Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Anti Tank Nun

Anti Tank Nun

Przy okazji premiery drugiego studyjnego krążka Anti Tank Nun "Fire Follow Me", spotkaliśmy się z Titusem i Iggym by porozmawiać nieco o ich współpracy i wpływie burbona na twórczość.

Titus, współtworzyłeś na przestrzeni lat wiele projektów z różnymi muzykami. Nie czułeś nigdy zagrożenia dla istnienia Acid Drinkers?


Nie, póki żyjemy, to nie. Idzie nam całkiem dobrze, a nawet bardzo. Musiałbyś powiedzieć dokładnie pod jakim względem.


Wiesz, patrząc z perspektywy ogromu pracy, jaki sobie fundujesz.


Obliczyłem to i okazało się, że mam na wszystko czas. Acid Drinkers gra 50, 60 koncertów rocznie, więc zostaje 300 dni, kiedy mogę siedzieć i drapać się po dupie.


Ale do tego dochodzi jeszcze proces tworzenia materiału...


Albumy wypuszczamy mniej więcej co dwa lata, więc mam naprawdę dużo wolnego czasu. Mam ochotę grać rocka, podobno nawet potrafię, więc nie widzę problemu.


A masz jakąś receptę na długą żywotność zespołu?


Nie, sam jestem zdziwiony. W przyszłym roku to będzie już 25 lat. Nie wiem jak można by to wytłumaczyć. Nie mamy się o co żreć - może to dlatego. W innych zespołach pojawiają się konflikty muzyczne, towarzyskie, finansowe, a u nas nie. Jest luz.


Igor, jesteś utalentowanym, ale też bardzo młodym artystą. Wiem, że na pewno byliście pytani o to niejednokrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat, ale jak to się stało, że zaczęliście razem grać?


Nagrałem "If You’re Going To Hell" z Adamem (Bielczukiem - przyp. red.), a potem wysłałem Titusowi z pytaniem czy gdyby miał chwilę wolnego czasu, nie wpadłby do Goleniowa nagrać z nami ten numer i nakręcić klip. Zgodził się i przyjechał. Kiedy już zrobiliśmy to wszystko, zapytałem go prosto z mostu czy nie chciałby założyć zespołu. Wtedy kazał nam nauczyć się "Bark At The Moon" Ozzy’ego Osbourne’a i kiedy zagraliśmy to razem - wyszło dobrze. Wówczas stwierdził, że czemu nie.


Tak, młody miał kaprys. Chciał mieć jakiegoś basistę i wokalistę, a ja mu najbardziej odpowiadałem. Miałem wolny czas i pomyślałem, że podjadę do Goleniowa - zobaczymy. Tylko, że -  dobra - był jeden kawałek. Wbity, nauczony, ale ja przecież muszę wiedzieć czy ten zespół potrafi coś uklecić. Dlaczego zdecydowałem się na "Bark At The Moon"? Bo jest tam co pokazać na gitarze. Solo gra w oryginale Jake E. Lee, a Iggy doskonale sobie z nim poradził. Posłuchałem nagrania i doszedłem do wniosku, że po sześciu miesiącach prób coś powinno z tego wyjść. Na pierwszej trasie okazało się już, że miałem rację.


I to serio było takie proste? Spotkaliście się, pograliście razem i założyliście zespół? Niejednemu młodemu muzykowi marzy się taki rozwój zdarzeń.


Tak, to było takie proste. Poza tym ojciec Iggy’ego zawsze w piwnicy ma burbona. To też mnie przekonało, bo to bardzo ważny argument [śmiech].


Pewnie rozegrało się przy nim kilka ważnych kwestii?


Logistyczno-organizacyjnych. Kiedy bierzemy instrumenty do ręki, nie mam w zwyczaju kiwania się na lewo i prawo.


Materiał, który stworzyliście to najprawdziwsza klasyka heavy metalu. Dziś robi się to inaczej, niż kiedyś? Zauważasz jakieś różnice w porównaniu do tego, jak było 25 lat temu?


Żeby mieć porównanie, musiałbym być na próbach w Londynie w latach 80-tych i podglądać jak robili to Iron Maiden, Motorhead, czy Judas Priest - wtedy być może widziałbym różnicę. Jeśli chodzi o kwestię komponowania, to nie zmieniło się nic. Zwykle zaczyna się od głównego riffu, który potem rozwija się jammując lub idąc za autorem, jeśli ma on na konkretny pomysł na kawałek. Tak było choćby przy "First Spark", który przyniosłem właściwie w całości. W "Hurricane Kazz" miałem tylko zwrotkę i kawałek refrenu, plus podkłady do solówek itd., a Adam dorzucił intro. Z kolei kiedy Iggy przyniósł "Fire Follow Me" czy "Killing Times" - też w zasadzie były już gotowe.


Czyli szło całkiem gładko.


Gładko. Zwykle zabiera nam to około trzech miesięcy od pierwszego włączenia wzmacniaczy. Spotykamy się danego dnia, przynosimy już jakieś pomysły, po to, by po pierwszej próbie wyjść z niej z gotowym kierunkiem. Lubię mieć pewnego rodzaju całość i lubię kiedy płyta ma charakter, jednoznaczny kierunek - tak jak np. "Let There Be Rock" AC/DC, albo "Raining Blood" Slayer’a. To są albumy monolityczne. Moim zadaniem w Anti Tank Nun jest właśnie pilnowanie spójności. Jeśli twierdzisz, że ten materiał jest klasyczny to ja się bardzo z tego cieszę, bo udało nam się trafić w to, co chcieliśmy zrobić.


Faktycznie kiedy odpali się tę płytę od początku do końca, nie ma takiego momentu, w którym coś zgrzyta.


Tak jest! I to określa charakter zespołu, a ja uwielbiam grać w zespołach z charakterem. Nie lubię grochu z kapustą.


A wysyłaliście sobie może wcześniej jakieś materiały?


Nie, spotykamy się na próbie i wszystko samo z nas wychodzi. Ktoś rzuci jakiś riff, ktoś inny ma kolejny i na nich budujemy numery.


Tak jak mówię - to często działa na zasadzie jammu. Bazę mamy w Goleniowie, a ja jestem spod Poznania, więc przez trzy miesiące musiałem z 10 - 12 razy przyjechać i to wszystko poogarniać.


I pewnie jedna wasza próba trwa cały dzień?


Tak, grywamy najczęściej non stop przez pół dnia - dwa dni pod rząd. Potem męczy się już i głowa i uszy, można pogubić kierunek. Dlatego lubię grać dwie próby w tygodniu, ale solidne i mocne, a potem mieć pięć dni oddechu, by móc się dobrze przyjrzeć, czy to już jest to i czy możemy przejść do kolejnych rzeczy.


A jak układa się wasza współpraca? Młodemu gitarzyście i legendzie polskiego heavy metalu?


Mi się pracuje dobrze z Titusem, bo wychowaliśmy się na tych samych płytach hard i heavy z lat 80-tych. Dogadujemy się muzycznie.


Nie czułeś presji? Szczególnie na początku?


Może na pierwszej próbie, bo nie wiedziałem co to w ogóle będzie. Koleś, którego słuchałem, miałem w domu jego płyty, nagle przyjeżdża i mam z nim grać.


A moment, w którym dowiedziałeś się, że Titus cię odwiedzi? Było "wow"?


No pewnie. Dziwne byłoby, gdyby nie było "wow".


Mi się pracuje z kolegą Iggy’m zdecydowanie komfortowo, ponieważ kiedy zaczynaliśmy, miał 14 lat. Gdyby nie stroił, nie wyrabiał się w czasie i nie łapał tego w sposób sprawny, profesjonalny to pewnie bym sobie odpuścił. Tymczasem, kiedy usiedliśmy nad "Kick Out The Jams" MC5, który zaproponowałem jako jeden z pierwszych coverów, to my nie robiliśmy go trzy dni, tylko 3 minuty - tyle, ile trwa ten utwór. W rezultacie, stojąc na scenie nie muszę ciągle spoglądać w lewo, czy przypadkiem coś tam jest nie tak, tylko mogę zwyczajnie zająć się sobą, słysząc wyraźnie stopę, swój bas i wokal.


Czyli żadnego kiwania głową, ani puszczania oczek.


Tak! Dlatego ta sytuacja jest komfortowa i tak dobrze nam idzie.


Jak wyglądało powstawanie tej płyty od strony technicznej? Macie jakiś ulubiony sprzęt, z którego korzystacie?


Jeśli chodzi o piece to gramy na piecach Mesa. Ja używam Mesa Boogie Road King 2, paczka również Mesa. Gitary to Les Paul i Gibson. Mam customowego białego Les Paula - klasyczny z 99 roku. Do tego "V-ka" [model Flying] Gibsona i sygnatura Dimebag’a - Dean Razorbag.


Ja używam customowych basów zrobionych dla mnie przez Ligmana. Są to kopie Jazz Bass’ów na potwornie mocnych przetwornikach. Każdy z nich ma 24 progi, neck-trough - nie lubię przykręcanych gryfów. Do tego dwa wzmacniacze Peavey Tour 700 - każdy po 700 wat mocy. W samych basach mam więc półtora kilowata mocy, a ponad dwa w paczkach. Używam albo dwóch amperów na scenie, albo dwóch subwooferów Behringera - po 1100 wat każdy. Jako, że stoję często 4 - 5 metrów przed bębnami, to muszę mieć dużą moc, by słyszeć i czuć ją w tym miejscu, gdzie stoję.


Poza tym moc się jednak liczy, szczególnie przy takiej muzyce.


Oczywiście. Na tym poletku zwanym "hard & heavy" moc ma duże znaczenie - prawie tak duże, jak rozmiar staników, które lecą na scenę.


Macie jakieś grubsze plany na trasę?


Teraz gramy festiwale, m.in. Na Ursynaliach w Warszawie. Potem Fugazi, Lemon Fest, Góra Rocka i Seven Festival. We wrześniu planujemy odbyć trasę promującą naszą drugą płytę.


Trasa "Flash Point" odbędzie się we wrześniu i właśnie staramy się dobrze to dopasować, bo Acid Drinkers planuje trasę na październik. Pierwszy koncert będzie miał miejsce 1 czerwca w Sosnowcu, co może wydawać się trochę dziwne, ale dość długo nie graliśmy na żywo, bo miksowaliśmy w studiu nowy album, więc gdzieś musimy teraz zacząć.


Ale między czerwcem a wrześniem również będziecie grać?


Pewnie! Jesteśmy otwarci na granie i widziałem, że w kalendarz wskakują coraz to jakieś fajne propozycje na środek lata.


Titus, na koniec, skoro już jesteśmy przy koncertach - pamiętam jak w jednym z wywiadów, który czytałem około 10 lat temu będąc jeszcze młodym nastolatkiem, zostałeś zapytany o sposób na kaca. W odpowiedzi najczęściej powtarzało się słowo "setka". To uległo zmianie z biegiem lat?


Najlepsze na kaca jest powietrze z materaca. Jak masz cały wolny dzień to możesz wypić i cztery setki, tyle, że padniesz już koło 11.00. Najlepiej sprawdzają się chyba jednak klasyczne dwa piwa.


Czyli już grzeczniej?


Tak, zdecydowanie grzeczniej.


Maciej Barski

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie