Kup Magazyn Gitarzysta

Gus G.

Naszego greckiego przyjaciela po raz pierwszy spotkaliśmy w San Francisco, podczas koncertu na rzecz Jasona Beckera.

Potem, między innymi na targach The Winter NAMM Show w Anaheim, gdzie prezentował swoje sygnatury ESP i kilka innych muzycznych gadżetów. Za każdym razem to samo wrażenie: koleżeński, otwarty, ze sporym poczuciem humoru i absencją "sodówki", jaka uderza wielu innym "znanym i podziwianym". Mystic Prophecy, Old Man's Child, Sigh, Nightrage, Arch Enemy, Dream Evil, wreszcie jego ukochany band: Firewind... Ale tak naprawdę, największą sławę przyniosła mu posada wiosłowego Ozzy'ego Osbourne'a, w którego zespole zaczął grać w roku 2009. Ladies & Gentlemen: Κώστας Καραμητρούδης, znany też jako... Gus G.

Gus, nie możemy zacząć tego wywiadu bez pytania o Jasona Beckera, bo tam się poznaliśmy. Możesz nam opowiedzieć o Twoich inspiracjach jego muzyką?


Wychowywałem się na muzyce shredderów, a Jason był jednym z nich. Jego album "Perpetual Burn" jest dla mnie w dużej mierze biblią, jak klasyka "Rising Force" Malmsteena. Tak więc udział w koncercie dla Jasona był dla mnie wielkim przeżyciem. Miałem już zaproszenie w 2011 roku, na poprzednią edycję, ale w związku z trasą nie mogłem wziąć udziału w tym przedsięwzięciu. W końcu więc mogłem się spotkać z nim i jego rodziną - a wcześniej udało mi się obejrzeć dokument "Jason Becker Not Dead Yet." Bardzo wzruszający film. Uwielbiam Jasona!


Kto jeszcze stanowił dla Ciebie muzyczne natchnienie?


Wielu innych gitarzystów, ale pierwszym gościem, przez którego wziąłem gitarę do ręki był Peter Frampton, który używał talkbox’a. Kiedy w wieku 9 lat usłyszałem jego płytę "Frampton Comes Alive", było pozamiatane... Potem przyszli kolejni gitarzyści - mój ojciec miał masę winyli i puszczał mi Santanę, Pink Floyd, Davida Gilmoura, czy The Eagles. W końcu przyszedł też czas na kapele takie, jak Scorpions, Guns’n’Roses, a potem Metallica i cięższe rzeczy. Natchnienie? Kiedy miałem 14 lat kolega z klasy dał mi kasetę Black Sabbath "Master of Reality" i wtedy nastąpił przełom w moim życiu. Ciężka muzyka, wyprodukowana przez Tony’ego Iommi - po prostu czad! Do dziś jest to moja ulubiona płyta Sabbathów. Drugim momentem zwrotnym był dla mnie album "Trilogy" Yngwie Malmsteena. Wiedziałem już, że chciałbym grać ciężkie rzeczy, ale do tego jeszcze doszedł ten wirtuozerski styl gry na gitarze, którym epatował Malmsteen. Od tego właśnie momentu zacząłem śledzić dokonania większości shredderów. Takie były początki.


Poszedłeś do Berklee College of Music w Kalifornii?


Wybrałem się na przesłuchania w sprawie stypendium, kiedy miałem 16 lat i udało mi się je dostać - 5 tygodni w czasie wakacji. Potem wróciłem już studiować w pełnym wymiarze. Ale po kilku tygodniach doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie i zrezygnowałem.


Jak rozpoczął się projekt Firewind?


Podczas studiów w Berklee zacząłem nagrywać z moimi kumplami z roku demówki pierwszych kompozycji. Na początku to było oczywiście słabe, ale ciągle nagrywałem nowe rzeczy i zacząłem je rozsyłać po wytwórniach. W końcu odezwał się David Chastain z Leviathan Records, który odpisał, że jestem niezły, żebym pracował nad własnym stylem i nagrywał. Po trzech latach udało mi się podpisać deal, a wtedy skompletowałem cały zespół - bo nie miałem wcześniej nikogo. Zaczęliśmy więc w zasadzie jako zespół mp3 (śmiech) - po prostu wymienialiśmy się plikami. Ja byłem w Grecji, a oni w Stanach. Tak się powoli rodziła nasza muzyka. Mieliśmy poczucie wspólnej misji, wiarę we własną siłę i wolę do walki o swoje, sami przeciwko całemu światu. Notabene do tego nawiązuje tytuł ostatniej płyty - "Few Against Many" - chociaż niektórzy interpretowali go jako polityczne odniesienie do sytuacji w Grecji.


Nie możemy w takim razie nie zapytać, jakie to było uczucie dzielić scenę w San Francisco z Uli Jonem Rothem?


Było super, choć to nie pierwszy raz. Graliśmy już razem parę jamów i zawsze jest to dla mnie niezwykła sprawa. W końcu Uli jest jedną z moich największych inspiracji. Mieliśmy okazję już kilka razy rozmawiać. Poznałem go na targach Musikmesse we Frankfurcie - podszedłem do niego i powiedziałem: "Cześć, jestem Gus. Nie znasz mnie, ale chciałem Ci powiedzieć, że mam zespół, który nazywa się Firewind". Od tego czasu jesteśmy w kontakcie i piszemy do siebie od czasu do czasu. To bardzo fajny i przyjazny gość.


Udzielałeś się w wielu różnych projektach jednocześnie - skąd brałeś czas na to wszystko?


Faktycznie,na początku grałem w wielu zespołach, np. w niemieckim Mystic Prophecy, Dream Evil ze Szwecji, z którym mieliśmy tour po Japonii i sprzedaliśmy sporo płyt. Ale to wszystko działo się w czasach, kiedy żaden z tych zespołów jeszcze nie miał porządnego kontraktu z wytwórnią. Po części wynikało to z tego, że nie znoszę zastoju. Jeśli mam jakąkolwiek przerwę, czuję się po prostu źle - muszę cały czas być w ruchu. Tak więc grałem, komponowałem i dobrze się bawiłem z ludźmi, a skończyło się na tym, że byłem w czterech zespołach na raz. I w końcu, gdzieś w 2005r., doszedłem do punktu, w którym powiedziałem - dość. I zostałem tylko z Firewind. Ten zespół to moje ukochane dziecko.


Jakbyś określił styl Firewind?


Ludzie mówią o nas "power metal band", ale sądzę, że to nie tylko to. Uważam, że nasza muzyka jest mocno inspirowana hard rockiem, heavy metalem, a do tego wplatamy także szybsze i cięższe rzeczy.


To co szykujecie na najbliższy rok?


Wydajemy album koncertowy - "Apotheosis Live 2012" - ukaże się 24 czerwca nakładem wytwórni Century Media Records i będzie zawierał aż 17 utworów. Nagraliśmy sporo materiału podczas tras w 2012 r. w Europie i trasy na 10-lecie w Grecji. Wybraliśmy z tego najlepsze, najciekawsze momenty i osobiście jestem z tej płyty naprawdę zadowolony. A już za chwilę ruszamy na tour Europie, gdzie mamy pobookowane festiwale w czerwcu i sierpniu: Włochy, Szwecja, Hiszpania, Wielka Brytania, Niemcy...


Wiemy, że odpowiadałeś już na to pytanie tysiące razy i jest to już pewnie dla Ciebie nudne, ale musimy zapytać…


Jak dostałem robotę u Ozzy’ego? (śmiech)


Wybacz, ale nie da się…


Nie ma sprawy, jasne. W 2009 r. ktoś z managementu Ozza przysłał mi maila z zapytaniem, czy nie byłbym zainteresowany przesłuchaniem na stanowisko gitarzysty w jego zespole. Oczywiście moja odpowiedź była krótka - jasne! Nauczyłem się więc całej kupy kawałków Ozzyego i poleciałem do LA na spotkanie, gdzie spotkałem się z Ozzem, jego zespołem i trochę pojammowaliśmy sobie razem. Wszystko poszło bardzo dobrze i potem zaprosili mnie, żebym zagrał z nimi jeden koncert, potem kolejny i zanim się zorientowałem już siedzieliśmy w studio i nagrywaliśmy płytę "Scream". (śmiech)


Jaka była twoja rola w cały procesie nagrywania tego albumu?


Nie było łatwo, bo wszystko już było napisane, skomponowane, a oni potrzebowali gitarzysty, który to wszystko nagra. Trzeba było także wymyślić partie solówek, więc miałem z tym trochę pracy. Ozzy, Sharon i producent powiedzieli "bądź sobą i nagraj to tak, jak czujesz." Dali mi w tym wolną rękę, pomimo tej ogromnej presji czasu. Efekt już słyszeliście...


Dobrze się z Ozzy’m pracuje w trasie?


Doskonale, to bardzo fajny i wyluzowany facet. Zawsze dba o nas wszystkich. To jest bardziej jak bycie członkiem rodziny, niż zespołu rockowego, więc jest bardzo przyjemnie. Ozzy jest duszą towarzystwa, ciągle opowiada kawały i anegdoty, jest wiecznie roześmiany - trudno nie czuć się dobrze w takim składzie. Poza tym, to jest dla mnie niezwykle ważne i dobre życiowo doświadczenie - w końcu jednym z powodów, dla których gram na gitarze był zespół Black Sabbath.


To co dalej z Waszą współpracą? Jakiś nowy album?


Na razie Ozzy zajęty jest promocją nowego wydawnictwa Black Sabbath. Potem pojadą pewnie w trasę na jakiś czas - wszystko będzie pewnie zależało od stanu zdrowia Tony’ego.


Możesz powiedzieć, czego aktualnie słuchasz? Co masz w słuchawkach?


Dobre pytanie. Czego dzisiaj słuchałem? Hmmm, zobaczmy co mam na warsztacie w tej chwili - (Gus wyciąga iPhone'a) - Joe Bonamassa "Driving Towards the Daylight".


Dużo słuchasz bluesowych kawałków?


Tak, bardzo lubię np. Gary Moore’a. Staram się włączać różne elementy do swojego grania. Na ostatniej płycie Firewind postanowiłem, że moje granie będzie bardziej techniczne niż kiedykolwiek, ale także z większą ilością emocji, niż do tej pory. I myślę, że się to udało. Dlatego słucham różnej muzyki, nie tylko ciężkiej. Nie lubię takiego kwadratowego grania, jakie dzisiaj można znaleźć w tych nowometalowych utworach. Zdecydowanie stawiam na "old school", więc w mojej płytotece znajdziecie artystów takich jak Uli Jon Roth, Michael Schenker, czy Gary Moore. No i wspomniany Joe Bonamassa...


Jak ważna jest dla ciebie ekspresja na scenie? Na koncercie w San Francisco byłeś jedynym chyba headbangerem. (śmiech)


Tak, dokładnie! (śmiech) Ale to dlatego, że pozostali artyści grali w zupełnie innych klimatach. Notabene słuchanie ich i patrzenie, jak grają było niezwykłe. Weźmy na przykład Richiego Kotzena - to absolutny mistrz w swoim fachu. Doskonale łączy rock, blues i funk w jednym. Uwielbiam jego styl. Sam uważam, że ekspresja jest niezwykle ważna, bo musisz czuć swoim ciałem każdą nutę i ja tak właśnie czuję moją muzykę. Przecież nie chodzi o to, żeby stać i tylko brzdąkać. Poza tym, kiedy grasz przed 20 tysiącami ludzi, musisz jakoś zatrzymać na sobie ich uwagę. Zaczynasz wtedy rozumieć, że dobry show jest bardzo ważny.


Czy dużo ćwiczysz?


Ćwiczę sporo w trasie, ale w domu rzadziej. Zawsze robię rozgrzewkę przed graniem, bo inaczej bolą mnie dłonie. Lubię przyjechać 2-3 godziny wcześniej do miejsca, w którym gramy i wtedy zaczynam rozgrzewkę, grając skale od góry do dołu. Jak już się rozgrzeję, to zaczynam sobie improwizować, wymyślać nowe riffy, itd.


Jak wygląda proces powstawania Twoich kawałków? Używasz iPhone’a do rejestrowania pomysłów?


Prawie cała ostatnia płyta studyjna Firewind powstała kiedy byłem w trasie z Ozzym - miałem sporo wolnego czasu pomiędzy koncertami, więc musiałem go czymś wypełnić (śmiech). Nawet się nie zorientowałem, jak miałem już dość pokaźny arsenał nowych pomysłów. Ale zazwyczaj po prostu gromadzę je w głowie, nie używam do tego telefonu, ani żadnego innego muzycznego notatnika. Jeśli ostaną się w głowie, to oznacza, że są dobre, a jak je zapomnę, to widocznie nie były warte nagrywania. Więc kiedy wracam z trasy i pamiętam jakieś swoje riffy, to nagrywam je w moim studio. W przypadku większości utworów, wszystko zaczyna się zazwyczaj od riffu, bądź leadu, czasem linii wokalnej. Potem pcham wszystko powoli do przodu i efekt mojej pracy wysyłam do wokalisty, prosząc żeby mnie czymś zaskoczył. Takie wzajemne inspirowanie się jest bardzo efektywne, wkład innej osoby może tchnąć w muzykę nowe życie. Przykładowo, ostatni album Firewind miksował w USA Jason Suecof, który pracował między innymi dla Trivium. Samo to spowodowało, że płyta brzmi inaczej, niż nasze wcześniejsze dokonania.


Czy nie czas już na twój solowy album?


Właśnie nad nim pracuję. Chciałbym, żeby ukazał się jeszcze w tym roku, może na jesieni, ale dokładnie nie potrafię powiedzieć, bo nie podpisałem jeszcze umowy z żadną wytwórnią. Mam już gotowy prawie cały materiał - część będzie instrumentalna, a część z wokalem.


I jaką tym razem stylistycznie drogę obrałeś?


Dobre pytanie. Większość z instrumentalnych kawałków jest mocno technicznych, shredderskich, natomiast utwory wokalne są bardziej w stylu klasycznego rocka. Nie wiem, jak ludzie zareagują na taką mieszankę, co sądzicie?


To chyba dobre podejście - w końcu Ty, to Ty, a nie zaszufladkowane kategorie. Dobrze będzie więc zobaczyć inną stronę Gusa G.


No właśnie, też tak myślę i liczę, że ludzie nie będą za bardzo zszokowani tym, co usłyszą. Bardzo mi się ta idea podoba, żeby wymieszać cały album stylistycznie. Będę współpracował z kilkoma niezłymi wokalistami, więc zapowiada się ciekawie, a zarazem zupełnie inaczej, niż to co znacie z Firewind. Nie ma przecież sensu robić kolejnej płyty Firewind, jako solowego albumu Gusa G. Trzymajcie więc kciuki!


Co byś na koniec poradził naszym młodym czytelnikom?


Jestem najlepszym przykładem powiedzenia, że wszystko jest w życiu możliwe. Jestem chłopakiem z Grecji, który realizuje swój amerykański sen, więc wierzcie w siebie. Wyznaczajcie sobie w życiu cele i realizujcie je krok po kroku, bez zbytniego pośpiechu, ale konsekwentnie. Pamiętajcie, że w muzyce nie ma drogi na skróty, trzeba do tego pracy, a nie tylko talentu. Nawet utalentowany gość nie będzie w stanie grać po pół roku tak, jak gitarzysta z trzydziestoletnim doświadczeniem. Musicie więc kochać to, co robicie, mieć pasję do muzyki i ćwiczyć jakby miało nie być jutra.


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: ESP RS NT3 "Gus G" Signature, ESP EC "Rock Art" Signature (przetworniki Seymour Duncan Gus G. Fire Blackouts)
• Wzmacniacze: Blackstar Blackfire 200 Signature + kolumny Blackstar 4x12
• Efekty: BBE G Screamer Signature OD, Morley Bad Horsie 2, Providence Chorus
• Akcesoria: Korg Pitchblack Tuner, struny Elixir (10-14-18-32- 42-56), kable Providence & Planet Waves, kostki ESP Gus G Custom (kształt a'la Jazz III XL, Tortex, grubość 1mm)

Michał Kubicki, Krzysztof Inglik
Zdjęcia: Hatzakis Photography

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie