Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ryszard Sygitowicz

Ryszard Sygitowicz

Niewielu jest muzyków, których można zaliczyć do grona Gigantów Gitary, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że Sygit zapracował na to miano długo przed powstaniem zespołu o takiej nazwie.

Gdyby spisać listę Jego dokonań, w szczególności w charakterze skromnego często anonimowego sidemana, zapewne sięgnęłaby ona limitu znaków przewidzianego na niniejszy tekst.

Kto założył Gigantów Gitary?


Wszystko zaczęło się w roku 2000, wymyślił to Jurek Gardziel, który przez pewien czas był współmenedżerem Perfectu. Znał muzyków z różnych kapel, między innymi Jacka Królika. Zaproponował nam, żebyśmy stworzyli taką formację. Pierwszy raz zagraliśmy jako Giganci w 2000 r. bodajże w Bochni. Jurek wyjechał do USA, a my dalej prowadzimy ten projekt.


Słyszałem, że w tym zespole obowiązuje zasada, że jeśli ktoś nie umie grać bez próby, wypada ze składu.


Można tak powiedzieć, bo dewizą, która nam przyświeca jest zakaz robienia prób pod żadnym pozorem - każdy ma przyjść na koncert przygotowany na tyle, na ile może. Co do repertuaru umawiamy się wcześniej, a na próbie dźwięku ustalamy tylko drobne szczegóły i lecimy! Przez dwanaście lat przewinęło się przez nasz zespół wielu muzyków, np. Marek Raduli, Jurek Styczyński, Wojtek Hoffman.


Mam wrażenie, że to dla was bardziej zabawa, niż coś poważnego - czy tak jest?


Oczywiście, że zabawa. Mieliśmy w planie nagranie płyty, ale to wymaga własnego repertuaru. Nie byłoby z nim żadnego problemu, ale nie wiem, czy miałoby to sens i czy by oddało charakter tego, co robimy razem na scenie. Gramy covery, więc chyba lepszym pomysłem byłoby zrobienie DVD - wtedy można by pokazać, co się dzieje na scenie, jak ludzie reagują i jak dobrze się wszyscy bawimy.


Chociaż jesteście muzycznie "z różnych bajek", to gracie sporo korzennych utworów, od których w rocku właściwie wszystko się zaczęło.


Kiedyś słuchało się Zeppelinów, Purpli, Hendrixa. Ja zaczynałem naukę gry od Alvina Lee z Ten Years After, który wówczas był okrzyknięty najszybszym gitarzystą świata. Zwalniałem taśmę magnetofonową, próbując coś wychwycić. Potem wziąłem na warsztat Blackmore'a i Hendrixa. Na początku cała moja nauka polegała na zrzynaniu ich solówek.


Z dzisiejszej perspektywy to najbardziej wymagające. Dziś wszystko jest podane na tacy - szkoły, transkrypcje, itp.


To była bardzo żmudna robota, a ile wściekania się. Jak się zwolniło taśmę, to dźwięki były niższe, ale jakoś się udawało. W liceum miałem zespół, w którym tylko ja byłem ze szkoły - pozostali byli spoza i już wtedy grał ze mną Piotrek Szkudelski na bębnach. Graliśmy między innymi "Highway Star". Na płycie była solówka w dwugłosie i zastanawialiśmy się, jak to wykonać na koncercie. W końcu nagrałem na taśmę magnetofonową drugi głos, a kolega w odpowiednim momencie puszczał tę taśmę i albo się zgodziło, albo się rozjechało.


Dzisiejsze sample i loopy to żarty przy takim wyczynie.


Ja to robiłem na początku lat siedemdziesiątych. Później zacząłem kombinować swoje zagrywki i kształtować własny styl grania.


Nagrałeś trzy płyty solowe (dwie z późniejszą kompilacją na CD), stworzyłeś też wiele utworów i solówek dla różnych artystów. W jaki sposób pracujesz nad kompozycjami?


Z tym jest różnie. Muzycy zwykle mówią, że mają natchnienie czy coś takiego. Rzeczywiście są takie momenty, że coś niespodziewanie wpadnie do głowy - czasami w pociągu, czasami w samochodzie, wtedy wyjmuję telefon czy dyktafon i coś sobie notuję. Kiedyś w pociągu na kartce wyrwanej z gazety narysowałem pięciolinię i zapisałem jakąś melodię. Normalnie siadam z gitarą i sobie próbuję - albo coś wyjdzie, albo nie wyjdzie. Czasem człowiek ma tę wenę, czasami nie. Czasem siedzę i coś wymodzę, bo jest jakieś zamówienie, innym razem coś wpada do głowy, biorę gitarę i zaczynam nad tym pracować.


Co zazwyczaj wpada do głowy pierwsze? Melodia czy progresja akordów?


Z tym też jest różnie, najczęściej melodia połączona z jakąś harmonią, albo jest to jakiś riff gitarowy, do którego później staram się coś znaleźć. Czasem wpada na raz wszystko, innym razem refren okazuje się kiepski w stosunku do tego jaki pomysł miałem na zwrotkę, czy odwrotnie - wtedy zostawiam to na przeczekanie. Kiedyś miałem taki przypadek, że utwór, który śpiewam na płycie z Grześkiem Markowskim "Go Go - Shake Your Body" powstawał w dwóch etapach - miałem pomysł na zwrotkę, a pomysł na refren przyszedł dopiero po paru latach. Nie robię nic na siłę - jeśli pomysł nie przychodzi, albo się nie rozwija - odkładam to do szuflady i czekam.


W jednym z wywiadów podobnie określiłeś swoje podejście do grania - nic na siłę.


Są ludzie, którzy chcą być takim wiatrem na gryfie i grać tak szybko, żeby nie było widać palców, tylko nic z tego nie wynika. Jeśli ktoś tylko przebiera palcami to nie ma sensu, jeśli muzyka nie idzie z duszy, a do tego często nie jest nawet osadzone w rytmie. Znam wielu gitarzystów, którzy mają świetną technikę, ale na przykład nie mają poczucia frazy. Moim zdaniem granie nie powinno być wymuszone, tylko rzeczywiście jeżeli ma się jakąś tam miłość do gitary i do muzyki to wszystko samo przychodzi. Jeżeli coś jest robione na siłę, to raczej sensu nie ma. Podobnie jest z kompozytorami. Świat się zmienia, mam wrażenie, że wiele utworów puszczanych w radio jest robionych nie w sensie artystycznym, by to co miałem w głowie i w duszy mogło się ujawnić, tylko dużo rzeczy jest robionych pod publikę, żeby nadawało się do sprzedania, przez to, że jest proste. Wielu ludzi upatruje w graniu sposób na zarabianie pieniędzy, a to jest szkodliwe dla sztuki.


Przykładem sztuki jest niewątpliwie elitarny projekt Chopinowski, w którym bierzesz udział. Gracie stosunkowo rzadko, ale każdy z koncertów jest dużym wydarzeniem.


To się zaczęło od roku Chopinowskiego 2010. Zagraliśmy niecałe dwadzieścia koncertów, ale w różnych krajach. Oprócz Europy graliśmy pod piramidami w Egipcie, na Wystawie Światowej EXPO 2010 w Szanghaju, niedawno w Meksyku, gdzie akurat zastąpił mnie Damian Kurasz. Jest to o tyle ciekawe, że koncert składa się z trzech części - klasycznie Chopina gra na fortepianie Janusz Olejniczak, na jazzowo Leszek Możdżer, na końcu my i uderzamy na rockowo. Aranżacje do tej części zrobił Jacek Królik razem z pianistą Michałem Jurkiewiczem. Jest to dobrze wymyślone - gramy na trzech gitarach - ja, Jacek i Marek Raduli, towarzyszy nam znakomita sekcja. Do tego jeszcze dochodzi balet - to piękne i różnorodne widowisko.


A propos różnorodności - dawno już chciałem Cię zapytać o jedną płytę, a mianowicie "Piosenki z plecaka Tik-Taka". Jak tam trafiłeś?


Dokładnie tego nie pamiętam, bo nagrywałem to w biegu, tuż przed odlotem do Stanów Zjednoczonych z małą Natalką Kukulską, która wtedy śpiewała "Co powie tata?" i "Puszek Okruszek". Przyjaźniłem się z Jarkiem Kukulskim. Kiedyś pracował nad płytą Felicjana Andrzejczaka i zapytał mnie "Sygit, może byś coś napisał dla Felka?". Napisałem ze trzy utwory, a po jakimś czasie pytam "Jarek, przecież mogłeś sam napisać całą płytę. Dlaczego chciałeś moje kawałki?", a on na to "Bo Cię lubię!" - od tego się zaczęło. Potem Jarek brał mnie na gitarę do nagrywania swoich utworów, między innymi dla Natalii. Tuż przed tym wyjazdem do USA, w 1988 r. Pan Tik-Tak, czyli Krzysiek Marzec, z którym znałem się od lat szkolnych poprosił, żebym nagrał partie gitar do piosenek dla dzieci. Nagrałem, poleciałem i zupełnie zapomniałem o całej sprawie. Dopiero po kilku latach przypomniał mi o tym i jak posłuchałem to poznałem swoje dźwięki.


Krótko mówiąc, pozamiatałeś z plecakiem - dosłownie i w przenośni. Wszystkie dzieciaki w Polsce tego słuchały. Ja do dziś mam tę płytę winylową i nigdy jej nie sprzedam. Jak już tak grzebiemy w przeszłości to wypada zapytać o pierwszą płytę Perfectu. Jak wyglądały tamte czasy?


Wiadomo, że nie było radośnie, ale z drugiej strony myślę, że każdy człowiek nawet najgorsze czasy będzie wspominał ze względu na swoją młodość. Ja może po prostu nie odczułem tych wszystkich dolegliwości stanu wojennego, bo wciąż siedziałem w muzyce, cały czas coś robiłem. Ci, którzy działali w podziemiu, walczyli i siedzieli w więzieniach mieli naprawdę ciężko, ale przeciętny człowiek robił swoje. Myślę, że niektórzy teraz wyolbrzymiają opowiadając jakimi byli męczennikami. Hołdys zebrał nas razem i zaczęliśmy próbować w kanciapie w klubie Stodoła w Warszawie. Siedzieliśmy tam pół roku prawie dzień w dzień i cedziliśmy każdy utwór. Czasem wyglądało to tak, że kiedy utknęliśmy w jakimś momencie, to pół próby siedzieliśmy w ciszy, bo każdy bał się wychylić z jakimś głupim pomysłem. W końcu ktoś coś proponował i albo się śmialiśmy, albo robiliśmy z tego kolejny kawałek utworu. Powstało tam w sumie z dziesięć utworów. Bardzo dobrze wspominam tamten okres - to było twórcze, a pierwsza płyta zrobiła furorę. Mam do niej ogromy sentyment i myślę, że jak na tamte czasy była bardzo dobra. Dałem tam wiele swoich pomysłów aranżacyjnych. W "Nie płacz Ewka" Zbyszek nagrał podstawową partię, a ja chyba ze trzy gitary, w tym "slide" zapalniczką.


Dlaczego akurat zapalniczką?


Pasowała mi, bo nie miała szklistych poświstów jak rurki stalowe czy szklane - zapalniczka jest matowa, więc nie świszczała. Po latach dowiedziałem się, że Hendrix też grał zapalniczką. Kiedyś też bardzo fascynowała mnie gitara steel - tak powstał patent w zakończeniu "Nie płacz Ewka" - dwie struny złapane jednym palcem, trzecia podciągnięta.


Bardzo rozpoznawalny jest też Twój riff w piosence "Bujanie w obłokach".


To akurat wymyśliłem w Stanach, tę piosenkę chciał zaśpiewać Janusz Panasewicz, ale zwlekał i dałem to do Perfectu.


Nie wiem, czy to na miejscu, ale Czytelnicy chcieliby wiedzieć jak często ćwiczysz.


Rozgrzewam się przed koncertami; kiedy mam się czegoś nauczyć albo coś sobie przypomnieć. Czasem podchodzę do gitarki bardziej od strony kompozytorskiej. Jeśli chodzi o ćwiczenia, to szczerze mówiąc już mi się nie chce. Gdyby mi się chciało, może bym się trochę podciągnął, ale w moim wypadku… Wiesz… (śmiech). Nie chodzi o to, że to nie jest potrzebne, tylko, że jestem leniem.


Nie wierzę!


W technice choćbym ćwiczył i ćwiczył, to i tak nie dogonię Królika, więc po co go gonić?


Podobno właśnie o to chodzi, żeby gonić króliczka… Królika!


Ja mam jakieś inne walory - swoje dźwięki, inaczej artykułuję, gram jakieś swoje przebiegi, jakiś swój styl, który z resztą Jacek kiedyś podpatrywał. Jedna koleżanka mi opowiadała, że kiedyś przyszedł nagrywać coś dla niej i spytał "Jak mam zagrać solówkę? Jak Blackmore, Sygit, czy ktoś inny? Mogę Ci zagrać Sygita". I zagrał! To było miłe, że przez moment byłem jakimś pilotem dla Jacka.


Nie tylko dla Niego - ostatnio do Redakcji znów trafiły pytania o nuty do Twojej wizytówki, czyli "Cavalcado", którego transkrypcję opublikowaliśmy kiedyś w Gitarzyście (10/2006).


Ja sam nie mam tych nut. Natomiast przypomniało mi się jak w czasach hippisowskich kiedy chodziliśmy obwieszeni różnymi koralikami, Leszek Winder miał przypiętą do paska jakąś taśmę magnetofonową. Zapytałem go, co tam ma na szpuli, a on odpowiedział z dumą "To są moje solówki!".


W razie wojny, wszystko przy sobie.


Wojna to akurat zastała mnie w Bejrucie. Na hotel, w którym grałem leciały bomby. Siedzieliśmy kilkanaście dni na najniższym poziomie parkingu podziemnego i zastanawialiśmy się, czy któraś w nas trafi. Połowa budynku została zburzona. W dniu zawieszenia broni wywieziono nas przez zaminowane drogi w inne okolice, gdzie nie było walk. Stamtąd dotarliśmy do Syrii, do Damaszku. Na granicy baliśmy się że porwą dziewczyny z naszego zespołu, do tego co chwilę ktoś przychodził i szturchał mnie kałasznikowem.


A miało być spokojne granie w hotelu…


Innym razem w Emiratach Arabskich było miło i spokojnie, podobnie swego czasu w Skandynawii. W Polsce przez parę tygodni też grałem w knajpach. Uważam, że takie granie rozwija muzycznie, bo człowiek styka się z różną muzą, trzeba grać różny repertuar, przez co staje się bardziej biegły harmonicznie - od razu łapie, jaki akord może być następny i zaczyna szybciej myśleć muzycznie.


Co Ci się ostatnio spodobało?


Fajną kapelą są Bracia - obaj znakomicie śpiewają, a Wojtek jeszcze świetnie gra na gitarze o czym przekonałem się, gdy wystąpili z nami na koncercie Gigantów. Poza tym Coma, ale tak naprawdę nie ma u nas zbyt wielu kapel rockowych. Wszyscy rzucili się w komercję i zarabianie kasy. Z drugiej strony duże radia nie grają rocka i robi się błędne koło. To smutne.


Na czym grasz?


W tej kategorii jestem bardzo kiepski. Nie chodzi o to, że mam kiepski sprzęt, tylko mam kiepskie wiadomości na jego temat - to znaczy, w ogóle mnie to nie interesuje. Od lat trzymam się Gibsona Les Paula i Music Mana. Kiedyś Grzesiek Skawiński spytał jaką mam gitarę. Odpowiedziałem mu, że "Ibaneza". On na to że wie, ale jaki model? Niestety nie wiedziałem. Śmieszność tej sytuacji polegała na tym, że ja jestem zielony, a Grzesiek wie wszystko, na zasadzie: tę śrubkę wyprodukowano w fabryce pod Liverpoolem, która powstała w roku…, itd.


Bodajże Elton John zapytany kiedyś jaki życzy sobie wzmacniacz, odpowiedział "Taki, który działa!".


Jestem podobnego wyznania! Kupując gitarę zazwyczaj nie trwa to dłużej niż kilkanaście minut. Uderzam parę razy, jeśli wszystko się zgadza i podoba mi się brzmienie, płacę i wychodzę. Nie zastanawiam się co jak jest zbudowane. Jeśli chodzi o sprzęt, to mam zaufanie do Marka Raduli, który pieczołowicie dba o sound. Nie zmieniam gitar bez potrzeby, ani nie jestem fanatycznym kolekcjonerem. Posiadam akustyczną Takamine Santa Fe z małym pudłem, ale zaskakująco mocnym dołem. Mam jeszcze starą akustyczną dwunastkę Yamaha, którą dostałem w dniu ślubu Janka Borysewicza. Wracałem wtedy z koncertu, w nocy na dworcu kupiłem książkę "Leksykon Gitary" i budzik, żeby Janek mógł wszędzie zdążyć. Wpadłem z tym spóźniony na wesele, a On dał mi prezent w postaci gitary, na której nagrał "Zawsze tam gdzie ty". Wcześniej pożyczałem ją do nagrania "Kołysanki dla Nieznajomej". Janek doszedł do wniosku, że do mnie ona bardziej pasuje. Później żartowaliśmy, że jest sknera, bo nie dał mi pokrowca (śmiech). Tak, czy inaczej Randalla, Musicmana i efekty kupiłem w Music Info, a resztę przywiozłem ze Stanów.


Co byś poradził młodym muzykom przygotowującym pierwszy koncert?


Jeżeli gra się koncert, nie należy brać się za coś, czego człowiek nie jest pewny. Trzeba grać rzeczy, o których wiemy, że dobrze wyjdą. W domu można ćwiczyć wszystko długo i namiętnie, ale przed ludźmi nie ma sensu silić się na rzeczy, które mogą nie wyjść, bo to spierdzieli cały efekt naszego występu. Obojętnie czy to solówka, czy jakieś trudne akordy, czy riff, z którym sobie nie radzimy. Po co komu plama? Eric Clapton czy Jeff Beck wcale nie grają szybko, ale bronią się fajnymi dźwiękami. Myślę, że każdy prawdziwy pasjonat znajdzie własną drogę do celu. Tego wszystkim im życzę.


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: Music Man Axis, Gibson Les Paul, Takamine Santa Fe (PSF-95), Yamaha 12-strunowa FG-420-12A
• Wzmacniacze: Randall RM100 (moduły: Deluxe, JTM, 1086), Rivera Knucklehead 100 W + Rivera K 412T
• Efekty: Route 66 Overdrive / Compression, Rocktron Nitro, Red Witch Famulus, Snarling Dogs Wonder Wah, Rocktron Tsunami, T. Rex Replica
• Struny: Ernie Ball
• Kostki: Ernie Ball Medium
• Kable: Laboga
• Inne: zapalniczka jako slide

Wojciech Wytrążek

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie