Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Taylor York (Paramore)

Taylor York (Paramore)

Paramore to zespół, który istnieje na muzycznym firmamencie już niespełna 10 lat. Jedna z gwiazd tegorocznego Impact Festivalu, w tym czasie wydała cztery płyty studyjne, które może i nie zapisały się na kartach historii muzyki rozrywkowej w Polsce, ale narobiły solidnego szumu w Stanach. Piąta płyta ekipy z Tennessee jest wyjątkowa przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze zespół Paramore to teraz energiczne trio, a po drugie, styl do jakiego nas przyzwyczaili przeszedł ostatnio gruntowny soundlifting. Co z tego wyszło? Opowiedział nam o tym sam Taylor York…

W jakim kierunku chcieliście pójść z nowym albumem?


Szczerze mówiąc nie mieliśmy na początku zielonego pojęcia (śmiech). Zanim tak naprawdę się za coś nie weźmiesz to nigdy nie będziesz w stanie sklecić chociaż jednego sensownego zdania na ten temat. Kiedy zabieraliśmy się za pracę nad nowym albumem staraliśmy się z początku pisać piosenki, które by brzmiały podobnie do tych z poprzedniego krążka. Dopiero wtedy jednak zrozumieliśmy, że nie jest to najlepszy kierunek i puściliśmy wodze fantazji. Teraz kiedy tego słucham, każdy kolejny utwór mnie zaskakuje, bo brzmi inaczej od poprzedniego. Chyba do samego końca nie wiedzieliśmy jaką płytę robimy, dopóki nie powstała.


Mówisz, że sam jesteś zaskoczony finalnym brzmieniem albumu. Jaka idea przyświecała wam podczas tworzenia tego krążka?


Przede wszystkim album ten ponieważ nie ma tak naprawdę swojej nazwy jest swego rodzaju grubą kreską jaką chcemy oddzielić się od tego co działo się z zespołem na przestrzeni ostatnich lat. Teraz bardziej niż kiedykolwiek jesteśmy pewni swego i mamy wrażenie, że właśnie takie miało być Paramore od samego początku.


To co mówisz jest szczególnie ciekawe głównie dlatego, że słyszałem kilka, jeszcze nie do końca oszlifowanych utworów i moim zdaniem dużo bliżej im do rasowego popu niż rocka. Czego możemy się tak naprawdę spodziewać po finalnym produkcie?


Osobiście nie uważam, aby singiel promujący (przyp. red. "Now") był szczególnie popowym kawałkiem. Podobnie sprawa się ma z resztą materiału. Niemniej jednak, jeśli ktoś odnosi takie wrażenie to nie mam nic przeciwko temu. Dużo zależy od tego czego tak naprawdę oczekujesz po tym albumie. To jak on brzmi jest wynikiem miejsca, w którym obecnie się znajdujemy i tego co nas osobiście kręci muzycznie. Jest tam kilka kawałków do poskakania, jest chór gospel i jest również kwartet smyczkowy. Wydaje mi się, że można tam znaleźć kilka bardzo ciężkich brzmień i parę świetnych ballad - to odzwierciedlenie naszej bardzo zróżnicowanej muzycznej osobowości.


Wspomniałeś o kawałku "Now", który jest waszym pierwszym singlem. Dlaczego akurat ten utwór?


Jesteśmy bardzo mocno związani ze wszystkimi utworami z tego albumu, ale już na etapie produkcji mieliśmy wrażenie, że jest on świetnym podsumowaniem tego co mamy obecnie do zaoferowania. Jest to bardzo fajny łącznik pomiędzy tym co robiliśmy wcześniej i co dzieje się teraz. Nie chcemy, żeby ludzie zapomnieli, iż przede wszystkim jesteśmy zespołem rockowym.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Ile kawałków trafiło na płytę?


Finalnie wrzuciliśmy 17 utworów. Jest tam 14 pełnoprawnych piosenek i 3 bonusy.


Całkiem sporo czasu minęło od waszego ostatniego albumu (przyp. red. Brand New Eyes w 2009 roku). Czuliście jakąś presję odnośnie wartości nowego materiału po takim czasie?


Każdy kolejny album to tak naprawdę presja stworzenia najlepszej płyty w swojej karierze. Nikt nie wchodzi do studia nastawiając się na stworzenie czegoś przeciętnego i nie wykraczającego poza ukute standardy. Mam nadzieję, że ostatecznie ludzie docenią naszą pracę i polubią ten krążek w takim samym stopniu jak my. Czas nie ma tutaj tak naprawdę nic do rzeczy.


Jak zatem wyglądał sam proces nagrywania płyty?


Przede wszystkim pracowaliśmy w bardzo kreatywnej atmosferze. Nigdy wcześniej się nam coś takiego nie zdarzało. W studio znajdowały się tylko nasze instrumenty i my. Staraliśmy się być otwarci na wszystkie pomysły i ciągle je wprowadzaliśmy w życie. Bardzo pomogła nam również bliska współpraca z JMJ’em (przyp. red. Justin Meldal-Johnsen), naszym producentem. Miał on naprawdę duże pojęcie o tym co robi, więc czerpaliśmy z jego wiedzy całymi wiadrami. Wiele z tych eksperymentów zostało w ostatecznym materiale i brzmi on dzięki temu lepiej niż cokolwiek, co do tej pory wydaliśmy.


Trochę uszczuplił się wam skład zespołu od ostatniego albumu. Po tym jak Zac i Josh odeszli nachodziły was wizje nieuchronnego końca Paramore?


Z początku byliśmy bardzo zdezorientowani. Tworzyliśmy Paramore razem i staliśmy się przez ten czas bliskimi przyjaciółmi. Było to może od jakiegoś czasu odrobinę dysfunkcyjne, ale przyzwyczailiśmy się do takiego stanu rzeczy. Dopiero kilka miesięcy po rozstaniu zrozumieliśmy o ile szczęśliwsi jesteśmy bez nich w zespole. Różnica polega na tym, że my chcemy być w tym zespole i tworzyć wspólnie muzykę. Im mniej kucharek w kuchni, tym lepsze danie (śmiech).


Czy potrafisz dzisiaj wskazać na czym polegała wasza dysfunkcja?


Każda ze stron była w innym miejscu i chciała czegoś innego. Kiedy zaczynaliśmy wspólnie grać, byliśmy jeszcze dzieciakami. Czas mijał, a każdy z nas dorósł. Zmieniły się cele, priorytety i pragnienia - nie sposób się przed tym uchronić. Josh i Zac po prostu nie chcieli już grać w Paramore, więc nie było sensu ich trzymać na siłę.


Utrzymujecie nadal kontakt?


Ja i Zac byliśmy od zawsze najlepszymi kumplami. Rozłam w zespole tego na szczęście nie zniszczył. Nie mogę się jednak wypowiadać za resztę. Czas goi rany, ale u każdego w innym tempie.


Po tym jak straciliście dwóch muzyków, ile czasu zajęło wam przestawienie się na tryb trzyosobowy?


Chyba nadal się do tego przyzwyczajamy. Nie pamiętam, żebyśmy odbyli jakąś wielką rozmowę. Po prostu zabraliśmy się za instrumenty i zaczęliśmy kombinować. Nie zajęło nam jakoś specjalnie dużo czasu przestawienie się na nowe tory. Może nie jest nam jeszcze do końca wygodnie, ale umiemy się na nich już sprawnie poruszać. Kiedy gramy na żywo dołącza do nas mój brat i wszystko zdaje się działać bez pudła.


Z jakich gitar korzystasz obecnie?


Nadal mam dwa customowe Jazzmastery od Fendera. Ostatnio trochę kombinowałem z ich przetwornikami i teraz brzmią o niebo lepiej. Korzystam również z Gibsona Midtown z dwoma P90, którego jest całkiem sporo na nowej płycie. Można też tam usłyszeć ciekawego Rickenbackera, którego gdzieś wygrzebałem. Jeśli chodzi o przetworniki to głównie wspomniany P90 i Humbuckery.


Co w takim razie zabierzesz na trasę koncertową?


Sam jeszcze nie wiem. Nie mieliśmy do tej pory czasu o tym tak naprawdę pomyśleć, więc będę musiał sobie posprawdzać jeszcze kilka rzeczy zanim podejmę decyzję. Nie sądzę jednak, aby się to mocno różniło od sprzętu, który brałem dotychczas.


Jak wygląda u was dzisiaj podział obowiązków w zespole? Kto zajmuje się pisaniem muzyki?


W przypadku tej płyty podział zadań był bardzo liberalny. Jakoś tak wyszło, że Hayley zajęła się tekstami, a ja muzyką. Wszystko nabierało jednak ikry dopiero w momencie, kiedy siadaliśmy razem w pokoju i zaczynaliśmy się wymieniać spostrzeżeniami. Jeśli chodzi jednak o generalną strukturę i pierwsze szkice to był to niechybnie mój obowiązek (śmiech).


I jak ci z tym ciężarem? (śmiech)


Szczerze powiedziawszy przez większość czasu nie mam zielonego pojęcia co robię (śmiech). Czasami bywa to odrobinę przerażające, innym idealnie wpasowuje się w to czym w tej chwili jesteśmy. Staram się ciągle wychodzić z czymś nowym i nie dać się zamknąć w jednym gatunku. Na początku trochę panikowałem, ale kiedy zrozumiałem, że nie mam wyjścia to po prostu wziąłem się do pracy i zacząłem pisać muzykę. Przynajmniej mam nadzieję, że to właśnie robię (śmiech).


Gdzie będziecie koncertować w tym roku?


Z tego co wiem, będziemy w trasie jakieś 260 dni, więc zapowiada się naprawdę solidna wyprawa dokoła świata. Nie jestem pewien, gdzie dokładnie zawitamy, ale na naszej drodze stanie również Polska, więc na pewno wkrótce się zobaczymy.

Michał Lis

zdjęcie: Pamela Littky

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie