Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Annalist

Annalist

Zespół Annalist to przedstawiciel polskiej sceny neoprogresywnej, który po prawie dziesięciu latach milczenia postanowił przypomnieć się publiczności kolekcjonerskim boxem zawierającym - prócz podstawowej dyskografii, mini-album "Syrinx", będący zarazem podsumowaniem twórczości i ostatecznym pożegnaniem z fanami.

Z zespołem rozmawiałem o przeszłości, historii grupy, polskiej scenie progresywnej lat '90, dziesięcioleciu milczenia i wreszcie pożegnaniu z fanami kolekcjonerskim wydawnictwem "XX - 1992/2012".

"Dwadzieścia lat minęło…" - chciałoby się zaśpiewać na nutkę znanej piosenki Andrzeja Rosiewicza, ale jednak te ostatnie dziewięć lat z dwudziestu to raczej niezapisane karty twórczości Annalist. Co się z wami działo przez ostatnie dziesięciolecie?


Zespół rozwiązał się po płycie "Trial". Każdy z nas poszedł swoją drogą, zarówno życiową, jak i muzyczną. Artur i Robert zajęli się projektem Delate, Krzysiek założył zespół Mothernight, potem Artur grał jeszcze w Soulburners. Poza tym Robert i Krzysiek zajęli się produkcją i realizacją dźwięku w warszawskich studiach. Mimo, że osobno, każdy wciąż żył muzyką i dźwiękiem.


Teraz wracacie z nie lada gratką dla fanów rodzimego art-rocka, bo kolekcjonerskim boxem. Właściwie dlaczego postanowiliście o sobie przypomnieć? Czyja była to inicjatywa?


Zaczęło się od naszych fanów i znajomych. Mieliśmy sygnały od różnych osób, że szukają którejś płyty, że brakuje im w kolekcji. Pomyśleliśmy, by zebrać wszystkie albumy w całość i wydać box ze zremasterowanym materiałem. Pomysł podchwyciło wydawnictwo ProgTeam. Spotkaliśmy się po latach, by to omówić. Dobrze się gadało i postanowiliśmy dodać do tego wydawnictwa coś nowego i specjalnie przygotowanego. Wpadliśmy na pomysł czterech utworów, gdzie każdy z nich opisywałby kolejno każdą z naszych płyt. Dodaliśmy prolog, epilog i narodził się "Syrinx".


Tak jak wspomniałeś wcześniej, ja również swego czasu próbowałem dostać albumy Annalist, ale trzeba przyznać, że sprzedający na serwisach aukcyjnych chcą za nie niemałe pieniądze - są więc one obecnie raczej "białym krukiem". Czujecie się z tego powodu takim trochę zapomnianym bandem, istniejącym jedynie w świadomości kolekcjonerów i najzagorzalszych fanów rodzimego art-rocka? Bo trzeba wziąć też pod uwagę, że wasz box wydany w liczbie 350 sztuk jest wspominkowy, ale przeznaczony również raczej tylko dla kolekcjonerów.


Na pewno nie zapomnianym. To dzięki fanom powstał ten box. Świat zmienił się na tyle, że kontakt z tymi ludźmi stał się w zasadzie bezpośredni i możliwy codziennie, za pośrednictwem naszych stron internetowych. To bardzo zbliża nas do fanów. Lata temu było to możliwe tylko podczas koncertów i wywiadów. Odzew ludzi po wydaniu boxu nie pozwala czuć się zapomnianym zespołem... raczej kultowym.


Na filmie, w którym opowiadacie o powstaniu "Syrinx" padają zdania: "to ostatni akord twórczości Annalist", "ten materiał jest pozytywnym zakończeniem działalności całego zespołu". Czy tym boksem Annalist ostatecznie kończy działalność?


Tak, to koniec Annalist, a to wydawnictwo jest zwieńczeniem dokonań zespołu. Jednak pracowało nam się tak dobrze, że postanowiliśmy tworzyć dalej, a co z tego wyjdzie to jeszcze zobaczymy.


Jako, że box jest wydawnictwem wspominkowym, to może i my powspominajmy. Skąd nazwa "Annalist" (ang. Kronikarz)?


To dość prozaiczne, bo nazwa pochodzi ze słownika angielsko-polskiego. Tak właśnie szukaliśmy nazwy na próbie, a że byliśmy bardzo młodzi, niecierpliwi i podjarani wspólnym graniem to nie dotarliśmy nawet do litery B.


W "prehistorii" (jak to sami określacie), Annalist był zespołem death metalowym, pozostały nawet archiwalne dema z tamtego okresu, które można odsłuchać na stronie internetowej. Co Was skłoniło do zrobienia takiego stylistycznego salta od ciężkiego metalu do rocka neoprogresywnego.


To nie było salto, a raczej ewolucja. Wszyscy wychowaliśmy się na metalu, więc granie tej muzyki było naturalne. Głodni inspiracji poruszaliśmy się z biegiem czasu po innych muzycznych gatunkach, a nasza muzyka była ich wypadkową. Słuchając wszystkich naszych nagrań wyraźnie słychać jak mocno się zmieniały. Jednak zawsze łączyła je Energia, Piękno i Cień.


Mieliście zaledwie 18 lat gdy pojawia się debiut płytowy Annalist w postaci "Memories" (1993). Jak z perspektywy czasu oceniacie ten materiał?


Było tam wiele naiwności, niedopracowania w sferze brzmieniowej i aranżacyjnej. Niemniej płyty słucha się dziś świetnie. Połączenie muzyki rockowej z rozwiązaniami znanymi z klasyki robi wrażenie. Byliśmy wtedy pod wpływem wielkich zespołów prog-rockowych, ale także muzyki średniowiecznej. Wielką rolę odegrały dzieła literatury fantasy (Tolkien, Le Guin), a także powieści beletrystyczne osadzone w realiach średniowiecza ("Imię róży" Umberto Eco). Płyta jest bardzo klimatyczna, mroczna i tajemnicza. Niektórzy uważają, że to najlepszy nasz album.


Czy w tamtych czasach, czyli od "Memories" do "Artemis" (1995), będąc częścią polskiej sceny progresywnej czuliście się jednocześnie rywalami dla głównych przedstawicieli gatunku z tamtego okresu, głównie Collage, a później Abraxas? Premiera "Memories" pokrywała się przecież z "Nine Songs of John Lennon", a "Artemis" z "Changes" - oba albumy spod skrzydeł Collage.


Rywalami nie. Nawet nie utożsamialiśmy się z tym nurtem, bo wywodzimy się z muzyki metalowej. Staraliśmy się być kojarzonymi bardziej jako zespół spod znaku mroku, czy gotyku niż klownów i skrzatów. Co do dat premier tych płyt, to oczywiście zwykły przypadek.


Collage wtedy supportowali Fisha, wyście supportowali dwukrotnie Marillion, a artysta i jego ex-grupa też poniekąd rywalami byli. Jak wspominacie te koncerty?


To bardzo miłe wspomnienia, a zarazem doświadczenia. Marillion był jakiś czas dla nas inspiracją i bardzo ceniliśmy ten zespół, a szansa zagrania z nimi z perspektywy młodych chłopaków była czymś wspaniałym. Miejsca koncertów też robiły wrażenie. Poznańska Arena była olbrzymia, było tam piekielnie gorąco, a nasze przyjęcie przez tamtejszą publiczność przeszło najśmielsze oczekiwania. Niezapomniane uczucie. Sala Kongresowa w Warszawie natomiast przyjęła nas chłodem, podobnie jak warszawska publiczność. Niby byliśmy u siebie i widownia też była nasza, jednak siedzące miejsca bardziej pasowały do widowiska Brytyjczyków, niż do naszej energii. Niemniej spotkanie z Marillion było ciekawym doświadczeniem.


Następnie pojawia się płyta "eon" (1997), uznawana za najbardziej kontrowersyjną, bo znów zmieniacie stylistykę, tym razem na bardziej przystępną, ale wciąż jednak w granicach art-rocka. Dlaczego konkretnie ta płyta - co sami przyznajecie - przyczyniła się do rozpadu zespołu?


W tym okresie górę wziął rozum. Po dwóch płytach byliśmy chyba trochę zniecierpliwieni i sfrustrowani faktem, że nie działo się tyle, na ile wtedy liczyliśmy. Może dlatego powstała płyta bardziej komercyjna. Podczas powstawania materiału wszystko szło dobrze, ale od momentu wejścia do studia coś zaczęło się psuć. Wiele rzeczy szło nie tak, zaczęły się tarcia między nami i inne problemy natury międzyludzkiej. Same utwory były naprawdę dobre, jednak wszystko co było wokoło i w nas samych zarejestrowało się na taśmach. To właśnie doprowadziło do zawieszenia działalności zespołu. Paradoksalnie, część osób uważa tę płytę za najlepszą, chociaż ciężko to wytłumaczyć.


"Trial" to już przełom milenium, dla mnie najdojrzalsza i najlepsza płyta Annalist. Na grunt art-rocka transportujecie stylistykę new wave, trip-hopu, brzmień elektronicznych - czyli coś co dopiero dwa lata później zaczęli grać tak szanowani u nas Archive. Poszukiwań ciąg dalszy?


"Trial" to swojego rodzaju oczyszczenie i wejście głęboko w nas samych. Ponieważ tworzyliśmy we własnym studio, bez osób postronnych, mogliśmy pozwolić sobie na wszystko. Tym wszystkim był kompletny brak założeń, ostateczna wolność. Powrót do podstawowego składu, czas w którym odpoczęliśmy od siebie nawzajem oraz wyłączna chęć tworzenia muzyki, sprawiły, że po 2-3 miesiącach mieliśmy dwie godziny materiału. Przerwa na pisanie tekstów pozwoliła zdobyć dystans do  tego co nagraliśmy i wybrać najlepsze fragmenty oraz złożyć je w całość. "Trial" to płyta kompletna, trudna zarazem i faktycznie nowatorska jak na tamte czasy pod wieloma względami, co mogło niektórych inspirować... najwyraźniej i tych znanych do dziś. Jednak po takim oczyszczeniu musiała nastać długa cisza…


…no i po dziewięciu latach ciszy ukazuje się wraz z boxem mini-album "Syrinx", podsumowanie i zarazem pożegnanie. Przyjemnie było znów spotkać się w studiu?


Tak, to była czysta przyjemność pracować znowu razem. Dojrzeliśmy jako muzycy i ludzie. Świadomość tego, że z nikim się nie ścigamy, nie musimy nikomu, ani nawet sobie nic udowadniać sprawiła wielką frajdę z tworzenia każdego dźwięku zarówno podczas kilku prób, jak i w studio, gdzie nagrywaliśmy. Udało się stworzyć atmosferę, gdzie myśli tworzyły jedność, a każdy z nas inspirował się wzajemnie. Był czas na rozmowę, wspomnienia, śmiech, wspólny obiad czy butelkę whiskey. Powstał mini album, który jest esencją Annalist. Jest tam wszystko co być powinno, to za czym tęskniliśmy my i mamy nadzieje, że nasi fani. Nie mniej, nie więcej.


Czy po tych dwudziestu latach Annalist jest zespołem spełnionym, czy czujecie może pewien niedosyt, że można było jednak osiągnąć znacznie więcej?


Zawsze jest niedosyt i myśl, że można było zrobić więcej i lepiej. Muzycznie na pewno spełnieni, bo wszystko zawsze było nasze, nikomu nigdy nie pozwalaliśmy ingerować w naszą muzykę, co czyni ją bezwzględnie szczerą. Owszem było też parę muzycznych wpadek, ale cóż, nikt nie jest doskonały. Z punktu widzenia popularności może trochę mniej spełnieni, bo nie osiągnęliśmy pozycji, o której marzyliśmy. Jednak w głębi duszy chcieliśmy pozostać zespołem kultowym i to się udało. Każdy w życiu ma jakaś rolę do spełnienia, zespoły też. My swoją spełniliśmy.


A gdybyście tak pokusili się o wybranie największego sukcesu grupy, to co by to było?


Przede wszystkim sukcesem jest to, że wciąż jesteśmy przyjaciółmi i potrafimy wspólnie tworzyć. Jeśli chodzi o zespół, to był to chyba koncert w Łazienkach Królewskich. Długo za tym chodziliśmy, ale w końcu się udało i jako pierwszy rockowy zespół zagraliśmy w tym niesamowitym miejscu. Koncert magiczny, niezapomniany, a jego mottem było: "Zaczynamy o zmroku... Kończymy przy pełni księżyca"


Macie jakieś plany na przyszłość związane z muzyką?


Oczywiście. Nie wyobrażamy sobie życia bez muzyki i na pewno coś jeszcze wspólnie nagramy.


Serdeczne dzięki za rozmowę. Jeśli chcielibyście przekazać jeszcze coś czytelnikom "Gitarzysty", to teraz jest najlepsza ku temu okazja.


Również dziękujemy i pozdrawiamy czytelników "Gitarzysty".


Grzegorz Bryk

Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie