Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Litza (Luxtorpeda)

Litza (Luxtorpeda)

Luxtorpeda to ewenement polskiego rynku muzycznego, zalewanego przez tandetę i plastikowe gwiazdki, produkowane z jednego tylko powodu - dla szmalu.

Zespół wbija się klinem w cały ten chłam, udowadniając, że można jeszcze nagrywać muzę przez duże "M" i pisać teksty przez duże "T". I jakkolwiek otacza nas "mowa trawa z prawa" i "mowa trawa z lewa", a murawa cały czas się rozrasta, pozwoliliśmy sobie popodlewać trochę trawniki w towarzystwie naczelnego riffiarza Rzeczypospolitej - Roberta Friedricha... znanego Wam jako Litza.

Muzyką zacząłeś się zajmować, bo...?


Bo otaczająca mnie rzeczywistość przypominała czasami piekło na ziemi i chciałem od tego chwilę odpocząć - przenieść się choć na moment do innego świata. Brałem więc do ręki gitarę, grałem i marzyłem sobie.


A w jaki sposób trafiłeś na gitarę?


Podczas wakacji w wojskowym ośrodku w Darłowie, dobiegły mnie skądś dźwięki gitary. Poszedłem za tym tropem, odnajdując wojskową stołówkę, a w niej - odzianego w dżinsy hipisa, grającego solówki Santany. W tamtej szarej, komunistycznej rzeczywistości było to coś niesamowitego. Właśnie tego dnia postanowiłem zostać gitarzystą.


W tamtych czasach nie łatwo było zdobyć instrument.


Właśnie - zaraz po zachłyśnięciu się ideą spędzenia reszty życia z gitarą w ręku, nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Okazało się, że trzeba mieć struny, trzeba mieć wiosło, trzeba mieć je do czego podłączyć... Poszedłem do nauczyciela od zajęć praktycznych i pytam: "Czym podłączyć gitarę?" On na to: "A masz wzmacniacz?" Odpowiadam: "Nie mam, ale mam adapter." Na to gość: "Musisz mieć kabel koncentryczny." Poleciałem więc do najbliższego sklepu telewizyjnego i kupiłem kabel antenowy - całe 1,5 metra, bo tylko na tyle było mnie stać. Kabel był tak sztywny, że musiałem stać naprzeciwko wzmacniacza w jednej pozycji, inaczej szlag go trafiał i trzeba go było ponownie lutować (śmiech). Teraz dzieciaki mają dużo łatwiej, ale wtedy trzeba się było wszystkiego uczyć krok po kroku.


Jako muzyk, z niejednej już beczki sól jadłeś - Acid Drinkers, Turbo, Creation of Death, Flapjack, Arka Noego, 2Tm2,3, Kazik Na Żywo... Łatwo się rozkręcało Luxtorpedę?


To ciekawe pytanie, bo dostałem od młodych zespołów trochę maili - z pretensjami, że stary, rockowy "dinozaur" powrócił i zabiera im miejsce na scenie... Otóż ten dinozaur znów zaczynał praktycznie od początku. Kiedy wystartowaliśmy, dzwoniliśmy po klubach i nikt nas nie chciał, nawet za darmo! Wzięliśmy więc kolejny kredyt, by kupić porządne, stacjonarne przody NEXO Alpha, które mogą zapewnić muzyce rockowej odpowiednie brzmienie. Zapakowaliśmy to na ciężarówkę i ruszyliśmy w Polskę. Graliśmy nad morzem za przysłowiowy "kapelusz", dla przechodniów, w namiotach piwnych... Zazwyczaj wrzutek starczało na rybę i frytki. Kiedy padało, doczepialiśmy daszek do naszej przyczepy kempingowej - jednym słowem pełna hipiserka. Ale takie granie dało nam dużo radości i w pewnym sensie było sprawdzianem dla zespołu. Każdy z nas pokazał, czego tak naprawdę chce. A chcieliśmy po prostu grać - byliśmy głodni koncertowania.


Skąd czerpałeś inspiracje muzyczne do "Robaków"?


Druga płyta Luxtorpedy to cała moja fascynacja muzyką rockową od Budgie po Slayera. Te inspiracje to samo życie - słucham ogromnej ilości muzyki i gdzieś to się potem naturalnie odzywa. Przykładowo utwór "Wilki dwa" - podczas Świąt chciałem się na chwilę oderwać od choinki i całego tego klimatu. Wyszedłem więc do studia, wyjąłem wiosło i prawie od razu wpadł mi do głowy riff, oparty na tych charakterystycznych akordach, które kojarzyły mi się trochę z "Kayleigh" Marillion. Z kolei kiedy wysłałem to Krzyżykowi, od razu odesłał mi kawałek Iron Maiden z podobną harmonią. Jak to mawiał inżynier Mamoń w "Rejsie": "Podobają się nam melodie, które już raz słyszeliśmy" (śmiech).


W jaki sposób twoje riffy przeradzają się w lux-kompozycje?


Każdy z nas ma jakieś pomysły, które przynosimy na próby i prezentujemy reszcie zespołu. Czasem te pomysły ulegają radykalnym metamorfozom. Bywa też tak, że są tylko iskrą, z której powstanie nowy utwór, ale riffu który nas zainspirował w nim nie będzie. Sporo razem gramy i staramy się wyłapywać fajne momenty. Sekcja rozmawia między sobą - gdzie są kontrapunkty, co zaakcentować, a czego nie... To są takie małe smaczki, które nas bardzo inspirują. Pierwsze kompozycje na drugi krążek zaczęły powstawać już pomiędzy koncertami, promującymi pierwszy. Tak narodził się "Gdzie ty jesteś" - na jednej z przerw, podczas trasy w Lublinie. Usiedliśmy w salonie u znajomych i zrobiliśmy ten kawałek. Potem powstał utwór "Raus", następnie "Mowa trawa" i "Fanatycy"... Kolejne nasze spotkania odbywały się już w duchu pracy nad drugą płytą. Tytułowe "Robaki" pojawiły się dopiero na samym końcu.


Najnowszy krążek udostępniliście przedpremierowo w Internecie - nie obawialiście się, że ludzie wezmą waszą muzykę za darmo i nie kupią płyt?


Właśnie nie, nie obawialiśmy się. Niektórzy z moich znajomych, znający się na marketingu, pukali się w głowę. Mówili, że to jest błąd taktyczny i już mamy przesrane. Tymczasem, album sprzedał się dość dobrze. Już po miesiącu mieliśmy złotą płytę i właśnie robimy dodruk. Zobacz, to poligrafia "Robaków" z niewielkimi poprawkami (tu Litza pokazuje leżące na stole proofy - przyp. red.). Ludzie potrzebują zaufania. Potrzebują, aby ktoś uwierzył w ich uczciwość. Nie chcą być traktowani jak potencjalni złodzieje, okradający muzyków. Jak to napisał jeden z fanów na forum, który za całą swoją wypłatę kupił płytę z numerem "1" podpisany własnoręcznie przez nas za prawie 2 tysiące, na aukcji dla Stopy i stwierdził: "Chcę wreszcie dokarmić tego dobrego wilka".


Artyści często boją się konfrontacji. Wolą otaczać się zasiekami międzynarodowych umów i zabezpieczeń przed kopiowaniem. A ty, uwierzyłeś po prostu w swoją muzykę i ta muzyka obroniła się sama.


Ja jestem dziecinnie naiwny i nie do pomyślenia jest dla mnie, by nie wierzyć w to co się robi. Mój ojciec, pochodzący z małej wsi, opowiadał mi kiedyś, że możliwe były tam tylko cztery drogi zawodowe: żołnierz, kolejarz, ksiądz, albo budka z piwem. Czuję niesmak, kiedy słyszę, że ktoś robi coś z przymusu, jako wyrobnik. Oczywiście widywałem muzyków, grających w kanale pod sceną tło do jakiejś imprezy - przed sobą postawili nuty, a na twarze przywdzieli maski obojętności, jakby mając kompletnie w dupie muzykę, którą odtwarzali. I to było bardzo smutne i straszne zarazem. Ale być może dlatego nie rozumiem tego typu sytuacji, bo ja sam nie jestem muzykiem zawodowym - nigdy się formalnie nie kształciłem w tym kierunku. Wiem, że nie umiałbym tak po prostu odgrywać czyjejś muzyki. Swojego zespołu nie traktujemy jak produktu, który ma wylądować na półce jak jakieś mydło i się sprzedać. Nasza płyta, to tak naprawdę jesteśmy my - dzielimy się tam naszymi własnymi myślami i dźwiękami, które nam w duszy grają. To dość intymna sytuacja. Nie analizujemy, co zrobić, by zgadzały się słupki i zasobność kasy. Niektórzy ludzie boją się o przyszłość, kiedy w ich życiu nie ma zabezpieczenia w pieniądzu. Po to masz ten dzień, aby go przeżyć i się nim nacieszyć. A jest nieprzyjaciel człowieka, który powoduje, że boimy się zarówno swojej przeszłości, jak i przyszłości - nie jako czasu, ale jako pewnych figur w naszym życiu - i wtedy zostaje nam totalnie ukradziona teraźniejszość, ponieważ nie żyjemy "dzisiaj", tylko już teraz boimy się "jutra", na podstawie źle przeżytego "wczoraj".


Mówisz, że nie analizujecie słupków sprzedaży - to chyba spora odwaga, w świecie opanowanym przez korporacje?


Kierujemy się intuicją i wiarą, że to co robimy komuś może coś dać, jakoś go ubogacić. Kiedy robiliśmy Arkę Noego do programu Ziarno, nikt tego nie chciał wydać. Specjaliści od marketingu w wytwórniach stwierdzili, że na takie "wycie" nie ma targetu, że "target tego nie kupi". W końcu żona mi mówi: "Wiesz co, wydajmy to sami". I to była dobra decyzja - do dziś sprzedaliśmy tamtej płyty milion i trzysta tysięcy egzemplarzy. Potem dzwonili do nas z pytaniami, w jaki sposób badamy rynek (śmiech). O kasie i komercji mówią w kółko tylko ci ludzie, którzy żyją w funkcji pieniądza. Niestety dla wielu stał się on najważniejszą religią. Dlatego nie wyobrażają sobie, że można grać z zupełnie innych powodów. Tymczasem muzyk ma często taką "korbę", że chętnie dołożyłby do interesu, żeby tylko móc zrealizować swoją wizję. Ale to rozumieją tylko artyści, twórcy, szajbusy. Dla takich najważniejsza jest muzyka - to też kwestia intencji wobec słuchaczy. Jeśli nie robisz muzyki szczerze, ludzie wyczują to od razu. Dlatego też dobra muzyka obroni się sama. I to jest sprawiedliwe.


Słyniesz jako swego rodzaju "gear geek" - maniak sprzętowy...


Oj, stary, to temat rzeka (śmiech). Chyba nawet przesadzam trochę, bo przesiaduję na tych wszystkich stronach i forach sprzętowych, wczytując się w różnice pomiędzy jedną a drugą lampą, z jakiego rocznika wzmacniacze mają najlepszy sound, czy które kable oddają najwierniej brzmienie instrumentu.


Rzeczywiście sprzęt robi taką różnicę, kiedy się naprawdę potrafi grać?


Właśnie wtedy szczególnie. Pewnego razu powiedziałem Robertowi: jeśli Luxtorpeda ma odpowiednio brzmieć, musimy mieć na scenie dwa wzmacniacze Voxa. Nasz znajomy, z firmy handlującej vintage'owymi gratami przywiózł mu kiedyś na koncert AC30. Robert podłączył swojego Orange- 'a, potem tego starego Voxa, potem znów Pomarańczkę i mówi: "Zaraz, chłopaki, bo coś się spieprzyło w moim wzmacniaczu" (śmiech). Od tego czasu obaj gramy na Voxie, który według mnie jest królem wszystkich wzmacniaczy. On ma piec z 1973 roku - ja mam jeszcze o dziesięć lat starszy wyprodukowany przez JMI W 1963 roku. Elektrycznie są to bardzo proste konstrukcje, ale soundowo jest to niewiarygodne. Mam jeszcze Two-Rocka i Bognera - dla mnie najlepsze piece, jakie kiedykolwiek się ukazały. Two-Rock, używany przez ludzi takich jak John Mayer, czy Joe Bonamassa do blues-rockowego grania, zaskoczył mnie genialnym soundem w ciężkiej muzie. Z kolei Bogner, przynajmniej ten z lat 90., sojest kwintesencją tego, co robił Marshall na samym początku. To były kiedyś świetne wzmacniacze, ale potem, tak jak Buddę czy inne marki, wszystko to zaczęto produkować taśmowo i utracono "to coś". Tak więc Bogner to dla mnie współczesna wersja klasyki brzmienia rockowego - od pięknego cleanu, przez świetny crunch, po super przester. Jednakże zarówno Bogner, jak i Two-Rock, kłaniają się zawsze, kiedy obok nich postawię mojego starego Voxa z lat 60. Czegoś brakuje tym nowoczesnym piecom w niższym środku, w definicji i w zawartości harmonicznych. Gram więc jednocześnie na dwóch wzmacniaczach, dzięki czemu wzbogacają się one brzmieniowo - Vox potrafi pięknie uzupełnić wszystko to, czego ten jego młodszy kolega nie potrafi opowiedzieć. Dzięki temu tandemowi Luxtorpeda brzmi na żywo grubo i niepowtarzalnie.


W trakcie twojej kariery przetestowałeś pewnie tony sprzętu? Odnalazłeś jakieś ciekawe wiosła?


Miałem różne gitary. Najpierw jakieś śmieszne, polskie wynalazki, jak Samba, czy Alko. Miałem Yamahę, na której grałem na początku w Acidach. Potem B.C. Richa, na którego zrzuciła się rodzina mojej żony. To był jakiś koreański egzemplarz, ale brzmiał obłędnie - potem miałem jeszcze dwa amerykańskie modele, ale w moim odczuciu grały gorzej. Kiedy trafiłem do Kazika, zaczął mnie wychowywać Burza - i tu leżą korzenie moich obecnych preferencji. U niego złapałem też bakcyla na te stare gitary hollow-body i poczułem, że to jest właśnie sound jakiego całe życie szukałem. Zadzwoniliśmy więc do Nowego Jorku, do Maćka Miernika, który sprowadzał takie stare graty. Traf chciał, że akurat miał gitarę Eko z 1966 roku, kupioną od jakiegoś starego Włocha. Właśnie to wiosło było inspiracją do powstania Luxtorpedy. W muzyce, tak jak w życiu, najważniejsze jest znaleźć dla siebie parę i jest to sprawa dość osobista. Musi zaiskrzyć pomiędzy tobą i gitarą lub tobą i wzmacniaczem. Nie ma na to reguły. Ktoś może potrzebować Rolls-Royce'a wśród mikrofonów, o szerokim paśmie i bogatych alikwotach, aby podkreślić barwę swojego głosu. A mnie najbardziej pasuje zwykły, tani SM57 i to na nim brzmię najlepiej.

Jeśli chodzi o wzmacniacze to miałem już marki takie jak Engl, Rivera, czy Orange, który miał ten poszukiwany przeze mnie środek. Ale tak naprawdę dopiero przy Luxtorpedzie trafiłem na to co chciałem i pomógł mi w tym Pete Cornish. To gość, który od lat 70. zajmuje się artystami takimi jak Queen, Black Sabbath, Iron Maiden, McCartney czy Sting. Z jego usług korzystali także Gilmour, Page i wielu innych. Jak to mówią, Pete wie doskonale "od czego muchy zdychają" - w gitarowym świecie jest niekwestionowanym guru. Najpierw zamówiłem sobie overdrive SS-3. Przyszedł po 9 miesiącach, ale kiedy go włączyłem, tak mi skleił dźwięk, że zakochałem się z miejsca - piękny soft-sustain. Potem dokupiłem booster NB-3 i fuzz NG-2, a także splitter, którym zastąpiłem Radiala. Ten ostatni po prostu degradował mi brzmienie - kiedyś otworzyliśmy go, żeby zobaczyć co jest środku, a tam... jakieś najtańsze podzespoły. Poczułem się wtedy oszukany. Splitter Cornisha to małe dzieło sztuki, a i sam Pete jest świetnym i pomocnym gościem. Bardzo dużo się od niego nauczyłem. Robi też dla nas kable gitarowe i kolumnowe które są nie do pobicia przez żadną firmę na świecie. Jest tylko jedna firma produkująca między innymi kable, która może porównywać się z soundem Peta Cornisha i to z Polski. Mam na myśli Laboga Way of Sound. Używam tych kabli w pedalboardzie i jestem spokojny, że nic mi nie nawali, a brzmienie jest pełne i bez żadnych brumów.



Jak nagrywaliście tę płytę? Słuchając jej ma się wrażenie, że zespół gra bezpośrednio przed słuchaczem. Jednym słowem - potęga.


Troszczymy się o prawdę analogowego soundu. Przy pierwszej płycie, dałem materiał do miksu Marcinowi Borsowi, który włożył w to sporo pracy i zmiksował to tak, że zespół zabrzmiał jak nowoczesna, amerykańska produkcja. Powiedziałem mu: "Stary, ja chcę żeby to brzmiało jak polski zespół, nagrywany w garażu" (śmiech). Był załamany, ale zrobił jak prosiłem. Dzięki temu płyta brzmi dokładnie tak jak grająca na żywo garażowa Luxtorpeda. Sam proces nagrywania był trochę inny niż przy pierwszej płycie - wyciągnęliśmy wnioski z tamtej sesji i z problemów, z jakimi wtedy się borykaliśmy. Teraz także rejestrowaliśmy materiał na "setkę", ale wzmacniacze mieliśmy odizolowane w osobnych pomieszczeniach. Większość śladów nagraliśmy w RecPublica Studio, które ma świetny sprzęt, porządne pomieszczenia i fajne zaplecze i świetnego realizatora Łukasza. Chcieliśmy też mieć duży live room, żeby perkusja oddychała. Dodatkowe ślady - wokale i solówki - dogrywaliśmy potem tutaj, w moim domowym studio, charakteryzującym się bliskimi planami. Tym razem rejestrował to nasz przyjaciel Jakub Biegaj. Miks też tutaj robiliśmy. Dużo pomógł nam Adaś Toczko, który wcześniej realizował mi najlepsze płyty Acidów i Flapjacka. Przyjechał i w cztery dni zrobił porządek w pasmach. Potem wysłałem materiał do Allana Silvermana z Nowego Jorku, który ma dobry analogowy sprzęt i analogowe ucho. To człowiek, który zajmuje się masteringiem szerokiego spektrum artystów, od Norah Jones po Soulfly. Spisał się znakomicie - płyta brzmi tak jak chciałem.


Czego obecnie słucha Litza?


Najbardziej lubię robić sobie składanki, których potem słucham w samochodzie. Trafia na nie najróżniejsza muzyka - stare kawałki Metallicy, Killing Joke, Prong, Corrosion of Conformity, również ostatni numer Soundgarden... Bardzo podoba mi się ich obecne brzmienie - stary sprzęt, dynamika, jednym słowem oldschool - to jest coś co lubię. Słucham też dużo folku i reggae. Muzykę kupują zazwyczaj na iTunes, a jeśli już coś naprawdę mi się spodoba, to wtedy dopiero kupuję fizyczne CD.


Jaką radę mógłbyś przekazać naszym czytelnikom na koniec tego wywiadu?


Aby się nigdy nie poddawali. Obecnie jest łatwiej niż kiedyś, ale ta pozorna łatwość też może być dość zwodnicza. Ludzie myślą, że założą sobie zespół, kupią super sprzęt i będą grać, a cały świat tylko na to czeka. Tymczasem, najważniejsze jest to, czy naprawdę kocha się muzykę, albo swój instrument i czy granie samo w sobie sprawia nam radość. Tylko wtedy przeciwieństwa nie wyrzucą nas z drogi, po której kroczymy. Dzieciaki marzą o tym, by zajmować się wyłącznie muzyką, ale ja ze swojego doświadczenia wiem, że życie tylko z muzyki jest niezwykle trudne. Zawsze robiłem coś oprócz grania - pracowałem w student- serwisie, bywałem dekarzem, sprzątaczką... Jednego dnia grałem koncert w Arenie z Turbo, a następnego zapierdzielałem od 8 rano, zmywając podłogi w poznańskim Pewexie... Trzeba walczyć, bo najgorsze, co może być, to pewien rodzaj zniechęcenia i znużenia drobnymi, pojawiającymi się na drodze przeszkodami i czająca się za tym rezygnacja z własnych marzeń.


Krzysztof Inglik