Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ian Anderson (Jethro Tull)

Ian Anderson (Jethro Tull)

Szczerze mówiąc, o mało co nie zeszłam na zawał serca, gdy dotarła do mnie wiadomość, że mam przeprowadzić wywiad z Ianem Andersonem, tekściarzem oraz flecistą legendarnej brytyjskiej grupy Jethro Tull. Początkowo nie potrafiłam uwierzyć w sukces tego przedsięwzięcia, więc przez parę godzin paranoicznie doszukiwałam się wszelkich możliwych pułapek. Rzeczony rozmówca okazał mi jednak ogromną dozę cierpliwości, przypuszczalnie zrzucając liczne mankamenty na karb mojego młodego wieku...

Co tak naprawdę wydarzyło się podczas sesji nagraniowych Jethro Tull w paryskim Château d'Hérouville (1972 r. - p.a.)? Dlaczego zyskał on miano "Château d'Isaster" ("Zamek Porażka")?


Ponieważ to była katastrofa. Pojechaliśmy do Francji z zamiarem nagrania następcy "Thick As A Brick" i napotkaliśmy wiele problemów natury technicznej. Szwankowało również zdrowie członków ekipy, gdyż niektórzy zatruli się tamtejszym jedzeniem. Po dwóch tygodniach pracy  wciąż nie nagraliśmy albumu. Mieliśmy może pięć lub sześć częściowo nagranych utworów, a tylko jedną całkowicie dopracowaliśmy. Określam to mianem katastrofy, dlatego że straciliśmy mnóstwo czasu i pieniędzy, by nie ukończyć albumu. Nazwa zamku brzmiała Château d'Hérouville, a tuż przed nami był tam Cat Stevens, ponieważ pamiętam moment, gdy znalazłem jego własnoręcznie zanotowane teksty z nowego albumu na podłodze. Wzięliśmy się do roboty i postanowiłem przejrzeć ich zawartość. Oceniłem ją negatywnie, więc później wyrzuciłem te papiery. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że zostały napisane właśnie przez niego. Byłyby warte ogromną sumę na EBayu! (śmiech) Mam nadzieję, że z moimi tekstami postąpiono podobnie, gdyż nie były zbyt dobre. Podsumowując, uważałem to całe zajście za porażkę, więc przekształciłem nazwę studio w "Château d'Isaster". Koszmarne dwa tygodnie bezowocnych starań...


Przyjechaliście po Floydach? Oni chyba zajęli Château w lutym 1972-go roku?


Pink Floyd? Nie wiedziałem... Na pewno pracował tam Elton John. Nagrał on album "Honky Château" i tak usłyszeliśmy o owej lokalizacji. Przebywaliśmy wtedy w szwajcarskim Montreux, nawet nieopodal miejsca zamieszkania mieliśmy dostępne studio, ale zajęli je Stonesi, więc nasz wybór padł na Paryż. Z powodu wysokich podatków unikaliśmy Wielkiej Brytanii, lecz po zakończeniu sesji byłem tak koszmarnie dobity, iż razem zresztą zespołu chciałem wrócić do domu i oddać 83 procent dochodów skarbowi państwa. Natychmiast polecieliśmy do Zjednoczonego Królestwa i kilka tygodni później nagrywaliśmy już w Londynie. Kto wie, możliwe, że, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, wciąż byłbym rezydentem Szwajcarii?


Zauważyłam w Pańskich tekstach pewne elementy bluesa i zaciekawiło mnie, czy przypadły Panu do gustu siła oraz surowość bluesa z Delty?


Uważam, że w owym kontekście padłby ten termin, ale przeważnie kryje się pod nim szeroko pojęty blues, dość odległy od Delty Missisipi. Głównie mamy wtedy na myśli formę muzyczną, która powstała na terenie południowych Stanów i rozprzestrzeniła się aż po Chicago, przyjmując postać łatwiejszą  do zrozumienia. Co więcej, technologia rozwinęła się wtedy, czyli w latach 40-tych i 50-tych, do takiego poziomu, iż nagrywano o wiele więcej kompozycji wpisujących się w ów nurt. Jeśli chodzi o lata 30-te, gdy Robert Johnson i inni podobni mu artyści zaczęli wydawali swe pierwsze płyty, to tak naprawdę niewiele mamy pewnych faktów dotyczących ich działalności. Coś z tej surowości do mnie przemówiło, lecz chyba mój gust w dziedzinie bluesa jest bardziej rozwinięty, choć wciąż wolę akustycznego od elektrycznego. Mimo iż, jako nastolatek, byłem świadomy dokonań Howlin' Wolfa, Bo Diddleya oraz Chucka Berry'ego, których bluesowe korzenie wprowadziły do bardziej komercyjnego r'n'b, to uparcie obstawałem przy akustycznych rzeczach. Muddy Waters, na przykład, nawiązał do podobnego stylu. Uwielbiałem Sonny'ego Terry'ego i Browniego McGhee, czyli folkowo-bluesowe utwory, harmonika, gitara, dwa wokale. Podobało mi się to bardziej niż elektryczny, a było również bardziej wysublimowane niż samotny człowiek kiepsko grający na podniszczonej gitarze i wyśpiewujący jakieś przerażające wokalizy. Przyznam, iż trochę się boję niektórych spośród nich... Nie chciałbym ich spotkać. Miałem szansę tego dokonać podczas mojej pierwszej wizyty w Stanach w 1969 r. Mogłem pojechać do Chicago i zobaczyć, jak ci artyści, między innymi właśnie Muddy Waters, grają na scenach klubów bluesowych, lecz nie starczyło mi odwagi. W takich miejscach byłbym najprawdopodobniej jedynym białym i nie wiem, czy powitaliby mnie z otwartymi ramionami. Podziwiałem muzykę oraz kulturę Murzynów zamieszkujących Stany, a jednocześnie napawała mnie ona strachem, gdyż jej nie rozumiałem. Czułem się skrępowany. Cała zastana sytuacja odbiegała od tej panującej w Wielkiej Brytanii.


Jak Eric Clapton podczas pierwszego spotkania i nawiązania współpracy z Muddym Watersem. (śmiech) Choć podejrzewam, iż w tym przypadku poziom adrenaliny podwyższyło właśnie spotkanie z taką legendą.


Tak, niektórzy amerykańscy muzycy bluesowi zatrudniali Brytyjczyków na trasy po Zjednoczonym Królestwie, ponieważ ściągnięcie swojego zespołu zza oceanu przekraczało ich możliwości finansowe. Przykładowo, Sonny Boy Williamson grywał wtedy z Yardbirdsami. Istniała pewna liczba możliwości dołączenia do ekip owych artystów. Takie przedsięwzięcie z pewnością było jednak łatwiejsze niż występ w klubie w Chicago, co zdecydowanie przekroczyłoby możliwości moich nerwów. Może Eric Clapton faktycznie dał radę, ale nie wiem, czy kiedykolwiek wystąpił w podobnym środowisku. Oczywiście, grał świetnie, więc przekonałby do siebie każdą publikę. Wątpię, by zaakceptowaliby mnie, flecistę. (śmiech) Mój instrument jest uważany za dziewczęcy! Nawet w czasach wczesnego Jethro Tull krytykowano mnie za ten wybór, twierdząc, iż wprowadzam obcy, niepożądany element, który nie powinien być częścią muzyki rockowej lub bluesowej.


Finalnie, zniósł Pan te przeciwności.


Dobrze, że się nie poddałem. Po owej fali negatywnych reakcji manager zasugerował, bym zaczął grać na czymś innym, ale postanowiłem dać sobie trochę czasu. Sprawa potoczyła się jednak tak, że  to właśnie obecność flecisty wyróżniała Jethro Tull spośród innych grup bluesowych z okolic Londynu (w późnych latach 60-tych - p.a.).


Jest Pan samoukiem w kwestii gry na flecie. Był to plus, czy owa okoliczność przysporzyła  Panu sporo dodatkowego wysiłku?


W pewien sposób pomaga wolność od sztywnych idei dotyczących techniki, lecz minusy są całkiem spore, gdyż przykładowo, nie opanowałem poprawnego ułożenia palców i przez długi czas cierpiałem z powodu braku znajomości owych głównych zasad. Dwie lub trzy lekcje mogłyby dać mi możliwość szybszego rozwoju, lecz nikt nie chciał ich udzielić osobie, która nie potrafi czytać nut. Nie miałem czasu, by się tym zająć, gdyż wcześniej grałem na gitarze i wiedziałem, jak wydobyć poszczególne dźwięki, pragnąłem tylko wprowadzić drobne ulepszenia. Nauczyciele gry na flecie mają wpojony porządek edukacji i każą zaczynać od podstaw, a nie improwizować lub tworzyć swoje solówki, co mnie osobiście bardzo nudzi, bo znam to wszystko, nie potrafię jedynie odczytać tych elementów z kartki. Musiałem więc radzić sobie sam, wykorzystując metodę prób i błędów. Dopiero w 1991 r. poznałem właściwy sposób układania palców, gdyż wcześniej wielokrotnie oszukiwałem, by uzyskać zamierzony efekt. Mojej córce kazano wtedy opanować jakiś instrument, w związku z czym otrzymała ode mnie stary flet. Zobaczyłem jej podręcznik do nauki gry i stwierdziłem, że jego zawartość odbiega od moich sposobów. Wkrótce później trasa promocyjna sprawiła, iż znalazłem się w Indiach. Z tamtejszego hotelu za pomocą faksu poprosiłem pewien angielski sklep muzyczny o tabelę chwytów. W odpowiedzi otrzymałem diagram, co postawiło mnie przed wielkim dylematem: "Przyswoić sobie właściwe metody, czy pozostać przy starych?". Wiedziałem, iż przejście będzie trudne, odrobinę tak, jakby uczyć się jeździć na rowerze ze skrzyżowanymi rękoma. Nie ma łatwego odwrotu, trzeba więc być przekonanym, że jest to ścieżka, którą podążymy w przyszłości. Dwa lub trzy miesiące przestawiałem się na nowy system, adaptując go do swoich starych utworów. Wyrzucenie starych przyzwyczajeń sprawiło mi trudność, dlatego  przez około pół roku nie ufałem zbytnio swym umiejętnościom, lecz w efekcie ułatwiło mi granie na wyższym poziomie niż wtedy, gdy byłem młodszy.


Kim są Pańscy ulubieni tekściarze?


Moi ulubieni? Mam dwóch. Pierwszy to Captain Beefheart, troszkę abstrakcyjny poeta, tworzący bardzo obrazowe kompozycje... Również niebezpieczny człowiek, który nie posiadał ani krzty pewności siebie oraz pomiatał muzykami towarzyszącymi mu na scenie. Ponad czterdzieści lat temu wyruszyliśmy (Captain Beefheart i Jethro Tull - p. a.) w trasę po Ameryce. Poznaliśmy go, byliśmy fanami jego muzyki, ale nie był miłą osobą. Z drugiej strony, robił rzeczy, o których inni nawet nie myśleli i w nadzwyczaj barwny sposób wykorzystywał słowo. Niezmiernie podziwiam jego talent. Drugim jest Roy Harper, diametralnie odmienna postać, przedstawiciel sceny folkowej lat 60-tych i 70-tych. Napisał on wiele wzniosłych tekstów, a także sporo przepełnionych gniewem, nader często dotyczących spraw politycznych. Czasem może nawet zbyt gniewnych. Jeśli piszesz utwór mówiący, iż nienawidzisz białego człowieka, z pewnością zostanie on zauważony! (śmiech) Podejrzewam, że wiedzieliśmy, co miał przez na myśli, ale niepokoił nas fakt, iż stawiał samego siebie w ryzykownym położeniu wykazując się taką "brutalnością". Przez lata zyskał jednak miano solidnej "marki". Podsumowując, ową dwójkę lubię najbardziej. Jeśli chodzi o Boba Dylana, to nie   lokuje się wysoko. Zawsze sądziłem, że jest przereklamowany, ale to właśnie on stał się inspiracją dla brytyjskiej muzyków folkowych i doprowadził do rozkwitu tego światka. Zrobił coś użytecznego, ale nie uważam, by był aż "tak" dobry.  Lubię sporą część tekstów Johna Lennona, choć nie wszystkie "trzymają poziom". Być może w momencie tragicznej śmierci jego najlepsze utwory wciąż były przed nim i być może dzisiaj byłby "gigantem" branży muzycznej. Niestety, nigdy się nie przekonamy.


Dziękuję serdecznie za rozmowę.


Miło się gawędziło.

rozmawiała Ola Mazur

Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie