Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mark Thomas Baker (Orchid)

Mark Thomas Baker (Orchid)

Orchid to bez wątpienia jedna z największych sensacji vintage, czy jak chcą inni doom rocka, a ich najnowszy album "The Mouths Of Madness" w pełni to potwierdza. Niedawno Amerykanie znów zawitali do Europy, występując m.in. jako gwiazda trzeciego dnia berlińskiej edycji Desertfest 2013. O najnowszym krążku rozmawialiśmy z gitarzystą formacji, Markiem Thomasem Bakerem.

Przede wszystkim, gratuluję bardzo udanego "The Mouths Of Madness". Jesteście zadowoleni z tej płyty?


Tak, jestem całkiem zadowolony, podejrzewam jednak, że bardziej cieszy mnie, że wreszcie uporaliśmy się już z nagraniami, a płyta trafiła w końcu na rynek. Kiedy prace nad materiałem dobiegają końca, nie wracam do naszej muzyki szczególnie często, chyba że, na przykład, dorzucamy nowy kawałek do koncertowego setu czy coś w tym stylu, i muszę nauczyć się swojej partii.


Muszę przyznać, że "Capricorn" nie zachwycił mnie szczególnie, ale "The Mouths Of Madness" to zupełnie inna historia. To krążek pod każdym względem lepszy od debiutu, prawdziwy krok naprzód. Zgodzisz się z taką opinią?
 

Naprawdę nie mam pojęcia. Każdy z tych albumów to nasze dziecko, nie chciałbym wybierać jednego kosztem drugiego. Jeśli mam być szczery, nie wydaje mi się, żeby nowe kompozycje były aż tak odmienne od wcześniejszych. Teraz jesteśmy po prostu nieco lepszymi muzykami, bardziej świadomymi tego, co robimy i co chcemy osiągnąć. Mam oczywiście nadzieję, że to jest krok naprzód, ale tak naprawdę ocenią to przede wszystkim fani. Jestem pewny, że niemało słuchaczy po przesłuchaniu nowej płyty i tak będzie woleć "Capricorn". Mam wrażenie, że tamten materiał był nieco mroczniejszy.
 

Tak, ale moim zdaniem, na "Capricorn" skupiliście się przede wszystkim na odtworzeniu stylu Black Sabbath. W przypadku "The Mouths Of Madness" wciąż słychać te same inspiracje, ale tym razem album brzmi znacznie dojrzalej, więcej w nim też waszego indywidualnego ducha.


Chyba mógłbym się z tym zgodzić. Jesteśmy teraz o kilka lat starsi i mądrzejsi, stąd niewątpliwy progres w komponowaniu i opanowaniu instrumentów.


Można spotkać się z opiniami, że Orchid jest najlepszym zespołem grającym w stylu Black Sabbath, prawdziwym spadkobiercą ich dziedzictwa. Co myślisz o takich twierdzeniach, mają dla ciebie jakiekolwiek znaczenie?


Nie, szczerze mówiąc nie. Powiem ci, że jestem już zmęczony i znudzony gadaniem o Black Sabbath. Nie spędzam zbyt wiele czasu, myśląc o nich, ale w każdym wywiadzie, jakiego udzielam, pada mnóstwo pytań na ich temat. Lubię ich muzykę, ale prawdziwym wyznawcą Sabbatów w zespole jestem nie ja, a Theo (Mindell - wokalista). Jeśli o mnie chodzi, nie jestem aż tak zakręcony na punkcie Black Sabbath, chociaż rzecz jasna nie przeczę, że ten zespół plasuje się pośród największych.
   

Ok, zostawmy więc Black Sabbath. Dlaczego nagrywanie instrumentów podzieliliście na dwie sesje, które miały miejsce w dwóch różnych studiach? Powiedz więcej o rejestracji materiału, który znalazł się na "The Mouths Of Madness".


Nie planowaliśmy takiego przebiegu sesji nagraniowej. Mieliśmy gotowych kilka kawałków, więc postanowiliśmy zarejestrować je, zanim na dobre znudzimy się ich ciągłym ogrywaniem. Trzy z utworów nagranych w ramach pierwszej sesji trafiły ostatecznie na "The Mouths Of Madness", reszta znalazła się na epce "Heretic". Druga sesja miała miejsce już po podpisaniu przez nas kontraktu z Nuclear Blast. Dysponowaliśmy niewielkim budżetem, więc wszystko odbyło się tak, jak zawsze - graliśmy kawałki na żywo w jednym pomieszczeniu, dogrywając potem dodatkowe fragmenty, jeśli zachodziła potrzeba, by coś dorzucić lub poprawić.
 

Na "The Mouths Of Madness" zwracają uwagę instrumentalne smaczki w rodzaju harmonijki w "Marching Dogs Of War" czy partii pianina (albo klawiszy udających pianino) w "Mountains of Steel". To także świadczy o tym, że jesteście teraz lepszymi kompozytorami niż jeszcze dwa-trzy lata temu...


Nie wiem, czy faktycznie jestem w stanie grać dziś lepiej niż 20 lat temu. Na pewno mam teraz większą świadomość tego, co chcę osiągnąć. Czasami to bardzo proste, a innym razem kosztuje mnie to sporo wysiłku. Głównym kompozytorem w zespole jest Theo, a moja rola sprowadza się do możliwie najlepszej interpretacji tego, co on chce wyrazić. Często nie chodzi tu nawet o brzmienie, na którym mu zależy, ale bardziej o właściwe czucie muzyki. Mój mózg pracuje według bardzo logicznych reguł, podczas gdy Theo myśli w sposób zdecydowanie bardziej abstrakcyjny i niejednoznaczny, koncentrując się na odczuwaniu dźwięków, ich teksturze czy barwie. Niejednokrotnie nie jest łatwo znaleźć równowagę pomiędzy tymi dwoma, tak różnymi światami.
    

Brzmienie "The Mouths Of Madness" jest o lata świetlne lepsze niż "Capricorn". Tym razem jest czystsze, nieprzesadnie retro, a jednocześnie bardzo ciepłe. Popraw mnie jeśli się mylę, ale moim zdaniem to, obok lepszych kompozycji, najważniejszy atut "The Mouths Of Madness".


Podoba mi się jej brzmienie, tonacja instrumentów i wszystko inne. Szczerze mówiąc, nie dbam szczególnie o kwestię samej produkcji materiału. Jestem po prostu szczęśliwy, jeśli słychać wszystko jak należy. Producenci mają swoje zmartwienia, ja mam swoje, więc dobrze jest, jeśli każdy koncentruje się na swojej działce.
    

Grasz na Gibsonie SG, gitarze, która jednoznacznie kojarzy się z Tony Iommi’m. Czy wybierając ten instrument kierowałeś się chęcią osiągnięcia podobnego efektu brzmieniowego, czy innymi pobudkami?


Moim zdaniem, ten instrument w jeszcze większym stopniu możesz skojarzyć z Muddy Watersem, Duane Allmanem, Carlosem Santaną czy Pete Townsendem. Wiązanie tej gitary tylko i wyłącznie z Iommim jest nieco krótkowzroczne. Używam tego modelu z bardzo prostego powodu. Gdy dołączyłem do Orchid, miałem za sobą kilkuletnią przerwę od gry na gitarze i nie dysponowałem żadnym własnym sprzętem. Theo natomiast kupił akurat tego Gibsona SG '61 Reissue dla siebie i był to właśnie ten egzemplarz, który zacząłem ogrywać. Myślę, że to generalnie doskonałe instrumenty, bardzo lekkie i dobrze wyważone, które jednocześnie charakteryzuje fajne ciepłe brzmienie. Nic dziwnego, że przez lata stały się tak popularne. To bardzo wszechstronne gitary.
    

Powiedz, jakiego sprzętu używasz i dlaczego wybrałeś właśnie taki?


Praca w studio i koncerty to dla mnie dwa całkiem różne światy, jeśli chodzi o używany sprzęt. Na żywo korzystam przede wszystkim ze wzmacniacza Orange Rockerverb 100. Jest niezawodny w warunkach scenicznych i daje mi dokładnie to, czego oczekuję. Nie jestem szczególnym fanatykiem sprzętu, ale lubię mieć do dyspozycji kilka wzmacniaczy o świetnym brzmieniu. Większość nowego albumu nagrałem na headach pochodzących z początku lat ’70: 60-watowym Laney Supergroup oraz 100-watowym Sound City Mark 3 Custom, zazwyczaj podłączonych równocześnie. Te głowy dobrze sprawdzają się do rejestracji śladów, ale nie mam do nich zaufania przy grze na żywo. Mam tonę różnego rodzaju efektów, ale staram się używać ich tylko tyle, ile naprawdę potrzebuję. W moim pedalboardzie znajdują się więc analogowy delay Maxon, Crybaby Wah, stary MXR Phase 90 oraz tuner Bossa. W studio bawimy się z różnymi efektami, jak vintage’owy Fuzz Face czy Parapedal Wah, ale na scenie dążę do tego, by maksymalnie uprościć swój zestaw, żeby nie tańczyć za bardzo wokół pedalboarda.
 

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z gitarą?


Moja rodzina była bardzo "umuzyczniona", w związku z czym każdy z nas, dzieciaków, brał w młodości jakieś lekcje gry na instrumentach. Gdy miałem 10 lat, przez rok czy dwa grałem na pianinie, ale bakcyla gitary elektrycznej połknąłem dopiero w wieku 14 lat, gdy po raz pierwszy usłyszałem w radio intro do kawałka Crazy Train. Pick slide poprzedzający zabójczy riff, otwierający tę piosenkę, rozłożył mnie na łopatki i sprawił, że zapragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o gitarze. Złapałem wtedy jakąś wakacyjną robotę i za zarobione w ten sposób pieniądze kupiłem jeszcze w tym samym roku swoją pierwszą gitarę wraz ze wzmacniaczem, po czym zacząłem zagłębiać się w metalowe granie. Zawsze inspirowałem się przede wszystkim europejskimi muzykami i nie imponowały mi szczególnie błyskotliwe fajerwerki gości w rodzaju Van Halena; poza Randy Rhoadsem, który moim zdaniem zawsze brzmiał europejsko. Uwielbiałem Michaela Schenkera oraz Ritchie Blackmore'a, podobnie jak Dave'a i Adriana z Iron Maiden, a także Eddie Clarke'a z Motorhead. O ile dobrze pamiętam, grałem już rok czy dwa, gdy eksplodował thrash metal, a ja mocno zainteresowałem się tą sceną. Zacząłem grać pierwsze koncerty w klubach położonych na wschodnim wybrzeżu zatoki San Francisco, takich jak Ruthie’s Inn czy River Theater w Guerneville. Kapela, w której się wówczas udzielałem, nie była może szczególnie popularna, ale nasz szyld widniał na plakatach obok takich nazw jak Possessed, Death Angel, Legacy, Violence, czy Attitude Adjustment i wielu innych lokalnych bandów. Później zespół dokonał żywota, a ja spędziłem kilka lat w college'u i w coraz większym stopniu poddawałem się czarowi twórczości Jimmy Page'a. Można więc chyba powiedzieć, że od mniej więcej 25 lat próbuję stać się Jimmy Page’m (śmiech). Prócz moich zainteresowań, związanych z metalem i hard rockiem, mocno wciągnąłem się także w gotyckie granie i współczesny rock w rodzaju wczesnego The Cure, Joy Division/New Order, Love & Rockets, Sisters of Mercy. Stąd lubię pracować z syntezatorami i programowaną perkusją, w takim samym stopniu, jak z gitarą. Właśnie tym zajmowałem się przez kilka lat przed dołączeniem do Orchid. Straciłem w tym czasie zainteresowanie gitarą i mocno wsiąkłem w elektroniczny stuff.


Powiedziałeś, że jednym z twoich gitarowych idoli był Jimmy Page, a co z Iommim?


O tak, z pewnością Jimmy Page. On zawsze był najlepszy, taki elegancko niedbały. Staram się nawiązywać do jego stylu. Jeśli chodzi o Iommiego, zawsze dziwią mnie ciągłe porównania do jego grania. Nigdy nie wgłębiałem się szczególnie w jego technikę. Owszem, lubię album "Mob Rules", a kawałek Turn Up the Night przyczynił się m.in. do tego, że zacząłem używać pedału wah-wah. A kiedy miałem 16-17 lat, bardzo lubiłem też krążek "Born Again".


Jesteś samoukiem, czy brałeś kiedykolwiek lekcje gry na gitarze?


Wziąłem kiedyś kilka lekcji od pewnego kolesia z mojego miasta, który zobaczył mnie, jak grałem w sklepie muzycznym. Powiedział mi tak: "hej, mógłbyś być całkiem niezły, gdybyś faktycznie wiedział, co grasz". Wtedy próbowałem po prostu grać najszybciej jak się da i nie przejmowałem się szczególnie tym, w którym miejscu podstrunnicy wylądują moje palce. Styl Kerry Kinga! (śmiech). Ten gość nauczył mnie skal, przekazał trochę teorii i zapoznał ze sporą dawką muzyki spoza metalowej szuflady. Myślę, że również nieco poszerzył moje muzyczne horyzonty. To był raczej typ folkowego gitarzysty, zorientowanego na fingerstyle, jak John Fahey. Jego gra tą techniką rozwalała mnie na kawałki. Do dziś uwielbiam fingerstyle.
 

Jesteście w trasie u boku Troubled Horse i Free Fall. Jakie macie oczekiwania w związku z tym tour?


Cóż, liczę na to, że wszystko ułoży się jak najlepiej. To bardzo trudne, zostawić pracę i domy na cały miesiąc. Jestem pewny, że większość z nas zarobi na tej trasie znacznie mniej niż w normalnej robocie i muszę przyznać, że zastanawianie się nad tym aspektem jest dość stresujące. Jedyne, co ci pozostaje, to mieć nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Jestem za to przekonany, że czas, który spędzimy razem na scenie, będzie świetny. Na próbach przed tour przekonaliśmy się, że brzmimy teraz naprawdę dobrze.


W ostatnim czasie wasza wytwórnia Nuclear Blast mocno inwestuje w "retro" kapele, o czym świadczą kontrakty m.in z Graveyard, Witchcraft, Kadavar czy Orchid. Jak trafiliście pod skrzydła tego labela?


Od przyjaciela z jednego z dużych metalowych magazynów dostałem namiar na kogoś z Nuclear Blast. Napisałem im w emailu, że kilka dużych wytwórni jest zainteresowanych kontraktem z nami i zapytałem, czy nie chcieliby sprawdzić "Capricorn", zanim podejmiemy decyzję, z kim zawrzeć umowę.
 

Jakie są wasze najbliższe plany, poza wiosenną trasą?


W zasadzie nic szczególnego. W lipcu zagramy koncert w naszym rodzinnym San Francisco, a poza tym wkrótce prawdopodobnie zabierzemy się za pisanie nowego materiału. Do tego czasu przekonamy się też pewnie, jak poradził sobie nasz nowy album i jak odebrali go słuchacze.

Rozmawiali: Małgorzata Napiórkowska - Kubicka i Szymon Kubicki
foto: Nuclear Blast

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie