Kup Magazyn Gitarzysta

Fink

Fin Greenall to jeden z artystów niezabiegających o popularność za wszelką cenę. Ta charyzmatyczna postać sceny folk rockowej od kilku dobrych lat pozyskuje coraz to nowych fanów, którzy w jego muzyce odnajdują coś więcej niż tylko kilka przyjemnych dla ucha dźwięków...

Który kawałek z albumu Perfect Darkness lubisz najbardziej?


Ciężko jest to jednoznacznie stwierdzić. Bardzo lubię grać "Berlin Sunrise" - ilekroć wykonujemy ten utwór na różnych festiwalach, reakcja publiki jest zawsze niezwykle żywiołowa, a to dodaje skrzydeł, kiedy stoi się na scenie. Kawałek ten ma w sobie sporo pozytywnej energii i genialny klimat. Do tego fajnie się rozkręca pod koniec (śmiech). Niektórzy mogą sądzić, że 9 minut to trochę za długo w dzisiejszych czasach, ale czasami trzeba robić rzeczy po swojemu. Drugim takim utworem będzie pewnie "Warm Shadow", które również fantastycznie jest przyjmowane na trasie koncertowej. Oczywiście należy pamiętać, że nie ma złotej zasady i te preferencje się zmieniają. W końcu, zawsze najlepszy jest ten kawałek, który udało ci się najmniej spieprzyć (śmiech).


Dużo sprzętu wykorzystujesz na scenie?


Staram się to ograniczać do minimum. Podczas koncertu wystarczy mi jedna gitara, jeden, góra dwa efekty i to tak naprawdę wszystko. Jak mawia mój basista: "Im więcej gratów, tym więcej rzeczy może się popsuć". Zgadam się z nim w każdym calu pod tym względem. Nauczyłem się, że im mniej sprzętu angażujemy w nagrywanie tym lepsze nam się udaje osiągnąć efekty i tego będziemy się chyba póki co trzymać.


Wyobrażasz sobie siebie w innej roli niż muzyka?


Jeśli istniałby jakiś powód dla którego nie byłbym w stanie się zajmować muzyką to sam nie wiem co miałbym wtedy robić. Jestem chyba tego nawet trochę ciekawy (śmiech). Od przeszło 15 lat zajmuję się właśnie tym i trochę nie wyobrażam sobie życia pozbawionego pracy w studiu nagraniowym. Jeśli jednak taki dzień kiedyś nadejdzie to wyrzucę swój telefon komórkowy do kosza i ruszę na wschód, podróżując tak długo, aż nie znajdę swojego miejsca na świecie. Zawsze fascynowały mnie te rejony świata, dlatego chciałbym im kiedyś poświęcić więcej czasu i uwagi.


To może w takim razie osiedlisz się w Warszawie (śmiech)?


Świetny pomysł (śmiech). Zawsze kiedy przyjeżdżamy do was grać koncert jest przy tym mnóstwo dobrej zabawy. Uwielbiam do was wpadać, bo poza genialną publiką można u was ostro poimprezować (śmiech).


Pamiętam, że zdarzyło ci się współpracować z Amy Winehouse przy okazji kawałka "Half Time". Od jej śmierci minął już ponad rok. Czy można było przewidzieć taki koniec tej historii?


Ci którzy znali ją bliżej pewnie mogli temu jakoś przeciwdziałać, ale prawda jest taka, że ona nie była w stanie uwolnić się od tego nałogu. Można to rozpatrywać pod kątem tragicznego wypadku, ale Amy już od dawna była na drodze do samozniszczenia. To straszna tragedia, ale życie toczy się dalej. Osobiście pracowałem przy utworze, który ukazał się już na jej pośmiertnej płycie, jednak do dzisiaj nie mogę go słuchać. Byłem naprawdę zdewastowany wiadomością o jej śmierci i strasznie żałuje, że nie udało nam się zrobić razem czegoś więcej niż tylko tego jednego kawałka. Szkoda, że wszystko co zostanie wydane teraz będzie się pojawiało tylko i wyłącznie w celach zarobkowych. Prawdziwa tragedia, to również ta, że za życia nigdy w pełni nie wykorzystała swojego niebywałego talentu. Zawsze była ogromną fanką Dinahy Washington i uwielbiała ten gatunek muzyki. Nagrała, jak dla mnie ponadczasową płytę Back To Black, wygrała kilka nagród Grammy i z pewnością zdobyłaby kolejne, gdyby nie narkotyki.


Muzyka zna wiele takich przypadków, kiedy utalentowany artysta odchodzi zbyt młodo. Czy pokusy jakie niesie ze sobą ten biznes są aż tak ogromne? Czy to tylko kwestia słabości jednostki?


Przemysł muzyczny oczywiście ma swoje ciemne strony i jest w pewien sposób niebezpieczny. Niemniej jednak siedzę w tym od kilku dobrych lat i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że równie niebezpieczne jest bycie urzędnikiem. Większość z tych sytuacji to tak naprawdę nieszczęśliwe wypadki. Oczywiście gdyby nie pewien świadomie wybierany styl życia, najpewniej by do nich nie doszło. W ten sposób odeszli chociażby Hendrix czy Joplin. Gdyby nie przegrali z narkotykami, mogliby stworzyć jeszcze nie jeden genialny przebój.


Kiedy w takim razie możemy się spodziewać nowego studyjnego albumu Finka?


Na razie jesteśmy w trasie. W listopadzie wracamy do Europy i zawitamy również do Polski. Po nowym roku bierzemy mały urlop, żeby naładować baterie i dopiero wtedy zaczniemy myśleć nad nowym krążkiem. Będziemy się starać wydać go najszybciej jak to tylko możliwe, ale wiadomo jak to czasami wygląda w praktyce. Myślę, że najpóźniej będzie to wiosna 2014. Musicie się uzbroić w cierpliwość (śmiech).


Marcin Kubicki

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie