Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Pat Metheny

Pat Metheny

Świat muzyki jazzowej jest dziś pełen innowatorów. Istnieje jednak pośród nich postać, która od wielu lat podnosi poprzeczkę wszystkim, mającym odwagę zmierzyć się z tą materią.

Grający na gitarze jazzman to rzadkość, tym bardziej było miło nam przeprowadzić wywiad z Patem Metheny, który całkiem przewrotnie nagrał właśnie jeden ze swoich najbardziej klasycznych albumów w karierze…

Czy Polacy są dużymi fanami jazzu?


Nie chodzi tu tyle o jazz, co w ogóle muzykę. Macie bardzo bogatą kulturę, która jest niezwykle złożona, również pod kątem brzmienia. Dla mnie osobiście jako muzyka, pojęcia takie jak rock, pop, metal czy jazz są tylko pustymi słowami. Jeśli coś ma wartość emocjonalną i sprawia, że czujemy się lepiej tego słuchając to nie zastanawiamy się, do jakiego gatunku muzyki to należy. Wydaje mi się, że ludziom znacznie mniej przeszkadzają te granice gatunkowe niż mogłoby się wszystkim wydawać.


Istniejesz na rynku muzycznym już od wielu lat. Skomponowałeś w tym czasie wiele albumów, od bardziej skomplikowanych, po całkiem klasyczne i stonowane. Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia ciągle nowych rzeczy?


Wiem, że istnieje duża liczba muzyków, którzy szukają natchnienia gdzieś poza ramami muzyki. Nieważne, czy jest to piękny zachód słońca, ich związek z inną osobą czy cokolwiek innego i szczerze powiedziawszy zazdroszczę im trochę takiego podejścia. Dla mnie muzyka jest kompletna sama w sobie. To właśnie ona mnie inspiruje do działania. Po prostu siadam do instrumentu i gram kolejne dźwięki, które chcą pojawiać się jeden po drugim - to jest wszystko czego potrzebuję. Nie myślę przy tym o Bogu, moich dzieciach, słuchaczach czy kimkolwiek innym - dla mnie świat muzyki jest kompletny sam w sobie.


W czasach kiedy dorastałeś twoi rodzice należeli do pewnego kościoła, który dysponował swoim zespołem zwanym właśnie Unity Band. Czy nie jest trochę tak, że twój nowy album jest małą wycieczką w czasy twojego dzieciństwa?


Muzycznie jest to coś zupełnie innego, ale rzeczywiście inspiracja do nazwania albumu przyszła właśnie stąd. Nasz obecny zespół powstał z myślą o trasie koncertowej w jaką ruszamy tego lata, podczas której większość naszych występów będzie miała miejsce pod otwartym niebem. Unity Band, o którym wspominasz, był nieodłączną częścią miasteczka Unity Village, które było położone niedaleko naszego rodzinnego domu. Jego nazwa pojawiła się już zresztą kiedyś na mojej pierwszej płycie, parę dobrych lat temu. Sam osobiście nie należałem nigdy do tego ruchu religijnego. Zapoczątkowała go jedna osoba na początku XX wieku. Idea była taka, że będzie to odłam chrześcijaństwa, który niejako akceptuje i przyjmuje doktryny innych religii. Jest to trochę dziwne miejsce, ale jednocześnie niezwykle tolerancyjne. Sam nie jestem religijnym człowiekiem i moja rodzina również, ale mój dziadek i Charles Fillmore - człowiek, który zapoczątkował ten kult - byli bardzo dobrymi przyjaciółmi. Ta przyjaźń pomiędzy rodzinami przetrwała cztery generacje. Każdego niedzielnego wieczora kościół organizował koncert zespołu w którym grał kiedyś mój ojciec, brat i nawet ja sam, kiedy jeszcze chodziłem do liceum. Koncerty odbywały się latem i zawsze na świeżym powietrzu - stąd pomysł na taką właśnie nazwę płyty. Niemniej jednak, muzyka na tym krążku to w całości moja inwencja i nie ma związku z samym kościołem.


Wraz z tym albumem wracasz również do koncepcji kwartetu jazzowego, co w świetle twoich, niekiedy eksperymentalnych brzmień, wydaje się być czymś odrobinę dziwnym. Skąd ten pomysł?


Ostatni album na którym grałem w kwartecie nazywał się 80/81. Była to bardzo lubiana i doceniona płyta. Uwieczniłem na niej dwóch bardzo utalentowanych saksofonistów Mike’a Breckera i Deweya Redmana, którzy swoją grą pomogli mi bardzo wysoko postawić poprzeczkę. Kiedy usłyszałem Chrisa Portera, było dla mnie oczywiste, że to właśnie on będzie kontynuatorem dobrej tradycji tego instrumentu. Jednocześnie zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w mojej dyskografii, ten klasyczny element jazzu jakim jest kwartet, był zawsze tak bardzo nieobecny. Teraz, kiedy udało mi się zebrać tylu dobrych muzyków, nie mogłem się powstrzymać i chciałem spróbować reanimować to uczucie, jakie mi towarzyszyło podczas nagrywania 80/81.


W zespole jesteś ty, Chris i jeszcze dwóch innych utalentowanych gości. Możesz mi coś o nich powiedzieć?


Perkusista to Antonio Sanchez, który brał już udział w wielu moich projektach w ciągu ostatnich 12 czy 13 lat. To naprawdę fantastyczny bębniarz, który również całkiem sporo grywał z Chrisem - to był naturalny wybór. Najnowszym moim nabytkiem jest z kolei Ben Williams. Jest on jednocześnie najmłodszym muzykiem w zespole. Chciałem wprowadzić do tego składu kogoś nowego, kto będzie potrafił spojrzeć na pewne rzeczy z innej perspektywy i zaproponować coś świeżego. Ben grał dla mnie już kilka razy w roli basisty na kilku koncertach i zawsze świetnie się spisywał - również tym razem wyjątku nie było.


Czy w takim razie planujesz nagrywać kolejne rzeczy w tym właśnie kwartecie?


Ciężko w tej chwili jest mi jednoznacznie powiedzieć, ale mam tendencję do powtarzania tego typu rzeczy. Wcale zatem niewykluczone, że za kilka lat będę chciał zebrać ten sam skład i nagrać kolejny album w tej stylistyce.


To co z miejsca przykuwa wzrok, to oczywiście okładka albumu, która w porównaniu do twoich poprzednich płyt jest bardzo oszczędna. Skąd ten minimalizm?


Wybieranie okładki daje mi sporo satysfakcji. Zawsze bardzo aktywnie uczestniczę w pracach nad jej ostatecznym kształtem. W tym wypadku zależało mi na czymś w starym stylu. Czerń i biel wydały się do tego idealne. Nie chciałem tu jakichś zbędnych ozdobników. Całość miała przypominać odrobinę list gończy, gdzie nasze nazwiska służyłyby za niecnych rzezimieszków (śmiech).


Ile z tego co możemy usłyszeć na płycie jest czystą improwizacją, a ile świadomą kompozycją?


Jest w tym, jak sądzę, zdrowa doza równowagi. Z jednej strony pewne rzeczy trzeba zaplanować w celu wprowadzenia odpowiedniego nastroju i brzmienia, które ma dominować na płycie. Musi jednak pozostać wystarczająco miejsca na to, aby inni mogli swobodnie poruszać się w tym świecie i niejako poznawać go różnymi dźwiękami. Jazz to sztuka łączenia tej harmonii z improwizacją. Kiedy dodatkowo ma się do czynienia z tak wszechstronnymi muzykami, okazuje się nagle, że twoje możliwości rosną i sam nie wiesz dokładnie, w którym miejscu skończy się ta podróż. Pamiętam, że kiedy nagrywaliśmy ten album pisałem dla nich swoje sugestie. Potem nie tyle ich zachęcałem do wprowadzania zmian, co wymuszałem (śmiech). Widziałem, że jest ich na to stać i szczerze powiem, że nie zawiedli. Nie tylko rozwinęli moje pomysły, ale i pomogli mi to wszystko skleić w spójną całość, nadając płycie unikalny charakter.


Jak wygląda dzisiejsza scena jazzowa? Jakie zmiany zaszły w tym nurcie przez lata?


Improwizacja nadal pozostaje jednym z filarów tej muzyki i tego chyba nic już nie zmieni. Jazz, podobnie jak wszystkie inne dziedziny sztuki, jest dzisiaj w dużej mierze na etapie postmodernizmu. Wszystko jest w tej chwili możliwe i nie ma granic, które kiedyś były narzucane. Dzisiaj z powodzeniem można cofać się do brzmienia z lat 30. i wymieszać je z tym czego słucha współczesna młodzież, tworząc przy tym coś oryginalnego. Dla mnie jednak, najważniejszym elementem tej muzyki jest nadal możliwość wyrażania swoich emocji poprzez improwizację w otoczeniu innych muzyków. To jest nadal coś wyjątkowego i unikalnego dla jazzu.


Dzisiaj mamy również do czynienia z mieszaniem gatunków. Sporo muzyków korzysta z zaplecza muzyki pop i hip-hop. Są pośród nich jakieś zespoły lub nazwiska, które mógłbyś polecić?


W tej chwili jest kilkoro muzyków, którzy tworzą rzeczy bliskie moim gustom. Bardzo dużą postacią w świecie muzyki jest Esperanza Spalding. Ma ona ogromny dar i wykorzystuje go w najlepszy możliwy sposób. Potrafi patrzeć na jazz bez pewnej wymuszonej czasem nostalgii. Cieszę się widząc takie osoby, bo to właśnie one przesuwają kolejne granice tego gatunku i zmieniają go dla kolejnych pokoleń - tworzą muzykę dla swoich rówieśników, a nie dla ich rodziców (śmiech).


Twoja cała rodzina była niezwykle umuzyczniona i wybór tej "profesji" zapewne przyszedł ci łatwo. Natomiast, powiedz mi dlaczego akurat wybrałeś gitarę? Co o tym instrumencie nie powiedzieć, nie należy on do czołówki jazzowego świata.


To prawda. Swoją przygodę z muzyką zaczynałem od trąbki, na której grało wielu członków mojej rodziny. Chyba właśnie dlatego chciałem się trochę odciąć od tego instrumentu i spróbować czegoś innego. W czasie kiedy dorastałem gitara była dla mojego pokolenia ikoną. Było to oczywiście mocno powiązane z Beatlesami i całą kulturą jaka wokół nich powstała. Niemniej jednak z czasem ten pozornie mało jazzowy instrument pokazał mi, jak wiele ma do zaoferowania i jak bardzo jest niedoceniony pod tym względem. Bardzo dużo radości dawały mi zawsze próby wkomponowania tego brzmienia w jazzowe kawałki.


Czy niesiony tą falą rockowego przebudzenia nie miałeś nigdy ochoty zacząć grać czegoś w tej właśnie stylistyce?


Szczerze powiedziawszy nigdy się nad tym za bardzo nie zastanawiałem. Dla mnie jako muzyka nie ma czegoś takiego jak podziały na gatunki. Zawsze staram się przedstawić zunifikowaną wersję muzyki i nie stawiać nigdzie kropek nad "i". Przez lata miałem przyjemność grania z całą plejadą stricte jazzowych postaci, ale również z gwiazdami takimi jak David Bowie czy Joni Mitchell. Zdarzali się muzycy z pogranicza awangardy i bardzo głębokiego mainstreamu, dlatego nauczyłem się nie zważać na jakiekolwiek granice i podziały stylistyczne.


Czy w takim razie nie jest trochę tak, że ludzie przykładają do tego dzisiaj za dużo uwagi?


Z mojej perspektywy zdecydowanie tak. Wszystkie te określenia i łatki są tylko wymysłem kulturowym, a nie wyznacznikiem jakości. Z punktu widzenia muzyka, wszystkie te gatunki to tylko zbiór linii melodycznych. Na każdej kompozycji znajdzie się miejsce na bas, w 99% przypadków będzie jakieś tempo i cała masa innych elementów, które są stałe. Muzycznie zatem nie ma pomiędzy nimi żadnej różnicy. W większości przypadków różnice wynikają jedynie z ubioru i kontrkultury, do której zespół chce trafić. Osobiście staram się tym w ogóle nie przejmować i nie zwracać uwagi na kulturowe trendy.


Twoja postać jest chyba najbardziej kojarzona z klasycznym Gibsonem ES-175. Nadal korzystasz z tego instrumentu?


Była to pierwsza gitara, jaką otrzymałem. Zapewne przez to długo byłem kojarzony z tym właśnie instrumentem. Jednak w pewnym momencie zaczął się psuć, a ponieważ nie chciałem go oddawać do naprawy, z uwagi na sentymentalną wartość tej gitary, postanowiłem pozwolić mu przejść na zasłużoną emeryturę (śmiech). Między innymi dlatego przesiadłem się na Ibaneza, który jest niezwykle solidnym instrumentem. Posiadam obecnie cztery fabryczne egzemplarze, grające praktycznie tak samo. Nie mają może takiej osobowości jak wspomniany Gibson, ale spełniają wszystkie wymagania. Mogę nimi rąbać drewno i nadal będą brzmiały dobrze (śmiech).


Posiadasz w swojej kolekcji jednak jeszcze jeden niezwykle ciekawy instrument, jakim jest robiona na zamówienie gitara z 42 strunami o nazwie Pikasso 1. Jakim cudem udało ci się poskromić takiego potwora?


Nie był to mój pierwszy, wykonany na zamówienie instrument i spośród wszystkich, wymagał najwięcej skupienia. Kilka dobrych lat zajęło mi opanowanie tej gitary na tyle, żebym wiedział, co dokładnie mogę z nią zrobić. Potencjał w niej drzemiący jest doprawdy niezwykły. Powoli uczyłem się tego jak ją dostrajać i jakie dźwięki mogę z jej pomocą uzyskać. Efekt tej całej pracy był niesamowity. Każda kolejna gitara jest dla mnie narzędziem, z którego korzystam w celu wygenerowanie konkretnego brzmienia - ta konkretna jest bardzo wielofunkcyjna (śmiech).


Marcin Komorowski

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie