Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / David Kilminster

David Kilminster

Bywają ludzie, którzy są farciarzami, czasem i nawet lepiej - utalentowanymi farciarzami, a ich umiejętności w jakiejś dziedzinie sprawiają, iż gąszcz okazji ich nie przeraża  Wbrew pozorom wykorzystanie ofiarowanej przez los szansy nie należy do błahych zadań. Historia zna jednak przypadki, gdy dochodzi to do skutku.  Takim artystą, który dopiął swego jest David Kilminster, gitarzysta od siedmiu lat należący do zespołu Rogera Watersa. W związku z faktem, iż w sierpniu  wraz z tą ekipą ponownie odwiedzi nasz kraj, by zagrać koncert, będący częścią trasy "The Wall Live", poprosiłam go o udzielenie mi wywiadu. Od pewnego emocjonującego przesłuchania po inspiracje - uchylił rąbka tajemnicy, a ja mam nadzieję, że opowieść owego wyjątkowego muzyka również i Państwa zafascynuje.

Czy mógłby Pan pokrótce przedstawić historię Pańskiego pierwszego spotkania z Rogerem Watersem podczas przesłuchania, a także moment, gdy wiadomo już było, że Pańskie zdolności przekonały go do zaproszenia Pana do jego zespołu?


Po raz pierwszy spotkałem Rogera wczesnym rankiem 22-go marca 2006-go roku w pewnym studio w Północnym Londynie. Dotarłem tam około 10:00, by ustawić swój sprzęt. Snowy (White - p.a.), Graham (Broad - p.a.), Andy Fairweather (Low - p.a.) oraz Harry (Waters - p.a.) już tam byli. Gdy dołączył do nas Roger, przywitał się i przez chwilę graliśmy "Breathe". Muszę przyznać, iż nie znałem tych utworów zbyt dobrze, a do tego miałem różnorakie problemy techniczne podczas owego przesłuchania. Próbowaliśmy przebrnąć przez "Wish You Were Here", ale moja gitara akustyczna odmówiła współpracy. Udało się ją podreperować, lecz nie mogłem wykonać solo techniką bottleneck, gdyż zapomniałem o wyjęciu tulei z torby, której akurat nie wziąłem ze sobą. Ruszyliśmy jednak z "Money" i poczułem przypływ pewności siebie, ponieważ rozgryzłem trzy ścieżki gitar rytmicznych i solówki.

Roger zapytał, czy pasują mi teksty, a ja nie miałem bladego pojęcia, że chcieli, bym  również zaśpiewał. Nie byłem fanem Floydów, więc umknął mi fakt, iż na albumie śpiewa Dave. Mozolnie borykałem się z całą sytuacją, usiłując czytać tekst, śpiewać i grać tę synkopowaną partię gitary jednocześnie. Co za koszmar!

Wyszedłem ze studia myśląc "Dave, ty idioto! Właśnie zmarnowałeś największą szansę swojego życia..." Byłem wściekły na siebie! Tego samego wieczoru otrzymałem jednak SMSa od Harry'ego z informacją o tym, iż właśnie rozmawiał z Rogerem i dowiedział się, że zostałem przyjęty.

Byłem w stanie w to uwierzyć dopiero następnrgo dnia, gdy zadzwonił do mnie ktoś z managementu z oficjalną ofertą.



Udało się Panu wprowadzić nową jakość do solówek zagranych wcześniej przez Davida Gilmoura. Jakie to było uczucie, móc interpretować owe elementy perfekcyjnie skonstruowanych arcydzieł?


Jest to dla mnie ogromny zaszczyt i, choć podchodzę do każdej części z ogromnym szacunkiem oraz namaszczeniem, staram się "wstrzyknąć" w nie odrobinę swojej duszy i uczuć.


Czy napotkał Pan jakieś bariery podczas uprzednio wspomnianego procesu? Jeśli tak, to jaka była ich natura?


To zadanie samo z siebie narzuca ograniczenia. Jestem tam w celu wiernego odtworzenia utworów, więc  dokładnie wiem, jakie dźwięki zagram każdego wieczora, ale staram się, by ich jakość rosła!


Co sądzi Pan o brzmieniu gitary Pana Gilmoura? W jaki sposób łączy się ono z Pana własnym stylem?


Lubię jego "clean", natomiast przester niezbyt przypadł mi do gustu. Są to jednak tylko moje prywatne upodobania. W jego brzmieniu jest mnóstwo "fuzzu" oraz kompresji, okraszonych pokaźną dozą efektów. Sądzę, że sam dla siebie preferuję coś czystszego i surowszego, lecz analizowanie jego utworów i majstrowanie przy sprzęcie w celu osiągnęcia jak najbliższego oryginałowi rezultatu było naprawdę ciekawe.


Jak dogaduje się Pan ze Snowym Whitem? Czy macie jakieś wspólne upodobania w dziedzinie gitar i technik gry?


Dogadujemy się świetnie! Snowy jest wspaniałym gościem i współpraca z nim jest prawdziwą przyjemnością, lecz nie sądzę, byśmy mieli wiele podobnych zainteresowań muzycznych. On dorastał słuchając Petera Greena i Erica Claptona, a ja - Briana Maya i Van Halena! (śmiech)  Okazujemy sobie jednak  sporo szacunku...


Należy Pan do drugiej, a być może nawet i trzeciej "generacji" muzyków związanych z "The Wall". Jak zareagował Pan na wieści o tym, iż zostanie Pan ważną postacią w historii tego legendarnego albumu?


Po pierwsze kupiłem płytę, ponieważ nigdy wcześniej nie słyszałem "The Wall". A później zagłębiłem się w historię albumu i dotarło do mnie, że to była całkiem poważna sprawa.


Czy istniały jakiekolwiek podobieństwa do współpracy z wirtuozami pokroju Johna Wettona i Keitha Emersona (między innymi)?


Raczej nie. Keith uwielbia improwizować, więc za każdym razem, gdy graliśmy jakiś utwór brzmiał on inaczej. Zawsze było dużo miejsca na eksperymenty i wypróbowanie nowych pomysłów.

U Johna Wettona struktury kompozycji były praktycznie stałe, ale z Rogerem po raz pierwszy występowałem z odsłuchami dousznymi, nagraniami typu "click tracks" oraz całą oszałamiającą oprawą.  Nie można też zapomnieć o licznej publice!


Jest Pan również sprawnym kompozytorem i tekściarzem z kwitnącą karierą solową. Jak udaje się Panu wygospodarować czas na tyle zadań?


Bywa, że ciężko jest wszystko wpasować, ale właśnie takie rzeczy sprawiają mi radość, a na coś, co cię uszczęśliwia zawsze znajdziesz czas! Nie zamieniłbym tego na nic innego!


Jak te projekty koegzystują? Są kompletnie odrębnymi owocami Pańskiej pracy, czy zapożyczają coś od siebie nawzajem?


Sądzę, iż w jakiś sposób sobie pomagają.  To, czego się nauczysz z jednego doświadczenia może zostać przeniesione do innego przedsięwzięcia. Ale tak naprawdę uważam poszczególne projekty za różne strony mojej osobowości. Mam bardzo eklektyczny gust, więc w równym stopniu rajcuje mnie granie klasycznej etiudy i skombinowanie coveru Nirvany!


Która technika gitarowa jest Pańskim Świętym Graalem, a którą z tych już opanowanych chciałby Pan jeszcze bardziej doszlifować?


Nawet nie sama technika, ale "improwizacja" jest dla mnie Świętym Graalem. Być w stanie natychmiast zagrać to, co słyszę w głowie, poczuć przepływ muzyki przez siebie w czasie rzeczywistym - to jest mój cel.

W kwestii samodoskonalenia - zawsze staram się wprowadzać poprawki i pracować nad najsłabszymi ogniwami. Jeśli jednak już o tym mówię - chciałbym mieć lepsze vibrato. Takie w stylu Ygwiego byłoby fajne, ale ja korzystam ze struny E grubości 0.010, a on 0.008, więc jest to dla niego łatwiejsze!


A na koniec nieśmiertelne pytanie: jakie ma Pan plany na najbliższą przyszłość?


Właśne rozpoczęliśmy prace nad moim nowym solowym albumem. Nagraliśmy (Pete Riley, Phil Williams i ja) wszystkie podkłady na żywo i już brzmią świetnie! Do wykonania mam tylko partie wokalne, solówki i wstawki na instrumentach klawiszowych.

A później w maju ruszam w trasę po Europie z moim przyjacielem (i zarazem niestamowitym wokalistą) Murrayem Hockridgem, by promować nasz akustyczny album "Closer to Earth". Oczywiście w lipcu znów będę grał z Rogerem Watersem!

Życie jest dobre!

rozmawiała Ola Mazur

The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie