Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Dez Fafara (Coal Chamber)

Dez Fafara (Coal Chamber)

Kiedy Dez Fafara i spółka rozwiązali zespół Coal Chamber nikt nie przypuszczał, że kiedykolwiek jeszcze ujrzy ich wspólnie na jednej scenie. Jak się jednak okazuje czas leczy nawet najgłębsze rany, gdyż kapela ta wróciła do aktywnego koncertowania. W Polsce pojawią się już 25 czerwca, a tymczasem przeprowadziliśmy dla was krótką rozmowę z panem Fafarą od którego dowiedzieliśmy się, co skłoniło zespół do reaktywacji, czego możemy się spodziewać po nadchodzącym albumie DevilDriver i jaką przewagę mają pliki muzyczne nad czarnymi płytami…

Coal Chamber wróciło do gry w starym składzie. Jak się wam układa współpraca?

Jest naprawdę świetnie. Każdy kolejny koncert jest lepszy od poprzedniego, a zdecydowana większość z nich została całkowicie wyprzedana. Zdecydowanie nie mamy na co narzekać.

Kwestie sprzed lat zostały już wyjaśnione?

Dokładnie tak. Sytuacja nie była wtedy specjalnie ciekawa. Każdy z nas miał swoje żale i zarzuty. W takiej atmosferze nie można było tworzyć, grać, a nawet przebywać w jednym pomieszczeniu. Teraz jednak to zupełnie inna historia. Skupiamy się na dawaniu jak najlepszych koncertów i bardzo dobrze się dogadujemy.

Skąd pomysł, żeby reanimować ten projekt?

Chyba czuliśmy zawsze jakiś niedosyt jeśli chodzi o Coal Chamber. Ten zespół był niegdyś dla nas wszystkim i wywoływał bardzo silne emocje. Myślę, że mi, tak jak i pozostałym, bardzo brakowało tego utraconego członka rodziny. Pomimo całej złej krwi jaka była między nami, poczucie braterstwa przetrwało. To właśnie ta muzyka zdefiniowała nas kiedyś jako ludzi i artystów. Na początku dawało to nam bardzo dużo radości i pozytywnej energii - chcieliśmy do tego wrócić.

Jak zatem doszło do tego spotkania po latach?

Ponieważ wszyscy w ten czy inny sposób nadal byliśmy "w obiegu", nie sposób było się ignorować podczas różnych festiwali i koncertów. W pewnym momencie ktoś powiedział na głos to o czym wszyscy myśleli: "Zagrajmy coś razem!" Od tego się zaczęło i jak na razie jestem zdania, iż była to świetna decyzja.

Wasz ostatni studyjny album "Dark Days" ujrzał światło dzienne w 2002 roku. Kim są ludzie, którzy przychodzą dzisiaj na wasze koncerty?

Ciekawe, że o to pytasz, bo sam się ostatnio nad tym zastanawiałem (śmiech). Kiedy zapytałem ostatnio ze sceny ilu ludzi widziało nas wcześniej, ręce do góry podniosła około połowa. Pozostali nigdy wcześniej nie byli na koncercie Coal Chamber. Na widowni jest wiele młodych twarzy. Zdarzają się rodzice, którzy przyprowadzają młode "metalowe" głowy, są nastolatki, które upodobały siebie ten rodzaj muzyki i starsi fani, którzy kiedyś przychodzili na nasze koncerty. Jest to zatem bardzo ciekawa mieszanka ludzi, których jednoczy szacunek do muzyki.

Wśród nich są zapewne również fani DevilDriver?

Zdecydowanie tak. Kiedy światło pada na publikę widać całą masę koszulek DevilDriver, co dla mnie osobiście jest powodem do dumy i pokazuje, jak blisko siebie te dwa projekty zawsze były.

Zastanawiacie się już nad wydaniem jakiegoś krążka pod szyldem Coal Chamber?

W tej chwili o tym nie rozmawiamy. Tak jak wspomniałem, skupiamy się na koncertach. Gramy piosenki, które dobrze znamy i to daje nam mnóstwo frajdy. Pewnie przedyskutujemy temat po trasie koncertowej ale w tej chwili nie ma żadnych planów.

Jak zatem wygląda sprawa z nowym albumem DevilDriver? Kiedy możemy się spodziewać jakiegoś materiału?

Jeśli nic nam pod drodze nie wyskoczy to najpewniej wydamy go na jesień.

Jakimi dźwiękami planujecie nas tym razem uraczyć?

Niechętnie to przyznaję, bo w większości przypadków to zwykła ściema (śmiech), ale całkiem na poważnie, jest to jedna z najlepszych płyt jakie do tej pory nagrałem. Bardzo ciężko nad nią pracowaliśmy i jestem przekonany, że przypadnie do gustu wszystkim fanom. To nadal ten sam DevilDriver jakiego wszyscy znamy, ale tym razem materiał jest dużo bardziej osobisty. Udało nam się przelać na ten krążek nasze wieloletnie doświadczenie, co w znaczny sposób poprawiło jakość finalnego produktu. Płyty takie jak ta zmuszają do pewnej refleksji. Kiedy dzisiaj patrzę wstecz na nasze dokonania widzę, że ciężka praca się opłaciła, a ten krążek jest tego dowodem.

Z nową płytą przyszła również nowa wytwórnia. Dlaczego opuściliście szeregi Roadrunnera?

Nie my ostatni. Sprawy przestały się układać po naszej myśli, więc zdecydowaliśmy, że czas zmienić okręt. Nie jest to już ta sama wytwórnia co kiedyś. Wiele osób, z którym pracowaliśmy na początku odeszło, a porządki jakie mają miejsce w Roadrunnerze obecnie są dla nas po prostu nie do zaakceptowania. Od czasu kiedy wszystko przejął Warner mieliśmy do czynienia z równią pochyłą. W związku z zaistniałą sytuacją zaczęliśmy szukać innego wydawcy i znaleźliśmy sobie możliwie najlepszego - Napalm Records. Jak na razie współpraca układa nam się rewelacyjnie i wszystko wskazuje na to, że pozostaniemy z nimi jeszcze przez jakiś czas.

Co pociąga cię bardziej: praca w studio czy występy na żywo?

Oba te etapy są dla mnie równie ekscytujące. Kiedy jedziemy w trasę cieszę się na każdy kolejny koncert. Mógłbym występować co wieczór i po tygodniu nadal biegać z uśmiechem na twarzy (śmiech). Podobnie czuje się kiedy wchodzimy do studia tworzyć nowy materiał. Zawsze fascynowało mnie to jak niezwykłych rzeczy możemy dokonać kiedy pracujemy razem. Są to oczywiście emocje zupełnie innego kalibru, ale cały ten proces, począwszy od pierwszego riffu, aż po ostanie brawa jest niezwykle budujący.

Zastanawiasz się czasami, czy to co w danej chwili tworzysz przypadnie do gustu twoim fanom?

Pewnie, że tak. Zawsze chcemy wyprodukować możliwie najlepszy materiał jaki jesteśmy w stanie. Reakcja fanów jest dla nas ważna, bo ostatecznie to oni będą kupować nasze płyty i przychodzić na koncerty. Nie oznacza to, że zupełnie się im przez to będziemy podporządkowywać, ale stanowi to istotny element całej układanki podczas produkowania nowych kawałków. Nikt nie chce grać w pustych salach, przed ludźmi, którzy zamiast się dobrze bawić, czekają ziewając, aż zaczniesz wykonywać coś z poprzedniego krążka. To skomplikowana relacja.

Często dzisiaj słyszy się o nostalgii związanej z płytami winylowymi i kompaktami, które nieuchronnie przechodzą do historii. Podzielasz te uczucia?

Przede wszystkim jestem fanem muzyki i nie uważam, aby cyfrowa dystrybucja była czymś złym. Sam posiadam całkiem pokaźną kolekcję plików muzycznych i nie widzę w tym żadnego problemu. Nie zbieram na razie płyt winylowych, choć noszę się z tym zamiarem już jakiś czas. Pochodzę wszak z ery czarnego krążka, a to zobowiązuje (śmiech).

Nie uważasz jednak, że kiedyś wypad do sklepu po namacalny kawałek muzyki był czymś trochę bardziej emocjonującym niż kliknięcie przycisku "Kup" w iTunes?

Z jednej strony rozumiem ludzi, którzy tak myślą, ale trzeba przecież iść do przodu. Kiedyś uważano, że powóz konny to idealny środek transportu, a dzisiaj wszyscy jeździmy samochodami (śmiech). Nie można się kurczowo trzymać tego co było.

Wolałbyś otrzymać płytę z dziesięcioma konkretnymi utworami swojego ulubionego artysty, czy dwupłytowe wydanie wypchane po brzegi tym co udało mu się akurat zarejestrować? Czy taki model wydawniczy ma jeszcze dzisiaj rację bytu?

Jest to kwestia, nad którą długo debatowaliśmy z naszym managementem i ludźmi z wytwórni. Pytanie, które się nasuwa w pierwszej kolejności to: "Ile kawałków powinno być na płycie, aby usprawiedliwić jej cenę?". Czy dziewięć piosenek to nie za mało? Może lepiej czternaście? Dodać do tego płytę DVD z koncertem? Takich pytań jest po drodze wiele, bo i oczekiwania fanów się różnią. Jedni lubią mieć możliwie wszystko co zostało zarejestrowane. Drudzy chcą konkretów i nie interesują ich odrzuty. Na nowym albumie DevilDriver będzie ostatecznie około dwanaście kawałków. Do tego planujemy dorzucić 45-minutowy materiał z koncertu w wersji audio i video. Ceny będą się różnić w zależności od rodzaju wydania, ale tym sposobem będziemy w stanie zadowolić większość potrzeb naszych słuchaczy. Niemniej jednak, uważam, że prędzej czy później model ten przestanie istnieć. Sądzę, że dużo ciekawiej byłoby wypuszczać po kilka piosenek miesięcznie. Ludzie wolą sobie robić listy ulubionych utworów, niż zbierać całe wydawnictwa. Moi nastoletni synowie nie kupują dzisiaj płyt, a jedynie pojedyncze utwory. Myślę, że byłoby to dla wszystkich dużo bardziej opłacalne, gdyby artyści zechcieli uznać w końcu śmierć klasycznego albumu i zaczęli szukać innych dróg dystrybucji swojej muzyki. Odpowiadając zatem na twoje pytanie, wolałbym dostać sześć rewelacyjnych piosenek na rok niż dwie płyty z zapchajdziurami raz na kilka lat.

Niedługo wpadacie do Polski dać koncert w Katowicach. Jakie są twoje skojarzenia z naszym krajem?

Polskę, całkiem dosłownie, mam we krwi. Na lewej nodze zrobiłem sobie nawet tatuaż przedstawiający polskiego orła. Strasznie lubię wpadać do waszego kraju. Ludzie na koncertach się nie oszczędzają i dają nam mnóstwo pozytywnej energii. Jestem przekonany, że wizyta w Polsce będzie dla nas świetnym doświadczeniem.

Michał Lis

Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie