Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Paweł Krawczyk (Hey)

Paweł Krawczyk (Hey)

Od ponad dekady gitarzysta, a przede wszystkim kompozytor znaczących utworów zespołu Hey, nie przypomina rasowego lidera.

Muzykiem został przez przypadek. Skromny, a przy tym odważnie eksperymentujący, zaskakuje nowym, bogatym instrumentalnie i wychodzącym mocno poza gitarowy schemat, albumem grupy "Do Rycerzy, do Szlachty, do Mieszczan". Jak mu się pracuje z Kasią Nosowską? Co go interesuje w muzyce? Na czym gra?

Okładka najnowszego albumu Hey jest stylizowana na zdjęcie klasowe. Lubisz wracać pamięcią do lat szkolnych?


Czasami, szczególnie do czasów licealnych. Nie ma we mnie jakiegoś strasznego sentymentalizmu. Na "Naszą Klasę" nigdy się nie zapisałem, ale mieliśmy fajną paczkę chłopaków. Wiele przyjaźni z tamtego czasu przetrwało do dzisiaj.


Byłeś prymusem, rozrabiaką, czy klasową ofiarą?


Zawsze byłem mieszanką prymusa z rozrabiaką. W szkole podstawowej zawsze miałem na świadectwie tzw. czerwony pasek. Żeby jednak tak się stało mocno negocjowana była ocena mojego zachowania. W końcu naciągano je na wyróżniające. Natomiast z żadnym przedmiotem nie miałem problemów. Zdarzała się nawet końcowa średnia 5,0. Za to w liceum sytuacja była diametralnie inna. Stałem się nieukiem i rozrabiaką w jednym. Wciąż nie miałem kłopotów z nauką, ale w zupełności satysfakcjonowały mnie "tróje". Nie zamierzałem zdobywać naukowych laurów. Zdecydowanie wolny czas wolałem poświęcić na spotkania z kolegami, wyjście do kina, czy słuchanie muzyki. Pamiętam wspólne spacery z jednym z kumpli, podczas których symultanicznie, z dwóch walkmanów słuchaliśmy ukochanych płyt Lou Reeda, czy Pixies.


Twoja przygoda z muzyką zaczęła się jeszcze w podstawówce? Dzięki komuś, czy jakiemuś zdarzeniu?


Odkąd sięgnę pamięcią fascynowała mnie muzyka. Na początku lat 80-tych, pod wpływem Republiki założyłem zespół z chłopakami z podwórka. Był to twór o tyle zabawny, że żaden z nas kompletnie na niczym nie potrafił grać. Najważniejszy był sam fakt. Nazwaliśmy się Dzielnica, wymyśliliśmy logo-niemal identyczne jak Republiki, napisaliśmy tekst jednej piosenki - kopię "Kombinatu" i to nam wystarczyło. Ale już niedługo później, jako czynny harcerz, zacząłem swoje pierwsze próby nauki gry na gitarze. Dość szybko nauczyłem się podstawowych akordów, które do ogniskowo- harcerskiego repertuaru w zupełności wystarczały. Marzyłem jednak o gitarze elektrycznej. Na którąś gwiazdkę dostałem gitarę Defil, którą nieśmiało podłączałem do Radia Zodiak. Pierwszym elektrycznym riffem, który męczyłem z bólem palców, to jeśli dobrze pamiętam - "Zamki na piasku" Lady Pank. Nie miałem nauczyciela, więc sam starałem się rozpracowywać, nagrane z radia na magnetofon piosenki. Męczyłem się z tym Defilem jakiś czas, aż w końcu ojciec kupił mi w komisie polską, lutniczą kopię Stratocastera. To także nie był idealny instrument ale przynajmniej fajnie wyglądał i struny miał parę milimetrów niżej. Palce już tak bardzo nie bolały. Takie miałem wtedy wymagania. O tym jak różne gitary różnie brzmią, nie miałem zielonego pojęcia. Zostałem muzykiem przez przypadek. Mam tego kolosalną świadomość i wielką wdzięczność do losu, że tak się to potoczyło. Nigdy tego nie planowałem, ale oczywiście w skrytości ducha gdzieś tam o tym marzyłem. Aczkolwiek kiedy rozmawiam ze znajomymi, to twierdzą, że żadnego przypadku w tym nie ma, to zasługa talentu. Ja nie jestem o tym do końca przekonany.


Pierwszym powszechnie znanym zespołem z Twoim udziałem była Ahimsa, ale dołączyłeś do grupy jako wokalista...


Potrafiłem już wtedy grać na gitarze, ale oni byli triem instrumentalnym i potrzebowali głosu. Byłem marnym wokalistą. Właściwie tam krzyczałem. Styl zespołu ewoluował i w końcu niezbędny był drugi gitarzysta, którym zostałem po przyjęciu wokalisty. W 1991 r. z Ahimsą wyjechaliśmy na trasę po Europie Zachodniej, graliśmy w Szwajcarii, Niemczech, Danii. Pojechałem w podróż jako wokalista, a wróciłem już z gitarą. Wtedy, żeby wpuszczono Polaka do jakiegoś "prawdziwego" kraju, trzeba było okazać na granicy konkretną gotówkę w obcej walucie. Mój chrzestny jest zamożnym człowiekiem. Pożyczyłem od niego na ten cel, zdaje się tysiąc marek. Miałem je oczywiście zwrócić po powrocie. Niestety będąc chyba w Danii w jakimś sklepie muzycznym, który był jak sklep z przyszłości w porównaniu z naszymi krajowymi, po dwóch godzinach oglądania instrumentów trafiłem na gitarę marki Maison, kopię PRS. Była całkiem przyzwoita, ale miałem ją krótko. Wtedy przywożąc taki solidny instrument do Polski, można go było jeszcze sprzedać z zyskiem. Tak też uczyniłem, z chrzestnym jakoś doszliśmy do porozumienia i za uzyskane 11 mln zł kupiłem Gibsona Les Paul Deluxe z minihumbuckerami. To było spełnienie moich marzeń, wiadomo gitara-legenda. Była niesłychanie wygodna i świetnie, a zarazem oryginalnie brzmiała. Grałem na niej przez całe lata 90. Mam ją zresztą do dziś.


Ahimsa oznacza nieczynienie zła. Naprawdę chcieliście być tak szlachetni? W szołbiznesie to samobójstwo.


(śmiech) Dziękuję za tę szlachetność. Rzeczywiście staraliśmy się trzymać tej zasady. W pełni oddaliśmy się tworzeniu i graniu, ale mimo przychylnych recenzji i dobrego odbioru ze strony słuchaczy, kompletnie nie byliśmy w stanie się z tego utrzymać. Niektórzy łapali jakieś dodatkowe, pozamuzyczne fuchy. Rzadko, bo rzadko, ale nadal spotykam się z kolegami z Ahimsy. W zasadzie nigdy formalnie nie rozwiązaliśmy grupy. Czasem rozmawiamy o powrocie tamtego zespołu, a może tylko rzucamy to jako niespełnione marzenie? Kto wie?


Wtedy braliście udział w demonstracjach i pikietach przeciw wiwisekcji i corridzie oraz w akcjach antyfutrzarskich. Ponadto w telewizji propagowaliście zdrowy, zgodny z naturą styl życia. Dziś żyjesz zdrowo?


Dużo się zmieniło od tamtego czasu, chociaż bardzo staram się żyć zdrowo. Jednak przyznam, że nawet wtedy angażując się w te sprawy, miałem chwile słabości. Byłem palaczem. Udało mi się rzucić nałóg, ale niestety tylko na jakiś czas. Jak na przeciętnego Polaka uprawiam dość dużo sportu. Regularnie gram w tenisa i piłkę nożną, jeżdżę na nartach. Natomiast przyznam, że moje dietetyczne nawyki znacznie się pogorszyły. Byłem wegetarianinem przez całe lata 90. Później uległem pokusie czerwonego mięsa. Nie będę rozwijał tematu, bo sam przed sobą niespecjalnie godzę się na tą słabość.


Dlatego wciąż jesteś "Gruby", chodzi mi oczywiście o Twoją ksywkę?


Ta ksywka powstała jeszcze w liceum, i o ile w latach 90. zdecydowanie miała potwierdzenie w moim wyglądzie, to o dziwo po tym jak przestałem być wegetarianinem w krótkim okresie czasu straciłem 35 kg, ale dla kolegów wciąż pozostałem "Grubym" - kwestia przyzwyczajenia.


Wszyscy winią Ciebie za to, że Hey stał się elektroniczny.


Zawsze trzeba wskazać winowajcę. Doszedł nowy muzyk do zespołu, to z pewnością jego wina. Słuchacze zapomnieli, że była taka płyta Hey "Karma", gdzie pojawiła się elektronika, chociaż akurat tego słowa za bardzo nie lubię. W naszym przypadku brzmi jak zarzut, kojarzy mi się z czymś sztucznym, niefajnym. Natomiast my sięgamy po instrumenty, których używano od początku muzyki rozrywkowej. Pół wieku temu już ich używano. Zastanawiam się, czy Rhodes albo Wurlitzer, czy syntezator Moog to elektronika. To słowo używane w naszym kontekście spłaszcza ogrom środków, które wykorzystujemy. Moje dojście do Hey jedynie przyspieszyło nieuniknioną muzyczną ewolucję grupy. Wszyscy powoli zaczęli odchodzić od gitarowego bożka. Stało się to za obopólną zgodą. Rozumiem, że pewne osoby są przywiązane do z góry założonego porządku rzeczy. Natomiast muszą mieć świadomość, że innym taki porządek nie odpowiada. Każdy z nas w zespole też przechodzi swoją drogę rozwoju jako słuchacz. Sama obecność gitar nie jest dla nas absolutnie żadną wartością. Odeszliśmy od gitarocentryzmu. Tak samo jak gitarę kocham sampler.


W Hey pojawiłeś się na płycie "[sic!]" (2001 r.) i od razu jako autor połowy kompozycji. Przebojowe wejście.


Do dziś jestem wdzięczny chłopakom, że mnie tak ciepło przyjęli. Przecież oni mieli już za sobą wielkie sukcesy, a ja dołączyłem jako człowiek właściwie znikąd. Dali mi szansę wypowiedzenia się. Jestem im ogromnie wdzięczny. Jestem skromną osobą i jest mi niezręcznie mówić o tym, o co pytasz. Kiedy kładę się spać i zastanawiam się nad swoim życiem, nie wpadam w samozachwyt jakim to jestem wspaniałym człowiekiem, tylko raczej myślę o sobie jako człowieku niedoskonałym, który ma szczęście i szansę cały czas się doskonalić.


Podobno nadal nie nauczyłeś się, czy też nie potrafisz, być liderem?


Co robić, nie mam predyspozycji na lidera. Natomiast jestem człowiekiem, który ma swoje zdanie i potrafi o to walczyć, nawet w grupie przyjaciół.


Teksty powstają do Twojej muzyki. Jak się czujesz jako pierwsza inspiracja Kasi?


Znakomicie. To tak naprawdę działa w dwie strony. Komponując muzykę mam nadzieję, że Kasia znajdzie w niej coś takiego, co ją poruszy do napisania świetnego tekstu. Katarzyna często mnie pyta o czym miałby być dany tekst, o czym myślałem tworząc muzykę. Przyznam się, że kiedyś chciałbym spróbować odwrotnie. Mając słowa prościej wyobrazić sobie klimat utworu. Moim zdaniem, w przypadku większości utworów naszej "spółki autorskiej" efekt końcowy brzmi bardzo komplementarnie, a nie jak przypadkowe słowa sklejone z muzyką. To kwestia kunsztu i talentu Kasi, która musi zmieścić odpowiednią liczbę sylab w wersie. Usiąść i napisać wiersz bez żadnych ograniczeń jest dużo łatwiej. Poza tym Kasia jest także współautorką muzyki. Mamy świadomość, że chociaż każdy z nas potrafi stworzyć ciekawe melodie, to wokalistka zdecydowanie lepiej się wyraża, kiedy ma także możliwość komponowania. Może wtedy w pełni wykorzystać swój aparat głosowy, sięgnąć po wszystkie środki wyrazu, nie odtwarza czyjegoś pomysłu, tylko wchodzi w piosenkę naturalnie jak w swoją.


Kasia mówi Ci w tekstach coś, czego nie odważyłaby się w codziennej rozmowie?


Kasia zawsze otwarcie mówi mi to, co myśli. Natomiast często bywa tak, że te słowa na co dzień nie są właściwie rozumiane przez mnie. Dopiero po przeczytaniu tekstu w lirycznej formie docierają do mnie jej głębokie przemyślenia.


Z najnowszej płyty wzruszył Cię szczególnie "Wilk vs. Kot"? Może coś innego?


No tak. Trudno się nie wzruszyć, kiedy wiesz do kogo tak piękne słowa są adresowane. Jako rodzica, "Lilia, kula i cyrkiel" wzruszyły mnie równie mocno.


Zdecydowanie interesują Cię harmonie, taka niedosłowna przebojowość. Nie ma jakichś solówek z fajerwerkami. Dlaczego? Nie leżą Ci?


To prawda, harmonizowanie jest dla mnie bardzo ważne. Bardzo staramy się nie popaść w banał, mając jednak na uwadze, aby nie tracić na komunikatywności. Myślę, że "niedosłowna przebojowość" to trafne określenie naszych intencji. Eksperymentujemy także z formą i w tej chwili na solówki zwyczajnie nie ma miejsca, nic by nie wniosły.


Łatwiej komponuje Ci się akustyki? Wyszły Ci intrygujące rzeczy: "Byłabym" "Mimo wszystko" "Wieliczka", "Woda"…


"Byłabym" i "Mimo wszystko" to rzeczywiście piosenki stworzone na gitarze akustycznej. Riff do "Wieliczki" także. W ogóle większość piosenek powstaje w podobny sposób - siedzę sobie z gitarą i gram, improwizuję, szukam. Dopiero później decyduję, jakie środki wybrać do danego utworu. Wspomniana przez Ciebie "Woda" też tak powstała - wpadłem na ten temat grając na gitarze, a następnie przetransponowałem go na instrumenty klawiszowe.


Mówisz, że kiedy tylko masz wolny dzień wstajesz rano i jedziesz do swojej kanciapy robić nowe piosenki. Domowe studio byłoby większym komfortem.


Przez długi czas mieliśmy domowe studio. Jednak w pewnym momencie z racji tego, że mieszkamy i pracujemy wspólnie z Kasią okazało się, że nie mieliśmy wytchnienia od pracy. Dlatego wspólnie podjęliśmy decyzję o zabiegu higienicznym oddalenia studia od domu rodzinnego. Studio w domu łatwo przyzwyczaja do komfortu i po jakimś czasie tak naprawdę wcale nie zachęca do pracy, tylko od niej odciąga. A kiedy studio jest w innym lokalu, pojawia się motywacja. Przynajmniej w moim przypadku tak jest. Czynsz niewielki, ale płacić trzeba. Do tego zebrać się, dojechać-pojawia się nowy rytuał. Ta mobilizacja przyniosła całą najnowszą płytę. Niestety straciłem ten lokal. Trzeba wrócić do domu z całym sprzętem. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę.


Jakim sprzętem dysponujesz w "kanciapie"?


Sercem mojej pracowni jest 27 calowy iMac z kartą RME Fireface400 i programem Logic Pro 9. Do odsłuchu używam monitorów APS Aeon,słuchawek Beyerdynamic DT990Pro i Sennheiser HD25.Do nagrywania gitar używam Line6 XT PRO. Sygnał mikrofonowy i z gitary basowej kieruje przez preamp Thermionic Culture The Rooster lub (coraz rzadziej) TL Audio 5051 Ivory. Kontrole nad wszystkim ułatwia Mackie Bigknob - kontroler toru odsłuchowego i Behringer BCF2000 - kontroler USB, współpracujący z sekwencerem (bardzo tanie i praktyczne urządzenie - polecam). Dysponuję także mikrofonami Neumann Tlm103, ADK i Shure Beta58. Jeśli chodzi o instrumenty klawiszowe to sprawę załatwiam Moogiem Mini-Voyagerem, pianem Wurlitzer i niezliczoną ilością instrumentów programowych. Jako kontrolera do nich używam Korga M1.


Ostatnie nabytki w związku z nową płytą? Jakieś odkrycia sprzętowe?


Wymienionego wyżej sprzętu używam w fazie tworzenia materiału. Sesja nagraniowa to zupełnie inna sprawa. Od kilku lat współpracujemy w tym zakresie z Marcinem Borsem, który jest także producentem naszych płyt. Ogrom sprzętu, jakim Marcin dysponuje, od urządzeń stricte studyjnych przez instrumenty do choćby efektów gitarowych, to temat na osobny artykuł. Jest osobą zdecydowanie trzymającą rękę na pulsie. Żadna nowinka nie umknie jego uwadze. Wiele urządzeń kupiłem właśnie dzięki jego rekomendacji.


Z którym nowym utworem najdłużej "męczyłeś się" kompozycyjnie? Dlaczego?


Kilka utworów z ostatniej płyty przeszło naprawdę poważną ewolucję w stosunku do pierwotnej formy. Wyznaję jednak zasadę czerpania przyjemności z tworzenia muzyki. Jeśli coś nie idzie tak jakbym sobie życzył - odkładam na później. Nie męczę się.


Był Hey gitarowy, teraz jest przepraszam "elektroniczny". Co dalej?


To bardzo fajny stan - kompletnie nie wiem, co dalej. Nie powoduje to jednak u mnie niepokoju. Oczywiście coś w głowie kiełkuje. Zastanawiam się. Jestem jak w trakcie oglądania filmu, czy czytania książki. Cierpliwie chłonę, czekając jak to się wszystko skończy.

SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: Gretsch Chet Atkins, Fender Nocaster, Fender Jaguar, Gibson Les Paul, Martin HD28V, Fender banjo, Gretsch LapSteel
• Wzmacniacze: Vox AC30, Orange Overdrive
• Efekty: Line6 DL4, Line6 MM4, Strymon Timeline, Fulltone Full Drive 2, ZVex Fuzz Factory, ZVex Superduper
• Struny: Dean Markeley 10-46
• Akcesoria: kostki Jim Dunlop Nylon 0.88mm, kable Monster

Krzysztof Kowalewicz

GALERIA
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie