Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Steven Wilson

Steven Wilson

Na spotkanie ze Stevenem Wilsonem wybraliśmy się pod koniec stycznia podczas jego wizyty w Polsce, na kilka tygodni przed premierą najnowszej solowej płyty.

To co z miejsca rzuciło nam się w oczy po przekroczeniu progu hotelowego pokoju, to jego zwykłe trampki a’la Chuck Taylor i czarny uniform złożony z powyciąganego swetra i workowatych spodni. W tamtej chwili poczuliśmy się jakbyśmy spotkali starego kolegę z czasów liceum i już wiedzieliśmy, że przygotowane pytania możemy schować z powrotem do torby...

Mam nadzieję, że nie masz do mnie pytań o gitarę, bo średnio lubię o niej rozmawiać (śmiech).


W takim razie mam chyba przerąbane (śmiech).


Jakoś z tego wybrniemy, prawda? (śmiech)


Gdzie nagrywany był materiał na "The Raven That Refused to Sing"?


Płytę nagrywaliśmy w Los Angeles, w East West Studios, które ma znakomitą opinię i historię. Nazywane jest United Western Recorders. To tu Brian Wilson nagrał albumy Pet Sounds i Smile. To niesamowite miejsce. Wynajęliśmy je we wrześniu na tydzień, by zarejestrować cały materiał. Powodem tak krótkiego czasu nagrań była obecność wyjątkowych muzyków. Plan był prosty: od rana wypróbowywaliśmy nowe pomysły, a już po lunchu je nagrywaliśmy. Miałem siedem nie skończonych utworów, więc każdego z tych siedmiu dni mogliśmy od rana pracować nad poszczególnymi numerami. Alan, realizator, czuwał nad wszystkim w reżyserce i około południa robiliśmy nakładki. Zwykle przy czwartym czy piątym podejściu mieliśmy już zarejestrowany cały utwór.


W nagraniach wziął udział człowiek, którego okrzyknięto Zbawicielem Shredu - Guthrie Govan - jaka była jego rola?


Guthrie Govan odpowiedzialny był za wyszukane, "wyczynowe" partie - to chyba oczywiste. Jeśli masz Guthriego w zespole to naturalnie chcesz, by nagrał wszystkie główne solówki i tego typu rzeczy - co też dokładnie zrobiliśmy. Ja nagrałem pozostałe gitary - jeśli była potrzeba dołożenia rytmicznych partii.


Nie lubisz takich pytań, ale musimy je zadać: jakiego sprzętu użyłeś?


Przy gitarach akustycznych korzystałem głównie z Ovationa w stroju Nashville, ponieważ potrzebowałem krystalicznie czystego, niemal mandolinowego brzmienia. Używałem też kapodastra, który zapewnił mi odpowiednio wysoki i klarowny sound. Zwykle, żeby uzyskać nieco mocniejszą barwę dubluję też akustyczne ślady na gitarze elektrycznej. W ten sposób otrzymuję naprawdę piękne i wyraziste brzmienie gitary akustycznej, które doskonale przebija się w całości. Jeśli chodzi o elektryczne gitary nagrywaliśmy wszystko na prawdziwych wzmacniaczach, bez stosowania pluginów czy innych urządzeń cyfrowych. Miałem Voxa AC30, z którego korzystałem przy partiach rytmicznych. W jednym momencie, kiedy potrzebowałem jaśniejszej barwy, użyłem też pożyczonego Strata, ale normalnie grałem na moim sprawdzonym modelu Paul Reed Smith Custom 22. Na sesję zabrałem ze sobą kilka kostek TC Electronic. Jestem fanem pedału wibrato TC TonePrint (Shaker). Nie przepadam za efektem chorusa, flangera czy phasera - bardzo rzadko usłyszycie je na moich płytach - ale uwielbiam lekko podkolorować brzmienie. Bardzo przypasował mi natomiast efekt wibrata lub tremola, używam więc pedału TC niemal przy wszystkich gitarach podkładowych. Czasem brzmienie efektu jest bardzo subtelne, innym razem bardzo radykalne i mocne. Używam też pogłosu TC TonePrint Hall Of Fame oraz kostki Flashback delay. I to wszystko.


Nagrywaliście ślady osobno czy na tzw. "setkę"?


Wszyscy nagrywaliśmy jednocześnie, i była to moja bardzo świadoma decyzja, ponieważ chciałem uchwycić ten rodzaj interakcji, którą uzyskujesz przy graniu na żywo. Przyspieszyło to też znacznie cały proces. Nie było żmudnego dogrywania kolejnych śladów - jedyne co musieliśmy zrobić, to wybrać właściwy "take". Skoncentrowaliśmy się na uzyskaniu spójnego obrazu całości, a nie perfekcyjnego brzmienia każdego instrumentu - wszystko musiało się dobrze kleić ze sobą. Był to dla mnie rodzaj eksperymentu, ponieważ nigdy wcześniej nie nagrywałem na żywo całego zespołu.


Czy jesteś zadowolony z finalnego efektu?


Jestem naprawdę dumny z tej płyty - uważam, że jest to niezwykle spójny materiał, na którym znaleźć można wspaniałe emocje. Ale niemal wszystko co tworzę rozpatruję w kategorii niepowodzenia, ponieważ jeszcze nigdy nie wychodzi to tak, jak słyszałem wcześniej w głowie. Czasami udaje się zbliżyć całkiem blisko, ale nie do końca odpowiada to pierwotnym wyobrażeniom. Ten album nie jest tu wyjątkiem, ale jestem z niego bardzo dumny.


Kiedy słuchałem wczoraj tej płyty, pewien tekst z kawałka "Luminol" przykuł moją uwagę. Cytując: "The songs he heard from scratched LPs." (z ang. Piosenki, których słuchał z porysowanych płyt). Na ile muzyka, której słuchałeś za młodu wpłynęła na twoją twórczość?


Miała ona zawsze spory wpływ na moje brzmienie i chyba nadal ma. Nie wdając się w szczegóły, dorastałem w latach 80. Tak się jednak złożyło, że starszy brat mojego najlepszego przyjaciela, który był od nas starszy o jakieś 10 lat miał całkiem pokaźną kolekcję płyt. Były tam całe lata 70., które stanowiły dla nas prawdziwą kopalnię złota. Muzyka się zmieniała, a ja nadal słuchałem tamtych albumów. Oczywiście nie stroniłem od nowszych rzeczy takich jak The Smiths, The Cure czy Joy Division, ale prawdziwą miłością pałałem do dźwięków poprzedniej dekady. Był to niezwykle ambitny i płodny okres dla świata muzyki, który zmienił zasady gry. Kiedy zacząłem zajmować się tworzeniem muzyki, przerzuciłem się na chwilę na świeższe brzmienia. Chciałem wiedzieć co jest na czasie i czym się ludzie fascynują. Przeleciałem wszystko od electro do metalu, ale nic nie smakowało tak jak krążki sprzed lat. Pewnie trochę z tęsknoty do tych czasów zabrałem się trzy lata temu za remiksowanie dorobku King Crimson i trochę później, również za Jethro Tull. Dzięki temu mogłem odkrywać brzmienia, które tak mocno inspirowały mnie lata temu. Po takim czasie i z wiedzą, którą posiadłem, byłem w stanie zrozumieć co uczyniło je tak wielkimi i niezapomnianymi. Trudno zatem się dziwić, że wszystko czego się przez lata dotknąłem było naznaczone tymi właśnie dźwiękami. To już część mojego muzycznego DNA.


Z tego co wiem dzisiaj sam jesteś posiadaczem niezwykle przyzwoitej kolekcji płyt winylowych. Traktujesz to zbieractwo jako hobby?


W pewnym sensie tak, jednak w przeciwieństwie do wielu mi podobnych stale słucham swoich zbiorów. Nie zdarzyło mi się nigdy kupić płyty, której potem nie słuchałem. Są oczywiście takie, których słuchałem raz w życiu tylko po to, aby móc je potem ze spokojnym sumieniem odłożyć na półkę (śmiech). Jest w tym pewnie jakiś męski kult posiadania, ale lubię swoją kolekcję na tyle, żeby ją ciągle poszerzać i uzupełniać o nowe pozycje. To trochę tak jak z kolekcją filmów - nigdy nie wiesz na obejrzenie którego będziesz miał ochotę. Podobnie jest z muzyką. Nikt nie lubi się ograniczać w swoim hobby i ja nie jestem wyjątkiem. Mam ten sam fetysz co każdy kolekcjoner płyt winylowych: lubię je czyścić, układać i kategoryzować bez względu na porę. Podoba mi się ich zapach, faktura i to uczucie kiedy kładziemy na nich igłę gramofonową, tylko po to żeby za chwilę móc śledzić teksty piosenek na opakowaniu. Przy płytach kompaktowych nie ma już takiego uczucia, że nie wspomnę o plikach MP3 i całej cyfrowej kulturze. Sam nigdy nie słucham muzyki z plików i każdemu zdecydowanie odradzam takie rozwiązanie.


Naprawdę nigdy?


Nigdy! Chociaż… skłamałbym twierdząc, że absolutnie "nigdy". Jeśli akurat muszę czegoś posłuchać i zapoznać z materiałem to korzystam z tej formy. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze kiedy mam ochotę zanurzyć się w jakichś dźwiękach to sięgam po czarne płyty lub w ostateczności kompakty.


Co tak na dobrą sprawę znajdziemy w twojej kolekcji? Kompendium wiedzy progresywnego rocka?


Nie znajdziesz u mnie nowego hip-hopu, soulu, r&b czy mainstreamowego popu. Szczerze powiedziawszy w ogóle nie przepadam za nowymi rzeczami. Nie podoba mi się ich struktura. To czego natomiast znajdziesz u mnie pod dostatkiem to muzyka, którą nazywam "organiczną". Oczywiście jest to bardzo szerokie pojęcie, w którym mógłbym zawrzeć niemal każdą płytę z lat 70., nie wyłączając z tego jazzu i popu. Uwielbiam takie zespoły jak Abba, Bee Gees czy The Carpenters. Wszystko co ma w sobie ten organiczny element i osobowość - jest w kręgu moich zainteresowań. Z nowszych rzeczy lubię posłuchać dobrej muzyki elektronicznej. Ciężko tu może nazywać Aphex Twin czymś nowszym, bo facet nagrywa już przecież od 25 lat. Podobnie zresztą sprawa się ma ze Squarepusher czy Autechre - uwielbiam tych gości. Staram się nie lawirować wokół jednego konkretnego gatunku. Szukam po prostu rzeczy, które mają osobowość i nie trzymają się aż tak kurczowo swojego nurtu. Czego nie można powiedzieć o 99 procentach muzyki jaka powstaje dzisiaj. Mam wrażenie, że większość płyt jaka jest nam serwowana to takie same produkty jak pasta do zębów czy proszek do prania - bez wyższego celu i jakiegokolwiek znaczenia dla kogokolwiek.


Chodzi ci o to, że wszystko jest dzisiaj wygłaskane do granic możliwości?


Dokładnie tak. Niemal wszystko co dzisiaj trafia do sprzedaży jest tak niesamowicie "czyste", że aż uszy bolą. Muzyka jest przemielona przez komputer, wokale brzmią jak syntezator, rytm został wyliczony co do 0,01 sekundy i wszystko brzmi idealnie. Problem w tym, że muzyka nigdy nie była idealna. Dzisiejsze produkcje nie mają tego starego dobrego "zgrzytu". Nie ma w tym nic organicznego i żywego. Jest to po prostu syntetyczny kawał mięcha bez smaku.


Czy dobrze cię rozumiem, że jesteś zdania, iż muzyka powinna być bardziej surowa?


Może nie tyle surowa, co naznaczona pewną dozą niedoskonałości. Nie ma chyba ludzi, którzy uważają, że istnieje coś takiego jak bezwzględne piękno. Zawsze jest jakaś skaza i to czyni rzeczy dużo bardziej interesującymi. To co mi się osobiście podoba i co odkryłem przy okazji mojej najnowszej płyty to, że równie ważna w tym wszystkim jest interakcja pomiędzy muzykami. Krążek ten był w całości tworzony na żywo w studio. Nagrywaliśmy to jak prawdziwy zespół, a nie indywidualne jednostki. Jest to coś, czego nie doświadczysz słuchając współczesnych płyt. Dzisiaj wszystko odbywa się modułami: wchodzi perkusja, pracujesz nad jej partiami przez tydzień, edytujesz kolejne trzy i przechodzisz do następnego instrumentu. Kiedy skończysz, a cały materiał brzmi "doskonale", nagle okazuje się, że jest to taka sama płyta jak dziesięć innych, które zostały wydane w tym samym czasie. Masz coś cyfrowego, a nie organicznego. Nie chodzi tu zatem o surowość i bycie niedokładnym, a raczej o zachowanie pierwiastka ludzkiego. Nie twierdzę, że moje płyty nie są dopieszczone, ale mam wrażenie, że udaje mi się zachować ten element rozmowy pomiędzy muzykami, którego na pewno nie znajdziesz dzisiaj w mainstreamowej muzyce.


Czy określiłbyś swoją muzykę mianem "radosnej"? Jakie emocje chcesz wzbudzić w słuchaczach?


Bardzo dobre pytanie. Nigdy się w sumie nad tym nie zastanawiałem. Jeśli o mnie chodzi smutna i melancholijna muzyka ma zupełnie odwrotny skutek. Bardzo często odnajduję w niej nadzieję i energię do działania. Ma to pewnie coś wspólnego z poczuciem empatii. Kiedy słuchasz muzyki, która opowiada o samotności, żalu i utracie kogoś bliskiego masz wrażenie, że nie jesteś osamotniony w swoim bólu. Te uczucia są uniwersalne i każdy przynajmniej raz w życiu miał moment, w którym był przez nie zdominowany. Nie bez powodu wśród najlepszych utworów wszech czasów można znaleźć tyle ballad. Na zewnątrz mogą się one wydawać bardzo przygnębiające, ale kiedy się w nie wgryziemy, okazuje się, że są piękne i pozwalają choć na chwilę poczuć ulgę. Sam zawsze lepiej rozumiałem się z mroczną i smutną strona muzyki. Co ciekawe, to właśnie te radosne dźwięki powodują u mnie przygnębienie (śmiech). Może nie zawsze, ale kiedy słyszę bezmyślną muzykę klubową dosłownie wpadam w depresję. Pewnie nie jest to do końca normalne, ale nic nie jestem z tym w stanie zrobić.


Rozumiem, że również kiedy tworzysz muzykę nie jesteś w szczególnie radosnym miejscu ze swoimi myślami?


Dokładnie tak.


Uważasz się zatem za szczęśliwego człowieka?


Wydaje mi się, że tak. Nie jestem do końca pewien, co miałoby się pod tym terminem kryć, ale mam wrażenie, że jestem zadowolony z tego jak wygląda moje życie. Jest tak głównie z dwóch powodów. Po pierwsze mam dokładnie taką pracę jaką chcę mieć. Jeśli nie zajmowałbym się muzyką na poważnie to na pewno robiłbym ją hobbistycznie. Jest to na tyle ważny element mojego życia, że traktuję go jak swego rodzaju katharsis. W ten sposób mogę pozbywać się wszystkich negatywnych rzeczy, które kłębią mi się w głowie. Właśnie dlatego komponuję głównie wtedy kiedy coś mnie smuci. Dzięki muzyce mogę to wszystko przekuć w dźwięk. Są to moje egzorcyzmy, które pomagają mi być szczęśliwym człowiekiem. Jedni idą na siłownię, inni pograć w piłkę nożną żeby pozbyć się swoich demonów. Bycie muzykiem daje ci po prostu jeszcze jedną furtkę, przez którą możesz przejść.


Czy w takim razie jesteś niepoprawnym pracoholikiem? Masz jakieś inne hobby?


Moja praca jest już swego rodzaju hobby. Dzięki niej mogę podróżować po całym świecie, poznawać nowych ludzi, pracować z nimi i imprezować za jednym zamachem (śmiech). Do tego stopnia mnie to pochłania, że czasami granica pomiędzy pracą a dobrą zabawą się po prostu zaciera. Jeśli na przykład jestem w studio z moim przyjacielem, pijemy wino i piszemy wspólnie muzykę rozmawiając przy okazji o niej to ciężko to tak naprawdę nazwać pracą. Nie gram w gry komputerowe, nie oglądam telewizji i nie mam dzieci - zdziwiłbyś się ile ciekawych i kreatywnych rzeczy można dzięki temu zrobić.


Nie masz czasami ochoty stać się w końcu dla kogoś ojcem?


Może któregoś dnia, ale w tej chwili nie odczuwam takiej potrzeby. Nie mam własnej rodziny i nie brakuje mi tego. Nie uważam również, aby nieposiadanie rodziny było czymś dziwnym i rzadkim. Coraz więcej osób świadomie dokonuje takiego wyboru. Być może kiedyś dorobię się nawet całej gromady dzieciaków, ale obecnie w moim życiu jest tak wiele różnych powodów do radości, że nie potrzebuje kolejnego.


Masz dzisiaj 45 lat i całkiem sporo krążków na swoim koncie. Nie masz czasami wrażenia, że muzycznie w pewnym momencie swojej kariery osiągnąłeś szczyt własnych możliwości?


Większość artystów zapytanych o najlepszą płytę w ich życiu odpowie ci, że jest nią ostatni album. Niestety, ja nie jestem wyjątkiem (śmiech). Absolutnie szczerze mogę ci powiedzieć, że ilekroć pracuję nad jakimś krążkiem mam namacalne wrażenie, iż jest to dzieło mojego życia. Naprawdę w to wierzę. Pewnie są ludzie, którzy mówią tak tylko w celach promocyjnych, ale u mnie nie ma aż takiego ciśnienia (śmiech). Artystycznie mam wrażenie, jakbym dopiero zaczynał swoją przygodę z muzyką. Wydaje mi się, że gdyby tak nie było i miałbym poczucie, iż z każdą kolejną płytą obniżam swoje loty, to strasznie ciężko byłoby mi się zmusić do robienia czegokolwiek w tym temacie. Tymczasem ciągle napływają mi do głowy świeże pomysły. Muzyka, którą napisałem na tym albumie jest najlepszą jaką kiedykolwiek miałem okazję komponować. Częściowo jest tak pewnie dlatego, że pisałem ją z myślą o konkretnych muzykach, którzy wiedziałem, że będą w stanie ją poprawnie zinterpretować. Dorównanie im było dla mnie wielkim wyzwaniem i ogromną motywacją do pracy.


Ostatnie trzy lata były dla ciebie bardzo intensywne pod kątem wydawniczym: nagrałeś płytę Storm Corrosion, Porcupine Tree, Blackfield i kilka rzeczy solo. Gdzie się tak spieszysz?


A dlaczego miałbym się nie spieszyć? (śmiech) Wynika to z tego, że bardzo lubię współpracować z innymi. Każdy kolejny projekt oznacza możliwość wymiany pomysłów i tworzenia wspaniałych dźwięków. Pracując z Timem w No-Man czy Avivem w Blackfield mogę uczyć się od nich i samemu dorzucać swoje trzy grosze. Wszystkie te doświadczenia różnią się od siebie pod wieloma względami. To trochę tak jakby zapytać kogoś dlaczego tyle podróżuje? Różnorodność zawsze powinna być główną przyprawą naszego życia.


Nie masz jednak wrażenia, że ponieważ jest to wszystko tak mocno skondensowane w czasie zaczniesz się w którymś momencie powtarzać?


Oczywiście, że się tego obawiam. To uczucie towarzyszy chyba każdemu, kto coś tworzy. Nieważne czy malujesz obrazy, piszesz książki czy reżyserujesz filmy - strach przed pustą stroną, której nie będziesz w stanie niczym zapełnić jest ogromny. Im dłużej się czymś zajmujesz, tym lista rzeczy "do zrobienia" się skraca, a wydłuża ta z nagłówkiem "zrobione". W związku z tym w każdym budzi się gdzieś obawa, że już to kiedyś zrobił. Sam mam paranoję na tym punkcie. Obawiam się, że kiedyś albo przestanę mieć o czym pisać albo zacznę w kółko robić to samo. Zresztą samo pisanie zawsze było dla mnie bardzo bolesnym procesem. Niezwykle ciężko jest stworzyć coś z niczego i pewnie dlatego większość ludzi kradnie pomysły innych. Nie ma w tym nic szczególnie haniebnego. Każdy inspiruje się twórczością innych ludzi, więc naturalnie na jakimś etapie zapożyczamy te elementy. Ja nie jestem wyjątkiem. Kradnę co się da i przekłuwam to na coś własnego. Mam tylko nadzieję, że nie zabraknie mi nigdy siły i motywacji, bo inaczej to ja będę miał przerąbane (śmiech).


SPRZĘTOLOGIA
• gitary: AlumiSonic Custom, Fender Stratocaster, Gibson Les Paul, Ovation (akustyk, Nashville tuning), PRS Custom 22, PRS Baritone, PRS P22 (z piezo)
• wzmacniacze: BadCat Lynx 50, BadCat Hotcat 30, Vox AC-30
• efekty: Analog Man Sun Face Fuzz, Analogman Mini Bi-Comp, BadCat 2-Tone Distortion, Boss SD-2 Dual Overdrive, Boss DD-20 Delay, Boss RT-20 Rotary TwinDunlop CryBaby, Karl Martin Compressor, Klon Centaur, Line 6 Echo Pro, Option 5 Destination Rotation Single Vibe, Plosive Electronics May Treble Booster Pedal, Source Audio Soundblox Multiwave Guitar Distortion, TC Electronic G-System, TC Electronic TC TonePrint Shaker, TC Electronic TC TonePrint Hall Of Fame, TC Electronic Flashback
• akcesoria: Dunlop Tortex 1.0mm (kostki), Boss FV-500L Stereo Volume Pedal, Boss Chromatic Tuner, Ernie Ball Volume Pedal, Peterson Strobe, TC Electronic PolyTune

Marcin Kubicki, Krzysztof Inglik

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie