Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Maciej Majchrzak (T.Love)

Maciej Majchrzak (T.Love)

"Old Is Gold" to najnowszy projekt T.Love - zespołu, który już na stałe wpisał się w historię polskiej muzyki i od lat zajmuje miejsce w panteonie gwiazd. Spotykamy się więc z Majcherem na warszawskim Tarchominie w "tilawowym" Tarchostudio, by zdradził nam kulisy całego tego zamieszania...

Opowiedz trochę o Waszym nowym przedsięwzięciu. Skąd ten pomysł?


Zdecydowaliśmy się na krok wstecz, czyli powrót do źródeł muzyki popularnej, czy rock’n’rollowej ogólnie. Przedsięwzięcie odbywa się pod hasłem "Old Is Gold" - w wolnym tłumaczeniu: "stare, ale jare". Postanowiliśmy wziąć się za bary z takimi gatunkami, z którymi nie mieliśmy do tej pory zbyt wiele wspólnego. Będzie to blues archetypowy, korzenny, spod znaku Muddy Watersa, Roberta Johnsona czy Johna Lee Hookera. Będzie też muzyka country, która w jakimś stopniu na pewno znajduje się u podstaw muzyki rockowej. Chciałem też wtłoczyć w to jakiś element T-Love Alternative. Ułatwił nam to Tom Pierzchalski, saksofonista starego składu, a także klawiszowiec Darek Zając. Z ich pomocą, udało nam się dołożyć do tego element naszych własnych, osobistych źródeł.


Jak uzyskaliście to klasyczne, głębokie brzmienie płyty?


Podstawowym kluczem stała się jedna wielka sala, w której znaleźliśmy się wszyscy razem, bez separacji instrumentów - nagrywaliśmy na 100%. Czegoś takiego się obecnie nie spotyka. To raczej rzecz typowa dla lat 40. czy 50., kiedy były jednokanałowe systemy nagrywania. Tak nagrywał na początku Elvis Presley, tak nagrywał Sinatra i wielu innych. Oczywiście nie chcieliśmy rejestrować w mono (śmiech). Wykorzystaliśmy coś, co się nazywa Decca Tree, czyli system trzech lub pięciu mikrofonów, na które nagrywa się muzykę klasyczną, do głębokiego, precyzyjnego stereo. Do tego ustawiliśmy kilka planów ambiensowych. To dość radykalne, że nagrywaliśmy z przesłuchami w jednej sali. Oprócz tego kolejną rzeczą, jaka zbliżyła nas do źródła, było rejestrowanie materiału na taśmie analogowej. Na strategicznych mikrofonach używaliśmy starych preampów WSW, filli niemieckiej firmy Siemens, z przełomu lat 50. i 60. Nagrywaliśmy z Leszkiem Kamińskim w S3 - on jest chyba jedynym facetem w Polsce, który jest w stanie idealnie sfazować kilkadziesiąt  mikrofonów w jednej sali. Na jego prośbę studio S3 zostało połączone z reżyserką w S4 (technicy robili to przez miesiąc!) i tam nagraliśmy "instrumentalne bazy" czyli bębny, basy, gitary elektryczne i akustyczne, mandoliny, akordeony, Hammondy, Rhodesy, etc. Wszystko to zarejestrowane zostało na dwa zsynchronizowane Studery, razem 40 kanałów.

Potem przenieśliśmy się do Rogalowa Analogowego, studia pod Kazimierzem Dolnym nad Wisłą. Co ciekawe, jest to studio gdzie nie ma w ogóle komputera. Musieliśmy go sobie przywieźć, a także konwerter cyfrowo-analogowy. I właśnie tam nagrywaliśmy wszystkie wokale. Muniek przychodził do studia, a na zewnątrz łąka, górki, drzewa, staw - to wszystko wpływało na niego bardzo pozytywnie. Wojcek Czern, właściciel i realizator tego studia dysponuje mnóstwem starego sprzętu. Wspomniane preampy WSW walają się dosłownie po ziemi. Do tego ma wielką konsoletę Siemensa. Jest tam też pełno przedwojennych preampów, które świetnie brzmią, jak choćby Maihak. Używaliśmy go w połączeniu ze starym mikrofonem Telefunkena o nazwie Elam i w ten sposób nagrywaliśmy wokal. Taka kombinacja preampu i mikrofonu dała nam bardzo fajne, archaiczne brzmienie.


Jak powstawały kompozycje na tę płytę?


W sumie mieliśmy około 80 utworów, razem z tym, co dostarczyli nam też nasi przyjaciele i znajomi muzycy - bo nie zamykamy się na kompozycje otrzymane z zewnątrz. Zaczęliśmy w 2008 roku, spotykając się na pięciogodzinne próby. W czasie takich spotkań, których było około 40, powstawały szkice, zazwyczaj z "norweskim" tekstem. Chociaż było parę wyjątków, gdzie Muniek pierdolnął od razu wyimprowizowany wokal z polskim tekstem - w dwóch przypadkach okazało się to genialne. Jak Mickiewicz ze Słowackim, czy freestylowcy, po prostu to wypluł - 70% weszło na płytę. Potem robiliśmy dwuetapową selekcję. Najpierw Muniek odrzucał od razu to co mu nie pasowało - pod tym względem jest świetnym "barometrem". Później była druga selekcja i zdecydowaliśmy, co do naszej idei pasuje bardziej, a co mniej. Zostało około 30 utworów. Muniek sukcesywnie pisał do nich teksty i kiedy mieliśmy 10 utworów, robiliśmy demo. Dzięki tym nagraniom byliśmy dobrze przygotowani do pracy - wiedzieliśmy dokładnie, która gitara, w jakim utworze, gdzie ma stać i w jaki sposób będzie trzeba to potem nagrać.


Brzmi to tak jakbyście w dobie kryzysu finansowego, zwłaszcza w branży muzycznej, wpompowali sporo pieniędzy w ten projekt.


Wydaliśmy tyle, ile zespoły pierwszoligowe wydają na płytę. Nie chcę operować liczbami, żeby się niepotrzebnie nie dołować. Cały proces podzielony był w zasadzie na dwa etapy. W zeszłym roku wydaliśmy Box, na którym znalazły się trzy premierowe bonusy, które pierwotnie były propozycjami do "Old Is Gold" - one właśnie powstały w ramach tej puli 80 piosenek. Choć były to dobre utwory - szczególnie  "Polskie mięso" - to żaden z nich nie pasował klimatycznie do nowej płyty. Każdą z tych trzech piosenek nagrywaliśmy w innym studio - chcieliśmy przekonać się jak brzmią pomieszczenia i jak pracują realizatorzy. W końcu Jacek Gawłowski podpowiedział, że do tego typu płyty najlepiej zaprosić Leszka Kamińskiego i skorzystać z dużej sali S2 w kompleksie studyjnym Polskiego Radia na Woronicza. Pojechaliśmy tam z werblem i opukaliśmy studia S2 i S3 - to drugie, ze swoim troszkę mniejszym, ciemniejszym i cieplejszym ambiensem okazało się bardziej odpowiednie. Na własną rękę zabookowaliśmy S3 i S4 (jako reżyserkę) i zrobiliśmy nagrania testowe. Wypadły one świetnie, miażdżąco lepiej od pozostałych - wiedzieliśmy więc już, że musi nas nagrywać Leszek Kamiński. Miks powierzyliśmy Jackowi Gawłowskiemu, który po wnikliwej analizie zrobił zajebisty miks naszych testowych nagrań, po prostu najlepszy ze wszystkich. W dodatku cały czas nam kibicował, podpowiadał ciekawe rozwiązania i pomysły producenckie, ponieważ szczerze zapalił się do tego projektu.


Jesteście zadowoleni z efektu tej pracy?


Materiał brzmi bardzo fajnie - te piosenki są po prostu dobre. Na pewno płyta wszystkich nie zadowoli, ale będzie też taka grupa ludzi, która nadaje na podobnych falach co my. Tam nie ma złego tekstu i nie ma złego utworu. Jednakże trochę się boję, że z racji tej unikalności i oryginalności ta płyta może kiepsko się sprzedać… Tak może być. Więc będzie to najgorszy interes naszego życia, a jednocześnie najciekawsza i największa przygoda. Muniek często żartuje, że krzywa spadku sprzedaży T-Love pokrywa się z krzywą spadku nakładów uznawanych za złotą płytę - ciągle ją dostajemy, bo z roku na rok coraz mniej tych płyt trzeba sprzedać, żeby otrzymać złote trofeum. Trzy lata temu wydaliśmy The Very Best Of czy coś takiego i chyba pierwszy raz w życiu dostaliśmy platynę, bo poszło ponad 30 tysięcy egzemplarzy. Chcieli nam w ogóle dać podwójną platynę, bo w wytwórniach jest tak, że mając podwójny album liczą jeden sprzedany egzemplarz jak dwie sztuki, ale się nie zgodziliśmy. Są artyści, którzy mówią, że nie interesuje ich sprzedaż, jednak myślę, że zdecydowana większość kłamie. Co prawda czasy, kiedy zarabiało się na płytach skończyły się jakieś dziesięć lat temu. Teraz zarabia się na koncertach i tantiemach. Jednak gdyby do tego efektu artystycznego przychyliła się krytyka to byłoby już pół sukcesu. Drugą połową byłby właśnie pozytywny odbiór fanów. Muzycy są mniej lub bardziej próżni i każdy chce, żeby jego praca została dobrze przyjęta.


A jaka jest twoja gitarowa historia?


Na początku miałem taki sprzęt, na jaki było mnie stać. Było to dawno, we wczesnym kapitalizmie, albo późnej post komunie. W 1989 roku pojechałem na saksy do Szwecji i kupiłem sobie Squiera, a rok później po saksach w Niemczech kupiłem 80-watowego Marshalla Valvestate. Fatalna sprawa. Potem nabyłem już prawdziwego Fendera Stratocastera, ale jakiegoś Standarda. Do tego kupiłem Voxa, co niestety nie jest najlepszym połączeniem. Vox był świetny, to był ten model AC30 6TB, czyli leciutko poprawiona stara konstrukcja, różniąca się od tych Voxów z lat 60. czy 70., bo jest mniej awaryjna i ma pełniejsze pasmo. Ale ten Stratocaster był wstrętny. Tak naprawdę Fendery Stratocastery to muszą być dobre instrumenty, z dobrego drewna: albo wybitne egzemplarze wyprodukowane dzisiaj albo najlepiej modele z 50., czy 60. Wtedy można to podłączyć pod Fendera Twin Reverb albo Peaveya Classic. W moim przekonaniu Fender gra najlepiej z Fenderem. Nie jest to gitara stworzona do Voxa, tak samo jak Telecaster. Do Voxa są stworzone gitary typu Gibson, a już najbardziej to co mam ja, czyli Gretsch. Tak myślę, po 15 latach romansu ze Stratocasterem. Tego Standarda złamałem na trasie "Prymityw" - wskakiwałem na wzmacniacz, wywaliłem się i poleciałem na gryf. Oddałem ją do lutnika, Marka Witkowskiego, który ją naprawił, a potem sprzedałem Sidneyowi Polakowi. W jakimś sklepie trafiłem rocznicowy model na 40-lecie Fendera - był troszkę lepszy, może nawet sporo lepszy, ale cały czas gówniany. Grałem na tym Fenderze bez specjalnego przekonania do 2006 roku.


Teraz twoim trademarkiem stał się Gretsch - w jakich okolicznościach go zdobyłeś?


Wracając z wakacji z rodziną zatrzymaliśmy się w Wiedniu. Wszedłem do sklepu i od razu powiedziałem żonie i córkom, żeby lepiej poszły na jakiś plac zabaw, bo troszkę to zajmie. Podszedłem do pani, która siedziała za ladą, z tyłu uwijali się panowie technicy i powiedziałem: "Proszę pani, przyjechałem tutaj kupić gitarę. Gitarę Gretsch. Widzę, że macie ich sporo. To oczywiście amerykańskie modele?". Pani na to, że oczywiście. W takim razie pytam ile ich tam mają i mówię, że chcę zostać potraktowany poważnie. Czy wszystkie są przygotowane? Czy wszystkie stroją? Czy mają gotową menzurę? Bo będę zaczynał od tego, że będę sprawdzał menzurę. Pani na to, że tak, że mają zrobioną menzurę. To mówię, że poproszę tę i biorę Country Gentlemana z wielką osłoną na klamrę przy pasie. To takie hollow body, ale bez tych skrzypcowych dziur, które są tylko namalowane. Biorę, a tam żadnej menzury. Dramat. Nic. Oczywiście jest nieźle, ale tu nie stroi, tam nie stroi, więc to absolutnie nie to. Mówię, że ma mnie potraktować poważnie, chyba, że nie chce mi sprzedać tej gitary no i wtedy zrozumiała, że jednak nie ma do czynienia z jakimś koniobijcą, tylko że w miarę możliwości w dwie godziny naprawdę chcę coś znaleźć. No i uruchomiła tych wszystkich kolesi, którzy stali za nią. Było ich może z pięciu, każdy wziął po jednej gitarze i zaczęli robić menzury, a ja zacząłem sprawdzać te instrumenty.

Wyłoniłem trzy najlepsze. Wśród nich był White Falcon, który był jednak poza moim zasięgiem. I dobrze, bo Gretsch Tennessee Rose, którego kupiłem jest przezajebisty i do dziś wytrzymuje konkurencję wszystkich Gretschy, z którymi go porównywałem. Sprawdzałem jeszcze Gibsona ES, ale z niego szybko zrezygnowałem, tak samo jak z Country Gentlemana. Zabawa była jeszcze, bo dział, gdzie testowałem gitary, sąsiadował z działem metalowym. Tam stały różne wzmacniacze Hughes & Kettner i tym podobne, a młodzi adepci heavymetalu z niegolonym jeszcze wąsikiem testowali sprzęty na totalnie wykonturowanym brzmieniu. Były tam jakieś Marshalle, nawet jakaś Mesa stała, ale to wszystko wstrętne i ohydne. I na ścianach wisiały kartki, że obsługa sklepu prosi, aby nie testować sprzętu na utworach Metalliki (śmiech). I pamiętam, że co i rusz oni patrzyli na mnie z ewidentnym politowaniem, co ja w ogóle robię. Naciągam struny, sprawdzam na tunerze, nie gram w ogóle, tylko jakieś flażolety… długo to trwało. W końcu doszedłem do momentu, w którym należało stestować brzmienie gitar i zdecydować się na którąś. Podłączyłem Tennessee Rose'a pod Voxa, ustawiłem korekcję wzmacniacza podobnie jak wymagał Fender, wiedziałem, że to hambucker, więc podbiłem trochę góry i odpaliłem wzmacniacz. Pierdolnąłem bardzo głośno jeden akord E dur w pierwszej pozycji i wtedy zobaczyłem totalną panikę w oczach metalowców, strach i niedowierzanie, że "jak to, my tutaj takie, a ten tu... co to jest???" Myślę, że otworzyło im się wtedy trzecie oko w głowie, co oznacza lampowa konstrukcja i dobra gitara.


Czemu akurat Gretsch Tennessee Rose?


Gretsch nie jest taki jak Gibson. On ma właściwie wszystkie cechy wszystkich gitar skumulowane w jednej i można sobie nimi manipulować. Ma górę piękniejszą niż najpiękniejszy Strat. Gra jak fortepian. Przez to, że jest półakustyczny, ma dowolnie długi sustain. Ma legendarny mostek tremolo firmy Bigsby, którym trzeba grać oczywiście umiejętnie. Nie można tym wachlować mocno, bo od razu cały strój idzie się jebać. Ale jeśli zagra się odpowiednio miękko, z luźnym nadgarstkiem, strój trzyma się bardzo długo. Ta gitara ma dół, inaczej gra na pickupie cienkim, inaczej na grubym. Świetnie miksuje się dźwięk z tych pickupów, kiedy zrobi się pozycję po środku i odpowiednio ukręci proporcje głośności obu przystawek. No, świetna gitara. Gibson ES odpadł, Country Gentlemen odpadł, niezły był ten pomarańczowy Nashville, ale jej brzmienie było ewidentnie bardziej plastikowe i płaskie. No i podobnie brzmiał White Falcon. Ale myślałem sobie - brzydkie złote zdobienia, półtora raza droższy… no i wybrałem Tennessee Rose.

Wróciłem do Warszawy i zacząłem grać bardzo dużo, bo znalazłem sobie przyjaciela, który nie dość, że cudownie brzmi na piecu, to jeszcze możesz go zabrać unplugged na wycieczkę, bo to gitara tak głośna jak średniej wielkości pudło. Nagle odkryłem, że taki mierny gitarzysta jak ja, mając do dyspozycji taki instrument, zmienia się w całkiem niezłego gitarzystę. Nawet jak nie dociśniesz jakiejś struny to brzmi cudownie. Moje granie na tej gitarze też pomogło mi się z powrotem wstrzelić w T.Love, bo więcej ćwiczyłem. Tak więc mam tylko jedną gitarę. I namawiają mnie, żebym kupił drugą, ale jeśli to zrobię, to będzie to taki sam Gretsch, żeby mieć zapas. I teraz jeszcze jedna anegdota. Po trzech miesiącach pełnego zadowolenia, że mam cudowną gitarę z pięknym brzmieniem, którym wszyscy są absolutnie zmiażdżeni, odkryłem ledwo widoczny napis na główce: Made in Japan. Pierdolnęło mnie jak grom z jasnego nieba. Co to, kurwa?! I przypomniałem sobie panią z wiedeńskiego sklepu: "Oczywiście - to amerykańskie gitary". Więc okazuje się, że one ani menzur nie miały zrobionych, ani nie były amerykańskie (śmiech). Wtedy lekko się podłamałem, ale teraz, po latach, muszę jednak powiedzieć: ślepej kurze się trafiło znakomite ziarno - miałem sporo amerykańskich gitar Gretscha w ręku i żadna nie miała nawet startu do mojej.


Gretsch spowodował, że zacząłeś więcej grać - czy normalnie dużo czasu poświęcasz na ćwiczenia?


Ekwilibrystyka i warsztat nigdy mnie jakoś nie interesowały. Zawsze byłem bardziej za komponowaniem i produkcją. Nigdy za bardzo nie ćwiczyłem, no chyba, że jako małolat. No i kiedy złapałem bakcyla kompozytorskiego, to gitara odeszła na trzeci plan.


Co jeszcze znajdziemy w twoim arsenale?


Mam dwa Voxy, bo czasami może się zdarzyć jakaś awaria. Raczej się nie psują, ale raz na parę lat dzieje się coś pechowego. I powoli przymierzam się do tego, żeby kupić zastępcę Gretscha, żeby sobie czasami mocniej powachlować Bigsby. Czyli w sumie Gretsch, kabel i wzmacniacz.


Zero efektów?


Zero. Gdzieś tam używam kaczki, może w dwóch piosenkach używam delaya i przesteru do solówki w utworze "Jazda". Po dwóch latach takiego grania bez efektów, zorientowałem się, że właśnie efekty odciągają uwagę od tego, co jest ważne w gitarze. Grając te kawałki z płyty "Old Is Gold" doszedłem do wniosku, że jak się ma dobrą gitarę, to wystarczy się skupić na tym, jak trzyma się kostkę, pod jakim kątem i z jaką siłą. Daje to naprawdę wielkie bogactwo brzmień. Oczywiście na płycie jest gęsto, więc tak dobrze tego nie słychać. Gdyby jednak wykorzystać tę moją wiedzę, którą mam po latach, w piosenkach, gdzie jest jedna, odpowiednio wyeksponowana gitara, wyszłoby to wszystko. To i tak chyba wychodzi teraz na koncertach. Można z tego czerpać naprawdę wielką przyjemność i dawać sobie radę bez żadnych efektów. Parę miesięcy temu dostałem od żony, na urodziny, biografię Richardsa. Pomijam to, że wiele moich producenckich przemyśleń bardzo się zgadza z tym co on tam gada. Okazuje się, że Richards to samo myśli o gitarze. W ogóle nie gra na żadnych efektach, z wyjątkiem "Satisfaction" i jeszcze jednej chyba piosenki.


W takim razie ostatnie pytanie. Ciągle gadacie o końcu T.Love. I za każdym razem udaje się to ciągnąć dalej…


Nie kończymy jeszcze z T.Love. Po prostu robimy urlop. Trochę głupio jest to pomyślane, że wydajemy płytę i robimy przerwę, ale Muniek już wariuje po 30 latach zasuwania na koncertach, wywiadach i w studio.


Przydałyby się jakieś koncerty…


Przydałyby się… ale nie! (śmiech) Będzie trasa koncertowa klubowa, ale już nie będzie takiej letniej trasy typu juwenalia i jakieś dni miast. Może byłoby to z jakiejś strony dobre, bo piosenki z nowej płyty usłyszałoby kilkaset tysięcy ludzi. Ale zobaczymy… Na pewno nie możemy się nastawiać tylko na to. I oczywiście Muniek jest u kresu sił, dlatego musi zrobić sobie ten urlop. Ja bym bardzo chętnie zagrał jeszcze juwenalia. To jest brać studencka, to są odbiorcy naszej muzyki - późne liceum, początek studiów, a nawet starsi studenci. Fajnie by było złapać wszystkich.


Marcin Kubicki

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie