Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Steve Lukather

Steve Lukather

Od Toto do Thrillera Michaela Jacksona, Steve Lukather pokazał, dlaczego jest jednym z najlepszych gitarzystów naszego globu. W szczerej rozmowie z nami wyjaśnia, dlaczego alkohol źle łączy się z overdrivem, opowiada o swoim tłustym i pełnym brzmieniu na ostatnim albumie Transition - oraz daje nam ekskluzywną, mistrzowską lekcję profesjonalnej gry solowej...

Nawet nie przyszło by mu do głowy, żeby to zasugerować, ale jeśli ktokolwiek zasługuje na określenie "gitarowy bóg", jest nim właśnie Steve Lukather. Jego granie obecne jest zarówno na każdej z 35 milionów sprzedanych płyt Toto, jak i niezliczonych nagraniach, będących kamieniami milowymi muzyki - np. "Thriller" Michaela Jacksona. Do cholery: On nawet złapał robotę w zespole Milesa Davisa! Wraz z wydaniem osobistego, pełnego wyznań albumu "Transition", Steve szczerze mówi o tym, jak rzucenie gorzały pomogło mu skoncentrować się na gitarze, inspirując też do downgrade'u sprzętu do niezbędnego, podstawowego zestawu: sześciu strun, zabójczego brzmienia wzmacniacza - i niezrównanego grania prosto z serca.

Skromny i z lekceważeniem podchodzący do swoich zagrywek, Steve należy jednak do grona wybitnych gitarzystów, dysponując dodatkowo łatwością wyczarowywania fraz, które z niezwykłą płynnością łączą gitarę rockową z jazzem i popem. W mistrzowskiej lekcji demonstruje nam też sześć najwyższej klasy licków, mających pomóc w uzyskaniu większej swobody i kreatywności waszych solówek.

Jesteś na wskroś hard-rockowym gitarzystą, jednak na nowym albumie znalazły się subtelne, bardziej osobiste elementy...


Niektórzy słuchają tej płyty i mówią "To wspaniały album, ale wydaje się nieco stonowany". Myślę, że mylne postrzeganie "Transition" jako nagrania bardziej miękkiego wynika głównie z nie stosowania przeze mnie klasycznych powerchordów, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla większości ludzi rockowa muzyka kojarzy się ze zdublowanymi śladami kwintowych akordów na obu kanałach i mocno strzelającym werblem. Myślę, że taka formuła była w przeszłości zbyt często eksploatowana. Przynajmniej dla takiego gościa jak ja, który próbuje w akordy włożyć trochę więcej harmonii utrzymując jednak rockowy drive. Nie chcę wprowadzać też zbyt wielu jazzowych elementów - nie jestem jazzowym muzykiem, jednak mam tego typu wrażliwość. Jest takie stare powiedzenie: jestem zbyt jazzowy do rocka i zbyt rockowy do jazzu. Wiesz co mam na myśli? Nigdy nie rozumiałem, dlaczego po prostu nie mogę wziąć trochę z tego i trochę z tamtego. Nie jestem gitarzystą bebopowym, za którego uchodzić może Larry Carlton, John Pizzarelli czy inni, wspaniali muzycy jazzowi. Rozglądam się tylko po tym dużym pokoju i przechadzam myśląc "Tak, jestem rockowym gościem, który ma całkiem niezły słuch i nieco szersze muzycznie zainteresowania."


Jeśli chodzi o gitarowe podejście, jaka była koncepcja tego albumu?


Mam dodatkową energię, ponieważ oczyściłem swój umysł, ciało i duszę - minęło już parę ładnych lat odkąd rzuciłem picie i palenie. Wiesz, nie jestem w stanie nadążyć za Guthrie Govanem, czy tego typu gośćmi. Opada mi szczęka kiedy słucham co oni wygrywają, a jednocześnie uśmiecham się i myślę: "To zadziwiające!" W pewnym sensie wcześniej się trochę pogubiłem. Stary, jeszcze niecałe 10 lat temu grałem jakieś żałosne gówna. Wstydzę się teraz tego. Czułem pustkę w środku i byłem zły na pewne osoby. I albo grałem za dużo nut, albo byłem lekko napruty, żałośnie stojąc w miejscu, w tamtym okresie mojego życia. Wbiłem się w klimat 'najszybszego gościa na gównianym, Dzikim Zachodzie', a tak naprawdę nie jestem do tego stworzony; jestem trochę za stary na to, żeby próbować ścigać się z tymi wszystkimi 20-latkami. Muszę wykorzystać moje mocne strony: lepsze brzmienie, więcej konkretnego grania, więcej robienia tego, w czym czuję się najlepiej. Dlatego też powstrzymałem się na tej płycie od super szybkiego shitu. Jest tu oczywiście jeden czy dwa efektowne przebiegi, bo nic na to nie poradzimy: jesteśmy gitarzystami.

Tym albumem wracam niejako do oryginalnych założeń: jednym z moich mocnych punktów jest melodyczne granie z interesującym frazowaniem i podciągnięciami. Grając w A moll nie zagram po prostu po skali doryckiej czy po pentatonice. Spróbuję wcisnąć np. G#, ograć progresję II-V-I lub zagrać coś, czego rockowy gitarzysta zwykle nie robi. I to są moje mocne strony. Ściągnąłem też trochę gainu, poprawiłem barwę, zmieniłem pickupy na pasywne i wpiąłem się poprzez pedał głośności prosto do wzmacniacza Bognera. Moje ciało zbliżyło się do bardziej naturalnego stanu, chciałem więc, aby także brzmienie podążyło tą samą drogą i stało się bardziej organiczne.


Można by sporo powiedzieć o kreowaniu przestrzeni i delektowaniu się każdym dźwiękiem...


Z pewnością, często przydałoby by się zatrzymać i nabrać trochę powietrza pomiędzy frazami - czasami pojawia się tendencja do włączenia technicznego biegania po gryfie i nie wyłączania go aż do końca numeru. Ale po pierwszych dwóch takich kawałkach słyszałeś już wszystko i zadajesz pytanie: "OK, co poza tym jeszcze tu jest?" Jak już mówiłem, sam jestem trochę temu winien. Pogubiłem się w tym wszystkim, byłem rozbity emocjonalnie i chemicznie - nie z powodu narkotyków, lecz przez alkohol. Byłem wściekły z powodu rozmowy z moją eks czy różnych innych rzeczy i myślałem, że nie chcę być teraz w tym miejscu, że robię to tylko dla pieniędzy i zastanawiałem się jak wyjdę z tego całego bałaganu. Myślałem o tych sprawach w trakcie grania, byłem więc zły i grałem niechlujnie - i niestety można zobaczyć to też na YouTube. Z tego powodu powstał utwór "Creep Motel", który mówi o tych wszystkich internetowych wybrykach - bardzo łatwo jest usiąść przed komputerem i dowalić komuś pod zmyślonym imieniem. Powiedzcie mi to w twarz a przyznam, że był to alkohol i że popełniłem błąd. W YouTube kiepskie jest to, że nikt nam za nic nie płaci, ale wszyscy mogą sobie na nas poużywać...(śmiech).


Masz nowy, sygnowany model Music Mana - jak często używałeś go na tym albumie?


Nagrałem na nim całą płytę. Rozpoczęliśmy pracę nad tą gitarą pod koniec zeszłego roku i w grudniu zacząłem realizować ścieżki na nowy album. EMG robi zawodowe rzeczy i przez bardzo długi czas było to moje główne brzmienie. Gitarzyści uwielbiali ten instrument, ale niektórzy wymieniali w nim pickupy na pasywne. Pomyślałem, że coś w tym jest. Nieco więksi goście mówili, że to wspaniała gitara, ale ma za mały korpus i wyglądam z nią na dwa razy większego niż w rzeczywistości jestem. Zrobiliśmy więc też nieco większą deskę. Gitara ma wbudowane podbicie sygnału o 10 dB, które w przypadku wyłączenia nie wpływa zupełnie na brzmienie instrumentu. Larry DiMarzio i Steve Blucher zbudowali specjalnie dla mnie kilka różnych pickupów, mam więc wersję z dwoma singlami i humbuckerem oraz model z dwoma humbuckerami. Powiedziałem także, żebyśmy nazwali ją LIII, ponieważ nie każdy chce mieć moje pieprzone nazwisko na gitarze. Jeśli profesjonalny muzyk zechce grać na niej, nie będą przeszkadzały mu jakieś numery i litera na główce. W rezultacie instrumenty znikają z półek, ponieważ gitarzystom podoba się ich brzmienie, styl i wygoda gry.


A wzmacniacze i efekty?


Przez długi czas grałem na sprzęcie Custom Audio Electronic, ale w końcu zostawiłem całą tą elektronikę i uprościłem zestaw. Zawsze lubiłem Marshalle, miałem też kilka Fenderów. Reinhold Bogner powiedział, żebym wpadł do jego sklepu i pograł na dowolnym wzmacniaczu. Wpadłem i zakochałem się w modelu Ecstasy, który zabrałem ze sobą. Na trasie G3 Joe Satriani znowu grał na Marshallach, Steve Vai miał swoje wzmacniacze Carvina, a ja miałem Bognera, dzięki czemu mieliśmy trzy różne brzmienia na scenie. Jestem wdzięczny, że mogłem skorzystać z takiej opcji - nie potrzebuję wszystkich tych fajerwerków; wystarczy mi wzmacniacz, może trochę pogłosu i niewielki delay na solówce. Mniej znaczy więcej.


Co zainspirowało Cię do powrotu do takiego podstawowego zestawu?


Poziom gry jaki zobaczyłem na G3 był niesamowity. Joe Satriani zawsze był wielkim wsparciem, jesteśmy przyjaciółmi od 25 lat, tak samo jest ze Stevem Vaiem - są to ludzie, których niezwykle szanuję jako muzyków, i którzy są jednocześnie bliskimi przyjaciółmi. A przyczyna powrotu? Byłem bardzo przejęty występami w tym składzie na G3 - i nagle okazało się, że cała ta elektronika, całe to gówno, którego używam zepsuło się. Musiałem więc wpiąć się tylko do wzmacniacza i dwóch stompboxów! Znalazłem się w dosyć niekomfortowej sytuacji... i musiałem jakoś sobie poradzić. Poszło jednak naprawdę nieźle. Publiczność była wspaniała i był to dla mnie dowód na to, że cały ten - momentami zbyt skomplikowany - sprzęt jest tylko wrzodem na tyłku. Czy to będzie dzisiaj, jutro lub pojutrze działać? Pieprzyć to - jestem za stary na takie zabawy. Odrzuciłem to podobnie jak te wszystkie rzeczy, które nie były dla mnie dobre, by znaleźć nową, jaśniejszą drogę - stąd też nazwa "Transition": przemiana ze starego w nowe, przejście z ciemności do światła. Czuję się teraz lepiej niż kiedykolwiek. Jestem bardziej szczęśliwy i nie przejmuję się już tyloma rzeczami.

The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie