Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mariusz Dzwonek (Frontside)

Mariusz Dzwonek (Frontside)

Z liderem sosnowieckiego Frontside rozmawiamy o początkach i problemach towarzyszących formowaniu się zespołu, o dostępie do sprzętu, koncertach, które najbardziej utkwiły Mariuszowi w pamięci, a także m.in. o zmianach w samej muzyce grupy oraz fascynacji muzyką hard rockową.

Śmiejecie się na Facebooku, że po 20 latach istnienia Frontside dorobiliście się gitarowych stroików (śmiech) Czas najwyższy. Cofnijmy się jednak w przeszłość. Jak radziliście sobie ze sprzętem w Polsce po zmianie ustroju? Jak wspominasz te pierwsze lata? Co było najtrudniej zdobyć, a z czego po dziś dzień jesteś zadowolony? Tym bardziej, że zaczynałeś jako perkusista…


To były lata walki (śmiech). Ciężko było o markowe graty, a z drugiej strony i tak mało kogo było na nie stać. Zaczynaliśmy na sprzętach już wtedy archaicznych. Wzmacniacze rodem z NRD o nazwie Vermona uchodziły w owych czasach za substytut luksusu (śmiech). Nie posiadałem swoich bębnów - grałem na szkolnym zestawie Polmuz, który pozostawiał wiele do życzenia... I to nie przeszkadzało mi nagrać 3 demówek za garami. Bębniarzem byłem raczej słabym (śmiech), ale na czasy raczkowania muzycznego wystarczającym. Największy problem był z dobrymi "fuzzami", wtedy nie grało się z headów. Z miejscem na próby i z muzykami. Jestem szczęśliwy z tego powodu, że traktowaliśmy to wtedy aż tak poważnie - totalnie utopijnie marzyliśmy o naprawianiu świata i naprawdę w to wierzyliśmy. Pasji nam nie brakowało, a los jakieś tam kłody czasem podrzucał. A to ukradli nam graty, a to ktoś złamał gryf gitary, wywalili nas z kanciapy....Słowem zmartwienia każdej początkującej kapeli. Ta działalność altruistyczna przekształciła się w coś ważnego w naszym życiu, zdefiniowała nasz styl bycia i nierozerwalnie jest złączona z naszym charakterem. I  jeśli mam być dumny to również z tego, że udaje się to ciągnąć już dwadzieścia lat. Jesteśmy wierni pierwotnej idei, a te dwadzieścia lat dowodzi, że nie było w tym przypadku.


Co zadecydowało o tym, że porzuciłeś beczki na rzecz gitary? Większy wpływ na kształt muzyki własnego zespołu? Niezależność? Fakt, że kobiety zawsze wolały gitarowych? (śmiech)


Właściwie to nie rozminąłeś się z prawdą (śmiech). Jednak najważniejszy wpływ na tę decyzję miały nasze nieustanne problemy z gitarzystami. Ciężko było znaleźć osoby o podobnym podejściu do tworzenia muzyki. Zdecydowanie mało osób ze światka muzycznego znało nutę core’ową, a jeszcze mniej chciało ją łączyć z metalem. Horyzonty muzyczne bywają bardzo często zawężone i ukierunkowane tylko na jeden nurt muzyczny. Brak wyobraźni i odwagi muzyków, z którymi mieliśmy przyjemność pracować spowodował, że musiałem zdecydować się na taki krok. Generalnie to nie było innej alternatywy i uznaliśmy z Astkiem, ze to jedyna droga (śmiech)


W trakcie rozwoju, nie bójmy się tego powiedzieć, mniej lub bardziej spektakularnej kariery swojego zespołu, wypracowałeś własny styl gry, którzy przekłada się na brzmienie Frontside. Co więcej, jest on dość uniwersalny bo równie dobrze piszesz przebojowe, melodyjne utwory, które wymykają się jednoznacznej klasyfikacji jako metal, jak i deathcore’owe ciosy. Efekt poszerzania własnych muzycznych horyzontów czy naturalny rozwój?

Po prostu nie wstydzę się melodii. Ja ją wręcz uwielbiam. Poza tym jestem świadom, że po latach to właśnie melodia decyduje o tym, czy numer jest dobry. Tu nie chodzi o popisy cyrkowe, stopień skomplikowania riffów. Nie musimy się też wiecznie napinać na pierdolnięcie. W filozofii tego zespołu i mojej jako takiej twórczości, w jej podwalinach, nigdy nie leżało tylko i wyłącznie grzebanie w ciężkiej nucie. Zawsze chciałem wychodzić poza schematy, nie przypisywać, nie konkretyzować grania pod ścisłe definicje gatunku. Ta przygoda i pasja wiąże się z wyzwaniem od początku. Muzyka ma za zadanie w pierwszej kolejności nasycić mój egoizm twórczy. W tej kwestii nie idę na żadne kompromisy. Zawsze gram to co czuję w danym momencie. Zawsze chodziło o dobre kompozycje, które mają tworzyć udaną, zróżnicowaną płytę pełną niespodzianek. W tej muzyce łatwo o przewidywalność czy eklektyzm i zdaję sobie sprawę, że tak również jest w naszym przypadku. Jednak z całych sił staramy się łamać stereotypy. Świadomie przekraczamy bariery - własne, bo przecież ciągle się uczymy muzyki. Łamiemy też kompleksy słuchaczy i otwieramy im głowy. Polscy fani i muzycy boją się melodii, a to takie smutne - przecież to ona wyzwala najwięcej emocji i dreszczy. Staram się rozwijać warsztat pod kątem aranżacyjnym. Nigdy nie będę sprawnym gitarzystą, dla którego niuanse techniczne to chleb powszedni. Przywykłem do tego już dawno. Zauważyłem za to moją skłonność do kreowania muzyki. Moja wyobraźnia pozwala mi na to i owo, i chyba dlatego tyle różnorodności w naszej muzyce. Nie potrafię obiektywnie ocenić czy to naturalny rozwój skierował nas na te tory. Może zwyczajnie mamy do we krwi? (śmiech)


Jesteś fanem starego hard rocka i stadionowych kapel. W tym roku festiwale, na których gościcie skłaniają się również ku takim dźwiękom. Obecność ZZ Top na Ursynaliach, czy całej palety stonerowych zespołów na Metalfest z pewnością trafia w Twoje upodobania. Jak to jest, że z jednej strony kochasz równie mocno Morbid Angel a z drugiej Twisted Sister, Bon Jovi, czy z młodszych kapel The Darkness. Z wiekiem skłaniamy się ku rockowej prostocie?


Być może w tej hipotezie jest ziarenko prawdy. W końcu mamy już swoje lata (śmiech). Wiesz, ja naprawdę nigdy nie marzyłem, że pewnego dnia nadejdzie taka chwila, iż Frontside wystąpi obok zespołu takiego formatu jak ZZ Top! To totalna niespodzianka. Ale w ramach naszej przygody muzycznej mamy już na koncie podobne niespodzianki. Więc ta również znajdzie miejsce w naszej pamięci.  A wracając do nuty hardrockowej - ona zawsze się pojawiała i w mniejszym lub większym stopniu - była inspiracją, która towarzyszyła mi non stop. Chcę wyciągać z muzyki to co najlepsze. Morbid Angel miało swój czas tak jak wcześniej swoje 5 minut miała Metallica, a przed nimi Led Zeppelin. To przykładowe kapele, których wpływ na moją działalność gitarową jest wart odnotowania. Inną kwestią jest, że do takiej muzy trzeba dorosnąć - w sensie kompozytorskim. Trzeba też zdać sobie sprawę z faktu, że granie przysłowiowych "dwóch chwytów na krzyż" to żaden wstyd! A raczej wyzwanie! Niech przykładem będzie nowy album Bring Me The Horizon - tam są same piosenki. Poza tym, stanęliśmy już przed tą mityczną ścianą i zmagaliśmy się z własnymi demonami. Nie chcieliśmy w tej chwili nagrywać kolejnej płyty w "naszym" klimacie. Po pierwsze, nie musimy, po drugie nie odczuwamy takiej potrzeby. Mamy jeszcze coś do powiedzenia - tym razem w zmienionej formule. W tym roku mija 20 lat, od kiedy wzięliśmy instrumenty do rąk pod banderą Frontside… i właśnie mamy zamiar to zjawiskowo podkreślić.

Przez lata zjeździłeś niejeden festiwal, jak i na niejednym zagrałeś. Miałeś styczność z różnymi promotorami, agencjami, a nawet ludźmi, którzy za takie przedsięwzięcia nie powinni się zabierać. Która z imprez w ciągu ostatniej dekady utkwiła Ci najbardziej w pamięci? I czy był to Woodstock, czy może pamiętny Mystic Festival gdzie przyjęło was towarzystwo "łysych"? (śmiech).


Tych wspomnień jest cała masa. Naprawdę wielkim przeżyciem, nie umniejszając innym festiwalom, był nasz występ na Woodstock. Morze ludzi przed sceną, atmosfera, bisy. Klimat nasz przerósł, bo naprawdę tego wszystkiego się nie spodziewaliśmy. Trema przed bisowaniem nas prawie "zabiła". Stałem tam, a moje oczy wypełniały łzy. Ze szczęścia rzecz jasna. Emocje były naprawdę mocne! Dobrze też wspominam pewien wypad na With Full Force, podczas którego po prostu waliliśmy alkohol do mordy cały czas i przez 3 dni widziałem może z 5 koncertów na kilkadziesiąt kapel. Nawet Slayer stał się ofiarą alkoholowego amoku. Hitem wypadu był nasz ziom goszczący tam w charakterze dziennikarza (pozdrosy dla Jarka), który napisał relację koncertu, o ile mnie pamięć nie myli Pungent Stench, którego nie było w lineupie festiwalowym. Wspomniany Mystic Festiwal to też świetne wspomnienia. Nie zapomnisz nigdy, że stałeś na deskach mitycznego Spodka! Mój pierwszy duży festiwal to któraś Metalmania z Kreatorem w roli głównej. To prawie jak sen, który się ziścił. Podczas tego festiwalu faktycznie publiczność nie była na nas gotowa, ważne, że my byliśmy gotowi na nich.


Swoją droga, lineupy obu wspomnianych przeze mnie imprez zaskakują różnorodnością oraz coraz lepszym doborem artystów. Uważasz, że wreszcie, po wielu wpadkach w tej materii wreszcie doczekaliśmy się dwóch niemal flagowych imprez? Oczywiście jest cala rzesza mniejszych eventów, ale nie mają takiej siły przebicia jak te dwie.


Nie mam pojęcia. Czas pokaże. Polska publiczność jest chimeryczna. Te festiwale mają dobre prognozy i wiele wskazuje na to, że jest sens robienia tego typu imprez. Tu pałeczkę po Mystic Fest przejął Metalfest i choć w innej formie - open air, to jednak ta impreza powinna odnieść zamierzony skutek. Świetny skład, dobra organizacja, za którą odpowiadają fani i pasjonaci tej muzy oraz dogodna lokalizacją mogą być przeważającymi plusami. Tu kluczem do sukcesu może być właśnie różnorodność, z czego ja osobiście się cieszę.

Tegoroczny kalendarz koncertowy wydaje się być wypełniony po same brzegi, a mamy dopiero marzec.  Na który koncert z do tej pory ogłoszonych czekasz najbardziej?


Pewnie pojawię się za chwil kilka na Testament, Meshuggah, Bring Me The Horizon, a wróciłem właśnie z Jessie Ware. Mamy też kilka swoich sztuk. Będziemy też na paru festiwalach. Ciężko z czasem jest, a za chwilę wchodzimy do studia.


Pozostajemy w temacie koncertów. W przerwie między pracami nad nowym albumem, który zapowiadacie na jesień tego roku, co jakiś czas weekendowo przypominacie polskiej publiczności o swojej obecności. Domyślam się, że i do Ciebie dotarły echa internetowej dyskusji o warunkach w klubach oraz relacjach na linii klub - artysta. W małych miejscowościach traktują Was lepiej bo bardziej zależy ludziom na dobrym wydarzeniu? Zdarza się (jeszcze), że organizator nie dopełnia uzgodnionych warunków?


Zdarza się, ale jak bym tego nie demonizowałe (śmiech) Czasem się wszystko zgadza, a czasem niekoniecznie, ale to jest rock'n'roll i generalnie nie przypominam sobie sytuacji, w której bylibyśmy jakoś specjalnie wkurwieni na organizatora. Inną kwestią jest, że raczej nie "gwiazdujemy" i nasze wymagania nie są wyssane z palca (śmiech). Pewne standardy muszą być utrzymane i kto zawodowo i profesjonalnie zajmuje się organizacją koncertów dokładnie wie, co trzeba robić żeby obie strony były zadowolone. Tu raczej mogą ucierpieć fani, a nie muzycy, bo jeśli coś się nie zgadza to raczej sprawy związane z nagłośnieniem czy ogólnie pojętym komfortem imprezy.


Prócz aktywności na polu koncertowym, z czego słynie najbardziej Toma, od jakiegoś czasu, wespół z Astkiem, przyjacielem i byłym frontmanem Frontside, prowadzisz katowicki oddział Rock’n’roll Tattoo. Skąd wziął się pomysł na studio? Inicjatywa Astka?


Bezpośrednio tak, choć kiedyś przemknął mi taki pomysł przez głowę. To jednak jego inicjatywa i propozycja by otworzyć kolejną komórkę Rock'n'roll Tattoo tym razem w kraju. Od grudnia działamy w Katowicach, a już w kwietniu zaczniemy przyjmować klientów również w Warszawie. Fajnie, że naszą pasję można połączyć w taki sposób. Tatuowanie jest nierozerwalną częścią rock'n'rolla, a my cieszymy się, że dzięki nam powstają naprawdę zjawiskowe rzeczy. Cały nasz świat kręci się wokół muzyki, a ostatnio również wokół tatuowania. Drugie ja Tomy to faktycznie organizacja koncertów i festiwali. Rock'n'roll nigdy stop (śmiech).


Doglądanie studia i granie koncertów wypełnia Ci czas nie związany z pracami nad albumem. W październiku miną trzy pełne lata odkąd wydaliście "Zniszczyć Wszystko". Ta długa przerwa jest wynikiem chęci nabrania nowego spojrzenia na Frontside? Jakim zespołem będzie Frontside AD 2013?


Tak jak wspominałem, wybraliśmy drogę trudniejszą i zaczynamy praktycznie wszystko od nowa. Zaczęliśmy pisać muzykę na nowy album już ponad rok temu, przy czym założyliśmy, że nie chcemy opierać jej na sprawdzonych patentach. Nie ma więc blastów, świerszczy na gitarach, agresji itd. Jest to wielce ryzykowne posunięcie, ale kto nie ryzykuje ten nie żyje (śmiech).


Dzięki za Twój czas. Do zobaczenia na koncertach.


Dziękuje również i zachęcam do wyczekiwania na nasz nowy krążek, bo będzie o czym rozprawiać (śmiech).


Rozmawiał: Grzegorz "Chain" Pindor