Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Malleus Rock Art Lab

Malleus Rock Art Lab

Malleus Rock Art Lab to jeden z najbardziej nietuzinkowych kombinatów twórczych w zdominowanym przez Amerykanów świecie sztuki rockowego plakatu.

Wszystkie prace Włochów utrzymane są w charakterystycznym, łatwo rozpoznawalnym stylu, który oni sami określają jako Dark Nouveau. Źródła ich inspiracji to pełen wachlarz wpływów: Alfons Mucha, Klimt, Rick Griffin, Andrea Pazienza, Mike Mignola… Kto chciałby przyjrzeć się z bliska twórczości trójki z Malleus, zyska ku temu okazję w pierwszych dniach maja, podczas tegorocznej edycji Asymmetry Festival. My tymczasem zapraszamy do lektury.

Ten wywiad ma szansę trafić do szerszego grona czytelników, spośród których część być może usłyszy o Was po raz pierwszy. Powiedzcie kilka słów o tym, czym jest Malleus?

Malleus Rock Art Lab to my, czyli Urlo, Lu i ja. Razem tworzymy kolektyw sztuki, a jednocześnie jesteśmy oddani muzyce rockowej. Muzyka i sztuka od dawna zajmowały znaczące miejsce w naszych głowach i sercach, dlatego postanowiliśmy połączyć te dwa elementy, dwie największe pasje. Malleus to rezultat naszego ścisłego związku z jednym i drugim. Wszystko zaczęło się dawno temu, trochę z przypadku. Zaczęliśmy to w zasadzie dla żartu, a po kilku latach aktywności tak się jakoś złożyło, że Malleus stał się naszym podstawowym zajęciem. Poświęcaliśmy mu coraz więcej czasu, w którymś momencie uświadomiliśmy sobie też, że wszystko układa się generalnie po naszej myśli, tak jakby los nam sprzyjał. Taki był punkt startowy dla tego, czym Malleus jest dzisiaj. Wciąż pozostajemy ściśle związani z muzyką, w tym temacie w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło, dlatego można chyba powiedzieć, że Malleus to po prostu trochę inny od standardowego sposób spojrzenia na muzykę. To jakby muzyka z perspektywy rozmiłowanych w muzyce twórców, którzy realizują się także w innym, pozamuzycznym obszarze. W skrócie rzecz ujmując, powiedziałbym, że Malleus powstał z potrzeby nadania materialnej postaci temu, co słyszą nasze uszy.

Co tworzycie?


Na początku projektowaliśmy tylko okładki do winyli i płyt kompaktowych, później doszły do tego plakaty koncertowe. Pierwsze plakaty powstawały dla naszego ówczesnego zespołu (Judy Corda - sprzed Ufomammut), po czym zaczęliśmy projektować także dla innych zespołów. Generalnie, zaczęliśmy od prac dla zespołów. Kolejnym krokiem były plakaty kolekcjonerskie, wytwarzane już inną metodą - nie w offsecie, a w sitodruku. Nie ograniczaliśmy się jednak wyłącznie do plakatów, tworzyliśmy też ilustracje i okładki do książek, generalnie wszystko, co w jakiś sposób wiązało się z ilustracjami, z rysunkami. Zawsze jednak podstawą i głównym motywem naszych działań była muzyka. Muzyka stanowiła trzon.


Tak, na samym początku wszystko kręciło się wokół muzyki, ale później zaczęło się to trochę zmieniać. Teraz działalność Malleus jest znacznie bardziej zróżnicowana, bierzemy na warsztat różne inne rzeczy. Plakaty koncertowe to wciąż bardzo istotny, ale nie jedyny element naszej działalności.


: Nowa rzecz to między innymi plakaty filmowe…


A do tego wizualizacje video, nie tylko dotyczące muzyki, i takie tam.


Nawet etykiety do win.


Tak, ale to akurat jest chyba dość mocno związane z muzyką (śmiech).


Kiedy zorientowaliście się, że Malleus staje się głównym motywem Waszego życia?


Użyłem przed chwilą słowa “żart", ale dla nas to nie była w gruncie rzeczy zabawa. Traktowaliśmy i traktujemy to poważnie. Może i było w tym coś na kształt zabawy, ale takiej na poważnie. Byliśmy jak dzieci, które choć się bawią, nie traktują gry, jak zabawy, ale podchodzą do niej bardzo poważnie, bez dystansu. Chodzi mi o to, że nie od początku Malleus był naszą podstawową aktywnością, czymś co przynosi dochód i pozwala się utrzymać. Ale w końcu zaczęliśmy sobie uświadamiać, że jeśli skorzystamy z szansy, wykorzystamy nadarzającą się okazję, to może tak się stać. To było mniej więcej po 2-3 latach od powstania Malleus, wtedy rozejrzeliśmy się wokół siebie i zadaliśmy sobie pytanie, dlaczego właściwie nie pociągnąć tego dalej. To wtedy postanowiliśmy, że zrobimy wszystko, żeby rozwinąć tę inicjatywę, która zaczęła się nie do końca na poważnie, ale dla nas od początku była ważnym elementem życia. Stało się to naturalnie, to nie była decyzja w rodzaju “siadamy i ustalamy, że od teraz bierzemy się za to na całego", tak się po prostu zaczęło dziać. Tak jakby Malleus rozrastał się na naszych oczach i spychał inne zajęcia na bok. Pewne rzeczy się działy, a my rozwijaliśmy się wraz z nimi. Ciąg kolejnych zdarzeń dał takie a nie inne rezultaty. Tak po prostu wyszło.


Prawda jest taka, że to, co robimy, to jedyne rzeczy, którymi jesteśmy w stanie się zająć. Możemy robić tylko i wyłącznie to, ponieważ nic innego nie potrafimy. Grać muzykę, rysować… Jesteśmy bezdyskusyjnie i całkowicie niezdolni do zajęcia się czymkolwiek innym (śmiech).


Tak, zdecydowanie niezdolni np. do podjęcia i wytrwania w standardowej pracy na etacie.


Praca na etacie w naszym przypadku jest absolutnie wykluczona, nic by z tego nie wyszło. Chociaż, Guiseppe (Poia) przejawia niemałe talenty, jeśli chodzi o pracę z drewnem.


Jak cieśla.


Tak, jak cieśla, nieźle radzi sobie z pracą w drewnie. Jak Chrystus…


Jak wygląda podział pracy w Malleus? Nie jesteście za bardzo skłonni zdradzać, co kto dokładnie robi, trzymacie się wersji, że wszyscy zajmują się wszystkim, mniej więcej po równo. Na blogu, przy drukarskiej maszynerii, widać natomiast głównie Lu…


Ja odpowiadam za planowanie (śmiech).


I dlatego nie mamy żadnych planów (śmiech).


Kto robi szkice?


Głównie my, tj. ja i Poia. Nad doborem kolorów pracujemy wspólnie. To w dużej mierze loteria.


Łatwo się dogadujecie czy zdarzają się Wam spory?


Szczerze mówiąc, najczęściej jest tak, że spieramy się, polemizujemy, etc.


Pomysły pochodzą od całej naszej trójki. To taka burza mózgów. Pracujemy nad szkicami, później razem staramy się wypracować kompromis, jeśli chodzi o dobór kolorów. Zwykle jest tak, że każdy ma zupełnie inny pomysł, więc dyskutujemy, zmieniamy, tworzymy kilka wersji, aż w końcu  którąś wybieramy. Nie jesteśmy jednomyślni, ale jednocześnie działamy, jakbyśmy, byli jednym organizmem. Mimo różnic, potrafimy się porozumieć.


Kiedy pracujemy nad kolorami, tworzymy kilka alternatywnych wersji i na ich podstawie dokonujemy ostatecznego wyboru. W ten sposób powstają też wersje Art Print - ten sam plakat w bardziej limitowanej edycji z alternatywnie dobraną paletą barw. Generalnie uważam, że praca w zespole jest lepsza niż w pojedynkę. Robimy coś wspólnie, a później możemy wymienić się spostrzeżeniami, podyskutować, wyciągnąć wnioski na przyszłość. Im więcej punktów widzenia, im więcej różnych perspektyw, tym lepiej. Nie zawsze jest łatwo, ale ogólny rozrachunek wychodzi na korzyść. Mnie to odpowiada, lubię tak pracować.


Różne perspektywy, różne spojrzenia na ten sam przedmiot to ważny element naszej pracy. Taki system raz może okazać się bardzo pomocny, innym razem może z kolei stanowić pewne ograniczenie, ale ogólnie bardzo się przydaje. Na pewno wynika z tego więcej korzyści niż niedogodności.


Jak istotne w procesie twórczym są nowe technologie, komputery? Pomysł, szkic rodzi się przy pomocy ołówka, ale jak wygląda to dalej?


: Korzystamy z technologii, ale w ograniczonym zakresie. Jest jednak jeden kluczowy etap - pomiędzy projektem rysunku na papierze a rozpoczęciem procesu drukowania w sitodruku, w którym technika odgrywa bardzo istotną rolę. Komputery są nam niezbędne podczas doboru kolorów oraz tła, natomiast kolorowe drukarki atramentowe - do tworzenia klisz, których używamy do wypalania szablonów drukarskich, służących do finalnego, ręcznego wydruku afiszy. Tak czy owak, komputery są zawsze, w całym tym procesie, wyłącznie narzędziem, nad którym to my mamy władzę i które bez naszego wkładu byłoby bezużyteczne.


Chcielibyście zrobić plakat do któregoś z filmów Tarantino, choćby ostatniego - Django Unchainded? Klimat jego filmów wydaje się dobrze pasować do Waszej twórczości. Mam na myśli dwa motywy -  kobiety i krew.


Myślę, że generalnie tak, moglibyśmy to zrobić, dlaczego nie. W końcu gość, który zaprojektował plakat do Django, też jest Włochem (Federico Mancosu). Jeśli chodzi o jego plakat, to, co zwróciło moją uwagę, to jego prostota. Plakat jest fajny, ale ma bardzo uproszczoną formę. Jest bardzo prosty, bardzo bezpośredni, z jednoznacznym przekazem. Całkiem inny niż to, co my zwykle robimy w Malleus. Sam nie wiem, byłoby świetnie móc coś zrobić dla Tarantino, ale nie jestem pewien, czy my bylibyśmy tu właściwymi ludźmi na właściwym miejscu, nie wiem, czy Malleus faktycznie się do tego nadaje.


Nie wydaje Wam się, że rezultat Waszej pracy przypadłby mu do gustu czy był zgodny z jego oczekiwaniami? Myślisz, że nie odpowiadałby mu styl Malleus?


Może by odpowiadał, trudno powiedzieć. Może byłby cud, a może totalna pomyłka (śmiech). Naprawdę, trudno powiedzieć. Powinniśmy czuć klimat, być w temacie, dobrze się skomunikować, tak żeby właściwie odczytać jego oczekiwania, złapać wspólny język. Czasem bywa tak, że jest z tym problem. Czy tutaj by był, nie mam pojęcia, ale czuję, że mógłby się pojawić.


Tak czy owak, generalnie niczego nie wykluczamy. Jesteśmy otwarci na współpracę z Quentinem.


Tak, oczywiście, że jesteśmy.


Chociaż, tak jak powiedział wcześniej Urlo, to, co robimy, nasz sposób tworzenia różni się od tego, jak wyglądały dotąd plakaty do filmów Tarantino. Chodzi przede wszystkim o to, że tamte plakaty są zawsze bardzo konkretnie związane z filmem, bardzo do rzeczy w takim sensie, że ich przekaz jest prosty, nie jest nadmiernie skomplikowany czy wielowarstwowy. To jasny obraz, prosta zapowiedź tego, co niesie ze sobą film. Nasze plakaty są przeważnie trochę bardziej złożone, bardziej skomplikowane, potrzeba więcej czasu, żeby dostrzec ich poszczególne elementy. Nie wszystko jest widoczne za pierwszym razem, nie wystarczy tylko rzucić okiem na plakat, żeby dostrzec, o co w nim chodzi, żeby odczytać każdy element zawarty w obrazie. Dlatego, szczerze mówiąc, nie wiem, jakby to wyszło. Tak czy owak, na pewno mogłoby to być dla Malleus ciekawym wyzwaniem. Może byłaby to dla nas okazja do zrobienia nowego kroku naprzód, do poszerzenia twórczych horyzontów. Gdyby nadarzyła się okazja, czemu nie.


Pozwól, że zadzwonimy do Tarantino i zobaczymy, jak zareaguje na propozycję współpracy (śmiech).


Nigdy nie wiadomo. Mówicie, że Wasza sztuka jest inna niż to, co do tej pory stanowiło ilustracje na plakatach do jego filmów, ale to przecież nie znaczy, że nowe spojrzenie na temat nie mogłoby go przekonać. Może właśnie uznałby, że czas na zmianę.


Może, teoretycznie mogłoby się okazać, że tak.


W 2008 roku ukazała się książka Hammer of God, stanowiąca przegląd Waszej twórczości od początku istnienia Malleus. Książka wyprzedała się szybko, żeby nie powiedzieć na pniu, a od tamtego czasu w obozie Malleus sporo się wydarzyło, powstało wiele nowych prac. Planujecie kolejne podobne wydawnictwo?


Może tak.


Chcielibyśmy, od pierwszego wydania minęło faktycznie sporo czasu, mamy wiele nowych plakatów, więc fajnie byłoby rozszerzyć drugie wydanie o kolejny, nowy rozdział. Pewnie powstanie drugie wydanie, pytanie tylko - kiedy. Staramy się nie robić planów, bo z ich realizacją bywa różnie. Na pewno mamy to na uwadze, myślimy o tym, ale na razie bez konkretów.


A generalnie jak oceniacie samą ideę wprowadzania na rynek tego rodzaju wydawnictw? To ważne narzędzie w promocji?


Czy ja wiem, chyba niespecjalnie ważny, dziś nikt już nie czyta książek.


Ale w tej jest mnóstwo obrazków, więc może jakoś by się obroniła (śmiech).


To fakt, Hammer of God była trochę jak komiks. Więcej obrazków niż treści, więc druga edycja też powinna się przyjąć.


Tak, nic do czytania, tylko obrazki do oglądania. To rzeczywiście powinno być łatwe, nawet dla tych, którzy nie czytają. Chcemy to zrobić, ale to wymaga czasu i wcale niemałych pieniędzy. Wydanie książki kosztuje. Tak więc, generalnie nie mówimy nie. Pewnie w końcu zabierzemy się do tego, ale teraz nie potrafimy powiedzieć, kiedy to nastąpi.


Zgodnie z rozpoczynającą Hammer of God opowieścią, trójca Malleus to kontynuatorzy dzieła trzech czarodziejów z Grantorty. Możecie wyjaśnić, o co chodzi w tej historii?


Cóż, miasto, w którym mieszkamy nazywa się Tortona. Po włosku Tortona można tłumaczyć jako Wielki Tort. Torta to ciasto (tort), a Tortona - duże ciasto, duży tort. Stąd wziął się pomysł przedstawienia tego w taki sposób, że nasza trójka, ekipa Malleus żyje wewnątrz tego wielkiego tortu, jak robaki wewnątrz wielkiego jabłka. Uznaliśmy wtedy, że to zabawny koncept - rzeczywistość, która rozgrywa się w wielkim torcie.


: Ale sama Tortona wcale nie jest tak piękna i słodka, zupełnie nie przypomina tortu.


Zdjęcia Tortony w sieci wyglądają całkiem nieźle.


: Nieźle? Nie, niemożliwe.


Zawsze mówiłem, że Tortona wcale nie jest taka zła w zestawieniu z innymi miastami. Moim zdaniem, to jedno z lepszych miast we Włoszech. Poza tym, obszar wokół miasta jest bardzo przyjemny, chociaż samo miasto nie jest może szczególnie urokliwe. Zawsze jest tak, że są miasta lepsze i gorsze, a w samych miastach lepsze i gorsze miejsca. Moim zdaniem, braki samego miasta Tortona z powodzeniem nadrabia okolicami, które ją otaczają. Jest sporo fajnych przestrzeni, pól, lasów, etc.


A jak Wam idzie, czarodzieje z Grantorty, wyzwolenie Zlęknionego Ludu ze strefy smutku i cienia?


Nie mam nic do powiedzenia na ten temat…


No wiesz, staramy się jakoś przełamać szarość, używamy kolorowych atramentów… Koniec odpowiedzi. Sam nie wiem, staramy się robić dobrze to, co robimy. Moim zdaniem, czasem  dobrze trochę się bać. To skłania ludzi do myślenia, do zastanowienia się nad różnymi kwestiami.


Tak myślisz? Strach może odbierać wolę działania, bardziej krępować niż wyzwalać potencjał.


Nie chodzi mi o taki strach, który paraliżuje, ale taki mniejszy, który sprawia, że ktoś otrząsa się z marazmu i zaczyna myśleć o kwestiach, które wcześniej go nie interesowały. Taki jak np. przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy za chwilę masz otworzyć prezenty i odczuwasz lekki niepokój na myśl o tym, co możesz znaleźć w środku. Coś w tym rodzaju.


W takim przypadku, kiedy mówimy o prezentach, chodzi chyba raczej o lekką ekscytację, wywołaną oczekiwaniem  na niespodziankę. Udaną albo nie…


Fakt, a my dajemy w prezencie farby, więc ludzie rzeczywiście mają się czym ekscytować (śmiech).


Czym jest mediolańska Zona Tortona?


Zona Tortona to ulica w Mediolanie.


Tortona w przeszłości, z historycznego punktu widzenia, odegrała dość ważną rolę w dziejach Włoch, dlatego w wielu większych włoskich miastach są ulice, których nazwy nawiązują do Tortony. Nie da się może tego porównać do China Town, powiedzmy, dzielnicy czy sektora w mieście pełnego byłych mieszkańców Tortony, ale…


Emigranci z Tortony w Mediolanie… To by było ciekawe. Ale nie, Zona Tortona to tylko nazwa ulicy, nic więcej. Nic specjalnego.


Macie gdzieś w Polsce ulicę Tortony?


Jeszcze nie, ale wszystko przed nami. Może zgłosimy pomysł naszym lokalnym gminnym władzom, kto wie?


Albo może założymy u Was nową Tortonę. Coś na kształt kopii w Vegas. Liczymy na Wasze wsparcie!


Dlaczego ukrywacie się pod pseudonimami?


Właściwie… trudno powiedzieć. Nie przepadamy jakoś szczególnie za naszymi prawdziwymi imionami. Są zbyt… Chodzi o to, że moje (Giovanni) jest bardzo popularne, brzmi tak jakoś … Nie wiem, generalnie nie lubię włoskich imion. Zdecydowanie wolę ksywy czy pseudonimy. Poza tym, czasem tak jest łatwiej, choć akurat nie w moim przypadku. Za każdym razem, kiedy podaję komuś nick “Urlo", trudno to zrozumieć przez “r" w środku. No wiesz, musisz to wymawiać z naciskiem na “r" jak Urrrrlo. “Poia" jest łatwiejsze.


To prawda, ale mój nick przylgnął do mnie lata temu, jeszcze za szkolnych czasów, kiedy byłem dzieciakiem. “Poia", od nazwiska Poggi, to moje przezwisko od bardzo dawna, które po prostu przetrwało przez te wszystkie lata, aż do teraz. Ale ja nie mam żadnego problemu z moim autentycznym imieniem.


Ja też nie mam z tym problemu, po prostu bardziej odpowiada mi sytuacja, w której jestem kojarzony z tym nickiem, kiedy jestem rozpoznawany jako Urlo. W ten sposób od małego nazywała mnie matka. “Urlo" znaczy “krzyczeć", a ja jako dziecko często płakałem, krzyczałem…W gruncie rzeczy, nie ma się czym chwalić. A Lu to po prostu skrót od Luisa.


A jeśli chodzi o Jiji… (śmiech).


O tak, my zdecydowanie wolimy nazywać Cię Jiji.


Tak, Jiji!


Chodzi o to, że Jiji to, co do zasady, męskie przezwisko, od imienia Luigi, którego żeńskim odpowiednikiem jest Luisa. Tak więc, Jiji…


We Włoszech, jeśli ktoś nazywa Cię w ten sposób, raczej nie zachowuje się zbyt uprzejmie. To nie jest nic miłego (śmiech).


Moim zdaniem, rzecz nie w w tym, czy to jest miłe, czy nie. Chodzi po prostu o to, że określenia Jiji używa się wobec ludzi starszych. Na przykład: wuj Jiji (śmiech). Dlatego nie ma w tym generalnie nic złego, ale to nie jest odpowiednia ksywa dla kogoś takiego Lu, która zdecydowanie nie jest starym wujem Luigi (śmiech). Często mamy z tym spory ubaw (śmiech).


Okej, w takim razie zostajemy przy Lu.


Poia ma rację, ale z drugiej strony taka ksywa dla Lu ma swoje niekwestionowane plusy. To w pewnym sensie likwiduje między nami różnice płci. Jesteśmy dzięki temu jakby bardziej na tym samym poziomie, nikt się nie wyróżnia, wszyscy jesteśmy tacy sami. Wiesz, Urlo, Jiji, Poia - trzech gości.

To fakt, wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że w szeregach Malleus jest kobieta. Postrzegają Was jako trzech facetów. W Waszych pracach można odnaleźć pewne podobieństwa do twórczości Muchy czy Ricka Griffina. Jak duży wpływ wywarły na Was te nazwiska, w jaki sposób wpłynęły na ukształtowanie się charakterystycznego stylu Malleus?


Poza Muchą i Griffinem, było jeszcze kilku innych. Oczywiście, ci dwaj to jedni z najważniejszych twórców, którzy stanowili dla nas inspirację. Obok takich, jak Andrea Pazienza, Mike Mignola, Schiele, Moebius, nawet, jeśli ich wpływ nie jest już tak oczywisty, widoczny w naszych pracach. Również Warhol, Klimt, Kirby, Toppi, a poza tym twórczość czy sposób spojrzenia na rzeczywistość wielu innych artystów, znanych i mniej znanych. Albo tylko pojedyncze ilustracje, przypadkiem napotkane obrazy.


Źródeł inspiracji jest bardzo wiele. Można ją czerpać z dowolnego źródła, może stać się nią wszystko. To nie tylko ilustracje, obrazy, plakaty, ale też kino, muzyka, w zasadzie wszystko.


Tak, im dłużej działamy, tym bardziej różnorodne one są. Napływają z rozmaitych kierunków. Nie inspiruje nasz już tylko, czy głównie, tak jak to było na początku, twórczość innych artystów. Kiedy zaczynaliśmy, na pewno byliśmy pod większym wpływem takich postaci, jak choćby Griffin, ale później zaczęło się to zmieniać. Z czasem staliśmy się bardziej głodni czegoś innego, nowego, szukaliśmy nowych źródeł, nowej perspektywy. Staramy się cały czas iść naprzód, rozwijać się, ewoluować, nie zamykać w jednej manierze, różnicować pomysły. Zmieniać. Nawet jeśli nasz “kręgosłup" twórczy jest zawsze ten sam. Nie chcemy ograniczać się do jednej kategorii źródeł, nie chcemy zamykać się w żadnych ramach. Najważniejsze, to pozostać wolnym, obserwować rzeczywistość, być otwartym na to, co się wokół nas dzieje.


Teraz czerpiecie z tego, co Was otacza, kiedyś było inaczej. Można to zauważyć, śledząc historię Waszej twórczości. Poszerzacie twórcze horyzonty, a to jest świadectwo artystycznej dojrzałości.


Dokładnie tak. A na następnym plakacie będziesz Ty - w tych słuchawkach (śmiech). To dobry przykład.


Wcale mnie to nie dziwi, to musi być niezapomniany widok (śmiech).


Pierwsze plakaty pod szyldem Malleus - dla Orange Factory - powstały w 2000 roku techniką offsetową. Dlaczego całkiem zarzuciliście to pierwsze?


Chyba trochę wcześniej, przed 2000.


Może tak, ale niewiele wcześniej, można przyjąć, że gdzieś około 2000 roku. Zaczęliśmy od kilku plakatów dla naszych własnych zespołów. Najpierw Judy Corda, później Ufomammut. To były właśnie plakaty w offsecie, nie w sitodruku. Ben i Sara z Orange Factory, nasi belgijscy przyjaciele, skontaktowali się z nami, to wtedy się poznaliśmy. Zapytali, czy nie chcielibyśmy zrobić dla nich plakatu, dla organizowanych przez nich koncertów, bo Orange Factory to agencja koncertowa. To od nich zaczęła się nasza, wtedy jeszcze zabawa, z tworzeniem plakatów. Przedtem robiliśmy tylko okładki do płyt. Po kilku latach, w 2002 roku, zrobiliśmy wreszcie nasz pierwszy plakat w sitodruku. Plakat dotyczył wystawy, która miała miejsce w Stanach, w Filadelfii, a jej tytuł to “Artifacts of the Improbable" (plakat można zobaczyć TUTAJ). Zawdzięczamy to w gruncie rzeczy przypadkowi. Chcieliśmy zacząć drukować w sicie, ale nie bardzo wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Przy okazji jednej z wystaw plakatu w Mediolanie poznaliśmy ekipę Firehouse, wtedy też po raz pierwszy zobaczyliśmy ich plakaty, drukowane właśnie w sitodruku. Zrobiły na nas spore wrażenie, a zwłaszcza różnice w kolorach, w głębi obrazu. Sita nijak nie da się porównać do offsetu. Mieliśmy to szczęście, że przypadkiem znaliśmy dwóch gości z Tortony, którzy zajmowali się sitodrukiem od lat ’70. Zapytaliśmy ich, czy nie mogliby nauczyć nas warsztatu, drukowania w sicie krok po kroku, a oni się zgodzili. Tak jak mówiliśmy, los od początku nam sprzyjał. W ten sposób, około roku 2002 Malleus rozpoczął swą przygodę z sitodrukiem. Pierwszy plakat wydrukowany tą metodą powstał mniej więcej w listopadzie albo grudniu 2002 r. Kurcze, ale jesteśmy starzy. Zaczęliśmy 12 lat temu, to szmat czasu.


Zrezygnowaliśmy z offsetu, ponieważ sitodruk daje znacznie więcej możliwości. Tych dwóch technik nie sposób porównać. Sitodruk to zupełnie inny świat, to działanie wieloetapowe, możesz obserwować cały proces powstawania plakatu, krok po kroku. Ten sposób druku można uznać za zdecydowanie bardziej artystyczny, znacznie bardziej zaawansowany. Z drugiej strony, decydując się na sitodruk kosztem offsetu, ponosi się większe koszty, zarówno jeśli chodzi o czas, jak i pieniądze na materiały, oraz te, które za plakat płaci nabywca. Najistotniejsze jest jednak to, że każdy druk zrealizowany w sitodruku ma własną, wyjątkową historię. Offset jest pozbawiony tej magii.


Wiecie, ile plakatów stworzyliście od początku istnienia Malleus do teraz? A może Was to nie interesuje?


Za dużo.


Właściwie nie wiemy. Nigdy ich nie liczyliśmy, ani nie ewidencjonowaliśmy. W gruncie rzeczy, to mogłoby być całkiem ciekawe, ale teraz już na to za późno, więc nigdy się nie dowiemy, ile dokładnie ich powstało.


Jeśli przyjmiemy, że tworzymy ok. 20 plakatów każdego roku, wyjdzie jakieś 200-250 do tej pory.


: Wydaje mi się, że mogło być ich więcej.


300? Nie wiem, ciężko zgadnąć. Musimy to sprawdzić. Zatem, bardzo Cię przepraszamy, ale musimy już kończyć. Idziemy liczyć plakaty. W gruncie rzeczy sam jestem ciekaw, ile tego wszystkiego było.


Wasze plakaty są limitowane, nie praktykujecie dodruków, ale czy spotykacie się z prośbami o dodruki, wznowienia, kolejne serie starych edycji, etc.?


Tak, zdarza się, że ludzie o to pytają. Proszą: “nie moglibyście wznowić tego plakatu, jest taki niesamowity, taki piękny!". Wydaje mi się, że na samym początku Ty też kiedyś o to zapytałaś (śmiech).


Tak, wstyd się przyznać, ale tak.


Nie robimy tego, bo nie mamy na to czasu.


Tak, to stanowi tutaj zdecydowanie kluczowy problem, chodzi właśnie o to, że nie mamy czasu (śmiech).


Nie czujemy potrzeby wznawiać naszych prac. To byłoby głupie. Są limitowane i takie mają pozostać.


Wznawianie nie miałoby sensu. Robimy czasem alternatywne wersje danego plakatu. Zdarzyło nam się wydrukować kilka Art Print’ów starych plakatów (zmienione wersje, które pierwotnie powstały na daną okoliczność, np. koncert), z nowym, innym układem barw, na papierze innego typu i tak dalej, ale głównie dlatego, że na początku naszej pracy używaliśmy zupełnie innych, toksycznych farb drukarskich, które bardzo różniły się od tych, z którymi pracujemy obecnie. Nie dość, że były toksyczne, to dawały jeszcze znacznie gorszy efekt. Kolory były płaskie, bez właściwej głębi. Teraz korzystamy wyłącznie z farb na bazie wody, dzięki nim na plakacie można tworzyć bardziej wielowymiarowe, warstwowe obrazy, rezultat jest, jakby to powiedzieć, wizualnie grubszy, warstwy farby możesz dostrzec  gołym okiem. Poza tym, te pierwsze farby były niebezpieczne dla zdrowia.


Zmieniliście farby drukarskie bardziej ze względów zdrowotnych czy dla lepszego finalnego efektu?


Znaczenie miało jedno i drugie. Farby były toksyczne, a my drukowaliśmy wtedy, przez pierwsze dwa czy trzy lata w bardzo małym, ciasnym studio. Kiedy kończyliśmy druk jakiegoś plakatu, śmierdzieliśmy chemią jeszcze przez tydzień.


Wdychanie tych chemikaliów na pewno nie wpływało dobrze na nasz układ oddechowy, więc uznaliśmy, że najwyższy czas przestawić się na farby na bazie wody. Te ostatnie nie śmierdzą, a poza tym są znacznie lepsze i dają fajniejsze rezultaty. Mają w zasadzie same zalety, więc wybór okazał się prosty. Kochamy sztukę i jesteśmy gotowi poświęcić dla niej życie, ale nie chcemy umrzeć wcześniej, niż to konieczne (śmiech). Na przykład przez farby.


Skoro robicie alternatywne wersje starych plakatów, może wskrzesilibyście np. plakat Johnny’ego Casha (2003)?


Przykro nam, czas minął.


Ten plakat powstał lata temu, z okazji zorganizowanego w Stanach koncertu w hołdzie dla Casha. Dziś nie ma powodu, by do tego wracać.


Ten nieprawdopodobny papier, na którym drukujecie, pochodzi od jednego dostawcy? Powstaje na Wasze specjalne zamówienia, czy czerpiecie z zasobów "katalogowych"?


Kupujemy go w supermarkecie (śmiech). A tak poważnie, we Włoszech jest kilku naprawdę dobrych wytwórców. Korzystamy z różnych rodzajów papieru z fabryki Cartiera, czarnych, lśniących, itd. Używamy też papieru Fedrigoni, to też włoski producent.


Przez lata przetestowaliśmy wiele typów papieru, nie wszystkie okazywały się dobre dla naszych wydruków. Jedne były lepsze, inne gorsze. To nie jest tylko kwestia papieru, ale też farb, które się na niego nanosi. Powoli odkrywaliśmy, jakie rodzaje papieru dają najlepsze rezultaty, ale generalnie wciąż się uczymy, wciąż dowiadujemy się czegoś nowego. Za każdym razem, po kolejnym druku, analizujemy jakość, szczegóły, ogólny efekt i decydujemy, czy dany papier był odpowiedni, czy należy go zmienić albo zrezygnować z niego w przyszłości, bo na przykład inny daje ciekawsze rezultaty. To ciągła nauka, nie można powiedzieć, że teraz już wiemy wszystko o papierze i druku. Uczymy się non stop. Niektóre rodzaje papieru źle reagują w kontakcie z wodą, i w efekcie plakat zaczyna falować, nie jest idealnie gładki, czyli taki, jaki powinien być. A przekonać można się o tym tylko w praktyce, metodą prób i błędów.


No właśnie, co zrobić żeby plakaty, np. te wiszące na ścianie, pozostały gładkie przez lata? Są profesjonalnie oprawiane, ale izolacja nie jest chyba odpowiednia, bo niektóre po kilku latach stają się lekko faliste. To pewnie przez zmiany poziomu wilgoci w różnych porach roku, ale może można jakoś temu zapobiec?


Spróbuj je wyprasować (śmiech).


Niektóre plakaty są bardziej podatne na ten problem i niestety niewiele da się zrobić. Inne są bardziej odporne, dzięki czemu dłużej pozostają płaskie, albo przynajmniej zauważalnie mniej się falują. Szczerze mówiąc, my nie mamy zbyt wielu plakatów na ścianach, poza kilkoma pracami Kozika, etc. Własnych plakatów nie wieszamy na ścianach, więc nawet nie wiemy, jak na to reagują. To może mieć związek właśnie z tym, jak woda i farby wchodzą w reakcje z konkretnym typem papieru.


Tak, to dotyczy zwłaszcza starych plakatów, myślę, że one mogą sprawiać tu najwięcej problemów. Gorszy papier i gorsze, tańsze farby. Wciąż korzystamy np. z papieru tej samej włoskiej fabryki i widzimy zasadniczą zmianę w jego jakości w porównaniu z tym, jaki papier wytwarzała ona kiedyś. Ten obecny sprawdza się znacznie lepiej od tego, który kupowaliśmy od nich przed laty, na początku działalności. Ten stary sprawiał nam problem, na nowym pracuje się bardzo dobrze. A poza tym, tak jak mówisz, wilgoć. Być może, gdyby umieścić pofalowane plakaty w ciepłym miejscu wolnym od wilgoci… co jest w zasadzie niemożliwe (śmiech), znów stałyby się płaskie, trudno powiedzieć.


Cóż, wydaje mi się, że w miejscu, w którym nie byłoby wilgoci, musiałoby być z kolei mnóstwo pyłu…


Korzystacie zatem wyłącznie z włoskiego papieru, nie ufacie innym producentom?


Tak, wyłącznie z włoskiego, bo jesteśmy pieprzonymi nacjonalistami. A tak poważnie, kiedyś drukowaliśmy jeszcze coś na niemieckim, ale chyba tylko raz. Naszym zdaniem, włoski papier jest po prostu najlepszy, zupełnie inny od pozostałych, dostępnych na rynku. Kiedy na przykład byliśmy w Stanach i mieliśmy okazję zobaczyć papier, na jakim oni tam pracują… Był naprawdę koszmarny. A oni byli nim zachwyceni, opowiadali o jego zaletach, mówili, jaki jest świetny. Nam wydawał się naprawdę kiepski. Nic im nie mówiliśmy, ale byliśmy zaskoczeni, że nie mają nic lepszego i że zachwycają się czymś tak przeciętnym. Wyglądało to trochę tak, jakby nasz najgorszy papier tu we Włoszech,  był najlepszym dostępnym i używanym do druku papierem tam, za Oceanem. Mamy kilka plakatów, które były drukowane w Stanach i ten papier jest całkowicie zwyczajny, nic specjalnego. Dla nas istotne jest, by papier dało się poczuć. Musi mieć konkretną fakturę, którą czuć pod palcami, musi być mięsisty, mienić się pod światło, przyciągać wzrok, ogniskować uwagę. Nie może być zwyczajny, nijaki. Niewykluczone, że poza naszym krajem też istnieją dobre, godne uwagi fabryki papieru, ale skoro to, czego szukamy, mamy tu na miejscu, po co mielibyśmy ich szukać gdzieś poza? Nasi papierowi kontrahenci są blisko, robią dobrą robotę, mają papier, który nam odpowiada, więc czego chcieć więcej. Korzystamy z tego.


A poza tym, można dogadać się z nimi po włosku, a to nie bez znaczenia. Łatwiej się skomunikować. To na pewno jeden z istotnych powodów, dla których wolimy kupować papier we włoskich fabrykach.


W jednym z naszych poprzednich wywiadów mówiliście, że każde z Was zostawia sobie po jednym plakacie z zawsze tym samym, wybranym numerem. Wieszacie je na ścianach czy trafiają do teczki?


O nie, tylko nie w domu. Kiedyś kilka wisiało na ścianie, ale w którymś momencie było tego już zbyt wiele i w końcu zniknęły. Kiedy zajmujesz się czymś zawodowo, coś tworzysz, nie przywiązujesz do tego aż takiej wagi, nie traktujesz tego jak kolekcjoner. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Nie drukujemy plakatów, żeby wieszać je we własnych domach, niech inni to robią, skoro sprawia im to przyjemność. Zachowujemy je dla siebie, ale nie czujemy potrzeby, by widzieć je codziennie wokół nas. Wystarczy, że są. Odłożone, schowane, niewidoczne.


Tak trudno byłoby Wam znieść ich widok?


Tak, tak mi się wydaje. Ile można. To byłoby nudne. Całe dnie w studio nad plakatami, wracasz do domu i znów widzisz je na ścianach. Lubimy nad nimi pracować, ale to wystarczy, nie musimy na nie patrzeć non stop.


A jak jest z pracami innych twórców? Coś chyba macie?


Tak, jeśli już coś ma być na widoku, to zdecydowanie prace innych, nie nasze.


To przede wszystkim Kozik, Griffin, Gamboa, David D’Andrea i kilku innych… nie mam głowy do nazwisk, przepraszam… (śmiech).


To sami Amerykanie?


No tak, na to wygląda.


Mamy też chyba jakieś prace twórców spoza Stanów?


Ja mam plakaty Mike’a Mignola, ale… to też Stany. A, widzisz - Pazienza! Ten jest z Włoch.


Mam kilku różnych, ale z całą pewnością nic naszego, żadnych plakatów Malleusa. W studio mamy kilka naszych prac. Nie plakaty, tylko obrazy na płótnie.


Malowanie na płótnie to był tylko epizod, czy zamierzacie do tego wrócić?


To, jak zawsze, kwestia czasu. Kiedy znów będziemy mieć więcej wolnego, może się tym zajmiemy. Na razie na pewno nie ma takiej opcji.


Może kiedy pojawi się odpowiednia inspiracja, zobaczymy. Może jutro, a może za kilka lat. Chcielibyśmy namalować coś więcej, ale teraz nie mamy czasu nawet się nad tym zastanowić. Musi nadejść odpowiedni moment.


Może namalujecie kiedyś coś dla nas (śmiech).


Czemu nie. Przyjedziemy do Polski, zostaniemy na miesiąc i będziemy malować, a Wy będziecie nas przez ten czas utrzymywać. Zadbacie o nocleg, wyżywienie i takie tam.


Okej, umowa stoi, teraz pozostaje tylko ustalić termin.


Świetnie. Pokryjecie koszty podróży i całej reszty, i możemy to zrobić, nie ma problemu. Przyjedziemy do Was i będziemy malować. Będzie ciekawie!


Nie wiem, czy przez miesiąc nie zanudzilibyście się tu na amen.


Może nie. Pamiętasz, że chcieliśmy zwiedzić kopalnię soli w Wieliczce? Jak dotąd nie mieliśmy okazji, może wtedy dalibyśmy radę.


Kiedy zaczęliście kolekcjonować plakaty?


Tak naprawdę, nigdy nie kupowaliśmy plakatów w ten sposób. Nie zbieramy ich. Mamy kilka, pojedyncze sztuki nawet kiedyś tam sami kupiliśmy, ale większość spośród tych, które mamy, dostaliśmy za darmo (śmiech). Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie nie można nazwać mnie kolekcjonerem plakatów. Lubię na nie patrzeć, zwłaszcza kiedy trafią się naprawdę ciekawe, nietuzinkowe egzemplarze, ale nie mam potrzeby ich zbierać, mieć ich naprawdę dużo, czy coś w tym rodzaju. Nie zależy mi na tym, żeby mieć je na własność. Generalnie, nie mam chyba natury zbieracza.


Może czasem tak… Kiedy trafię na naprawdę wyjątkowy plakat i bardzo chcę go mieć, wtedy kupuję, ale nie zdarza się to zbyt często. Raczej sporadycznie.


Szczerze mówiąc, wolę wydawać pieniądze inaczej niż kupować plakaty. Na przykład na…


…części do motocykla (śmiech).


Podsumowując, tworzymy kolekcjonerskie plakaty, ale sami ich nie kolekcjonujemy. Czasem chcemy mieć jakiś na własność, ale trudno to nazwać kolekcjonerstwem. Może to dziwne, ale tak jest. Tak jak powiedziałem, kiedy plakat jest fajny, lubię na niego popatrzeć, ale to mi wystarczy. Nie muszę ich zdobywać, zbierać, etc. Nie jest mi to potrzebne.


Może plakaty generalnie zbyt mocno kojarzą nam się z tym, czym zajmujemy się na co dzień. Tworzymy plakaty, wymyślamy je, drukujemy, pasjonuje nas sam proces twórczy, ale kiedy skończymy pracę nad danym projektem - plakat znika z naszej świadomości, zaczynamy koncentrować się na czymś nowym, i tak w kółko. Jeśli chodzi o plakaty, nie ma tu dla nas żadnych tajemnic, nie ma zaskoczenia, wiemy dokładnie, jak powstaje, co się za nim kryje. Może dlatego nie jesteśmy kolekcjonerami ani nie wieszamy na ścianach plakatów naszego autorstwa. Znamy ten proces zbyt dobrze, od podszewki, może o to chodzi. To, co znajduje odzwierciedlenie w plakatach, tkwi w nas, w naszych umysłach i sercach, i może dlatego nie musimy dodatkowo otaczać się namacalnymi rezultatami naszej pracy. Malarze nie kolekcjonują swoich obrazów, sprzedają je.


Dokładnie, architekt nie kupuje domów tylko dlatego, że spodobał mu się ten czy inny projekt. To tak nie działa.


Znajomy muzyk z pewnej polskiej niszowej kapeli wyznał mi kiedyś, że chciałby doczekać pewnego dnia okładki ich płyty zaprojektowanej przez Malleus, bo bardzo chciałby mieć w dorobku płytę z nagą kobietą na okładce. Naga kobieta symbolem Malleus - myślicie, że wiele osób tak postrzega Waszą sztukę?


Z pewnością można uznać, że symbolem Malleus jest kobieta jako taka, ale czy naga? Raczej nie. Zwykle staramy się je ubierać, ale one wolą pozostać nagie (śmiech). Próbujemy przysłaniać ich ciała sukienkami, ale one krzyczą “Nie!!!" (śmiech) Na pewno w naszej twórczości celebrujemy postać kobiety, dlatego, że generalnie postrzegamy ją jako najważniejszy element we wszechświecie. Wszystko zaczęło się od kobiety, to ona dała temu początek. Z tego względu, we wszystkim co tworzymy, celebrujemy jej piękno, magię i tak dalej. Z drugiej strony, faktem jest, że życie za każdym razem zaczyna się od nagości. Kiedy przychodzimy na świat, jesteśmy nadzy. Nagość to czysta esencja człowieczeństwa, która w pełni obrazuje to, czym jest człowiek - bez czegokolwiek, co przysłaniałoby jego istotę. Moim zdaniem, tego co robimy, tworzonych przez nas wizerunków całkiem czy w części nagich kobiet, nie można porównać np. ze zdjęciami nagich kobiet w magazynach typu Playboy, etc., przeznaczonych dla ludzi, którzy odczuwają potrzebę ich oglądania i komentowania ich walorów. No wiesz, w stylu “wow, mhm, mhm…". W tym, co robi Malleus chodzi o coś innego. Mamy inne cele.


Dokładnie. Wokół krąży mnóstwo zdjęć, które dobrze spełniają swoją rolę, jeśli chodzi o zaspokajanie potrzeby oglądania rozebranych dziewczyn. Nie musimy dokładać tu nic od siebie. Staramy się unikać takich skojarzeń, to nie nasza bajka.


Zgadza się. Nam chodzi bardziej o podkreślenie wyjątkowości kobiety jako takiej, utrwalenie naszej wizji istoty kobiecości, idealnych kobiecych kształtów, idealnej formy, która naszym zdaniem stanowi kwintesencję doskonałości i piękna. Do tego dążymy.


Poza tym, to także kwestia symboliki. Postać kobiety w twórczości Malleus to nie tylko symbol hołdu składany kobiecie jako takiej, jej roli dla ludzkości, itd. Używamy jej wizerunku jako symbolu, który może i jest powiązany z różnymi innymi tematami. Można powiedzieć, że to forma przekazu, która służy jako sposób transferu najróżniejszych treści. Kobieta jest na pewno jednym z najważniejszych znaków rozpoznawczych Malleus. To nasz trademark, który może również ewoluować w coś innego. Częste odwoływanie się w Malleus do wizerunku kobiety nie oznacza, że zamykamy się w jakimś jednym, określonym temacie. Jesteśmy otwarci na nowe pomysły i staramy tak posługiwać się tym dość szeroko rozpoznawanym symbolem, z którym często jesteśmy identyfikowani, by łączyć jedno z drugim, stare z nowym.


Od teraz możemy przestawić się na wizerunek nagiego mężczyzny, myślisz, że tak byłoby lepiej?


Lepiej? Nie sądzę, poza tym mówiłeś kiedyś, że odwołujecie się do obrazu kobiety, ponieważ mężczyźnie na przestrzeni wieków poświęcono w sztuce wystarczająco dużo miejsca.


Moim zdaniem, męskie ciało pod względem piękna nie może równać się z kobiecym.


Bez przesady, przecież mogłoby się równać.


Powiedzmy, że mogłoby, ale to jednak zdecydowanie co innego. Wydaje mi się, że nawet gdyby miało być piękne, to jednak chyba nie całkiem nagie. Sam nie wiem (śmiech). Dobrze, tyle chyba wystarczy w tym temacie (śmiech). Pogadajmy o futbolu.


Może o wyborach? Głosowaliście? A jeśli tak - kiedy, wczoraj czy dziś?


Wczoraj i dziś, tzn. ja i Lu głosowaliśmy wczoraj, a Poia zrobi to dziś.


Z oddaniem głosu muszę zaczekać do ostatnich pięciu minut. Pójdę tam chwilę przed zamknięciem. Lokale wyborcze otwarte są dziś do 15.00, więc zjawię się i zagłosuję dosłownie za 5 trzecia.


A kiedy wyniki?


Chyba jutro, i stanie się jasne, czy włoski koszmar pod tytułem Berlusconi wreszcie dobiegnie końca.


Porozmawiajmy o studiach. O ile dobrze pamiętam, Urlo skończył Wydział Architektury. Poia, Lu, czy któreś z Was ma wykształcenie artystyczne, w rodzaju Akademii Sztuk Pięknych?


Ja chodziłam do artystycznej szkoły średniej. Następnym krokiem były studia na DAMS (Drama, Art and Music Studies) na uniwersytecie w Bolonii. Najogólniej rzecz ujmując, to zróżnicowany tematycznie kierunek artystyczny, na którym możesz studiować sztukę w klasycznym wydaniu, muzykę, sztuki wizualne, etc.


Ja z kolei studiowałem architekturę przez jakiś czas, ale nie ukończyłem tego kierunku. Nie podszedłem do mniej więcej 6 egzaminów, a później odpuściłem. Porzuciłem to, bo w międzyczasie zacząłem pracować, i praca stała się dla mnie ważniejsza. Poza tym, zupełnie straciłem wtedy  zainteresowanie studiami, które wybrałem. Przed tym ani po tym nie uczęszczałem do żadnej artystycznej szkoły, ani średniej, ani wyższej. Skończyłem tylko szkołę średnią o profilu, powiedzmy, naukowym, matematycznym, i tyle. Nic więcej.


Naszym zdaniem, wykształcenie nie jest aż tak istotne. To znaczy, szkoły jako takie są bardzo ważne, ale nie decydują o wszystkim. Nie jest tak,że jeśli formalnie nie masz wykształcenia w jakimś kierunku, to w praktyce nie możesz się zająć tym czy tamtym, i być w tym naprawdę dobrym.


Uważasz, że Twoje wykształcenie na kierunku artystycznym przydało Ci się jakoś w Malleus, ułatwiło cokolwiek?


Nie, zupełnie tak nie uważam. Wykształcenie nie miało tu znaczenia. Bardzo dobrze wspominam czas studiów, lubiłam swój uniwersytet, swój wydział, zajęcia, godziny spędzane w bibliotece, poznawanie nowych rzeczy, i tak dalej, ale tylko ze względu na moje własne, osobiste zainteresowania. Sprawiało mi to po prostu przyjemność, robiłam to, co mnie interesowało i co lubiłam. Fajnie było czytać o tym, co uważam za ciekawe, być tam, poznawać ludzi, których interesowało to samo. Ale z wiedzy, którą tam zdobyłam, nie korzystam teraz, w związku z naszą działalnością jako Malleus. Dlatego, gdybym nie miała tych studiów za sobą, z punktu widzenia tego, czym zajmuję się teraz, nic wielkiego by się nie stało.


A jak wspominasz nauczycieli, profesorów, ludzi, którzy przekazywali wiedzę? Na kierunkach artystycznych to chyba szczególnie ważne, żeby ci, którzy uczą innych, wspierali ich rozwój, indywidualność, etc. zamiast blokować.


Niestety często jest tak, że nauczyciele tylko uczą techniki, przekazują konkretną wiedzę, a później sprawdzają, jak się ją przyswoiło, ale nie sprawiają, że rozwijasz się twórczo. Uczysz się wybranych przez nich metod pracy, warsztatu, ale niczego więcej, reszta zależy od Ciebie i albo do tego dojdziesz samodzielnie, albo nie. Przez takie podejście nie masz później szerokiego backgroundu, nie poznajesz tła, które mogłoby się bardzo przydać. Nie wiem, jak to wytłumaczyć… Masz tylko taką czy inną praktyczną umiejętność. Tak czy owak, dla nas wykształcenie kierunkowe czy jego brak nie jest szczególnie ważny, nie stanowi problemu. Na przykład Urlo. Jest z wykształcenia architektem, ale nie zajmuje się tym zawodowo…


No cóż, nie łapię się do grona najważniejszych włoskich architektów (śmiech).


Urlo nie chciał zaprojektować Waszego nowego studio?


Nie, jeśli chodzi o nasz wkład, dokonaliśmy tylko pomiarów przestrzeni, i na tym koniec. Nie projektowaliśmy niczego na papierze, nie planowaliśmy rozkładu pomieszczeń, nic z tych rzeczy.


Mamy kryzys, ale Was to chyba nie dotyczy. Śledząc blog można odnieść wrażenie, że Malleus jest tak zajęty, że dosłownie nie wychodzi ze studia.


Cóż, staramy się sprawiać takie wrażenie. Wiesz, żeby mieć co wrzucać na bloga, czymś trzeba go przecież wypełniać. A prawda jest taka, że całe dnie wylegujemy się na plaży. Wygrzewamy się na słońcu, bo nie mamy nic innego do roboty. A tak poważnie, nawet jeśli gdzieś tam jest kryzys, my faktycznie zwykle nie narzekamy na brak zajęć. Jedna rzecz to to, że działamy raczej powoli, bez pośpiechu. Pracujemy dość wolno, wszystko, co robimy, zajmuje nam stosunkowo dużo czasu. Poza tym, mamy na głowie nie tylko Malleus, ale też naszą wytwórnię Supernatural Cat, a dodatkowo od czasu do czasu wyskoczy jakiś dodatkowy nowy projekt, którego poprowadzenie czy rozwinięcie też wymaga czasu. Dalej, gramy w Ufomammut, a to kolejny, dość istotny, złodziej czasu. To wszystko sprawia, że mamy wystarczająco dużo spraw do ogarnięcia, żebyśmy zawsze mogli czuć, że jesteśmy naprawdę mocno zarobieni.


Działamy w taki sposób, że praca w gruncie rzeczy znajduje nas sama. Wynajdujemy sobie zajęcia na różnych polach. To, co robimy, można roboczo podzielić na kilka elementów, tak jak zauważył Urlo - studio, wytwórnia, zespół. Wszystko razem sprawia, że całość się kręci, a my nie możemy narzekać na nudę.


Gdybyśmy teraz byli tu, we Włoszech, tylko na etacie, mieli tradycyjną pracę, prawdopodobnie odczuwalibyśmy kryzys bardziej dotkliwie.


Czasem, kiedy sprzedajemy plakaty, czujemy czy widzimy, że ludzie obawiają się wydawać pieniądze na plakaty, bo nie są pewni co ich czeka, jeśli chodzi o pracę i pieniądze na życie. Teraz na pewno bardziej rozważają przy zakupach “za" i przeciw" w porównaniu z tym, jak to było kiedyś. Kilka lat temu sprawy miały się inaczej, trochę łatwiej było znaleźć nabywców, prościej było sprzedawać.


To prawda, ale póki co wciąż wystarcza nam pieniędzy na części do motocykli, więc nie jest tak źle.


Tak, ale tylko na części (śmiech).


No tak, tylko na części, całe motocykle są już ponad nasze możliwości. Ale części, zwłaszcza te mniejsze, jak najbardziej.


Nie mamy na szczęście jakichś wielkich pragnień, czy oczekiwań. Nie potrzebujemy tych wielkich wypasionych samochodów, wystarczą nam same części, nawet te małe (śmiech).


Chciałbym kupić sobie na przykład jakąś część do Rolls-Royce’a. Tylko część, to by było dopiero “wow", w zupełności by mi wystarczyło. OK, dość tych wygłupów.


Który rynek jest dla Was istotniejszy ze sprzedażowego punktu widzenia?


W przeszłości - zdecydowanie USA, a teraz Europa. Najwięcej klientów mamy chyba z Wielkiej Brytanii, jest tam całkiem spora grupa klientów zainteresowana naszymi plakatami. No i z Niemiec. Kiedyś Stany były nie do pobicia, ludzie w Europie nie byli skłonni kupować, ale teraz to się zmieniło. Nareszcie.


Ale w samych Włoszech niezmiennie posucha.


Bez przesady, Włosi też czasem coś kupią.


Tak, raz w roku coś się zdarzy i mamy wtedy święto lasu.


Mamy też kilku stałych klientów w Polsce. Takich, którzy kupują nasze plakaty.


Poważnie, a ilu?


Jednego (śmiech).


Nie, jest was dwójka. Ty i czasem ten twój znajomy.


Mocna grupa, bez dwóch zdań (śmiech). Jesteśmy dla Was ważnym rynkiem. Powiedzcie kilka słów o serii plakatów do filmów Dario Argento. To nowość w Waszej działalności. Jak narodził się ten projekt? Jak oceniacie to przedsięwzięcie i czy chcecie kontynuować podobne akcje w przyszłości?


O Dario Argento niech opowie Lu, oddajemy jej głos.


Zaczęło się od kontaktu ze strony pewnej brytyjskiej galerii. Jak ona się nazywała? A, Dark City. Nie mamy głowy do nazw… Tak czy owak, Dark City zaproponowała nam współpracę, zgodziliśmy się, i tak to się w skrócie zaczęło. Cały projekt wystartował dwa lata temu, w 2011 roku. Wtedy zaczęliśmy o tym rozmawiać. W ramach tej współpracy mieliśmy przygotować 9 plakatów do filmów Dario Argento. Teraz jesteśmy już na finiszu, pracujemy nad ostatnim. Nie możemy w tej chwili zdradzić tytułu, ale jeśli ktoś śledził ten projekt, powinien łatwo zgadnąć.


Tak, to niespodzianka, którą wkrótce ujawnimy.


Współpraca z Dark City Gallery, całe to przedsięwzięcie było dla nas zupełnie nowym doświadczeniem. Nigdy wcześniej nie pracowaliśmy nad plakatami do filmów w taki sposób, jak tutaj, gdzie musieliśmy przygotować całą serię do filmów jednego reżysera.


Tak, to był najtrudniejszy element tego przedsięwzięcia. Wszystkie plakaty, które stworzyliśmy w ramach tej serii, dotyczyły twórczości jednego człowieka. Doceniamy to, co stworzył Argento, ale zasadnicze elementy, podstawa akcji była u niego zawsze taka sama.


Dario Argento posługiwał się zawsze tymi samymi, kilkoma powtarzalnymi środkami wyrazu. Te same element tworzyły zawsze leitmotiv każdego z jego filmów. Po pewnym czasie bardzo trudno było pogodzić jego manierę tworzenia z jednoczesną zmianą konceptu plakatu. Mieliśmy wrażenie, że każdy kolejny plakat jest jakby wariacją na temat poprzedniego, że jest bardzo podobny do wcześniejszego, bo - podobnie jak jego filmy - wykorzystuje te same patenty. Zawsze pojawiały się tam: nóż, krew, kobieta, i tak w kółko. To bardzo ciekawe przedsięwzięcie, projekt był naprawdę w porządku, ale może po prostu problem polegał na tym, że było w nim za dużo plakatów.


Zaczynamy narzekać, więc to chyba dobry moment, by przestać.


Zmęczyło Was to, z artystycznego punktu widzenia?


Trochę tak.


Owszem, przyznaję, że tak. Przede wszystkim, wydaje mi się, że byłoby inaczej, gdyby seria była mniej rozbudowana, gdyby chodziło np. o 5-6 plakatów, pewnie byłoby nam łatwiej. Tak jak powiedziała Lu, osnowa akcji praktycznie w każdym filmie jest ta sama, dlatego, kiedy musisz zmierzyć się z tym kolejny raz, w którymś momencie zaczyna to stanowić problem.


Za dużo podobnych do siebie pomysłów do zrealizowania w dość krótkim czasie. Ale koniec końców wyszło przecież bardzo dobrze. Kiedy patrzy się na tle plakaty, nie odnosi się wrażenia, że zmagaliście się z problemami, o których teraz mówicie; że Was to zmęczyło. Wręcz przeciwnie.


Może nie tyle zmęczyło, co po prostu chwilami trudno było należycie się nad tym skupić, znaleźć właściwy koncept, złapać odpowiedni rytm. Zgrać się z tym od wewnątrz. To nie zmęczenie w fizycznym, zewnętrznym sensie, ale raczej wyczerpanie psychiczne. Pustka w głowie, w jaki sposób oddać, przedstawić na plakacie istotę kolejnego filmu, nie sięgając do tych samych symboli, których użyło się poprzednim razem. Problem był w nas, może dlatego, że wzięliśmy na siebie za dużo, nie wiedząc, że wywiązanie się z zadania może okazać się trudniejsze, niż z początku nam się wydawało.


To było trochę tak, jak słuchanie przez dwa lata wciąż tej samej płyty. W końcu musi przyjść moment, w którym się tym znudzisz, choćby płyta była nie wiem jak dobra. Po pewnym czasie zaczynasz się rozglądać za czymś nowym, czymś całkiem innym, co pozwoli Ci odpocząć od tego, co przez tak długi czas skutecznie absorbowało Twoje myśli. To tylko kwestia czasu, kwestia tego, jak długo dany projekt potrwa. Być może, gdyby całe to przedsięwzięcie zamknęło się, powiedzmy, w trzech miesiącach, byłoby całkiem inaczej. Tutaj zajęło nam to dwa lata, za bardzo rozciągnęło się w czasie, przez co czujemy się nieco wypaleni. Moim zdaniem, to normalne, że zwyczajnie mamy  trochę dość.


Mimo wszystko, zamierzacie kontynuować to w przyszłości? Mam na myśli zabawę z plakatami do filmów?


Trudno powiedzieć, zobaczymy. Na pewno jest mnóstwo interesujących filmów, przy okazji których można byłoby coś zadziałać, ale naprawdę nie wiem. Generalnie, nie snujemy planów co do tego, czym będziemy albo nie będziemy zajmować się w przyszłości. Czas pokaże.


Dokładnie. Poza tym, dla nas plakaty do filmów to zupełnie inna bajka niż plakaty koncertowe. Pracuje się nad nimi całkiem inaczej. Kiedy tworzysz plakat do filmu, musisz postępować według pewnych, z góry określonych reguł, musisz zawrzeć w plakacie konkretne elementy, nawiązujące do fabuły filmu, wybranej sceny albo głównego aktora czy aktorów.


Jest zupełnie inaczej niż przy plakatach koncertowych, gdzie, co do zasady, możemy robić to, na co mamy ochotę. Możemy realizować dowolne pomysły, mamy zdecydowanie większą wolność twórczą.


A przy plakacie filmowym o takiej wolności musisz niestety zapomnieć. Musisz postępować według pewnego schematu i pewnie dlatego przychodzi nam to trudniej. To większe wyzwanie, większy wysiłek.


Fakt, musi istnieć związek pomiędzy plakatem i filmem. Plakaty muzyczne to na pewno bardziej dowolna wizja, znacznie szersze spectrum możliwości do wykorzystania.


No właśnie. Ale myślę, że raczej na pewno na Argento się nie skończy, pewnie to powtórzymy.


Jak najbardziej. Nie tworzymy planów projektowych na przyszłość, ale jesteśmy otwarci na plakaty do filmów.


A przy okazji, polska szkoła plakatu filmowego jest naprawdę niesamowita! To autentyczne majstersztyki, są znakomite. Mówię tu w szczególności o latach ’60 i ’70. Bardzo interesujące, utrzymane w różnych stylach, każdy inny i każdy wyjątkowy. Świetne rzeczy.


[W tym momencie Poia poszedł po album z plakatami i przykleił do monitora stronę z plakatem, który nie był specjalnie widoczny, ale jak powiedział Urlo - powstał na przełomie lat ’60 I ’70, a jego autorem był niejaki Zelek].

Autorem tego plakatu był Bronisław Zelek, ale godnych uwagi twórców z tamtego okresu jest znacznie więcej.


Czy przed projektem D’Argento pracowaliście nad jakimiś plakatami do filmów?


Zrobiliśmy już kiedyś coś takiego, lata temu. To była wystawa w Los Angeles, ale tamto doświadczenie było tylko, nazwijmy je, cyfrowe. Zrobiliśmy wtedy dwa plakaty, które nie były drukowane, miały postać cyfrową, nie pamiętam niestety o jakie tytuły chodziło. Były to w każdym razie jakieś filmy klasy B.


No tak, ale to nie były prawdziwe plakaty.


Tak, to był wyłącznie cyfrowy projekt, ale plakaty zaprojektowaliśmy do filmów.


Kiedyś zrobiliśmy też coś na kształt dokumentu o stoner rocku i zaprojektowaliśmy do tego plakat.


Niedawno robiliśmy jeszcze coś, poza D’Argento… A, Lolita! Plakat, który miał być naszą interpretacją znanego plakatu filmowego, utrzymaną w rockowym stylu. Tak powstała Lolita, plakat inny niż pozostałe. Generalnie, widać, że ostatnimi czasy plakat filmowy rośnie w siłę. To coś na kształt nowej mody, która pojawiła się jakiś czas temu, a teraz narasta. Nagle wszyscy robią plakaty filmowe, więcej filmowych niż rockowych, czy szerzej koncertowych. Zobaczymy, jak będzie. Filmy to nie tylko plakaty, ale też na szczęście ścieżki dźwiękowe, więc nie jest źle.


Poza tym, filmy też zawsze były w kręgu naszych zainteresowań, jako jedno z faktycznych czy potencjalnych pól, z których można czerpać inspirację. Nawet jeśli głównie, co do zasady, zajmujemy się tworzeniem plakatów dla muzyki, jednocześnie czerpiemy pomysły z szeroko pojętej kultury filmu. Tu znów, tak jak mówiłem wcześniej, jedno z drugim się zazębia. Nawet, jeśli główny motyw stanowi muzyka, wszystko inne nie jest wykluczone. A muzyka i film są przecież bardzo ściśle ze sobą związane. Muzyka, filmy, obrazy - to wszystko razem miesza się w naszych głowach, wpływając na siebie nawzajem, każdy element jednocześnie kształtuje i jest kształtowany przez inny.


Wszystko, Giuliano, praca z drewnem, i tak dalej…


Ufomammut, Malleus, Supernatural Cat - dzielicie czas między te trzy tematy. Co robicie, kiedy nie zajmujecie się którymkolwiek z nich? Wiecie, co to urlop? (śmiech)


My zawsze mamy wakacje.


Pytam o takie wakacje, kiedy pakujecie walizki, zamykacie za sobą drzwi i zmieniacie otoczenie na kilka tygodni. Robicie sobie przerwę. Jedziecie odpocząć od tego, co macie na co dzień.


Nie, to się chyba właściwie nie zdarza. Ale z drugiej strony, praca w Malleus jest dla nas trochę jak nigdy niekończące się wakacje, bo robimy na co dzień dokładnie to, co chcemy i co sprawia nam przyjemność. Dlatego nawet wtedy, kiedy pracujemy naprawdę sporo i ciężko, nie traktujemy tego jak typowej pracy, bo naprawdę to lubimy. A to jest w końcu najważniejsze. Nie mamy na co narzekać. Wiemy, że mamy szczęście, bo w życiu układa się różnie.


Nie da się tego porównać z codziennym chodzeniem do biura i pracą od-do, w której w końcu przychodzi taki moment, że idziesz do szefa i mówisz mu: muszę się wyrwać, chcę wreszcie poczuć że żyję, przez kilka dni czy tygodni pożyć tak, jak lubię. Przełamać rutynę, zmienić coś. Malleus to nasze prawdziwe życie, coś co codziennie sprawia, że jesteśmy na właściwym miejscu, że robimy dokładnie to, co powinniśmy robić.


I naprawdę nie macie ochoty na przerwę?


Czasem tak, czasami to robimy, ale generalnie nie marzymy o urlopie, tak jak ludzie, którzy traktują swoje zajęcie tylko jako źródło dochodu i nie czerpią z tego przyjemności czy satysfakcji. Wszystko wskazuje na to, że niedługo przyjedziemy np. do Polski. Poza tym, kiedy jesteśmy w trasie z Ufomammut, to w pewnym sensie tak, jakbyśmy byli na urlopie, bo świetnie się wtedy bawimy. Dlatego, nawet jeśli ostatecznie jesteśmy mega zmęczeni, lubimy być w trasie, poznawać nowych ludzi, spotykać starych znajomych. Naszym zdaniem, to ciekawsza opcja niż wylegiwanie się cały dzień na plaży i wygrzewanie się na słońcu. Takie wakacje to nuda. A tak zawsze coś robimy, zawsze coś się dzieje.


A ja lubię pójść na plażę, może nie po to, żeby opalać się cały dzień, bo to faktycznie nudne, ale np. pojeździć na motorze…


Kto podpisuje plakaty i oznacza je malleusową pieczęcią?


Plakaty sygnuje jedyny z nas, który nie jest analfabetą - Poia.


Zgadza się. Ja podpisuję, numeruję, a jeśli chodzi o pieczętowanie - to zależy, różnie, każdy z nas, w zależności od czasu i takich tam.


Z którego plakatu jesteście najbardziej dumni?


To pytanie, na które zawsze trudno znaleźć odpowiedź. Najczęściej, choć nie zawsze, jest tak, że kiedy ukończymy dany plakat, jesteśmy zadowoleni z rezultatu, ale za chwilę o tym zapominamy i zajmujemy się czymś nowym (śmiech). W związku z tym, nie zastanawiamy się nad tym, co było czy jest najlepsze, z czego jesteśmy najbardziej dumni i tak dalej. To mogłoby być w zasadzie wszystko, w zależności od momentu i naszego nastroju. Wydaje mi się, że chyba zawsze najłatwiej powiedzieć, że najlepszy było to, co powstało ostatnio. To, co właśnie zrobiliśmy. Bo już za chwilę chcemy zrobić coś nowego. Stare odchodzi w niepamięć.


A może jest tak, że nasze najlepsze dzieło jest wciąż przed nami.


Chyba łatwiej powiedzieć, co było najgorsze.


Niech będzie. Najgorsze dzieło Malleus to…


Było ich całe mnóstwo!


A czy istnieje plakat, którego druku żałujecie, i gdybyście tylko mogli cofnąć czas - nigdy nie ujrzałby światła dziennego?


Nie, chyba nigdy nic nie było aż tak nieudane. Wszystkie nasze prace są dla nas jak dzieci (śmiech), więc nawet jeśli któreś nie jest tak doskonałe, jakbyśmy sobie tego życzyli, to mimo wszystko wciąż jest nasze i nie żałujemy, że przyszło na świat. Nawet jeśli okazuje się, że jest brzydkie czy coś w tym stylu…


Dla kogo i w jakich okolicznościach powstał Amen? Wykorzystaliście na tym plakacie wizerunek kardynała Ratzingera, który znany był już wówczas jako papież Benedykt XVI.


Ten plakat powstał w związku z prowadzoną w Stanach kampanią społeczną, której tematem przewodnim była polityczna wolność, hasło “gdzie się podział społeczny pokój" i tak dalej. Nie zrobiliśmy niczego nadzwyczajnego. Użyliśmy ogólnie dostępnego zdjęcia papieża, którym w tamtym czasie (to był rok 2005) był właśnie Ratzinger, a następnie tylko dodaliśmy do niego tło, które też nie było szczególnie oryginalne i na pewno zostało nie raz użyte w przeszłości. Zestawiliśmy te dwa elementy i tyle, cała filozofia. Jeśli plakat w jakiś sposób sprawia, że ludzie odczuwają niepokój, kiedy na niego patrzą, to chyba dobrze, bo w gruncie rzeczy tak powinien wpływać na ludzi papież. Chyba.


Niektórym taki wizerunek może wydawać się złowieszczy…


To fakt. Niektórzy czują się z kolei urażeni.


Faktycznie, może tak być, ale to przecież nie jest nasz problem. Jeżeli ktoś widzi na przykład w tym wizerunku zło, my nic nie możemy na to poradzić. W obrazie dostrzegasz to, co chcesz w nim dostrzec. Kto kwestia interpretacji, własnych przeżyć, wyobrażeń, wierzeń. Ten plakat to tylko autentyczna fotografia i zmieniony przez nas układ barw. Nic więcej nie zrobiliśmy. Amen to nie jedyny, a tylko jeden z kilku projektów fotograficznych, jakie wykonaliśmy.


Zgadza się, każdy widzi w tym plakacie to, co chce w nim zobaczyć. Jeżeli np. ktoś interpretuje ten wizerunek jako w jakiś sposób diabelski, może po prostu podświadomie jest przekonany, że papież jest symbolem zła. Nie mnie to oceniać, to bardzo indywidualna kwestia. Ja widzę w tym wizerunek wzięty z prawdziwej fotografii i grę kolorów. To, co zobaczą inni, to zawsze kwestia interpretacji.


To złożony problem. Naszym zdaniem to tylko kwestia kolorów, ale ktoś inny może mieć na ten temat całkiem odmienne zdanie. Pytanie, dlaczego np. czerwień interpretowana jest często tak negatywnie. Nie mam pojęcia.


Dlatego właśnie, kiedy zobaczyłem Cię jakiś czas temu ubraną na czarno, w tych czerwonych butach, od razu pomyślałem: czerwone buty = diabeł wcielony (śmiech).


Czerwień to krew, czerń - noc. Jedno i drugie dla wielu ludzi bywa przerażające, może w tym problem.


A poza tym, papież, teraz już były, jest bardzo podobny do Imperatora Palpatine z Gwiezdnych Wojen. Diabelski cesarz.


I, żeby było jasne, nie jesteśmy pierwszymi, którzy zwrócili na to podobieństwo uwagę.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video


Czy poza współpracą z Volvo sprzed kilku lat, realizowaliście jakieś inne projekty dla branży reklamowej?


Robiliśmy kiedyś trochę ilustracji dla ActiVision, do jednej z pierwszych edycji Guitar Hero, ale to było lata temu. Etykiety do win dla niedużego, niszowego producenta z Kalifornii. Co jeszcze, nie pamiętam szczerze mówiąc, ale nie było tego zbyt wiele. Trochę okładek do książek Montadori oraz kilku innych włoskich wydawców, ale generalnie nic wielkiego. Volvo było największym klientem, z jakim zdarzyło nam się dotąd w tym obszarze współpracować. Kiedyś pracowaliśmy jeszcze z włoskim oddziałem MTV.


Próbowaliście wina?


Nie, na szczęście nie (śmiech).


Kto prowadzi blog Malleusa i dlaczego tylko Urlo?


Zasadniczo, zajmuję się tym sam, bo oni są potwornie leniwi. Nie ma co na nich liczyć. Nie wiem, tak jakoś wyszło. Ja to zacząłem, a teraz jestem chyba jedynym, któremu na tym zależy, więc staram się to ciągnąć, w miarę możliwości.


A poza tym, on to naprawdę lubi.


Tak, to prawda, w gruncie rzeczy bardzo to lubię. Chociaż ostatnio trochę mniej, bo zauważyłem, że ludzie nieszczególnie się angażują. Tak jakby nie było z nimi kontaktu. Nawet jeśli czytają, to nie chcą się ujawniać. Staram się teraz jakoś ich zaangażować, ale…


Konkursami…


Tak, właśnie, ale koniec końców chyba nie bardzo ich to interesuje. Widać, że zaangażowanie jest większe, ale chyba nie takie, jakiego bym oczekiwał. Ludzie to tylko ludzie, mają pewnie swoje sprawy. Ale generalnie, fakt, lubię to, dlatego jeśli tylko mam czas, wypisuję tam różne rzeczy, wstawiam zdjęcia, etc.


Moim zdaniem  nie jest tak, że jeśli ludzie nie komentują, to znaczy, że nie czytają. My na przykład czytamy regularnie, ale komentujemy sporadycznie. To byłoby cholernie nudne, zachwycać się każdym plakatem, pisać, jakie są fantastyczne, a piszesz przecież przede wszystkim o to, co tworzycie, stworzyliście, albo nad czym będziecie pracować. Inni czytelnicy bloga mogą myśleć podobnie.


Może i tak. Ale powinniście komentować.


Malleus jest aktywny już przeszło dekadę. Jakie macie plany na przyszłość? Stawiacie przed sobą konkretne cele czy raczej poddajecie się temu, co przynosi teraźniejszość?


Czy ja wiem. Trudno powiedzieć. Wiem za to, że kiedy wszystko to, co teraz robimy, dobiegnie końca, zarezerwuję miejsce w jakimś przytulnym domu spokojnej starości… Naprawdę, nie wiem, co będzie, staramy się nie snuć żadnych konkretnych planów. Wydaje mi się, że na pewno powinniśmy poszukać nowych obszarów działania dla Malleusa, nowych pomysłów do druku w sicie, nowych projektów, nowych motywów do wykorzystania w naszej pracy. To samo dotyczy Supernatural Cat, niebawem wydamy kilka nowych płyt, pojawią się nowe zespoły. Chociaż, trzeba przyznać, że jeśli chodzi o wytwórnię, jest trudniej, ponieważ mamy specyficzny muzyczny gust, dość mocno ukierunkowany, dlatego nie jest łatwo znaleźć do współpracy takie zespoły, których granie nam się zwyczajnie podoba.  Właściwie, graniczy to z cudem.


Zdarza się, że to, co podoba się jednemu z nas, nie podoba się drugiemu. Nie zawsze się zgadzamy, czasem mamy zupełnie odmienne zdania.


Dokładnie, jest nas trójka, wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy różne opinie na różne tematy, nie zgadzamy się ze sobą w stu procentach, dlatego nie zawsze jest łatwo wybrać, podjąć decyzję, postanowić, co dalej.


Czy to znaczy, że nie wydalibyście płyty, jeśli nie przypadłaby do gustu całej Waszej trójce, nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywałyby, że to będzie strzał w dziesiątkę?


Może… gdyby chodziło o płytę, której nikt z nas nie lubi, która nikomu się nie podoba. Wtedy może tak. Weźmy na przykład taki Ufomammut. Nie lubię ich, a wydaliśmy im kilka płyt (śmiech). Zawsze są jakieś spory i nieporozumienia, ostatnio z niektórymi zespołami mieliśmy pewne problemy, nie zdecydowaliśmy się wydać ich materiałów. Ich muzyka była nawet okej, ale nie podobała nam się aż tak. Różnie się układa. W naszym przekonaniu muzyka to wciąż coś wyjątkowego, coś co wymaga poświęceń. Zwłaszcza wtedy, kiedy musisz zaangażować własne środki, żeby ją rozpropagować, spopularyzować, pokazać ludziom, że jest. A własny gust nie zawsze ułatwia znalezienie tego, co jednocześnie spodoba się ludziom.  I jeszcze Ufomammut… Nie pamiętam już, czego dotyczyło pytanie (śmiech), ale jestem pewien, że o Ufomammut jeszcze nie mówiłem (śmiech). Tak czy owak, co do Ufomammut też mamy teraz pewne plany.


Trasę, która rozpocznie się już niedługo.


To wieczny konflikt interesów, typowy, kiedy zajmujesz się kilkoma rzeczami naraz.


Generalnie, chcemy robić to, co robimy, chcemy też zająć się czymś nowym, ale nie mamy jakichś konkretnych, mocno sprecyzowanych planów. Czas pokaże.


Moim zdaniem, plany na dłuższą metę są bezużyteczne. Uświadamiają Ci tylko, że z czymś się nie wyrabiasz w założonym terminie.


Dlaczego Ciccio, Wasz nadworny dźwiękowiec, nie może znieść widoku Waszych plakatów?


(Śmiech) Nie wiem, trudno powiedzieć, Ciccio to Ciccio, jest specyficzny. Z jednej strony jest jakby częścią nas, spędzamy razem sporo czasu, zwłaszcza kiedy jeździmy razem w trasy. Ciccio jest z innej bajki, ma własne zainteresowania. Może jest też tak, że znajomość z ludźmi, którzy robią plakaty, na dłuższą metę nie wychodzi na dobre…


Moim zdaniem, to, że Ciccio źle się czuje z efektami naszej pracy, jest w jakimś sensie pozytywne (śmiech).


W jakim?


Nie wiem, ale tak jest. Moim zdaniem to pozytywne. Może dlatego, że za dobrze znam Ciccio.


Gdyby więcej ludzi było jak Ciccio, też nie byłoby zbyt dobrze…


Za dobrze znamy Ciccio, jego gust, zainteresowania. Jest bardzo… specyficzny. Dlatego to naprawdę pozytywne. Tak, teraz jestem tego więcej niż pewien. Tak jest zdecydowanie lepiej.


Zolle to nowy projekt, który trafił pod skrzydła SupernaturalCat. Powiedzcie o nim kilka słów.


“Zolle" oznacza dużą, regularną grudę ziemi. Ta nazwa wzięła się od zamiłowania głównych członków projektu do wsi i wiejskiego, prowincjonalnego życia. Zolle to duet, który tworzą odpowiedzialny za mięsiste riffy Marcello (Lan z Morkobot) oraz Stefano (perkusja, ksylofon). Plus, ja na klawiszach. Muzyka jest inspirowana wiejskimi klimatami, to granie dla rednecków. Tak, można w gruncie rzeczy powiedzieć, że to rednecki, bo jeden z nich pracuje na wsi, a drugi jest wsią zafascynowany, zauroczony wiejskim rytmem życia. Fajnie, że mieliśmy okazję poznać ich muzykę. Lana z Morkobot znamy bardzo dobrze. Cała oprawa graficzna, którą dla nich przygotowaliśmy, opiera się o boski wizerunek świni. Zabrzmi to pewnie jak bluźnierstwo, ale co tam. Inspiracją stała się dla nas starożytna maska Majów. Użyliśmy jej, żeby powiązać Zolle z ich zamiłowaniem do wiejskich stworzeń, takich jak właśnie świnie czy krowy.


Co gra Zolle i kiedy zamierzacie wydać ich płytę?


Zolle gra nieskomplikowaną, prostą muzykę. To jedna gitara i jedna perkusja, bez wokalu, taki czysto instrumentalny projekt. W niektórych momentach pojawiają się też klawisze. A co grają? Można to chyba nazwać rockiem, rodzajem hard rocka. Płyta powinna się ukazać w drugiej połowie maja. Później Zolle pewnie ruszy w trasę, może pojadą z nami w październikowe tour po Europie.


A co słychać w Farwest Zombie?


Farwest Zombie było elementem planu. I co? Teraz widzisz, dlaczego nie chcemy robić planów. To droga donikąd. Projekt pod tytułem Farwest Zombie wystartował gdzieś około 2005/2006 roku. To był mniej więcej czas Idolum, współpracowaliśmy wtedy z Rose Kemp. Powstało wtedy 9-10 kawałków, które powoli, krok po kroku były przez nas dopracowywane. Mówiąc “my" mam na myśli siebie, Poię, Lorenzo, Fede z Lento, Stefano z ICO oraz Rose Kemp. Pracowaliśmy wspólnie nad tymi kawałkami dość długo. Teraz, wreszcie, praca dobiegła końca, a utwory są praktycznie gotowe. Lorenzo robi mastering, ale ostatnio zepsuł mu się sprzęt, który do tego wykorzystuje (śmiech). Przysłał mi email, rozpoczynający się od słów, które zdecydowanie nie powinny paść w ramach tego samego wywiadu, w którym rozmawialiśmy o papieżu, bo jeszcze ktoś uznałby to za bluźniercze… Aktualnie, stara się to naprawić, a kiedy się z tym upora… Mam nadzieję, że płyta ujrzy światło dzienne przed końcem tego roku. A kiedy już to nastąpi, koniec z planami. Nigdy więcej niczego nie zaplanuję, bo wtedy szanse na powodzenie realizacji jakiegoś pomysłu zdecydowanie maleją.


Czy Ufomammut szykuje jakieś niespodzianki dla wrocławskiej publiczności? Co zagracie?


Zagramy Oro. Mam nadzieję, że będziemy mieć wystarczająco dużo czasu, żeby zagrać obydwie części - Oro Opus Primum oraz Oro Opus Alter. Oro to w końcu dla nas jedna całość, niezależnie od tego, że podzieliliśmy ją na części i wydaliśmy w formie dwóch płyt. Postaramy się zagrać Oro w całości.


Nic extra?


Nie sądzę, byśmy mieli na to czas. Półtorej godziny to całkiem sporo, więc Oro powinno się zmieścić, ale chyba nic poza tym. Zobaczymy, wszystko zależy od festiwalowego grafika.


Tegoroczne Asymmetry będzie dla Was jednocześnie trzecią wizytą we Wrocławiu. Podoba Wam się miasto? Mieliście dotąd okazję zobaczyć  w nim coś więcej poza Firlejem?


Póki co, nie mieliśmy okazji zobaczyć niczego więcej, poza dwukrotnymi odwiedzinami w klubie. Zwykle trudno jest cokolwiek zwiedzić, wyjść do miasta i rozejrzeć się tu czy tam. Nawet, jeśli uda nam się dojechać do klubu, na miejsce, dość wcześnie, i teoretycznie byłby na to czas, scenariusz wygląda mniej więcej tak: “skoro już jesteście, to może od razu wyładujecie sprzęt?" OK, robimy to. A kiedy mówimy, w porządku, to teraz może przejdziemy się po mieście, oni na to: “lepiej zróbmy od razu próbę dźwięku", itd. A później tracisz 2 godziny, albo i więcej, nie wiadomo na co, i w rezultacie niczego nowego nie oglądasz, a czas spędzasz w klubie. Później trzeba jeszcze coś zjeść, zagrać koncert i pozamiatane. Zazwyczaj mamy okazję pozwiedzać tylko wtedy, kiedy mam dzień albo kilka kilka dni wolnego pomiędzy jednym a drugim koncertem.


A tym razem będziemy mieć, bo w związku z wystawą plakatów Malleusa planujemy przyjechać do Wrocławia 3 maja, a koncert Ufomammut zaplanowany jest na następny dzień, 4 maja. Więc może teraz uda się trochę pokręcić po mieście.


Więc niby zwiedzacie Europę wszech i wzdłuż, a tak naprawdę poznajecie głównie kluby, na nic więcej nie ma czasu?


Zgadza się. Zwykle pojawiamy się w danym miejscu o takiej porze, że mamy czas tylko na to, żeby się ogarnąć, przygotować do koncertu i tyle. Resztę wypełnia podróż, przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Przyjeżdżamy, rozpakowujemy się, gramy, pakujemy rzeczy z powrotem do vana, podróżujemy dalej cały dzień I tak do końca trasy. Dzień po koncercie musimy się zbierać i jechać dalej, do następnego klubu.


Czas na zwiedzanie jest tylko wyjątkowo, ale się zdarza. Bywa, że mamy jakiś dzień extra, wolny od koncertu. Tak jak w zeszłym roku, kiedy pojechaliśmy do Portugalii i na przykład zwiedziliśmy Porto. Spędziliśmy tam całe 3 dni, więc mogliśmy pokręcić się na luzie i odrobinę zrelaksować. Ale takie okazje zdarzają się naprawdę sporadycznie. Kiedy jesteśmy w trasie, wszystko jest dokładnie zaplanowane, zorganizowane w każdym szczególe, tak żeby trasa toczyła się sprawnie i bez zakłóceń. Przeważnie jest tak, że gramy codziennie. Każdy dzień to nowy klub i nowy gig, a nawet jeśli jest jakaś przerwa, to tylko dlatego, że np. jeden dzień to za mało na pokonanie całej odległości busem. Średnie warunki do zwiedzania.


Myślicie już o kolejnej płycie Ufomammut?


Nie, jeszcze na to za wcześnie, a poza tym nie zapominaj, że nie mamy planów. Zarejestrowaliśmy za to trochę materiału wspólnie z Incoming Cerebral Overdrive, zagraliśmy wspólnie kilka utworów…


Trochę improwizacji. Chcemy nad nimi popracować w kolejnych miesiącach. Jeżeli już mamy mówić o jakichkolwiek planach, to jest właśnie plan na teraz.


A później zajmiemy się zapewne Ufomammut. Zaczniemy, jak tylko zrobi się tu trochę cieplej. Nasza salka prób jest nieogrzewana, więc teraz do niczego się jeszcze nie nadaje, trudno byłoby myśleć w takich warunkach nad nowymi melodiami. Poza tym, Oro wciąż jest dość świeże. Nowa płyta musi na razie zaczekać.


Ale nawet gdybyśmy chcieli zrobić teraz cokolwiek w temacie nowego materiału Ufomammut, zdecydowanie musi zrobić się cieplej. Teraz w tej naszej dziupli jest zdecydowanie zbyt zimno. Poza tym, Oro Opus Alter ukazała się całkiem niedawno, bo we wrześniu zeszłego roku. Dlatego w tym roku chcemy skupić się jeszcze na Oro, a nowa płyta to ewentualnie kwestia przyszłego. Zaczniemy myśleć o tym pewnie niebawem, ale bez specjalnego pośpiechu. Nic nas nie goni.


Plan dla Supernatural Cat na 2013 rok to wydanie płyt Zolle oraz Farwest Zombie. Co do projektu z ICO, nie mam pewności, czy uda się to domknąć do końca roku. Nawet jeśli nie, to może na początku 2014. Jeśli chodzi o OvO, nie mam pojęcia. Pracują teraz nad czymś nowym, ale jeszcze nie wiemy nad czym, niczego z nimi na razie nie ustaliliśmy. Na pewno zajmie im to trochę czasu.


Dlaczego, mimo zeszłorocznej zapowiedzi ze strony organizatorów Maryland Festival, nie jedziecie jednak do Stanów?


To prawda, byliśmy na liście zespołów na 2013 rok. Mieliśmy jechać, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Zapytali nas, pomysł nam się spodobał, ale później musieliśmy zmienić plany. Chcemy tam zagrać, ale nie w tym roku, bo zależy nam na większym tour, a nie tylko na pojedynczym koncercie. Gdyby miało chodzić tylko o jeden gig na Maryland, lot przez Ocean mija się z celem. Wyprawa do Stanów to większa operacja, trzeba załatwić wizy, pozwolenie na pracę, bo koncert w USA traktowany jest w naszym przypadku jak praca. Gdybyśmy lecieli tylko na Maryland, musielibyśmy zrobić to wszystko tylko po to, żeby wsiąść w samolot, zagrać i za chwilę wrócić do domu. Za dużo zawracania głowy i, mimo wszystko, zbyt błahy powód. Nie jesteśmy tego typu zespołem, który bierze gitary, wskakuje w samolot, leci i już. Potrzebujemy całego naszego sprzętu i tak dalej. Kiedy stało się jasne, że w tym roku nie da rady zorganizować większej trasy, ustaliliśmy, że zajmiemy się tematem pod kątem przyszłego roku. Skupimy się na dograniu szczegółów i załatwianiu dokumentów na rok 2014.Tak więc, pierwotnie faktycznie mieliśmy pojawić się w tym roku w Stanach, ale póki co wyjazd musieliśmy odroczyć. Co się odwlecze, to nie uciecze.


Ma to sens. Kiedy lecisz na drugi koniec świata, warto wykorzystać to tak bardzo, jak się da. Jeden koncert to trochę szalony pomysł, fakt.


Tak, zdecydowanie lepiej skorzystać z okazji i zorganizować dłuższą trasę, zagrać w Stanach więcej koncertów, pokazać się szerszej publiczności. Jeden festiwal to za mało. W Europie jest znacznie prościej, wszędzie jest bliżej, łatwiej dotrzeć na miejsce. No, może poza Finlandią (śmiech). Tu do każdego kraju możemy bez problemu dotrzeć busem. Lot przez Ocean to zupełnie inna rzecz, odległość, jaka dzieli Włochy i Stany, długa podróż, jet lag, a to wszystko dla dwóch godzin występu? A poza tym, na Maryland nie można grać na własnym sprzęcie, więc trzeba zadbać o to, żeby wszystko zostało zorganizowane tak jak należy. Taki układ też średnio nam odpowiada. Jesteśmy już chyba na to za starzy, jesteśmy jak ci starzy muzycy, którzy mają swoje przyzwyczajenia, są uparci i chcą grać tylko i wyłącznie na swojej gitarze. Poza tym, wyjazd do Stanów w celach zarobkowych, a tak byłoby w tym przypadku, oznacza spore koszty związane z koniecznością załatwienia kompletu niezbędnych dokumentów. To wszystko wymaga sporo pieniędzy i czasu. Podsumowując, teraz nie mamy do tego głowy, nie jesteśmy w nastroju do zajmowania się takimi sprawami. Generalnie jesteśmy rzecz jasna na tak, ale nie teraz.


Dzięki za tę przeszło godzinną pogawędkę, do zobaczenia we Wrocławiu!


My też dziękujemy, ciao!


Więcej o Malleus: http://malleusdelic.com
Sklep: http://www.malleusdelic.com/store/

Rozmawiała: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

GALERIA
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie