Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tony Iommi (Black Sabbath)

Tony Iommi (Black Sabbath)

Ozzy’emu Osbourne’owi w pierwszym singlu promującym dziewiętnasty album w karierze Black Sabbath, trudno jest uwierzyć w to, że "Bóg nie żyje". Mi dużo ciężej byłoby wziąć pod uwagę, że Śmierć czaiła się by odebrać nam Tony’ego Iommiego, który prowadzi obecnie walkę z chłoniakiem.

Nie da się jednak ukryć, że ekscytacja związana z płytą "13" w dużej mierze utrzymuje go w entuzjastycznym nastroju, a wsparcie kolegów z zespołu godne jest ojca heavy metalu. Ojca, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa...

Jak podsumowałbyś nagrania do albumu "13"?


To było fantastyczne. Same nagrania, jak i próby, powodują, że jesteśmy coraz bardziej zadowoleni z efektu naszej pracy. Nie wspominając już o koncertach.


Długie utwory pełne brudnych gitarowych riffów - ta płyta od początku miała tak wyglądać?


To był zdecydowanie proces, który trwał. Absolutnie nie spodziewałem się na początku nagrań, że wyjdziemy ze studia z takim materiałem, i że będę tak zadowolony. Myślę, że ten album idealnie pasuje do naszych trzech pierwszych krążków - to jest jedyne założenie, którego tak naprawdę trzymaliśmy się od początku. To nasz powrót do korzeni, lat kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z Black Sabbath.


Uważasz zatem, że fani tych albumów będą najbardziej usatysfakcjonowani?


Nie wątpię w to. Poza tym to naprawdę rewelacyjny album i jest naprawdę bardzo ciężki.


Czy wobec tego nagrywaliście "13" razem jak za starych czasów?


Dokładnie tak. Nie chcieliśmy rejestrować oddzielnie instrumentów. Dzięki temu wróciła ta stara magia zespołu.


Co zatem różniło te nagrania od tych z lat 70.?


Chociaż część utworów była efektem wspólnego jammowania, przyniosłem do studia riffy, które wydawały mi się warte wykorzystania. Przy nagrywaniu naszego debiutu nie było tak łatwo. Pierwsze dwa krążki nagraliśmy na dwóch czterośladowcach. Pierwszy w dwa dni, drugi w pięć. To było szaleństwo, bo nie mieliśmy pojęcia o procesie nagrywania. Przed rejestrowaniem piosenek na "Black Sabbath", byliśmy w studiu nagraniowym tylko raz, gdy produkowaliśmy demo składające się z dwóch utworów. Myślę, że z biegiem lat, kiedy technologia ewoluowała, gdzieś umknęło nam to, co było najważniejsze w zespole. Traciliśmy mnóstwo czasu i pieniędzy na cackanie się z materiałem - nie potrafiliśmy wykorzystać tego potencjału do naszych celów. Dzisiaj myślę, że jest już dużo lepiej. Mogę mieć odpowiednik poważnego studia nagraniowego w laptopie, nagrać wszystko na spokojnie i później pokazywać innym ludziom, by poznać ich opinie. Oczywiście nic nie odda wspólnego jammowania, ale jeśli chcemy posiąść jakiś punkt odniesienia, to ten sposób jest idealny.


Jak duży wpływ na nowe brzmienie miał Rick Rubin, produkujący album?


Rick faktycznie bardzo dużo nawiązywał do naszego debiutu. Kazał nam słuchać go w nieskończoność, aż w końcu przypomnimy sobie emocje, które towarzyszyły nam podczas nagrywania go. To było bardzo ważne, ten album był bardzo ważny, bo był ówcześnie namacalnym dowodem tego, że to wszystko dzieje się naprawdę - jesteśmy, nagrywamy i wydajemy płytę. Rick powtarzał też, że jesteśmy bluesowym bandem - zawsze nim byliśmy. Nie zrozum mnie źle, to nowoczesny facet i nie chodziło mu o to, byśmy zakotwiczyli się w tej przeszłości, ale musieliśmy wyjść od czegoś, i to był ten punkt od którego warto było zacząć, bo nadał całej pracy dobre wibracje. To najlepszy psycholog wśród producentów. Zmusił także Ozzy'ego do mieszczenia się w skali, by potem na żywo mógł wszystko odtworzyć.


Podobno to on również zaproponował wam do współpracy Brada Wilka...


Tak. Pierwotnie myśleliśmy o tym, by na płycie na perkusji grał Tommy Clufetos, który towarzyszy nam na koncertach. Nagrał on nawet parę demówek z "13". Rick zaproponował nam jednak Brada, który zaskoczył nas swoją uniwersalnością. Większość osób kojarzy go z Rage Against The Machine, a facet ma niesamowity, bluesowo- jazzowy feeling przez który idealnie wpasował się w prace nad naszym nowym krążkiem. Z perspektywy czasu to zabawne, że na początku byliśmy przerażeni ryzykiem wprowadzania kogoś chwilę przed nagraniem płyty, gdy w konsekwencji strzał okazał się dobry.


Na płycie znajduje się osiem utworów. Dużo gotowych kawałków odrzuciliście?


Dokładnie drugie tyle, ale wszystkie utwory ujrzą światło dzienne w formie różnych bonusów. Wiesz, jaki obecnie jest rynek (śmiech). Poza tym mnóstwo riffów i tekstów. Rick cały czas gonił nas do tworzenia. Mieliśmy zapisywać praktycznie każdą naszą myśl. Czuliśmy się trochę jak w szkole - była dyscyplina i mnóstwo pracy. Kiedyś pewnie 3/4 czasu spędzilibyśmy w pubie (śmiech). Ozzy wspomniał nawet, że nie wyobrażał sobie, że nagra kiedykolwiek album całkowicie z trzeźwym umysłem. Ostatnie lata nie były dla niego łatwym okresem.


To niesamowite, że cały czas mówisz o Rubinie w samych superlatywach. Przecież 10 lat temu próbowaliście współpracy i nic z tego nie wyszło.


Faktycznie. I tym razem zaczęliśmy od zera. Tamten materiał był wybitnie nieudany. Rick postawił pewne warunki, by zacząć jeszcze raz i teraz to się udało.


To wy wybraliście "God Is Dead" na singel promujący płytę?


Nie, wytwórnia, a my to zaaprobowaliśmy. To w sumie bardziej teaser tego, co dzieje się na płycie niż klasyczny singel, choćby ze względu na prawie 10 minut długości, ale ten kawałek świetnie pokazuje nad czym pracowaliśmy przez ten cały czas w studiu.


Skoro "13" to w dużej mierze powrót do waszych korzeni, co inspirowało was wtedy, gdy tworzyliście swój pierwszy krążek?


Słuchaliśmy dużo Beatlesów i Hendrixa. Ja szczególnie upodobałem sobie Johna Mayalla i The Bluesbreakers. Myślę, że byli fantastyczni. Ogromny w tym udział miał oczywiście Eric Clapton. Ten okres uważam zresztą także za najlepszy w jego karierze, pomimo bardzo dużej sympatii do Cream. Pod względem tekstów z kolei, inspiracją było dosłownie wszystko - nasze otoczenie, religia, wojny, problemy społeczne...


"13" to pierwszy album z Ozzym od czasów "Never Say Die!". Jak wspominasz nagrywanie tamtego albumu?


Okropnie. Wydaliśmy ten album nieomal "na siłę", chcąc mieć za sobą kontrakt płytowy. W zespole było wtedy bardzo źle. Mam wrażenie, że rozmawialiśmy ze sobą wyłącznie przez prawników. Zaczęła się też wtedy batalia o nazwę Black Sabbath. Co ciekawe, pomimo że był to bardzo przygnębiający okres, byłem przekonany, że jeszcze nagram coś z Ozzym pod tym szyldem. Prywatnie nigdy nie staliśmy w opozycji. Nasze problemy zawsze były czysto "biznesowe".


Pomimo tych niesnasek, pojechaliście na trasę i wzięliście ze sobą "niejaką" grupę Van Halen...


...a na poprzedniej trasie Boston. Dobrze dobieraliśmy sobie partnerów (śmiech). Wiesz, nie ma tu wielkiej tajemnicy. Po prostu podobało mi się to co robił Van Halen, a on był fanem Black Sabbath. Dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie.


Po tak wielu latach nasuwa mi się pytanie: czy kiedy na początku swojej kariery miałeś wypadek w wyniku którego straciłeś opuszki dwóch palców prawej ręki, nie myślałeś o tym, by zacząć grać drugą z nich?


Wiesz, gdybym wiedział wtedy to, co teraz wiem, zapewne bym tak zrobił (śmiech). Pamiętam, że uczyłem się już wtedy gry od dwóch czy trzech lat i uważałem, że to już jest cała wieczność, więc nie ma sensu zmieniać przyzwyczajeń. Dlatego - tak - prawdopodobnie wtedy należało tak postąpić. Niestety młody człowiek zazwyczaj ma mało cierpliwości. Dlatego właśnie doszło do tego, że używam do dziś plastikowych nakładek.


Kiedy wspominasz Ronniego Dio, jaka myśl przychodzi ci od razu do głowy?


Oczywiście jest mnóstwo wspomnień. Jednym z nich jest moment, w którym zaprosiłem go po odejściu Ozzy’ego z zespołu do domu w Los Angeles, w którym praktycznie mieszkaliśmy jako grupa. Nasze studio mieściło się w garażu. Zagrałem mu riff nad którym pracowałem, a on zaczął śpiewać. Od razu wiedzieliśmy, że to jest to. Pomimo, że spodziewałem się jak może zabrzmieć to połączenie, bo znałem muzykę Rainbow, byłem naprawdę poruszony myślą, co możemy razem nagrać.


Czy we wczesnych latach istnienia Black Sabbath spodziewałeś się, że tak długo utrzymasz się na scenie i że staniesz się dla wielu postacią wręcz historyczną?


Nie było szans by przeszło mi to przez myśl. Wiesz, Beatlesi przetrwali osiem lat. W optymistycznym wariancie stawialiśmy więc na to, że pogramy może z pięć, a gdy dotknął nas sukces liczyliśmy właśnie na osiem.


Porozmawiajmy chwilę o koncertach. Czy po tych wszystkich latach nadal czerpiesz satysfakcję z występów na żywo?


Nie robiłbym tego, gdyby było inaczej. Myślę, że czuję się tak samo jak kiedyś. To nie ma większego znaczenia czy grasz dla stu czy stu tysięcy osób. Robisz to dla kogoś, a każda z tych osób to jakaś historia. Z drugiej strony są koncerty, które są wyjątkowe, ale to raczej ze względu na to gdzie się odbywają. Siłą rzeczy zawsze odczuwam ogromny sentyment grając w rodzinnym Birmingham. W tym roku trasę kończymy w grudniu przed świętami właśnie tam.


Skoro już wspominasz o Birmingham - jak to miejsce wpłynęło na waszą muzykę?


To było okropne miasto ówcześnie (śmiech). Pracowałem w fabryce i było mi naprawdę ciężko. Chociaż wszyscy w okolicy mogli tak mówić. Dookoła działało mnóstwo gangów i nie było zbyt wielu perspektyw. Muzyka była jedyną ucieczką - i dla nas, najwspanialszą z możliwych.


Kiedy wy wydawaliście swój debiutancki krążek, Judas Priest rozpoczynało swoją działalność. Znaliście się?


Wiedziałem, że jest taki zespół. Ja i Ric Lee prowadziliśmy agencję pomagającą początkującym artystom. Jedną z takich grup było Judas Priest. Przekazałem im m.in. trochę sprzętu. Ostatecznie musieliśmy zamknąć ten interes, gdyż byłem na trasie w Stanach, a Ric robił coś z Ten Years After, więc nie miał kto tego pilnować. Jedyne co wiem z tego ostatniego okresu działalności to to, że w czasie gdy na miejscu byli tylko ludzie, których zatrudniliśmy, jeden z naszych agentów postanowił podebrać nam opiekę nad Judas Priest, co z perspektywy czasu pewnie rozbawi kilka osób.


Wracając do koncertów - ciężko ustala się Wam setlisty?


Nie tak bardzo. Oczywiście przy tylu utworach zawsze czegoś brakuje, ale zazwyczaj fani słyszą "Iron Man", "Paranoid", "Children Of The Grave", "War Pigs" czy "Black Sabbath". Powoli także wprowadzamy co kilka koncertów jakiś nowy utwór z "13", żeby przyzwyczaić wszystkich do tego materiału. Myślę również, że dodamy kilka niespodzianek, by to wszystko nie było tak przewidywalne (śmiech).


Koncerty nie będą łatwe w związku z twoim stanem zdrowia. Jak się czujesz?


Całkiem dobrze, choć nie było tak na samym początku gdy dowiedziałem się o chorobie.


Cofniemy się do tego czasu?


Ozzy namówił mnie żebym poszedł do lekarza, w związku z bólem w pachwinie jaki odczuwałem. Myślałem, że może to być problem z prostatą i szokiem było dla mnie, że to rak - chłoniak. Panicznie zacząłem zastanawiać się ile mi czasu jeszcze zostało. W nocy potrafiłem myśleć tylko o tym, że to już koniec. W zasadzie dla mnie rak był w tym momencie równoznaczny ze śmiercią. Odizolowałem się i zacząłem układać wszystko w głowie - wiesz, co sprzedam, czego się pozbędę, kto będzie przemawiał na moim pogrzebie i gdzie zostanę pochowany. Z drugiej strony było we mnie też dużo buntu przeciwko tej sytuacji. Powtarzałem sobie, że nie jestem gotowy, mam tyle do zrobienia jeszcze i lubię być tu, gdzie jestem.


Jak bardzo leczenie paraliżuje Twoją pracę w zespole?


Co sześć tygodni mam podawane przeciwciała, dzięki którym raczej nie grożą mi przerzuty. To dość nowatorskie leczenie, ale chciałem je wypróbować, pomimo że nie są znane wszystkie możliwe efekty uboczne. O skutkach samej chemioterapii nie będę ci opowiadał - na pewno nie raz o nich słyszałeś. Dojście do siebie po wizycie w szpitalu zajmuje mi około dziesięciu dni. Terminy koncertów są tak poustawiane, bym mógł wracać kiedy tylko potrzebuję. Poza tym z punktu widzenia muzyki nic się nie zmieniło. Nadal piszę i jestem tutaj. Zapewne cel w postaci płyty i trasy spowodował, że mam na czym się skupić i lepiej się czuję.


Poza płytą z Black Sabbath, pracujesz także nad wspólnym projektem z Brianem Mayem. Na czym polega ta kolaboracja?


Jakiś czas temu Brian odwiedził mnie w studiu i rozmawialiśmy o tych wszystkich riffach, które przez lata nagromadziłem i których nigdy nie wykorzystałem. Powiedział wtedy, że świetnie byłoby zrobić z nich kompilację. Tylko po co kompilować same riffy? Ano po to, by później fani mogli je wykorzystać do nagrania swoich utworów. W ten sposób ludzie, z którymi nigdy nie przyszło mi pracować, będą mogli spróbować wykorzystać moją pracę do stworzenia czegoś swojego. Niestety w tej chwili nie mogę powiedzieć nic więcej, bo projekt przez pracę nad "13" został chwilowo wstrzymany.


Czy jednak możemy liczyć na to, że ta współpraca na pewno dojdzie do skutku? 16 lat temu głośno mówiono o twojej kolaboracji z Robem Halfordem - nic z tego nie wyszło.


Nie widzę powodu by projekt z Brianem nie wyszedł. Sytuacja z Robem była zupełnie inna. Bob Marlette produkował w tamtym czasie płytę 2wo, projektu w którym uczestniczył m.in. John5 i właśnie Rob. Niestety facet wmawiał wszystkim, że dołączam do grupy jako jej członek, co nie było dokładnie prawdą. Szybko okazało się, że pomimo mojego uwielbienia dla Roba, nie mogę brać udziału w projekcie, w którym są ludzie uważający, że są ponad artystami i ważna jest dla nich wyłącznie kasa.


Trzy lata później za to, nagrałeś w końcu swój album solowy. Co wpłynęło na taką decyzję?


Pamiętam, że to działo się bardzo szybko. Gdzieś rzuciłem pomysł na ten album i nagle okazało się, że dziesiątki wokalistów chce współpracować ze mną. Szybko wpadłem na pomysł, że chciałbym również różnych perkusistów i basistów, by eksperymentować jak najwięcej. To było bardzo inspirujące i do dzisiaj jestem dumny z tego albumu.


Są jeszcze jacyś artyści z którymi chciałbyś coś nagrać?


Zawsze chciałem pracować z Frankiem Sinatrą. Na to jest już jednak za późno. Marzyłbym o nagraniu czegoś z Tomem Jonesem. Ma fantastyczny głos i fenomenalnie prezentuje się na scenie. Na jego ostatnim koncercie w Birmingham pojawiłem się nawet na backstage’u - rozmawialiśmy praktycznie aż do momentu kiedy wchodził na scenę. Niesamowity facet!


Zastanawiasz się czasami co pozostawi po sobie Black Sabbath, gdy już definitywnie zamknięcie tę historię?


Nie, co ma być to będzie. Dobrze, że w końcu udało nam się nagrać coś razem w tym prawie wymarzonym składzie. Co będzie dalej? Kto wie..

SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: Jaydee Custom SG (a.k.a. No. 1, The Old Boy), Gibson Barney Kessel, Gibson SG Standard Heritage Cherry, Custom BC Rich Ironbird, Tony Iommi Patrick Eggle Artist Custom, Epiphone P94 Iommi, Epiphone G-400 Iommi, Epiphone Riviera 12 string, Fender Stratocaster, Black Gibson Custom Shop SG,Black Gibson SG Standard, Red Gibson Custom Shop SG, Red Gibson SG (Monkey), Fender Stratocaster
• Wzmacniacze: Laney GH100TI Tony Iommi, ENGL Powerball, Marshall JCM800, EVH 5153, Laney 4x12"/Celestion G12H
• Efekty: Tychobrahe Wah Pedal, Line 6 MM4, DOD Octave Divider, Drawmer LX20, Boss OC-3 Super Octave, Boss RCE-10 Chorus Ensemble, Korg SDD 1000 Delay, Korg DLR8000 Delay, Peavey Addverb III, Rocktron Guitar Silencer, MXR stereo 15 band rack EQ, Ernie Ball 6166 Mono Volume Pedal, Boss Over Drive, Ibanez Flanger, MXR Phase 90, AnalogMan Chorus, Jim Dunlop Rotovibe, Jim Dunlop Univibe, Shure ULX P wireless, Pete Cornish Custom Foot Controller
• Akcesoria: struny LaBella 8-32 (strój #D) i LaBella 9-42 (strój #C), kable Mike Clement Custom, kostki customowe o standardowym kształcie i grubości pomiędzy thin a medium

rozmawiał Marcin Kubicki

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie