiech)

I dopiero wtedy, kiedy Twoje znużenie sięgnie granic wytrzymałości, zrozumiesz.


Moim zdaniem, "Oro" nie jest prostym materiałem, który można ocenić po jednym przesłuchaniu. Muzyka Ufomammut powstaje przede wszystkim po to, żeby grać ją na żywo. Lubimy grać ją na żywo. Kiedy przesłuchasz pierwszy krażek, czy nawet pierwszy utwór, możesz rzecz jasna powiedzieć: ok, to wciąż ten sam riff, w kółko ten sam motyw. Ale ten materiał ewoluuje, istnieje na więcej niż jednym poziomie, jest wielopłaszczyznowy, a żeby to zauważyć, potrzeba czasu. Można go lubić, docenić albo wręcz przeciwnie, to jasne, ale dla nas to coś zupełnie innego, coś nowego, czego wcześniej nie zrobiliśmy. Fakt, że to wciąż efekt działania tych samych ludzi, ale różny od dotychczasowych. Nasze nastawienie przy pracy nad tym materiałem było zupełnie inne.


I pamiętajcie, to co już znacie, to na razie tylko połowa całej roboty.


Tak, tak, pamiętam o tym! Na pewno poświęcę drugiej części więcej czasu niż tylko jeden odsłuch. Tak szczerze, generalnie macie rację co do zmiany oceny materiału pod wpływem czasu. Gdybym dziś oceniał "Eve", dostałaby 10/10, ale po pierwszych paru przesłuchaniach nie byłem skłonny wystawić jej takiej oceny. Sposób odbioru muzyki, nastawienie do muzyki ewoluuje, fakt.


A poza tym… "Oro" to dziwna, dość specyficzna płyta, przynajmniej dla mnie. Za każdym razem, kiedy jej słucham (co generalnie nie zdarza się specjalnie często, ponieważ nie bardzo lubię zasłuchiwać się w naszej własnej muzie), odnajduję w niej coś innego, nowego. Moim zdaniem, to co jest najfajniejsze w naszym zespole jest to, jak gramy. Nie chodzi mi o nasze umiejętności jako instrumentalistów, bo te nie są szczególnie imponujące. Chodzi mi o to, że każdy z nas stara się dołożyć coś od siebie, każdy koncentruje się na swoim odcinku. Dotyczy to wszystkiego po kolei, basu, wokalu, ścieżek gitarowych, bębnów czy wizualizacji. Każdy jest zaangażowany.

Stąd, wydaje mi się, że za każdym razem, kiedy znów posłuchasz "Oro", znajdziesz w tej płycie coś, co umknęło Twojej uwadze poprzednio. Ta wielopoziomowość jest jej największą zaletą. "Oro" nie jest jednoznaczne, nie odkrywa wszystkich kart od razu. Dlatego, tak jak powiedziałem, nie trzeba tej płyty polubić, nie trzeba się do niej przekonać, bo to wszystko kwestia gustu, ale moim zdaniem ten materiał ma to coś, co sprawia, że odróżnia się od wszystkiego innego, co zrobiliśmy dotychczas. Dlatego ktoś może powiedzieć: ok, to jest ufomammut, a my powiemy tak: ok, to jest zajebiste. Dziś zbyt wiele kapel brzmi podobnie, zbyt mocno przypomina inne zespoły, gubi własne ja, traci tożsamość, a może nigdy jej nie zyskuje. A nam zależy zasadniczo przede wszystkim na tym, żeby brzmieć jak Ufomammut. Nie, żeby wymyślać nowe rzeczy. Bardziej niż tworzyć nowe, chcemy pozostać sobą, nie stracić tego, co sprawia, że ludzie, słuchając nas, wiedzą, że to właśnie my. To jest dla nas ważne, o to nam


Tu masz rację, Ufomammut to Ufomammut. Pewnie dlatego cieszymy się na jutrzejszy koncert tak samo jak na wszystkie wcześniejsze. Skąd wzięła się koncepcja na tak symboliczną tematykę "Oro"?


To co w szczególności odróżnia "Eve" od "Oro", to fakt, że "Eve" była w pełni improwizowaną płytą. Zaczęliśmy od pewnego starego riffu, wygrzebanego z zamierzchłych czasów, a cała reszta ukształtowała się z tego całkiem spontanicznie. Wszystkie wykorzystane tam pomysły pochodziły z okresu sprzed Ufomammut. Kiedy zaczęliśmy pracę nad "Oro", dysponowaliśmy kilkoma partiami, niewykorzystanymi w sesji nagraniowej "Eve". Uzupełniliśmy to o nowe elementy powstałe na bazie pojedynczych, nowych riffów. Poszło dość szybko i łatwo. W pewnym momencie uznaliśmy, że materiał jest mniej więcej domknięty, wymieniliśmy spostrzeżenia i wkrótce uznaliśmy, że "Oro" jest gotowe. Proces, nazwijmy go, twórczy przebiegał w ten sam sposób, jak zwykle. Często ogrywaliśmy to razem, pozwalając, by muzyka narastała, rozwijała się jakby samoistnie.

W końcu mieliśmy już najważniejsze elementy, coś na kształt szkieletu, kilka najważniejszych ścieżek stanowiących podstawę struktury całego albumu, na których oparta została cała reszta. Chcieliśmy, i graliśmy to na wszelkie możliwe sposoby, najpierw od pierwszej części do drugiej, później zmieniając, mieszając poszczególne fragmenty, zmieniając struktury, przesuwając poszczególne elementy w jedną czy drugą stronę, do chwili aż w końcu w którymś momencie powstało to, co jako "Oro" trafiło na pierwszą płytę, a za chwilę ukaże się na drugiej. Po wypracowaniu ostatecznego kształtu "Oro", przed rejestracją albumu zmieniliśmy jeszcze kilka rzeczy, z których nie byliśmy zadowoleni i tyle. Materiał mieliśmy gotowy w nieco ponad 2 tygodnie, później tylko nagranie i koniec. Może dlatego poszło tak szybko, że od początku mieliśmy w głowach dość jasno wyklarowany pomysł na ten album.


A dlaczego skupiliście się na złocie?


Dlatego, że złoto to rezultat poszukiwań, cel, coś, czego źródłem miał być tak pożądany przez wszystkich kamień filozoficzny. Alchemicy szukali złota, pragnęli zdobyć umiejętność przekształcania przedmiotów w ten kruszec. A my, przy pomocy "Oro", dążyliśmy do tego, by Ufomammut, który dotąd był jak kamień, przemienić w złoto, przekształcić w coś cenniejszego w zestawieniu z tym, czym był dotychczas. A poza tym, złoto to w końcu także metal.


Dokładnie, metal to podstawa.


Poza tym, "Oro" po łacinie oznacza ‘prosić, modlić się’, to rodzaj mantry, coś, czego możesz słuchać, przy czym możesz się zrelaksować. Z kolei w jidysz ‘or’ oznacza światło - dlatego w grafice znalazło się jakby podwójne ‘or’, czytane od prawej i od lewej. Ciemność i jasność zawsze współistnieją, nie ma jednego bez drugiego. To kwintesencja życia.


Złoto kojarzy się też ze słońcem. Jedno i drugie jest cenne. Poza tym, co nie bez znaczenia, złoto to pieniądze, a my chcemy wreszcie zarobić trochę kasy. Mnóstwo kasy. Zarobić mnóstwo szmalu - taki  jest nasz cel.


Najważniejsze jest dla nas to, żeby ludzie wiedzieli, żeby dostrzegali, że to, co robimy, robimy dla nich. Kiedy gramy koncert i widzimy, że ci którzy nas słuchają, są z tego powodu szczęśliwi, czerpiemy tego energię. Z tą płytą chcieliśmy dać ludziom pretekst to zastanowienia się nad paroma nowymi kwestiami, dostarczyć nowego materiału do przemyśleń, własnych interpretacji, etc., z nadzieją na to, że ich emocje, wrażenia wrócą do nas w postaci czegoś w rodzaju nowej energii, mocy do dalszego działania. "Oro" może być wszystkim, dla każdego z osobna może być źródłem czegoś zupełnie innego. Wszystko zależy od ludzi, ich potrzeb, oczekiwań, przeżyć, rozważań, spojrzenia na życie…


Wzajemny transfer myśli i emocji…


Tak, dokładnie.


Także artwork nowej płyty jest najbardziej symboliczny spośród wszystkich dotychczasowych obrazków zdobiących Wasze krążki. Mógłbyś powiedzieć o tym parę słów?


Wcale tak nie jest.


Owszem, jest.


(ogólny śmiech)

Moim zdaniem, artwork do "Lucifer Songs" był najbardziej ikoniczny, ze wszystkich okładek płyt, jakie zrobiliśmy dla Ufomammut.


Zgoda, ale to okładka do "Oro" pełna jest ukrytych symboli, na przykład wąż dookoła obrazka, cała filozoficzna symbolika dotycząca złota, etc. Moim zdaniem "Lucifer Songs" nie zawiera aż tylu ukrytych symboli, aż tylu znaczeń.


OK, niech będzie. Tak naprawdę ten pomysł nawet nie jest nasz, skopiowaliśmy go…(śmiech) A tak poważnie, okładka, jak zawsze w przypadku Ufomammut, miała odzwierciedlać ideę, która kryje się za albumem. Miała nawiązywać do liryków, do zawartej na "Oro" muzyki, współgrać z konceptem, który, jak mówiłem, nie jest jednoznaczny i pewnie każdy odczyta go inaczej, na swój własny sposób. Wydaje mi się jednak, że nawet "Idolum" był bardziej symboliczny, bo tytuły wszystkich utworów zostały zawarte w okładce. "Eve" zresztą też (śmiech). Przy "Oro" było podobnie, staraliśmy się stworzyć artwork, który w miarę możliwości będzie w stanie stanowić odbicie, czy ilustrację tego, co wypełnia krążek.


"Oro" to rodzaj łącznika, element wspólnego w poszczególnych etapach pracy alchemików. Zyskaliśmy okazję do wykorzystania wszystkich symboli, dlatego wszystkie łączą się ze sobą nawzajem. Staraliśmy się odnaleźć ich kształt. "Oro" bardziej niż inne okładki Ufomammut odwołuje się do antycznej symboliki. Może dlatego dostrzegasz tam więcej odniesień, więcej ukrytych przekazów, nawiązań do przeszłości, niż miało to miejsce na naszych poprzednich płytach. "Idolum" też stanowiła rodzaj reinterpretacji, ale w inny sposób. Nie potrafię jednoznacznie zdefiniować tej różnicy. Generalnie, chodzi tu o zdolność poszukiwania nowych inspiracji poprzez czerpanie z przeszłości, z minionych dokonań.


Zawsze jest tak, że źródłem dla koncepcji okładki jest muzyka, nigdy na odwrót? Najpierw musi powstać materiał, a dopiero po nim szata graficzna płyty?


Zawsze wszystko ma swoje źródło w muzyce. Teksty też. Bez muzyki nie dzieje się nic, od niej zaczyna się cały proces. Musimy mieć w głowie koncepcję, zarejestrować ścieżki i wtedy pojawia się reszta. Muzyka jest najważniejsza i to w szerszym sensie, nie tylko jeśli chodzi o chronologię zdarzeń w związku z pracą nad płytą. Generalnie, wszystko co robimy, nie tylko jako Ufomammut, rodzi się z muzyki. Wszystko. To jest jak rzeźba w kamieniu. Krok po kroku, usuwasz zbędny materiał, pozbywasz się tego, co niepotrzebne i w końcu odnajdujesz w jego wnętrzu właściwy, poszukiwany kształt.


Ponownie pracowaliście w studio z Lorenzo. Wyobrażacie sobie współpracę z jakimkolwiek innym producentem?


Lorenzo jest dla nas wystarczająco dobry, dlatego nie ma potrzeby nic zmieniać. Mniej od nazwisk interesuje nas to, czy z danymi ludźmi możemy osiągnąć zamierzone cele. Jeśli tak, dla nas jest OK. Niewykluczone, że współpracując z innymi moglibyśmy na tym czy tamtym polu osiągnąć więcej, niż osiągamy teraz, ale z naszego punktu widzenia nie ma to sensu. Czujemy się dobrze z Lorenzo i to nam w zupełności wystarczy. Za każdym razem, gdy przychodzi do rejestracji nowej płyty, czujemy, że Lorenzo rozumie naszą muzykę, pomysły, konkretną płytę, potrafi odczytać właściwie nasze oczekiwania. Poza tym, jest naprawdę pomocny w pracy nad płytą, podpowiada, sugeruje, zwraca uwagę na elementy, które jego zdaniem wymagają zmiany czy poprawy. Angażuje się w to co dla nas robi. Tak samo jest z Ciccio, od zawsze gramy z nim przy boku, chociaż wiadomo, że jest mnóstwo innych dźwiękowców lepszych od niego…


No pewnie, całe mnóstwo! Tysiące!!! Wystarczy, że otworzysz drzwi, a nadciągną ich całe tłumy!


Dla nas najważniejsze jest, że możemy na nim polegać, że ustawi wszystko w taki sposób, że publiczność dostanie dokładnie to, czego od nas oczekuje. Znamy się, wiemy czego możemy nawzajem od siebie oczekiwać. Dlatego naszym zdaniem taki a nie inny dobór ludzi do współpracy dobrze sprawdza się w praniu. Lorenzo zawsze gotów jest udzielić nam rady, zasugerować coś, pomóc odnaleźć właściwy dźwięk i tak dalej. Wszystko działa jak należy.


Lorenzo jest otwarty i ma do nas cierpliwość. A my mamy sporo cierpliwości dla niego…


O tak, mamy niespożyte pokłady cierpliwości dla Lorenzo!


To dlatego, że jest z Rzymu. Potrafi zrobić przerwę w środku nagrań, bo akurat chce zapalić, skoczyć na piwo albo do kibla…


Generalnie, wolicie współpracować z przyjaciółmi, z ludźmi, których dobrze znacie?


Zgadza się, to na pewno nie jest bez znaczenia. Zresztą, to chyba bardzo ludzkie podejście. Przyjaźń jest ważniejsza niż profesjonalizm, ważniejsza od tego, że powiedzmy, chciałbym współpracować ze Steve’m Albini. On ma swoich ludzi, my mamy swoich i jest dobrze.


A ekipa Neurot - to bardziej profesjonaliści czy kumple?


Spotkaliśmy się osobiście właściwie tylko kilka razy. Ale kiedy mieliśmy okazję poznać się bliżej w zeszłym roku, okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego, że na wiele spraw patrzymy z podobnej perspektywy. To są rzecz jasna profesjonaliści pełną gęba, ale z drugiej strony potrafią się śmiać, nie tracą dystansu. I o to właśnie nam chodzi, żeby robić swoje, ale w taki sposób, by sprawy szły…


… łatwo, by wszystko układało się możliwie bez napięć.


Dokładnie. Rzecz w tym, by przyjmować życie takim, jakim jest. Odkryliśmy wtedy, że to fantastyczni ludzie, z którymi świetnie było pojechać w trasę. Z początku byliśmy w, powiedzmy, testowym nastroju. Przed podjęciem decyzji o ewentualnej współpracy z Neurot i przyszłości wydawniczej Ufomammut mieliśmy sprawdzić, czy i jak się dogadamy. Szybko poczuliśmy, że płyniemy na tej samej łodzi - oni też grają w zespole, czują rock’n rolla, mają własną wytwórnię. Tak jak my. Tak jak mówiłem, wszystko, co robimy, rodzi się z muzyki. Nie chodzi o pieniądze, sławę, czy coś w tym stylu. Nic z tych rzeczy, tylko muzyka. To dla nas najważniejsza w życiu rzecz.


Święte słowa!


Ale z nas głupki.


Kto, ja?


Nie, my wszyscy. Tak, jesteśmy naprawdę głupi. Najważniejsze powinno być złoto, złoto to podstawa. Nie muzyka i takie tam… Przyjaźń i inne bzdety. Kasa, kasa to podstawa! Kasa jest najważniejsza!!!


Co myślicie o modzie na vintage’owe podejście do rejestracji płyt? Zastanawialiście się kiedyś, jak zabrzmiałaby wasza muzyka nagrana przy użyciu analogowego sprzętu?


Nie, nas to nie dotyczy. Nie interesuje nas to szczególnie, nie jesteśmy wyznawcami vintage’owej mody.


(wykonując nieprzyzwoity gest ręką) Wybaczcie mi ten gest, ale to jest odpowiedź: wali nas to!


Żyjemy tu i teraz, nie widzimy sensu w udawaniu, że cofnęliśmy się pół wieku wstecz. Jesteśmy jacy jesteśmy. Lubimy stare brzmienia, ale nie stronimy również od nowych. Nie chcemy niczego udawać.


Nie chcielibyście spróbować nagrać płyty w ten sposób, sprawdzić, jak by to wyszło?


Już to zrobiliśmy. Przy naszej pierwszej… przy dwóch pierwszych płytach Ufomammut. Nie… przy pierwszej. Niech zawsze rządzi cyfra!


Tak, tylko na pierwszej!


Nagraliśmy ją na sprzęcie analogowym, to był istny koszmar. Dlatego, pieprzyć analog!!! Niech króluje cyfra!


Tak jest taniej…


Właśnie. Tak jest TANIEJ, a taniej znaczy lepiej. Analog, wal się! Cyfra jest w porządku, jesteśmy dziećmi naszych czasów.


Ale na przykład używamy starych wzmacniaczy, bo brzmią znacznie lepiej niż te nowe.


Fakt.


Mamy też stare gitary, to znaczy…


Bo sami jesteśmy już starzy.


Dokładnie, jesteśmy cholernie starzy!


To fakt, ale generalnie chodzi mi o to, że w końcu płyta kompaktowa to nagranie cyfrowe, więc w czym problem? Po co mamy wydawać góry pieniędzy na analog, skoro można to zrobić cyfrowo? Cyfra, płacę i do przodu. Działając w cyfrze możesz osiągnąć znacznie więcej niż bawiąc się w analog. Możesz wszystko zmienić, możesz miksować i tak dalej. Przepraszam (śmiech).


Dzięki za szczerość (śmiech) Czego możemy spodziewać się po "Oro - Opus Alter"?


Po pierwsze, najlepiej nie spodziewajcie się niczego, tylko zaczekajcie na płytę. Spróbujcie nie mieć oczekiwań i podejść do tego z otwartą głową. Moim zdaniem, będziecie zadowoleni. Druga część naprawdę różni się od pierwszej, jak również od wszystkich dotychczas wydanych płyt Ufomammut. Odkryłem na niej trochę… niespodzianek. Trochę, nie mnóstwo. To na pewno nie jest jedna, wielka niespodzianka, mega zaskoczenie czy coś w tym rodzaju. Nie, płyta nie jest hophopowa ani symfoniczna. To rzecz jasna wciąż ten sam Ufomammut, który dobrze znamy, ale druga część "Oro" jest do pewnego stopnia inna od tego, co chłopaki muzycznie zrobili do tej pory.


W drugiej części jest trochę więcej rock’n’rolla? Więcej, niż bywało wcześniej.


Więcej rock’n’rolla? Nie przejęzyczyłeś się przypadkiem (śmiech)?


Dokładnie, więcej rock’n’rolla.


Taa… jeśli możemy nazwać to w ten sposób, to owszem. Tak.


Spróbuj nie kojarzyć tego z rock’n’rollem w dosłownym sensie, bo to nie do końca tak. Ale drugi materiał jest szybszy i trochę inny, różni się od pierwszej części.


Dlatego moim zdaniem lepiej nie mieć skonkretyzowanych oczekiwań i spróbować przyjąć tę płytę taką jaka jest. Zaczekajcie na nią w spokoju, posłuchajcie i wtedy wreszcie będziecie mieć pełen obraz całości. Przesłuchacie, sprawdzicie całość i pewnie znajdziecie te elementy, których brakuje Wam na "Oro Opus Primum". Przekaz stanie się jasny.


Może.


Racja, może, powinien stać się jasny.


Chcesz powiedzieć, że nawet mimo przesłuchania drugiego krążka możemy nie zrozumieć konceptu? Że być może nie będziemy w stanie zrozumieć, odczytać tego albumu nawet po drugiej płycie?


Nie, no co Wy, nic z tych rzeczy. Może to my nie potrafimy wyjaśnić, o co nam chodzi (śmiech).


Może zwyczajnie tylko udajemy, że Oro jest inne od naszych poprzednich dokonań. Może mówimy jedno, a myślimy drugie. Mówimy o różnicach, a w głębi duszy wiemy, że to ściema i wszystko jest jednym i tym samym. Nawet "Oro Opus Alter". A może jesteśmy zbyt blisko tego wszystkiego, jesteśmy zbyt zaangażowani w cały proces, żeby zachować dystans i oceniać go w miarę obiektywnie. Wszystko jest kwestią perspektywy, a nasza jest taka a nie inna. Nie jest łatwo tak po prostu stanąć z boku i powiedzieć, że coś jest takie czy inne.


Kiedy przesłuchałem obydwie części po raz pierwszy, moja pierwsza myśl była następująca: ta pierwsza jest do bani, a druga to obłęd! A kiedy ruszyliśmy w kwietniową trasę po Europie, po ich pierwszym show zareagowałem mniej więcej tak: ‘Ok, chłopaki, jeśli to ma tak wyglądać, zbieram się i wracam do domu. To nie jest gra, tylko jakiś smutny żart!’. Ale kiedy już wejdzie się w ten materiał, przegryzie z nim, wsłucha w poszczególne ścieżki, wniknie w koncept, odkryje się jego zalety. Chociaż, szczerze mówiąc, w dalszym ciągu wolę słuchać drugiej płyty.


Ja ją uwielbiam!


Zamierzacie zagrać jutro choćby krótki fragment z Oro Opus Alter?


Nie, będzie bez niespodzianek. Tylko kawałki z pierwszej części.


Nie możemy zagrać nic nowego, bo nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Jeszcze nie. Musimy bardziej to ograć, potrzebujemy więcej czasu na opanowanie całości, by móc grać to live. Teraz materiał jest jeszcze zbyt świeży, byłoby nam zdecydowanie zbyt trudno.


Zatem, podsumowując ten temat, czy teza: potrzebujesz drugiej części "Oro", żeby zrozumieć pierwszą, jest prawdziwa?


Tak, moim zdaniem tak. Nie chodzi o to, że każda z tych płyt nie zadziała samodzielnie, w oderwaniu od drugiej. Nie jest tak. Ale po przesłuchaniu pierwszej czujesz, że czegoś brakuje, że powinno być tam coś, czego być może nie ma. Znajdziesz to na drugim krążku i w tym sensie obie płyty nawzajem się uzupełniają. Kiedy przesłuchasz całość, brakujące elementy - jak w układance - powinno wskoczyć na swoje miejsce.


Mam wrażenie, że powinniście umieścić w pierwszym krążku notkę: nie zapomnij kupić Oro Opus Alter!


Nadrobimy przy reedycji!


Tak, to nie jest zły pomysł. Następnym razem powinniśmy bardziej dopracować szczegóły.


Następnym razem zrobimy tak: na drugiej zaznaczymy, żeby pamiętali o zakupie pierwszej.


Dlaczego zdecydowaliście się na kontrakt z Neurot? Nie chodziło o kasę, to już wiemy.


Nie, pewnie że nie!


Nie, motywem nie były pieniądze. Pojawiła się nowa opcja i postanowiliśmy ją sprawdzić. To była dobra okazja, żeby coś zmienić, żeby nawiązać kontakt z kimś z zewnątrz. Chodziło o zmianę otoczenia. Generalnie, najczęściej działamy jak tradycyjna rodzina, otoczona ciągle tymi samymi ludźmi, współpracujemy w ramach dobrze znanej, zawsze tej samej ekipy. Wszystko robimy we własnym zakresie, jesteśmy w dużej mierze samowystarczalni. Uznaliśmy, że nadszedł czas, by coś w tym temacie zmienić. Zadziałać z kimś z zewnątrz, tak, żeby z jednej strony mieć coś własnego, ale z drugiej nie odcinać się całkiem od świata. Chcieliśmy dodać naszym sprawom trochę więcej treści, zmienić coś.


No wiecie, kiedy dzieciak podrośnie, w końcu musi zmienić szkołę. To jest odpowiedź.


Nie, chyba jednak nie masz racji.


Chodzi mi o to, że w końcu w życiu każdego przychodzi czas na zmiany. Nie da się funkcjonować zawsze według tych samych, raz przyjętych reguł. Wszystko ewoluuje. W końcu trzeba zmienić szkołę, przyjaciół czy znajomych, zacząć układać sobie sprawy na nowo, nawiązywać nowe kontakty, uczyć się nowych rzeczy, dokonywać nowych wyborów, odkrywać wszystko na nowo.


Kiedy zaczynaliśmy jako Ufomammut, na początek postanowiliśmy podjąć współpracę z kimś z zewnątrz. Nasza pierwsza płyta, "Godlike Snake", została wydana przez małą włoską wytwórnię i sparzyliśmy się na tej decyzji. Byliśmy cholernie szczęśliwi, że ukazał się nasz krążek, ale ogólnie jakość tej współpracy była raczej umiarkowana. We włoskim stylu. Później dostaliśmy ofertę od labela ze Stanów. Byliśmy bardzo podekscytowani, mieliśmy podbić Amerykę, amerykańska ziemia czekała na nas i nasz wielki sukces. Nagraliśmy "Snailking", płyta się ukazała, a gość z tej wytwórni, z którym byliśmy w kontakcie, nagle po prostu rozpłynął się w powietrzu. Nigdy już o nim nie usłyszeliśmy. Obydwa zdarzenia rozczarowały nas na tyle, że postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce jeszcze przed wydaniem "Lucifer Songs". To wtedy postanowiliśmy przejąć kontrolę nad całym procesem wydawniczym - uznaliśmy, że to jedyny sposób, by sprawy toczyły się właściwym torem.


W pełni można zaufać tylko sobie…


Dokładnie. Nie ma sensu czekać, aż ktoś zrobi coś za ciebie, czy raczej wykorzysta coś Twojego do własnych celów. Lepiej od razu zając się tym samemu. Wystarczy ruszyć tyłek i już. Uznaliśmy, że tak będzie dla nas najlepiej. Szybko przekonaliśmy się, że nieźle nam idzie, i że jesteśmy w stanie poradzić sobie ze wszystkim sami. Krok po kroku, nawiązaliśmy kontakty z innymi wytwórniami, w ostatnim czasie dostawaliśmy propozycje kontraktów od labeli znacznie większych niż Neurot, ale nie mieliśmy przekonania do skorzystania z którejś z ofert. Początkowo nie chcieliśmy nic zmieniać. Jedyne, na czym zawsze nam zależało i na czym zależy nam nadal, to dotrzeć z muzyką do jak najszerszego grona odbiorców. I dlatego właśnie ostatecznie zdecydowaliśmy się podpisać papiery z Neurot. Poczuliśmy z nimi jakąś więź. Przyjaźń to mimo wszystko za duże słowo, nie jesteśmy przyjaciółmi, mieszkamy na dwóch krańcach świata, ale poczuliśmy jakąś więź dusz, wspólnotę wizji, oceny rzeczywistości.

Podjęliśmy tę decyzję tylko po to, by Ufomammut dotarł w te zakątki świata, które dotąd były dla niego albo nieosiągalne, albo co najmniej trudniej osiągalne niż teraz. Może teraz dotrze. Nie chodzi o to, żeby zyskać sławę, tylko dotrzeć z muzyką do ludzi, dać się poznać, pokazać czym jest Ufomammut. To nie to samo, co dążenie to sławy, między jednym a drugim jest jednak delikatna granica.


Nie obawialiście się, że znów może przyjść rozczarowanie?


Pewnie, że teoretycznie znów mogło się tak stać, ale jednak między tamtą nieudaną współpracą a Neurot było sporo zasadniczych różnic. Przed podjęciem decyzji pojechaliśmy w trasę z Neurosis, między innymi po to, by zyskać pewność, jak powinniśmy postąpić. To był rodzaj sprawdzianu, nie tylko dla nas, ale i dla nich, test dla ewentualnej przyszłej wzajemnej relacji. Chcieliśmy pozbyć się wątpliwości, zdecydować o współpracy w przekonaniu, że dokonujemy właściwego wyboru.


Jesteście z nich zadowoleni, ze sposobu, w jaki promują Waszą muzykę, etc.?


Tak, w 100%.


Sprzedaż w Stanach idzie lepiej niż kiedyś?


Tak, tak myślę, idzie dobrze.


Urlo, powiedziałeś kiedyś chyba w naszym pierwszym wywiadzie…


Gadałem pewnie jakieś bzdury…


Chyba w 2009 r. powiedziałeś nam coś takiego: "Z dzisiejszej perspektywy podpisywanie kontraktów z wytwórniami oceniam jako niewątpliwy błąd. Interesowały ich tylko dwie rzeczy - sprzedaż i kasa."


Nie chodzi o to, że zmieniliśmy zdanie. Po wydaniu "Eve", w ciągu ostatnich 2 lat, dostaliśmy wiele ofert współpracy od dużych, dobrych zewnętrznych wytwórni - między innymi od Relapse, od labela, który wydaje Motorpsycho, nie pamiętam nazwy… w każdym razie na pewno jest większa niż Neurot. A później i od Neurot. Od kilku lat współpracujemy z Dave’m z Earsplit, jest dla nas nie tylko ‘gościem od amerykańskiego rynku’, ale też dobrym znajomym. To on zwrócił na nas uwagę Steve’a von Tilla, skontaktował nas ze sobą, a później sprawy potoczyły się same. Przekonał nas sposób funkcjonowania Neurot, który działa jak rodzina, podobnie jak Supernatural Cat, zasady według których pracują, fakt, że sami działają w zespole i we własnej wytwórni - okazało się, że mamy podobne pomysły, że patrzymy na świat tymi samymi oczyma. To było coś więcej niż tylko czysto biznesowa współpraca, podpisanie kontraktu na płytę. Złapaliśmy kontakt, znaleźliśmy wspólny język, to był element decydujący. Podejmując tę decyzję czuliśmy, że postępujemy zgodnie z własnymi sumieniami, nie zdradzamy własnych ideałów, nie robimy niczego wbrew sobie, nic nie dzieje się na siłę. Z naszego punktu widzenia ten kontrakt to kolejny krok w rozwoju, otwarcie nowego etapu. Wyszliśmy ze skorupy, skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji do zmiany.


W żadnym momencie nie czuliśmy, że ktokolwiek do czegokolwiek nas zmusza, że musimy zrobić coś, na co nie mamy ochoty albo w sposób, do którego nie mamy przekonania. Drużyna Neurot niczego nam nie narzucała, mieliśmy to, na czym nam zależało i zależy - pełną wolność.


Dokładnie.


Było mniej więcej tak: To jest nasza płyta. Zajebiście. I to wszystko.


Poza tym, teraz jesteśmy starzy, a kiedy zaczynaliśmy, byliśmy nieopierzeni i głupi. Nie mieliśmy pojęcia jak to wszystko powinno wyglądać. Chcieliśmy po prostu wydać płytę, więc skontaktowaliśmy się z labelem. Bez planu, bez wyobraźni, dlatego to co było wtedy nie da się porównać z tym, co jest teraz. Teraz wiemy na ten temat znacznie więcej, znamy proces, jesteśmy świadomi, co chcemy osiągnąć. Mamy większy bagaż doświadczeń, więcej spraw potrafimy przewidzieć, perspektywa jest zupełnie inna. Mamy też własną wytwórnię, mamy Malleus, łatwiej zrozumieć różne rzeczy, o które jesteśmy pytani i łatwiej zadawać pytania. Prościej dokonywać wyborów, oceniać fakty, etc. Tak jak z Relapse, wiemy że to duża wytwórnia, która potrzebuje kapeli do stajni, kapeli, która pomoże zrobić im budżet. A Neurot jest bliżej muzyki, jest bardziej skoncentrowany na tym, na czym zależy nam najbardziej. Dlatego postanowiliśmy spróbować z nimi, przez tożsamość celów. Zmiana wytwórni to nie rewolucja, wciąż mamy Supernatural Cat, wciąż mamy naszą muzykę, etc. To nie jest zwykła zmiana wytwórni na inną, to nie jest tylko kolejna, nowa umowa. Winyle Ufomammut zostały pod szyldem SCat, wciąż pracujemy z przyjaciółmi, wciąż możemy robić to, co jest dla nas ważne. Dlatego wszystko gra i jest dobrze. Pieprzyć analog. Niech żyje cyfra!


Kontrakt z Neurot objął tylko 2 części Oro czy więcej płyt?


Nie ustaliliśmy limitu współpracy. Von Till zapytał nas, czy chcemy wydać jedną płytę? A my na to, że właściwie mamy pomysł na jedną płytę, ale wydaną w 2 częściach. A Steve na to: OK. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że jest między nami nić porozumienia, że nie ma umowy w ścisłym znaczeniu tego słowa, nie jesteśmy zobligowani do postępowania ściśle według punktów kontraktu. To jest raczej przyjacielska umowa. Działamy wspólnie, bo chcemy i tyle. Mamy do siebie nawzajem zaufanie, a reszta się układa. Kiedy pierwszy raz pisaliśmy do Steve’a, ujęliśmy to mniej więcej tak, że we wszystkim najważniejsza jest dusza i muzyka. A on się z tym zgodził, dlatego postanowiliśmy, że wchodzimy w temat. Zróbmy album cyfrowo, olać analog!


Promujecie Opus Primum na koncertach odrywając go w całości, podobnie jak w przypadku Eve. Czy planujecie trasę, na której będzie można usłyszeć po prostu najlepsze kawałki z wszystkich Waszych płyt, tak jak to miało miejsce, gdy promowaliście Idolum?


Zamierzamy zagrać jeden ekskluzywny show, który potrwa około 3 dni, na którym odegramy w całości "Eve", "Oro" oraz wszystkie inne płyty. Razem, za jednym zamachem.


W Tortonie…


(Śmiech) Może być i w Tortonie, jak najbardziej.


Najlepiej 1 stycznia…


Tuż przed nadejściem apokalipsy. Nie wiem, może kiedyś… Teraz koncentrujemy się na Oro, które jest dla nas dość trudne do odgrywania w całości. Ograliśmy się już w miarę z pierwszą częścią, i zaczynamy sobie wyobrażać, jak będzie z drugą…


Granie drugiej będzie koszmarem!


Może faktycznie byłoby dobrze wymieszać wszystko ze sobą.


Zaczęliście już ćwiczyć na żywo Oro Opus Alter?


Tak. Nawet jeśli Oro jest w pewnym sensie trudniejsza, generalnie w gruncie rzeczy gra się ją na żywo całkiem nieźle… Nie wiem, na czym to polega, ale tak to działa.


No przecież, Poia jest jak Jimmy Page, więc wszystko musi pójść gładko.


Tak, oczywiście. Zdecydowanie. Steve Albini mówi do widzenia. Pierwsza część Oro jest w pewnym sensie trudniejsza, ponieważ nawet jeśli pod względem konstrukcyjnym jest prostsza, to z drugiej strony jest jakby… bardziej rozwojowa, wielopłaszczyznowa. Druga część z kolei jest bardziej skoncentrowana. Dlatego, nawet jeśli same riffy w drugiej części są bardziej skomplikowane, odgrywane są w jednym czasie, kompozycje nie są tak wielowarstwowe.


Vita twierdzi, że w drugiej części jest więcej rockowych elementów.


Vita za dużo wypił. Ale okej, w pewnym sensie ma rację. To nie jest rock n’roll, ale można powiedzieć, że jest tam jakby więcej rock’n’rolla… coś jak Tutti frutti song, znacie to?


To bardzo międzynarodowy kawałek.


(śmiech)

Jutro zamierzamy zagrać Stigma i później zagrać Oro. Lubimy zaczynać od Stigma, dawać ten utwór na początek setlisty, bo dzięki temu zyskujemy czas na oswojenie się z dźwiękiem, z brzmieniem w nowym miejscu, możemy odpowiednio ustawić się na scenie, wyczuć publiczność. Mamy czas zorientować się, jak ludzie nas odbierają, czy podoba im się to, co słyszą, czy wręcz przeciwnie i w końcu ruszyć z koncertem pełną parą. Możemy podbijać słuchaczy pozostałą częścią setu. Stigma to dobry wstęp.


To bardzo dobry kawałek na początek koncertu.


Dlatego zagramy właśnie Stigma i Oro.


Przy okazji nowej płyty musimy stworzyć nową Stigmę, na dobry nowy początek.


Dokładnie, musimy to zrobić.

Tak jest, nowa Stigma!


Dla kolejnych pokoleń…


Na Desertfest wystąpiliście na głównej scenie jako jedna z gwiazd festiwalu. Nawet Red Fang musiał zadowolić się mniejszą sceną. W ubiegłym roku na Roadburn po prostu zmietliście konkurencję.


To wszystko przez przypadek.


Czujemy się z tym bardzo dobrze, oby tak dalej!


Tak, jest naprawdę nieźle. Na zewnątrz czeka na nas limuzyna. Mogę wydawać moje miliony euro na różne głupoty. Fajnie jest. Nie wiem… jakoś zupełnie tego nie czuję…


Jednak wyrastacie, a może już jesteście jednym z najważniejszych zespołów w tej stylistyce. Co o tym myślicie?


W jakiej stylistyce?


Nie chodzi o nazewnictwo, tylko o fakty.


W porządku, jeśli przyjąć, że jest coś takiego jak styl Ufomammut, to owszem, bez wątpienia jesteśmy w tym nurcie najważniejsi, najwięksi, najlepsi. Zgadzam się. A tak poważnie, zupełnie nie czuję, żebyśmy byli więksi niż byliśmy do tej pory. Nie widzę większej różnicy.


We Włoszech właściwie nikt nas nie kojarzy, nikt nie wie o Ufomammut.


Szczerze, wolę, żeby Ufomammut pozostał małym zespołem, ale rozpoznawanym w swoim kręgu. Z raczej wąskim gronem słuchaczy, ale za to zaangażowanych, wiernych, etc. Lepiej być jak mimo wszystko niszowy Melvins niż np. taki Trepalium (headliner jakiegoś niedużego francuskiego festu, którego ulotki leżały na stole) - duzi przez chwilę, przez góra jeden sezon, a później kaplica.


Trepalium… Czy ja ich znam?


Nie przejmuj się, też ich nie znam. Nie wiem, czy jesteśmy znani, wydaje mi się że raczej nie bardzo.


Jest tak, bo nie gramy niczego, co dałoby się wrzucić do mainstreamu. Nie jesteśmy Guns’n Roses więc nie jesteśmy wielcy (śmiech). Trochę szkoda, ale co zrobić….


Może jeszcze się doczekacie…


Szczerze mówiąc, wolę kiedy na przykład gramy na mniejszych scenach, gdzie jesteśmy bliżej tłumu, a publiczność wydaje się być przy okazji większa, liczniejsza, niż grać na wielkiej scenie z garstką słuchaczy przed oczami. Kiedy grasz na żywo, wymieniasz emocje, wymieniasz energię z ludźmi, którzy słuchają twojej muzyki. Kiedy gramy na dużej scenie, ten mechanizm przestaje działać. Najważniejsze to być blisko publiczności. Rozmawialiśmy nawet o tym dziś rano - o graniu na głównych, dużych scenach - nie przepadam za tym, wolę małe sceny, mniejsze kluby, grając w takich  miejscach jestem naprawdę szczęśliwy. Ludzie są blisko, brzmimy głośniej, a show jest bardziej… intymny. Analog! Hałas!!!


A kiedy gracie we Włoszech, jak liczna publika przychodzi Was oglądać?


Ciccio (śmiech)


Dlatego właściwie nie gramy we Włoszech.


Nie lubimy tam grać. Nie wiem dlaczego tak jest, Włochy są pod tym względem bardzo dziwne. Wolimy grać poza krajem, koncerty we Włoszech są nudne.


Ludzie nie reagują na muzykę, bo jesteśmy Włochami, a Włochów nie interesują ich rodzime zespoły. Dlatego, nawet jeśli próbujemy od czasu do czasu zagrać w kraju koncert, to generalnie nie dostrzegamy w tym żadnych pozytywów, nie daje nam to praktycznie żadnej satysfakcji. Zupełnie inaczej niż w przypadku koncertów w innych krajach.


Racja, kiedy gramy za granicą, jest zupełnie inaczej.


Może kiedyś doczekamy dnia, w którym Ufomammut spotka się we Włoszech z większym zainteresowaniem ze strony słuchaczy.


Może kiedy zakończycie działalność, staniecie się legendą… kultem…


Coś w tym jest. Może gdybyśmy się rozpadli z hukiem, a później ogłosili wielki powrót. Dziś to działa.


Prawda jest taka, że Ufomammut rozpadł się właśnie dziś. Tak chłopaki, przestańcie udawać, Ufomammut zakończył działalność. A jutro, specjalnie na Hellfest, specjalnie dla tej publiczności, ogłosimy powrót na scenę. Musimy rozpuścić ten news jak najszybciej, najlepiej jeszcze dziś. Wy też powinniście nam pomóc.


Zajmiemy się tym od razu, jak tylko skończymy tę miłą pogawędkę (śmiech). Jedno z ostatnich pytań: Urlo i Poia, pojawiliście się również na najnowszym albumie ICO. Zanim przeczytałem w booklecie, że wasze gitary słychać w zamykającym album "Rigel", stawiałem właśnie na ten kawałek. Czy mieliście jakiś wpływ na samą kompozycję? To bardzo ciężki, masywny, zupełnie nietypowy dla ICO utwór.


Nie byliśmy zaangażowani w pracę nad płytę w dosłownym znaczeniu tego słowa, w żaden sposób im nie pomagaliśmy, nic z tych rzeczy. Daliśmy im tylko kilka wskazówek, kilka ścieżek gitar i klawiszy, nic poza tym. Naszego udziału naprawdę nie warto przeceniać, moim zdaniem ich płyta od początku była właściwie doskonała. Ale skoro zapytali nas, czy chcemy coś zrobić, czy chcemy coś zagrać, powiedzieliśmy jasne, że chcemy. Uwielbiamy ten album od początku do końca, oni zrobili go doskonale, dlatego gdybyśmy nic nie dorzucili od siebie, płyta i tak byłaby świetna, zupełnie nic by na tym nie straciła.


Byłaby nawet lepsza, byłaby zdecydowanie lepsza, a teraz… sami wiecie.


Niestety, ICO musieli wyciąć jedną z moich solówek, właściwie to było jedno z najlepszych solo, jakie kiedykolwiek zarejestrowałem.


O tak, mogę sobie wyobrazić to Twoje solo wszech czasów…


Kojarzycie Silvio Berlusconiego?


Tak, jest dość popularny.


Partia Berlusconiego ma swój hymn. Zagraliśmy go na gitarach na nowy materiał ICO, a kiedy go dostali, przesłuchali ten kawałek, ale nie rozpoznali go i mówią: 'ten fragment jest jakiś dziwny, nie za bardzo nam się podoba, brzmi raczej słabo'. A my na to: 'O nie, co wy wygadujecie, to bardzo dobry utwór, jest znakomity, Poia poświęcił na ogrywanie go wiele długich tygodni!'


Forza Italia!


To był taki żart, jak chcecie, możecie to wyciąć (śmiech). Co do Rigel, to ostatni kawałek na ich płycie, zgadza się? Był doskonały w takim kształcie, w jakim go nagrali. Nasz wkład był naprawdę niewielki. Dodaliśmy kilka elementów, ale struktura i cały koncept to wyłącznie ich autorstwo. Wszystko, cały zamysł, był przemyślany I wykonany przez nich, był wyłącznym dziełem ICO. To ich dziecko, a nie nasza zasługa. My po prostu przekazaliśmy im kilka przyjacielskich uwag, jeszcze przed rejestracją w studio. ICO to jeden z niewielu zespołów, który pyta nas o zdanie, albo chce, żebyśmy coś dla nich zrobili (śmiech). I dobrze, bo lubimy dzielić się doświadczeniem czy wrażeniami, lubimy dawać coś od siebie, współtworzyć  z innymi. Poprzedni album ICO był naszym zdaniem dalece bardziej… kanoniczny. W pewnym sensie.  A teraz, przy okazji nowej płyty, odważyli się na więcej, chcieli poeksperymentować, zrobić coś więcej z brzmieniem, etc. Chcieli pójść krok naprzód. Moim zdaniem, Rigel to wyjątkowy, znakomity kawałek. Poza tym, ICO zmieniło wiele w samej grze, również na żywo. Jesteśmy z nich naprawdę dumni i cieszymy się, że mamy ich w Supernatural Cat. I tyle. Dla kompozycji na ich nowej płycie nie zrobiliśmy niczego szczególnego, nie mieliśmy żadnego wkładu w kompozycje. Fizycznie, nie zrobiliśmy nic, to było raczej emocjonalne duchowe wsparcie. Płyta jest rezultatem wyłącznie pracy tych chłopaków i nikogo więcej.


Czujecie się zaangażowani, ale nie chcecie być traktowani jako współautorzy, zgadza się?


Czujemy się zaangażowani, zdecydowanie i to nawet bardzo, ale nie przypisujemy sobie autorstwa czegokolwiek, bo nie ma ku temu podstaw. Przysłali nam materiał, bo pewnie liczą się z naszym zdaniem, chcieli usłyszeć, jaka będzie nasza ocena. A my powiedzieliśmy WOW, to jest świetne. Zwróciliśmy im uwagę, że mogliby popracować więcej nad wokalami. Ale cała reszta to ich robota, ich krew, pot i łzy.


Urlo, skąd się wzięła Twoja ksywa? Znaczeniowo, ma coś wspólnego z krzykiem (l'urlo po włosku oznacza krzyk). To jakieś nawiązanie do krzyku Muncha czy może po prostu jesteś nerwowy i często krzyczysz na ludzi?


Moja matka od małego wołała na mnie w ten sposób, ponieważ kiedy byłem dzieckiem, nieustannie płakałem. Byłem jednym z tych słabowitych dzieciaków, ciągle na coś chorych, które biorą mnóstwo antybiotyków, dostają zastrzyki, etc. Ze mną było tak mniej więcej do 6/7 roku życia. Dzięki temu, do dziś panicznie boję się strzykawek, co pewnie ma i swoje dobre strony... Zgadza się, urlo oznacza krzyk, ale zyskałem ten nick na długo wcześniej nim dowiedziałem się o czegokolwiek o Munchu i jego sztuce. Chociaż nie można wykluczyć, że moja facjata, w czasie gdy byłem dzieckiem, przypominała tę z obrazu. Może tak było, może to było zapisane w gwiazdach. Musiałem wrzeszczeć, nie miałem wyjścia (śmiech).


Wszystko wskazuje na to, że jesteście na fali wznoszącej zarówno jeśli chodzi o Ufomammut, jak i Malleusa. Czego wam życzyć na koniec?


Chcecie autograf? (śmiech)


Co za pytanie, znasz odpowiedź (śmiech)


Laski i kasa…


I trasa po Japonii…


Nagrać album live.


Wreszcie podbić Polskę! Sam nie wiem - jest dobrze tak jak jest, chyba…


Jeśli chodzi o przyszłość, niezmiennie mamy nadzieję,  że będzie nam dane zawsze żyć tak jak dotąd, a na zewnątrz udawać, że robimy coś całkiem innego. Mamy nadzieję, że będziemy mogli grać do samego końca.


Bez przesady, może nie aż tak długo, naprawdę się starzejemy.


Co ty gadasz, ja jestem jeszcze młody. No, na pewno jeszcze nie taki stary, żebym nie mógł dalej grać.


Jesteś starszy od nas, więc…


Kto, ja?


A nie!? Najważniejsze, to starać się nie robić z siebie idioty większego niż się jest. Nie chcę wymieniać nazwisk…

Tak, miało być bez nazwisk


Najważniejsze w życiu jest postępować tak, jak podpowiada serce, sumienie, dusza, cokolwiek. Robić to, co instynktownie uważa się za dobry wybór. Kiedy poczujesz, że powinieneś się zatrzymać, warto się zatrzymać. Tak jest najlepiej.


Dokładnie, najlepiej jest brać życie takim, jakie jest.


Nie analog, a cyfra. Nie robić z igły wideł, żyć na luzie. Wiedzieć co jest ważne, a resztą się nie przejmować. Dopóki Ciccio będzie z nami, dopóki nas nie opuści, będziemy szczęśliwi. W przeciwnym razie, jesteśmy skończeni.


Dzięki chłopaki za Wasz czas


To my dziękujemy.


A teraz pora na autografy i pamiątkowe zdjęcie (śmiech).


Powinniśmy zrobić to jak Slash, gdzie się podziały moje przeciwsłoneczne okulary?


Rozmawiali: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka i Szymon Kubicki
Zdjęcia: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie