Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Maciek Korczak (Drown My Day)

Maciek Korczak (Drown My Day)

W rozmowie z frontmanem krakowskiej formacji Drown My Day próbujemy podsumować dotychczasową działalność zespołu, kondycję krajowej sceny, oraz przebieg prac nad debiutanckim albumem grupy, który ujrzy światło dzienne 12 kwietnia.

Zanim przejdziemy do spraw bieżących, a przede wszystkim, nadchodzącej premiery albumu i release party, cofnijmy się kilka lat wstecz do początków Drown My Day. Jest 2007 rok, metalcore wchodzi w końcową fazę swojego złotego okresu. Co na początku przyświecało wam, jako muzykom? O ile pamiętam, część z Was miała za sobą nu-metalowe epizody, i nie mam tutaj na myśli tylko dreadów. Skąd pomysł na to aby zacząć swoją przygodę z metalcore?


  Ciężko jednoznacznie powiedzieć, co przyświecało nam na początku działalności. Nasze zainteresowania muzyczne zawsze były bardzo szerokie. Spójrz chociaż na Adama, naszego perkusistę, który przez pierwsza lata działalności Drown My Day bębnił również w Sothoth, kapeli stricte death metalowej. Grał tam razem z muzykami, którzy wkrótce potem rozeszli się po innych bandach takich jak chociażby Decapitated czy Sceptic. Adam od małego był death metalowcem, katował dużo Morbid Angel, Deicide czy Obituary. Sergiusz natomiast bardzo lubi słuchać hip-hopu, jazzu czy funky, właściwie metalu słucha tylko kiedy jedziemy na trasę lub też jeśli mu się coś poleci, nie śledzi raczej na bieżąco świeżych bandów. W Krakowie miał swój zespół FNKU, w którym mieszali brzmienia typowego funky z ciężkimi gitarami. Arek, nasz basista, grał w zespole Fleer - i tu chyba właśnie pojawiają się te nu-metalowe epizody o których wspominasz. Chłopaki inspirowali się Kornem, Limp Bizkit czy Deftones. Ja oraz Maciek 'Zvish', który wtedy jeszcze z nami był w zespole, nie czuliśmy nigdy obciachu aby słuchać niemalże każdego podgatunku metalu, katowaliśmy równocześnie i nu-metal i brutalny death metal, metalcore i black metal. Nigdy nie czułem wstydu jako dzieciak, że na półce obok płyt Vader trzymałem Korna, nie spotykało się to raczej z aprobatą 'true' metali na mieście, raczej patrzyli na mnie z pogardą (śmiech). Wracając jednak do samego pomysłu na granie - kiedy dołączyłem do zespołu był już gotowy materiał na pierwsze demo, podobało mi się to. Zresztą, wtedy przede wszystkim chciałem się drzeć w jakiejś kapeli. Ciekawostką natomiast jest to, że nim dołączyłem do chłopaków szukałem ludzi, którzy chcieliby założyć zespół w klimatach The Black Dahlia Murder czy All Shall Perish. Na moje ogłoszenie odezwał się wtedy Sergiusz, którego wkrótce potem zwerbowałem do Drowna będąc już jego wokalistą.


Dość szybko porzuciliście zarówno polskie teksty jak i stricte melodyjną stronę tej muzyki. Po demo przyszedł czas na pierwszą EP, która ukazała zespół z zupełnie innej strony. Jako świadomy umiejętności i mający pomysł na siebie nowy twór, mocno zaznaczający swoją obecność na dopiero raczkującej deathcore’owej scenie. Co wtedy stanowiło dla Was największą przeszkodę? Co z perspektywy czasu i podjętych wówczas decyzji uważasz za słuszne, a czego żałujesz? Uważasz, że mogliście pokazać (nagrać) więcej?


Etap pomiędzy pierwszym demem, a pierwszą EP można podsumować jako najbardziej intensywny pod względem poszukiwania własnej tożsamości muzycznej. Skład był już mocny, nie graliśmy w przypadkowym gronie, to już była w pewnym sensie pierwsza faza wymieszania się inspiracji pięciu różnych osób. Pewną przeszkodą w tamtym czasie z pewnością był kompletny brak kontaktów. Były chęci, ale do końca nie wiedzieliśmy jak się zabrać za coraz częstsze koncertowanie itp. Dużo z pewnością dały nam pierwsze, bardzo udane koncerty za granicą. Pokazaliśmy się jako bardzo młody zespół w takich krajach jak Słowacja, Czechy i Węgry. Bardzo duża grupa osób nas zapamiętała i potem, aż do dnia dzisiejszego, chętnie nas zapraszają na koncerty w tych krajach. Chyba niczego nie żałuję, bo i czego można żałować, od sześciu lat staramy się wycisnąć z tego zespołu jak najwięcej i grać jak najczęściej. Myślę, że w tamtym czasie nie mogliśmy zrobić nic więcej, mieliśmy dobry i pracowity start.


Po wydaniu ep-ki i przyjęcia założenia, aby grać kilkadziesiąt koncertów rocznie nastąpiła studyjna cisza i długi okres oczekiwania na premierowy materiał. W końcu, "Forgotten" ujrzał światło dzienne i ponownie odmienił oblicze zespołu. Pojawiło się więcej technicznych aspektów gry, nieco mroczny klimat, a co najważniejsze, zboczyliście ze stricte deathcore’owej drogi. Ten moment chyba wspólnie możemy uznać za przełomowy, wyszliście wtedy na czołową pozycję w tym nurcie. W zespole doszło jednak do rozłamu i pożegnaliście się z jednym z dwójki kompozytorów - Zvishem. Jak duży wpływ na kształt Drown My Day miał Zvish i czy jego następca Sławek wypełnia tą lukę?


Szczerze mówiąc, nie zgodzę się z Tobą do końca na temat zboczenia z drogi deathcore'a, gdyż osobiście uważam "Forgotten" za jedyne deathcore'owe wydawnictwo zespołu (śmiech). Jakby nie patrzeć, długo też nie kazaliśmy czekać ludziom na nowy materiał, wyłączając wszelkie nagrania, czas mixu i masteringu to materiał na drugą EP powstał właściwie w rok. Jak na polskie warunki, gdzie oprócz grania prób, koncertowania i zajmowania się zespołem musisz to pogodzić z prywatnym życiem, to uważam, że nawet się zgrabnie sprężyliśmy (śmiech). Maciek 'Zvish' opuścił nasz zespół jakoś w pierwszej połowie 2011 roku, stwierdził że się wypalił, że granie po prostu nie daje mu tyle radości co wcześniej. W pewnym momencie przestał komponować, a jak już coś wymyślił to twierdził, że to w ogóle bez ładu i składu itp. itd. Do tego musiał się zmierzyć z szarą rzeczywistością o której wspomniałem chwilę wcześniej, stąd też mniej czasu na zespół. Sam zadecydował się opuścić naszą kapelę, daliśmy mu naprawdę dużo czasu aby przemyślał temat, stało się tak, a nie inaczej. Nadal jesteśmy w dobrym kontakcie, czasami zdarzy się, że w nocy razem piszemy do siebie dużo o muzyce, jakiś nowościach, albo odgrzebujemy jakieś stare nagrania. Ze Zvishem mogę to robić przez wiele godzin (śmiech). Lekko przybici, aczkolwiek dalej z niesamowitą radością zagraliśmy kilka koncertów na jedną gitarę, najzwyczajniej nie chcąc zawieszać, nawet na kilka miesięcy, działalności zespołu. Potem przyszło kilka koncertów z Bartkiem, który gra w tech death metalowym Machines Of Dystopia, jednak z powodu osobistych problemów nie mógł wtedy dołączyć do nas na stałe jako gitarzysta. W tym samym czasie odezwał się do nas Sławek. W bardzo szybkim tempie nauczył się naszego materiału co nam na swój sposób bardzo zaimponowało. To chyba najbardziej pracowita osoba jaką udało mi się poznać w życiu. Widzieliśmy, że chłopak się stara i mu zależy - to było dla nas najważniejsze. Nie chcieliśmy nikogo przypadkowego. Wkrótce potem zaczął przynosić świetne riffy - jeden z numerów na "Confessions" - "F.O.F.A.B." to pierwszy utwór jaki napisał dla Drown My Day i szybko się stał jednym z moich ulubionych. Łatwo wpada w ucho i ma w sobie ciekawe riffy. Szczerze mówiąc nie mogła się nam trafić lepsza osoba do zespołu niż właśnie Sławek.


Rok 2012 upłynął pod znakiem koncertów u boku m.in. Frontside oraz prac nad debiutanckim albumem. Po sześciu latach nadchodzi ten moment, kiedy już oficjalnie w barwach zagranicznej wytwórni możecie podsumować swoją działalność oraz wkroczyć na nowe tory. Zawartość "Confessions" to miks nowoczesnego death metalu na deathcore’owych podwalinach. Jak widać, a raczej słychać, nieprędko uwolnicie się od tożsamych dla tego gatunku patentów. Choć, trzeba przyznać, album jest bardzo równy i nawet bardziej metalcore’owy "Hoichi The Fearless" nie odstaje od reszty. Ten utwór to mały powrót do przeszłości? (śmiech)


Hoichi, ach Hoichi, wiedziałem, że będą z nim problemy (śmiech)! Wiesz, ten utwór to jedyny numer, który został skomponowany przez duet naszych gitarzystów. Są w nim zarówno riffy Sergiusza jak i Sławka. Jest to raczej rzadko spotykane wśród naszych numerów, albo jeden komponuje, albo drugi, tu było inaczej. Długo się zastanawialiśmy czy ten numer będzie pasować do całości materiału, jednakże choć jest on "inny" to bardzo go lubimy, stąd też znajduje się na płycie. Pod koniec materiału, ale jednak (śmiech). Tak, jest to oczywiście odwołanie do pierwszych lat działalności zespołu i niejako mały pstryczek w nos dla tych, którzy twierdzą, że w jakikolwiek sposób odcinamy się od naszej muzycznej przeszłości. Ludzie bardzo często proszą nas o stare numery na koncertach, czasami grywamy "Koszmar". Chcemy dać ludziom coś nowego, aczkolwiek w starych drown'owych klimatach, mam nadzieję, że fani podłapią ten numer


Wspominam o wytwórni płytowej. Niewiele młodych zespołów z naszego kraju może pochwalić się dealem z labelem. Biorąc pod uwagę to w jakim stanie znajduje się rynek muzyczny, inwestowanie w zespół z Polski - a nawet dwa - bo w katalogu jest jeszcze Faust Again, to odważna decyzja. Jak doszło do podpisania umowy? Co wyróżnia Noizgate na tle innych oficyn?


Po wydaniu "Forgotten" zaczęliśmy myśleć poważniej o przyszłości zespołu, stąd też nasze starania o znalezienie jakiegoś wydawcy. Rozesłaliśmy kupę wiadomości, a wkrótce potem odezwało się kilka wytwórni. Niestety, warunki ofert, które dostaliśmy nie były dość ciekawe, jakieś chore kwoty pieniężne potrzebne na wydanie płyty, opłaty, opłaty i jeszcze raz opłaty. Ludzie z Noizgate Records odezwali się do nas sami. Przyjechali z Niemiec zobaczyć nas na jednym koncercie w Katowicach i od tamtej pory byliśmy już w stałym kontakcie. Oferta z ich strony była jasna i konkretna, raczej nie zastanawialiśmy się długo. Będąc dobrymi przyjaciółmi z Faust Again poleciliśmy im ten label wiedząc, że szukają również wydawcy na świetny materiał.  Marcus z Noizgate również i tym razem nie zastanawiał się długo i wkręcił chłopaków z Faust do swojej "stajenki" (śmiech).


"Confessions" promuje singiel "Got Some Guts" do którego zrealizowaliście prosty, ale bardzo wymowny teledysk. Od czasu pierwszego tego typu obrazka w waszej karierze minęło wystarczająco dużo czasu, aby się przyłożyć do drugiej produkcji. Kto jest odpowiedzialny za realizację wideo i czy nie myśleliście o przemyceniu wątków fabularnych?


Za realizacje teledysku odpowiadał Piotr Cichocki oraz Maciek z zespołu Burn The Witch. Bardzo spodobały nam się obrazy wcześniej nakręcone przez Piotrka, a że jesteśmy z jednego miasta, to wszystko dalej potoczyło się bardzo szybko. Nie mieliśmy zamiaru włączać żadnych elementów fabularnych do tego klipu. Chcieliśmy nakręcić typowy teledysk metalowej kapeli, inspirując się obrazami z wczesnych lat 90-tych. Myślimy już nad drugim video do "Confessions", jeżeli takowy powstanie będzie to już coś zdecydowanie mocniejszego. Tutaj już myślimy o wprowadzeniu dodatkowego tła fabularnego, póki co składamy pieniążki aby takie cudo nakręcić (śmiech).


W promocji zespołu uczestniczy Twój odzieżowy Addicted Clothing. Z czasem z projektu zajmującego się drukiem merchu dla kolegów doszło do poszerzenia działalności przez aktywność na polu organizacji koncertów. Nie za dużo jak na jedną osobę? Jakie perspektywy ma przed sobą Addicted? Gdyby nagle doszło do zawieszenia działalności przez zespół, skupiłbyś się na prowadzeniu brandu, czy zajął czymś zupełnie innym?


Cieszę się, że ktoś wreszcie zauważył, że biorę na siebie zdecydowanie za dużo obowiązków niż jest w stanie ogarnąć jedna osoba, dziękuje (śmiech)! Addicted to zawsze była raczej osobna zajawka, lubię wspierać scenę, to mi daje radość. Jak jakieś koszulki się sprzedają to i pojawiają się możliwości, aby coś z tym zrobić. Pojawił się pomysł na zrobienie koncertów, na których, jak wiadomo, zdarza się wtopić trochę pieniędzy, ale co mi tam, grunt, że coś się dzieje u nas w mieście. Wpadają kapelę z poza naszego kraju i jest w czym wybierać jeśli chodzi o koncerty. To mi daje radość i po prostu tyle, co zarobię to potem zainwestuję i tak w kółko, byleby się coś działo.


Dziś pole manewru w ramach promocji własnego zespołu (a zarazem marki, bo nie ukrywajmy kapele należy rozpatrywać również w kategoriach marketingowych) nie wystarcza już sam Internet. W końcu, na (nie)szczęście, tematem ciężkiej muzy zainteresowała się telewizja. Co prawda, wciąż dzielą nas lata nim metal przestanie być niszą, ale coś się w tej materii zmienia. Nie chcę wracać do Eris is my Homegirl, ale przyznać trzeba, że od tamtej pory coraz większe grono muzyków stara się wypromować swój zespół właśnie przez udział w talent show. Kilka dni temu oglądaliśmy występ Materii na Polsacie, w Telewizyjnej Dwójce swoim głosem czarował frontman None. Co o tym sądzisz, ma to sens?


To zależy od tego, co faktycznie chcesz osiągnąć i co reprezentujesz. Kolesie z Materii to niesamowici muzycy i sympatyczni ludzie, trochę wariaty, ale naprawdę mają pomysł na siebie. Koleś z None natomiast ma bardzo dobry głos, nie ma co się dziwić, że uderzył z nim do TV. Sam udział w takim programie daje ci niesamowity rozgłos - jeżeli to jest to na czym ci zależy - idziesz do TV, proste. My z Drown My Day nie mamy zamiaru iść z naszą muzyką do Polsatu czy innego Mam Talent. Po pierwsze, umówmy się, nasza muzyka nie przyjęłaby się tam. Gramy brutalniej i szybciej, w telewizji tego nie potrzebują. Nie szukamy rozgłosu wśród tzw. randomowej publiki, wiemy co gramy i wiemy do kogo z tym uderzyć. Oczywiście, nie chcemy przez najbliższe dwadzieścia lat grać w jakiś pubach dla 15 nawalonych osób. Chcemy się rozwijać muzycznie, dużo koncertować i w ten sposób poszerzać grono naszych słuchaczy. Telewizja... nie, to nie dla nas!


Udział w takim przedsięwzięciu wcale nie musi oznaczać większego zainteresowania zespołem, a także, zwiększeniem ilości propozycji koncertowych. Według mnie, takie kapele zawsze będą pełnić rolę ciekawostki, rodzynka w zestawie, a nieudane występy mogą stanowić zagrożenie - bo ludzie pamiętają, a Internet jest bezlitosny. Spójrz na ‘’bidona’’ od Jenna Eight…


Idąc do TV z muzyką niekoniecznie metalową, ale tą bardziej gitarową zawsze będziesz narażać się na pośmiewisko. Tutaj publika bywa bezlitosna, bycie true nadal jest w modzie. Bidon od Jenny Eight stał się bardzo popularnym hasłem wśród "core'owej publiki", sami nawet często na koncertach odwoływaliśmy się do hasła przed jakimś breakdown'em. Niekoniecznie będąc złośliwym, ale po prostu pokazując przez to jakiś tam dystans. To jest chyba to czego brakuje ludziom i kapelom, które jarają się ciężką muzyką, brakuje im najzwyczajniej luzu.


Zeszły rok obfitował w prawdziwy rozkwit sceny core. Malkontenci nadal będą się upierać, że stało się to za późno, inni zaś, biorą to za dobrą monetę i cieszą się możliwościami dzielenia sceny z innymi zespołami z tego nurtu. Kto (jeśli w ogóle) zwrócił Twoją uwagę? I mam nadzieję, że nie dzięki blogowi z core w nazwie..


Jeśli chodzi o nasz kraj to jestem chyba w miarę na bieżąco. Nie jestem do końca pewien, czy kapele, o których wspomnę, nagrały coś w zeszłym roku, ale chyba niewiele się pomylę. Fajne EP wydały chociażby Sirens Dawn czy Sailor's Grave. Pojawiła się cała masa klipów krajowych kapel, szczególnie dobre obrazy nagrały chłopaki z The John Doe's Burial, był klip Before A Burning Earth. Jest tego naprawdę dużo obecnie. Cały czas czekam na jakieś nagrania od śląskich wariatów z Psychotic Violence, których miałem okazję obczaić parę razy na żywo i zapowiada się naprawdę konkretny materiał. Czołowi wyjadacze także w formie, wydaje mi się, że jest coraz lepiej.


Co prawda mamy już marzec, ale wciąż na koniec rozmowy możemy się pokusić o podsumowanie ubiegłego roku. Który band wywarł na Tobie największe wrażenie, i dlaczego jest to Cattle Decapitation (śmiech) oraz co ogólnie Cie zniesmaczyło?


Widzę, że znasz już dobrze moją ulubioną płytę zeszłego roku (śmiech). Tak, jest to bez wątpienia Cattle Decapitation, ostatnio znowu jej słuchałem i nadal się nie mogę nadziwić jak ten materiał jest dobry. Świetną płytę wydali również Anaal Nathrakh, spodobało mi się także ostatnie Aborted. Metalcore czy deathcore raczej omijałem szerokim łukiem w 2012 roku, nie podobały mi się płyty, albo szybko nudziły. Natomiast co mnie zniesmaczyło? Chyba wszystkie te trancecore'owe kopie kopii, breakdown za breakdownem, słodki chłopiec śpiewający w refrenie autotunem i 10 milionów wyświetleń na youtube. Wiesz, naprawdę polubiłem pierwszy longplay Attack Attack, to było zabawne, że jakaś tam techniawka się pojawiała, te ich pozy w ciasnych gaciach, ot wydawało mi się że to taki muzyczny żart, który naprawdę mi się spodobał i śmieszył. Niestety, wszyscy to podłapali i zaczęli ich kopiować, co też wkrótce chyba było główną przyczyną odejścia AA od takiego grania. Kompletnie tego nie łapię. Podobnie zresztą jak coverowania Rihanny, Katy Perry czy czegokolwiek na trancecore'owe wersje. Chcesz grać metal to graj, metal do kurwy nędzy, a nie bierz się za coverowanie świetnych popowych numerów. Uważasz, że to jest śmieszne i z dystansem? Nie, nie jest.


Dzięki za Twój czas i do zobaczenia na release party w Krakowie.


Dzięki wielkie za wywiad, jak zwykle nie zaskoczyłeś mnie rozbudowanymi pytaniami typu trzy w jednym (śmiech). Zapraszam wszystkich z tego miejsca 12 kwietnia na premierę naszego krążka do krakowskiego klubu Kot Karola. Zagra czołówka sceny i nasi dobrzy przyjaciele z Faust Again, Dust N Brush, The John Doe's Burial, Soundfear i Burn The Witch oraz oczywiście my. Balujemy do rana na pełnej!


Grzegorz "Chain" Pindor

Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie