Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ryszard Wolbach

Ryszard Wolbach

Co łączy legendarną kapelę country Babsztyl z kultowym zespołem rockowym Harlem? Oczywiście postać współzałożyciela, Ryszarda Wolbacha.

Głównym powodem naszej rozmowy jest jednak zupełnie nowy projekt, w którym ten świetny wokalista i gitarzysta bierze aktualnie udział. Chodzi o "Kolory Nadziei", widowisko muzyczne, którego premiera będzie miała miejsce 4 października br. w warszawskiej Sali Kongresowej. Z tej okazji artysta zdradził kulisy przygotowań do tego wydarzenia oraz opowiedział o swojej - notabene - pierwszej, w pełni autorskiej płycie studyjnej.

Jak rozpoczęła się pana przygoda z muzyką?


To był koniec lat 70-tych. Byłem studentem Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego. Pogrywałem sobie nieśmiało w pokoju mojego akademika, kiedy zapukał do drzwi niejaki Zbyszek Hofman. Szybko okazało się, że mamy wspólną pasję. Lubiliśmy grać na gitarach. Okazało się również, że śpiewanie, głównie na prywatkach studenckich przysparza nam coraz więcej życzliwych odbiorców. Zaczęliśmy się pokazywać na różnego rodzaju przeglądach i festiwalach w trójmiejskich klubach studenckich głównie ukierunkowanych na tzw. piosenkę turystyczną. To było folkowo-balladowe smęcenie, czasami rubaszny żart. Zgrały nam się ze Zbyszkiem te nasze głosy i szybko zaczęliśmy przywozić różnego rodzaju patery, "cepeliowskie" ozdoby gliniane, które stanowiły w tamtych czasach nagrody na festiwalach. Nazwy owych festiwali były dziwne, czasami zabawne: Bazuna, Bakcynalia, Yapa itp. Potem pojechaliśmy do Krakowa na Festiwal Piosenki Studenckiej skąd zawędrowaliśmy jako laureaci wprost do Opola, gdzie "łyknęliśmy" wyróżnienie za interpretację zabawnej piosenki "W siną dal" no i …poszło.


Czym są "Kolory Nadziei"? Kto jest głównym pomysłodawcą spektaklu?


Pomysłodawczynią całego projektu jest Barbara Szafraniec. To nie tylko spektakl, to również wydawnictwo muzyczno - literackie opatrzone 2 płytami, program szkoleń motywacyjnych, a w przyszłości portal społecznościowy oraz Festiwal Szczęścia. W warstwie tematycznej, to wszelkiego rodzaju działania mające na celu zwrócenie uwagi na możliwości ukryte w nas samych, zachęcenie do samorealizacji, uwolnienie pokładów dobrej energii w celu osiągnięcia szczęścia. Czasami brzmi to dziwnie i naiwnie ale przekonałem się sam, że takie działanie, a przede wszystkim myślenie bardzo mi pomaga w życiu.


Czy "Kolory Nadziei" są rock-operą? Jeśli tak, to jak  pan rozumie znaczenie tego hasła?


Definicja tego wydarzenia nie jest jednoznaczna. Ze względu na charakter muzycznego przekazu można by było ten spektakl nazwać Rock-Operą. Kamil Szafraniec kryjący się pod pseudonimem "Sopor" (tak też nazwał swoją formację) skomponował materiał muzyczny, który na bazie muzyki symfonicznej wsparł mocną, rockową sekcją. Również większość moich propozycji do widowiska osadzona jest głęboko w muzyce rockowej, w której czuję się zdecydowanie najlepiej.


O czym opowiada ta sztuka?


Sam spektakl jest dynamiczną opowieścią o człowieku, który tkwi w stanie ciężkiego letargu, depresji. Z tego mrocznego, beznadziejnego stanu staramy wyprowadzić go wskazując niejako drogi, sposoby rozwiązania. Matczyna miłość, przyjaciele, dziewczyna wreszcie wiara oddziaływają na niego i powodują, że otrząsa się z marazmu i zwątpienia. To prosty, sugestywny przekaz w którym kluczową rolę odgrywają: muzyka, taniec, światło i adekwatna wizualizacja.


Czym kierowano się w doborze muzyków? Kto o tym decydował?


Kamil budował swoją formację w Poznaniu. To grupa młodych przyjaciół, zjednoczonych wspólną ideą muzyczną. Ja z kolei sięgnąłem do muzyków głównie wywodzących się z Olsztyna, który od lat był bazą dla moich muzycznych działań (Babsztyl, Harlem).


Jak poszczególni muzycy przygotowują się do swoich ról? Jak wyglądają Wasze próby? Czy łatwo zorganizować pracę tylu artystów, wywodzących się z różnych środowisk muzycznych, mających sporo obowiązków w macierzystych zespołach i projektach?


Kamil (Sopor) ćwiczy od miesięcy w Poznaniu. Zagrali już kilka koncertów i ładnie im to się już "wiezie". Ja przyjąłem inny system. Próby to po prostu kilka wspólnych sesji, na których doszlifowaliśmy w zasadzie formy, resztę dogramy na próbach produkcyjnych tuż przed spektaklem. To profesjonalni, małpio sprawni muzycy przygotowani technicznie i mentalnie do działania w kilku formacjach równocześnie.


Czy jest to pierwsza tego typu sztuka, w której bierze Pan udział?


Tak, biorę pierwszy raz udział w tak szerokim projekcie. Wydaje mi się, że musieliśmy z Basią sami wymyślić taką formułę abym mógł się w niej w pełni zrealizować.


Spektakle muzyczne i rock-opery nie są czymś nowym dla polskich słuchaczy. Czy tego wydarzenia cieszą się popularnością w Polsce?


Myślę, że to bardzo ciekawa formuła. Pozwala na użycie wielu środków co staje się dla odbiorcy atrakcyjniejsze. Określona fabuła, opowieść ilustrowana muzyką, opowiadana tekstem utworów uzupełniona tańcem i specjalnie przygotowaną wizualizacją to bardzo interesująca z punktu widzenia widza propozycja. Jeśli charakter muzyki, jej wartość gatunkowa oraz soliści spełniają oczekiwania uczestników mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Ja osobiście oczekuję od tego widowiska wielu wzruszeń i głębokich przeżyć natury psychologicznej i muzycznej. Soliści zostali dobrani starannie i nieprzypadkowo. Jest mi niezmiernie przyjemnie, że moje piosenki wykonają Piotr Cugowski, Michał Rudaś, Marcin Kołaczkowski, Kalina Kasprzak a uczestniczy w nich również charyzmatyczny Michał Jelonek. Dla mnie osobiście pewnym novum jest współpraca z zespołem tanecznym. Alternatywny Teatr Tańca Luz rysuje swoimi działaniami głównie tematy Kamila, a w roli solisty zobaczymy Igora Leonika. Uczestniczę w tego rodzaju spektaklu po raz pierwszy jako kompozytor, autor tekstów i współproducent i sam jestem ciekaw jak dużym powodzeniem cieszyć się będzie nasza propozycja.


Czy ma pan inne podejście do tworzenia muzyki, wiedząc, że będzie ona wykonana  np. w teatrze (albo - tak jak tym razem - w Sali Kongresowej), a nie na festiwalu rockowym?


Tak, to zupełnie inna bajka. Festiwale, koncerty rockowe rządzą się zupełnie odmiennymi prawami. Muzyka rockowa z założenia oparta jest na improwizacji. Jako frontman kapeli rockowej kreowałem wydarzenia na scenie na bieżąco, reagując na zachowani publiki, pogadując sobie z nią często. Tu nie ma na to szans. Wszystko spięte jest w ryzy scenariusza i każdy element spoza niego powoduje katastrofę. To cała, precyzyjna alchemia, którą czyni ogromny zespół ludzi. Reżyseria światła (Artur Wytrykus), reżyseria dźwięku (Andrzej Karp), choreografia (Joanna i Bartek Woszczyński) i w końcu reżyseria (Marcin Kołaczkowski) składają się na efekt końcowy. Piosenki zostały napisane niejako na zamówienie. To opowieść pisana konsekwentnie w pewnym celu. Na dystansie kilkudziesięciu utworów musimy przejść z bohaterem spektaklu pewną drogę, aby zamknąć ją dokładnie tak, jak życzy sobie tego autorka scenariusza (Barbara Szafraniec). Rozpoczynamy więc mroczną, pełną smutku balladą rockową  a kończymy energetycznym, folkowo-klezmerskim tematem z "bananem" na ustach.


Proszę opowiedzieć o płycie "Wielki Dzień". Jest to pana w pełni autorski album?


Tak, odpowiadam w nim za kompozycje, teksty, wyraz artystyczny, stylistykę oraz produkcję muzyczną (w tym przypadku współpracowałem w przemiłych okolicznościach z Ryśkiem Szmitem). Sam sobie zaśpiewałem i zagrałem na gitarze akustycznej.


Jacy muzycy zagrają z panem na tej płycie?


Klawisze i sytuacje samplowe ogarnia Piotr Banaszek, na gitarze gra Piotr Szymański - wielce uzdolniony i sprawny muzyk znany mi jeszcze ze współpracy z zespołem Babsztyl. Na basie działa Maciek Magnuski, zaś na bębnach płytę nagrał Zbyszek "Cizio"Chrzanowski. W jednej z piosenek zaśpiewała obdarzona cudnym, ciepłym głosem Beata Bednarz. Partie dud "podarował" mi mój przyjaciel Hevia, który wniósł w jednym  z utworów ciepło asturyjskiego słońca. Pojawia się na niej również liryczny do bólu Michał Jelonek (skrzypce) oraz tacy muzycy jak: Bartek Krauz (akordeon), Marcin Rumiński (Tin whistle), Grzegorz Piotrowski (saxofony), Wiesiu Sałata (bas) i Marek Kisieliński (git. akustyczna). Chórki zaśpiewali pięknie: Ola Chudek oraz Piotr Tazbir. A więc bogato.


Wspominał pan kiedyś, że do tej pory pełnił pan na polskiej scenie rolę służalczą, bo musiał pan dzielić się pomysłami ze współpracującymi muzykami. Za sprawą płyty "Wielki Dzień" to się zmieniło. Jakie to uczucie po raz pierwszy odpowiadać za wszystko od początku do końca?


Tak powinno być. To pełna kreacja w pełni świadoma i w całości autorska. Wiem czego oczekuję od muzyków i świetnie rozumiem się z realizatorem, wspomnianym już Rysiem Szmitem. Przy okazji wspomnę, że umówiliśmy się już 20 lat temu, że pierwszą moją płytę autorską nagram właśnie z nim. No i udało się.


Każdy z zespołów, w których brał pan udział, reprezentował inny gatunek. Zdarzyło się już panu grać folk, blues, rock a nawet country. Z którym gatunkiem jest pan emocjonalnie najbardziej związany?


Płonie w mojej duszy muzyka rockowa. Tu jest mi najbliżej. Jednak kocham muzykę w ogóle i słucham wielu gatunków muzycznych. Warunek jest jednak jeden: musi mnie poruszać. Emocje, melodyka i charyzma wykonawcza, to coś czego oczekuję. Pobawiłem się na tej płycie kilkoma gatunkami, do tej pory rzadko realizowanymi przeze mnie. Jednak daleko mi do głębokich eksperymentów i "fikołków". Opowiadam pewną historię w taki sposób, aby dotrzeć mogła do każdego.


Czy występuje pan jeszcze okazjonalnie z zespołem Harlem albo współpracuje z którymś z muzyków tej formacji? Czy planuje pan taką współpracę w przyszłości?


Z przyjemnością wystąpię z Harlemem przy okazji jubileuszu (20 lat istnienia zespołu), który zbliża się nieuchronnie. To wartościowa, klasycznie rockowa formacja, w której zawsze było miejsce na fajną muzę i prosty, mądry przekaz.


Po odejściu z Harlemu występował pan m.in. z Krzysztofem Misiakiem. To był bardzo ciekawy projekt. Podobno już nie gracie wspólnie. Co było powodem zakończenia współpracy? A może będzie jeszcze ciąg dalszy?


Nigdy nie mów nigdy. Muzycy "schodzą" się często, w przeciwieństwie do gór. Krzysztof to wspaniały muzyk. Miło wspominam sobie współpracę z nim, pewnie nie raz jeszcze zagramy razem. Obecnie jednak jestem w pełni zaabsorbowany naszym projektem Kolory Nadziei, więc te słodkie chwile grania z Krzysztofem zostawiam sobie na później. No chyba, że Krzysztof już ma dość (śmiech)


Jednym z moich ulubionych utworów Harlemu jest "Kiedy góral umiera". Zawsze mnie nurtowało, czy ten utwór był komuś szczególnemu poświęcony?


Rozwiewam wszystkie wątpliwości dotyczące "Górala" bo jestem o to często pytany. Otóż autorem tekstu i muzyki do piosenki jest Paweł Kasperczyk (szukajcie go w Radio El w Elblągu). Zapytajcie go wprost jakie były motywy powstania tej, skądinąd pięknej pieśni. Ja ze swojej strony mogę jedynie dodać, że w Harlemie dedykowaliśmy ją Św. Pamięci Mai Łabunowiczowi. Marek był ratownikiem TOPR-u i zginął ratując ludzi spod lawiny. Zagrał on w tym utworze na cymbałach węgierskich i skrzypcach i ze wzruszeniem i wielką sympatią go wspominamy.


Kuba Chmiel

Zdjęcia: Alicja Reczek

GALERIA
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie