Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Michael Gira (Swans)

Michael Gira (Swans)

Muzyka zespołu Swans nie jest dla każdego. Nie wszyscy są w stanie poradzić sobie chociażby z 32-minutowym kawałkiem "The Seer" i sondującym wszystkie zakamarki mózgu brzmieniem, które przez wielu postrzegane jest jako depresyjne i mroczne. Czy jest to zatem jedynie kolejna snobistyczna i awangardowa psychodela? Zdecydowanie nie! Swans rozpoczęli swoją działalność na początku lat 80. W tym czasie nagrali kilkanaście studyjnych albumów, które bardzo często zaskakiwały brzmieniem nawet najwierniejszych fanów. Co więcej, ostatnie dzieło zespołu Michaela Giry, krążek The Seer, został okrzyknięty jednym z najistotniejszych w 2012 roku. O tym co dalej z intrygującymi "Łabędziami" opowiedział nam sam pan Gira…

Skąd pomysł na wielki powrót Swans z albumem My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky w 2010 roku? Wydany w 1998 roku Swans Are Dead (z ang. Łabędzie są martwe), raczej nie wieścił kolejnego krążka.


Przez jakieś 13 lat od czasu wydania Swans Are Dead współpracowałem dość aktywnie z grupą The Angels of Light. W międzyczasie prowadziłem również własną wytwórnię płytową Young God Records, więc nie narzekałem na brak zajęć. W pewnym momencie zauważyłem jednak, że muzyka którą tworzę nie daje mi takiego poczucia satysfakcji jak kiedyś. Reaktywacja Swans chodziła mi już z kolei po głowie na kilka lat przed wydaniem samego krążka. Kiedy zatem poziom frustracji urósł do rangi namacalnego problemu, podjąłem decyzję o powrocie. Nie chciałem jednak się powtarzać i robić znów tego samego co chociażby w latach 90. Oczywiście trudno jest uniknąć pewnych znamion i stylu, jednak brzmienie i podejście do samej muzyki uległy diametralnej zmianie. Nowy kierunek rozwoju stał się dla mnie czymś szalenie interesującym i pozwolił na nowo wciągnąć się w ten świat. Można powiedzieć, że tchnąłem w Swans nowe życie, co nie tylko odzwierciedlone jest w samej muzyce, ale i w moim podejściu do jej tworzenia. To była bardzo dobra decyzja, której w najmniejszym calu nie żałuje.


W zeszłym roku poczęstowałeś nas kolejnym samczym kąskiem w postaci albumu The Seer. W którymś z wywiadów wspomniałeś, że jeśli album ten miałby mieć jakiś temat przewodni, to byłoby nim "dzieciństwo". Podtrzymujesz to stwierdzenie?


Nie lubię opowiadać o znaczeniu poszczególnych piosenek. Chcę wierzyć, iż dla każdego znaczą one coś innego, więc jeśli ktoś widzi tam "dzieciństwo", to jest tak samo dobre wytłumaczenie jak moje. Niemniej jednak przyznaje, że jest w tym materiale pewna, nazwałbym to: niewinność i otwartość na nowe doświadczenia. W ten właśnie sposób sam postrzegam muzykę.


Ciekawe jest to, że wbrew temu co ty sam sądzisz o brzmieniu Swans, większość ludzi postrzega je przez pryzmat mroku, cienia i grozy. Skąd bierze się aż taka różnica?


Sam nie wiem. Kiedy tworzę swoją muzykę nigdy nie zastanawiam się nad tym jakie emocje chciałbym wzbudzić u słuchacza. Nie czuję się nauczycielem, który ma do przekazania jakąś wizję czy teorię. Nie chcę implementować żadnych pomysłów czy rozwiązań. Muzyka jest tutaj celem samym w sobie. Dążę do uzyskania określonego brzmienia, dodaje do tego słowa i w ten sposób powstaje środowisko, w którym sam chcę przebywać. Dla mnie jest to niezwykle radosne doświadczenie, które w najmniejszym stopniu nie wywołuje poczucia depresji. Nie jest to może nuta a’la Britney Spears (śmiech), ale jest w tym jakaś energia, obcowanie z którą daje mi niezwykle dużo satysfakcji. Pryzmat, o którym wspomniałeś jest być może wynikiem wizerunku i bagażu jaki przez lata zgromadziło Swans, ale jest to tylko moje przypuszczenie. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne jakie emocje i skojarzenia ludzie mają z moją muzyką. Kiedy gramy koncerty nikt nie wygląda na zdołowanego i to mi wystarczy (śmiech).


Zdarzyło ci się "upraszczać" jakieś kompozycje w obawie o brak zrozumienia ze strony słuchacza?


Zacznijmy od tego, że skończony produkt nigdy nie jest tak naprawdę tym, czym chciałbym żeby był. Kiedy kończę pracę nad jakimś albumem to jestem nim zazwyczaj tak zmęczony, że mam go po prostu dość i szybko zabieram się za coś nowego. Nawet piosenki z The Seer ulegają w trakcie trasy koncertowej swoistej transformacji. Zawsze staramy się dodawać coś nowego i eksperymentować z brzmieniem, a nie ślepo odgrywać kawałki zawarte na płycie. Dużo bardziej interesuje mnie proces tworzenia, niż sam produkt końcowy. Wracając jednak do twojego pytania, to swego rodzaju kompromisem był cover kawałka "Love Will Tear Us Apart" zespołu Joy Division, który pojawił się na płycie The Burning World z 1989 roku. Swans nagrywało wtedy dla dużej wytwórni płytowej i mam niestety poczucie, że w tym konkretnym momencie zrobiłem coś wbrew samemu sobie. Komercja oczywiście nie jest niczym złym i zna się z muzyką jak łyse konie. Nie zmienia to jednak faktu, że raczej daleko mi do rozkoszowania się sławą i milionami sprzedanych płyt. Nigdy tego nie potrzebowałem i jest mi z tym dobrze. Nie wiem jak pisać komercyjne piosenki. Pamiętam, że kiedyś nawet próbowałem robić bardziej przystępną muzykę, ale patrząc na to z perspektywy czasu przekonałem się, że jeśli jest mi pisany jakikolwiek sukces, to będzie on wynikał raczej ze szczerego i autentycznego podejścia do tworzenia muzyki. Robię to co podpowiada mi moja wyobraźnia i nie przejmuje się konsekwencjami.


Czy nie ma w tobie zatem chociaż odrobiny buntu przeciw tej całej komercyjnej kulturze Facebooka, Twittera i innych mediów społecznościowych?


Bunt to może zbyt silne słowo. Dużo lepiej w tym wypadku pasuje: ignorancja (śmiech). Nie przejmuje się istnieniem tego "fenomenu". Samego Facebooka wykorzystuje jedynie do celów reklamowych. W ten sposób mogę podzielić się ze światem swoją muzyką przy relatywnie małym nakładzie czasu i pieniędzy. Internet okazał się jednak obosiecznym mieczem, który z jednej strony pozwala nam dotrzeć do szerszej grupy odbiorców, ale z drugiej umożliwia kradzież muzyki na szeroką skalę - ironia (śmiech).


Wiem, że nie jesteś wielkim fanem umieszczania fragmentów koncertów Swans na YouTube.


Wręcz nienawidzę kiedy ludzie to robią, poważnie (śmiech). Pomijając takie oczywistości jak fatalny dźwięk, tragiczną jakość obrazu i fakt, że wyglądam na nich zawsze jak jakieś truchło (śmiech). Wiem, że nie jestem w stanie na to wpłynąć w żaden sposób, ale okropnie mnie to irytuje. Przeprowadziłem nawet ostatnio rozmowę na ten temat z Christophem (przyp. red.  Christoph Hahn, gitarzysta Swans), że przed YouTubem ludzie przychodzili na koncert i nie wiedzieli czego mogą się spodziewać. Była to jakaś forma muzycznej wyprawy w nieznane. Dzisiaj każdy może obejrzeć nagranie i na jego podstawie oczekiwać podobnego spektaklu na koncercie, co przecież znacznie różni się od faktycznego stanu rzeczy. Warto wspomnieć również o tym, że gdy ktoś skupia się na nagrywaniu, de facto traci możliwość uczestniczenia w samym koncercie. Koniec końców dla mnie także jest to mało komfortowe spoglądać na kilkadziesiąt wyciągniętych rąk z telefonami komórkowymi zamiast ludzkich twarzy.


Trochę z innej beczki: zastanawiałeś się kiedyś nad możliwością zrobienia ścieżki dźwiękowej do filmu?


Pewnie, że tak. Bardzo bym chciał się w coś takiego zaangażować, ale póki co nikt z kim chciałbym współpracować nie przyszedł do mnie z taką propozycją.


A z kim w takim razie mógłbyś podjąć taką współpracę?


Podejrzewam, że w ciemno zaakceptowałbym propozycję od Larsa von Triera czy Martina Scorsese. Byłbym wniebowzięty, gdyby któraś z tych postaci wyszła z taką inicjatywą (śmiech).


A co powiedziałbyś na propozycję od Davida Cronenberga?


Nie wzgardziłbym! Bardzo cenię go jako reżysera. Może któregoś dnia (śmiech). Co do bardziej niszowych projektów to niestety gorzka prawda jest taka, że nie mam czasu zajmować się rzeczami, które nie posiadają prawdziwego budżetu i nie traktują siebie samych na poważnie.


Czy jesteś szczęśliwym człowiekiem?


Nie, nigdy nie byłem i szczerze powiedziawszy nie jestem nawet pewien co to słowo miałoby znaczyć. Mam wrażenie, że robię to do czego zostałem stworzony i póki co będę się tego trzymał.


Wolisz pracę w studio nad nowym materiałem czy występy na żywo?


To dwa zupełnie inne światy. Jak już wspomniałem, materiał, który gramy na żywo, ulega ciągłej transformacji. Podobnie sprawa się ma z nowymi kompozycjami, które nabierają kształtu właśnie podczas występów na żywo, aby potem dopiero trafić na płytę. Kiedy uznajemy, że materiał jest w najlepszym możliwym miejscu przenosimy się do studia i zaczynamy go nagrywać. To podejście nie jest dla wszystkich i nie każdemu pasuje, ale mi osobiście pozwala poczuć się swego rodzaju stolarzem pracującym z kawałkiem surowego drewna. Budowanie domu z dźwięku nie różni się w gruncie rzeczy aż tak bardzo od prawdziwego. Tak w jednym jak i drugim chcesz zamieszkać. Musisz jednak uważać na to co robisz i zwracać uwagę na najmniejsze detale.


Życie w trasie nie należy do najłatwiejszych, a lata lecą. Forma nadal dopisuje?


Nie posiadam co prawda osobistego trenera, ale póki co jeszcze daje radę (śmiech). Koncerty bywają długie a dojazdy męczące, jednak jest to zawsze na tyle duża dawka energii, że pragnie się do tego wracać. Oczywiście czasami robi się bardzo intensywnie i mam wrażenie, że nawet dużo młodsi muzycy mieliby problemy z wytrzymaniem takiego tempa. Kiedy koncertowaliśmy ostatnio w Europie mieliśmy zaledwie jeden dzień przerwy. Pamiętam, że był taki dzień kiedy jechaliśmy autokarem przez Bóg wie jaki kraj i patrząc na przejeżdżające obok nas samochody naszły mnie ze zmęczenia jakieś dziwne halucynacje (śmiech). Niemniej jednak uwielbiam występować przed publiką i ciężko mi będzie kiedyś z tego zrezygnować.


Nie miałeś nigdy ochoty zrobić ze swoich występów czegoś większego, niż tylko kameralnego spotkania?


Zdecydowanie nie. Kiedy gramy na żywo mamy do naszej dyspozycji jedynie podstawowy zestaw świateł i kilka czarnych szmat za plecami. Nie potrzebuję wielkiego show z mnóstwem efektów, instalacjami i fajerwerkami. Nie chcę aby cokolwiek odciągało uwagę widzów od samej muzyki. Pragniemy wydobyć z naszych instrumentów pożądane dźwięki i zbudować nimi miejsce gdzie wspólnie możemy przebywać. To koncepcja, która przerasta nas samych i angażuje wszystkich biorących udział w tym wydarzeniu. Cała ta kolorowa otoczka jedynie by odciągała uwagę od tego najważniejszego, a na to nigdy się nie zgodzę.


Czyli w Swans zawsze będzie chodzić jedynie o muzykę?


Dokładnie tak. Pamiętam koncerty Led Zeppelin, które również były odarte z tego całego bałaganu, a mimo to pozostały w pamięci milionów fanów na całym świecie. Nawet kiedy grali w Madison Square Garden nie korzystali z jakichś wymyślnych efektów. Są tylko oni i muzyka, którą grają. Jest to zdecydowanie bliższe mojemu poczuciu estetyki niż wielkie ekrany, potężne reflektory i wymyślne instalacje.


Jeśli chodzi o instrumentarium nadal korzystasz ze zmodyfikowanego Gibsona Lucille i paczek Orange?


Nie widzę potrzeby wymiany tego instrumentu, więc trzymam się go kurczowo. Nie korzystam przy tym z żadnych efektów. Christoph używa gitar hawajskich i czasami wykorzystuje loopa. Norman z kolei ma efekt distortion i raz na jakiś czas podłącza delaya. Na tym właśnie opiera się nasze brzmienie i nie sądzę aby kiedykolwiek było nam coś więcej potrzebne. W tym temacie pozostajemy nadal purystami a tego typu ograniczenia dają czasami zaskakujące efekty.


Kiedyś za kilkaset dolarów najwierniejsi fani mogli otrzymać od ciebie piosenki, które pisałeś wyłącznie dla nich. Istnieje szansa, że kiedyś wszyscy je usłyszymy?


Mam głęboką nadzieję, że nie (śmiech). Z założenia były to podarunki dla osób, które wspierały nas finansowo w czasie nagrywania albumu. Nie było to zatem nic ambitnego czy dopracowanego (śmiech). W większości przypadków siadałem z gitarą i improwizowałem jakiś tekst wykorzystując imię danej osoby do zbudowania wokół niego historii. W ten sposób wyraziłem swoją wdzięczność za wiarę w nasz projekt. Oczywiście każda z tych osób może zrobić z tym utworem co jej się podoba, ale jeśli znalazłbym którykolwiek z nich kiedyś w sieci raczej nie piszczałbym z zachwytu.


Miejmy zatem nadzieję, że do tego nie dojdzie (śmiech).


Już wolałbym zagrać na czyimś weselu (śmiech).


Ile bierzesz za taką imprezę? (śmiech)


A ile dajesz? (śmiech) Całkiem serio, nie miałbym najmniejszego problemu z zagraniem na takiej imprezie. Zajmuje się graniem muzyki zawodowo, a jeśli ktoś pragnie świętować przy dźwiękach Swans to czemu miałbym się przeciw temu buntować? (śmiech)


W jakim kierunku zmierza Swans?


W tej chwili połowa koncertowego setu to zupełnie nowy materiał i do czasu aż nie wejdziemy z nim do studia nie będziemy wiedzieli jaki ostatecznie przyjmie kształt. Co będzie dalej? Sam nie wiem. Wystarczy spojrzeć na utwór "The Seer", który na koncercie trwa w tej chwili czasami godzinę (śmiech). Ewolucja tego organizmu mnie ciągle fascynuje i sam jestem ciekawy gdzie nas to powiedzie.


rozmawiał Michał Lis
zdjęcia Jennifer Church

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie