Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Andrzej Czabański (Paulo Sergio)

Andrzej Czabański (Paulo Sergio)

Z Andrzejem Czabańskim, gitarzystą bydgoskiego Paulo Sergio rozmawiamy o nowej EP grupy, zatytułowanej "Phases". Poruszamy kwestie wszystkich zmian jakie zaszły w szeregach grupy, staramy się odpowiedzieć na pytanie czy z takim graniem odnajdą się polskiej scenie oraz snujemy wizję dalszej kariery zespołu.

Zanim przejdziemy do omawiania samej EP, nie sądzisz, że znalezienie pełnoetatowego perkusisty jest jak na razie chyba waszym największym sukcesem? (śmiech) Poprzedni perkusista był aż z Krakowa. Jak wtedy radziliście sobie z graniem, i czy brak tak istotnego ogniwa w zespole przeciągnął i tak długi okres oczekiwania na nowy materiał z Waszej strony?


Niewątpliwie jest to taki nasz mały przełom (śmiech) Tak naprawdę nigdy, ani Marcin, nasz były perkusista, ani my nie byliśmy do końca zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Mimo szczerych chęci i faktu, że Marcin jest naprawdę świetnym perkusistą, niektórych rzeczy zwyczajnie nie dało się przeskoczyć i granie na odległość zupełnie się u nas nie sprawdzało. Podróż z Krakowa do Bydgoszczy trwa 8 godzin, więc zrozumiałe jest to, że Marcin naprawdę nie był w stanie grać z nami regularnych prób. Zawsze graliśmy, dużo na raz, ale rzadko, przeważnie kilka stresujących prób tuż przed koncertami, taka kilkudniowa mobilizacja. Nie wspominając już o tym jak karkołomne było ustalanie dat koncertów. Może gdybyśmy byli zespołem bardziej doświadczonym funkcjonowałoby to lepiej, ale robiliśmy co się dało.

Myślę, że na długi czas oczekiwania złożyło się parę czynników, chociażby fakt, że ciągłe niepowodzenia nie są najlepszym bodźcem motywującym do pracy (śmiech). Jednak myślę, że kluczową determinantą było to, że pierwszy raz sami zajęliśmy się realizacją całych nagrań. Tak naprawdę pierwotnie chcieliśmy zarejestrować i wypuścić tylko jedną kompozycję jako zapowiedź czegoś większego. Jednak rzeczywistość kombinuje po swojemu i jako, że sami siebie nadzorowaliśmy wszystko przerodziło się w koszmarnie długi proces nagrywania i pisania materiału jednocześnie; poprawiania miliona szczegółów, dopisywania i dogrywania, a następnie usuwania dodatkowych ścieżek, zmieniania, przestawiania, myślenia i ponownego nagrywania. Na końcu okazało się, że zamiast jednego promo numeru "na szybko", nagraliśmy krótką ep, "na długo i mozolnie". (śmiech)


W końcu, udało się. Wypuściliście w eter trzy premierowe utwory, znacząco odstające od tego, czym najpierw zaskarbiliście sobie aprobatę fanów. Inspiracja For The Fallen Dreams odeszła w odstawkę na rzecz bardziej inteligentnego grania. Ja w tej muzyce, choć mocno utrzymanej w konwencji wciąż mało popularnego u nas djentu, słyszę echa progresywnego deathcore’a a’la The Contortionist. Mam rację?


Tak zgadza się, bardzo lubimy The Contortionist, ale jeśli chodzi o progresywny deathcore jak to nazwałeś czy inne djent-metalcorowe cuda, jest to chyba jedyny zespół z tego nurtu, którego rzeczywiście słucham. Może nasza muzyka jeszcze nie poraża oryginalnością, ale usiłujemy wypracować i znaleźć własną unikatową formułę i brzmienie. Nieustannie staramy się poszerzać paletę środków wyrazu, rozbudowywać alfabet jakim się posługujemy i czerpać jak najwięcej  inspiracji spoza gatunku z jakiego wyrastamy. Chcemy pisać muzykę swobodniej i bardziej precyzyjnie podkreślać w niej to, o co nam chodzi. "Phases" w moim odczuciu jest pierwszym trochę nieśmiałym krokiem w nowym kierunku i mam nadzieję, że zapowiada kolejne bardziej świadome zmiany na szerszą skalę. Uprzedzając nieporozumienia, to wcale nie znaczy, że następne nasze wypociny będą już absolutnym i nieskalanym niczym innym djentowym graniem. Przynajmniej taką mam nadzieję (śmiech). Szczerze mówiąc nie mogę zagwarantować, ze w ogóle będzie to djentowe granie. Chcemy wyłuskać najbardziej pierwotną energię, ładunek emocjonalny z naszej muzyki. Pisać dobre kompozycje, a nie riffy, tworzyć nastrój i muzykę, a nie realizować wymogi programowe jakiegoś gatunku czy stylistyki. Cały czas szukamy czegoś jeszcze, co zainspiruje nas na tyle, że dorzucimy to do naszego fyrtla, z którego później wypadną nowe numery na kolejne wydawnictwo/a. Tak to mniej więcej działa. Muzyka Paulo Sergio najprawdopodobniej będzie się zmieniać tak długo, jak długo będzie istniał ten "ansambl".


Recenzenci, w tym i ja, zaznaczają, że EP-ka poziomem wykracza poza Polskę - co biorąc pod uwagę sam fakt utrzymania jej w djentowej konwencji, już niejako predestynuje ją do miana "unikalnej" na naszej scenie, ale żeby za dużo nie słodzić, "Phases" to dość jednostajne dzieło.


Dziękuję. Monotonia na "Phases" jest częściowo zamierzona, zależało nam na atmosferycznym walorze kompozycji i ukierunkowaniu całej ep jako spójnej koncepcji. Mam nadzieję, że chociaż na poły udało się ten efekt uzyskać. Tak jak mówiłem, usiłowaliśmy napisać ciekawe utwory budujące i rozładowujące napięcie. Uniknąć powszechnego w gatunku efektu przypadkowo powiązanego mrowia riffów upchanego w 3-4 minutach z okazyjnie wklejonym gdzieś patosem.  Poza tym, niektóre riffy potrzebują sporo "miejsca" na stopniowe zmiany rytmiczne czy właśnie podkreślenie polirytmii. Przyznaję, że są to akurat elementy dla nas nowe, z którymi eksperymentujemy i mogą nam wychodzić jeszcze trochę siermiężnie, ale wierzę że będzie tylko lepiej.


Tłumaczysz się, wyjaśniasz, zatem, ciężar komponowania leży wyłącznie na Twoich barkach? Można powiedzieć, że jesteś liderem tego zespołu?


Tak się złożyło, że rzeczywiście napisałem większość tego czym jest "Phases", pomagał mi przy tym nasz perkusista Kuba, który dorzucił parę riffów np. w "Altered Perspective". Tak samo, przy nagrywaniu materiału razem zajmowaliśmy się realizacją. Przejąłem inicjatywę na paru innych płaszczyznach związanych np. z oprawą graficzną, dorzuciłem nawet swoje trzy grosze do tekstów Bartka. Nie były to jakieś rewolucyjne zmiany, ale coś tam dopisałem i zaaranżowałem, zupełnie nowe i bardzo ciekawe doświadczenie.


Zaskoczył mnie artwork EP-ki. Do tej pory Wera, Twoja życiowa partnerka mocno kojarzyła się z tym zespołem. Jej dość pastelowy styl tym razem nie pasował do konwencji? Kim więc jest autor okładki oraz nowych wzorów koszulek? Przy okazji, skoro djent, to gdzie u Was piramidy, geometria i kosmos? (śmiech)


Autorką okładki jest Gosia Jankowska, na Facebooku do znalezienia jako BLACK FITS ME, rysuje, maluje, dłubie, tatuuje, bardzo wszechstronnie uzdolniona dziewczyna. Z Gosią znamy się już bardzo długo i dosyć dobrze znamy jej styl. Chcieliśmy, żeby "Phases" brzmiało organicznie i surowo. Sam nastrój tego wydawnictwa jest raczej depresyjny i, jak gdzieś przeczytałem, klaustrofobiczny. Myślę, że klimat prac Gosi doskonale to oddaje, wiele z nich zawiera specyficzny ponury pierwiastek więc wybór był dla nas był bardzo prosty. Kruki z okładki to praca Gosi narysowana kredkami (!), na którą trafiłem, kiedy wystawiała ją na sprzedaż mniej więcej rok temu. Ilustracja bardzo dobrze odzwierciedlała wyraz naszych kompozycji, więc nie wahaliśmy się ani chwili. Swoją drogą Weronika i Gosia znają się jeszcze ze szkolnej ławki liceum.

Natomiast wzór koszulki to fragment litografii Mauritsa Cornelisa Eschera, Bond of Union. z 1956 roku. Escher jest znany z tworzenia grafik obrazujących "niemożliwe" formy przestrzenne tworzące złudzenia optyczne czy z tzw. parkietaży. Tu również staraliśmy się odnaleźć jakiś wspólny grunt z naszą muzyką. Wiele z prac Eschera jak i nasze pomysły często są efektem jakiś matematycznych zależności wykorzystanych do zbudowania nastroju i to jest punktem wyjścia tego powiązania i naszego wyboru. Na przykład, powtarzający się riffy w pierwszej części "Altered Perspective" czy w "Estuary" o przesuwającym się metrum tworzą swego rodzaju rytmiczny parkietaż. Również na grafice okładki obecny jest parkietaż z powtarzających się sześcianów. W "Bond of Union" zawarty jest też specyficzny kosmiczny vibe zbudowany przez ciemne tło i lewitujące kule.

Tak na prawdę jest i kosmos i geometria, które są dla nas wbrew pozorom bardzo silnymi inspiracjami. Jednak zamiast wklejać poprzerabiane na kolanie w Photoshopie zdjęcia ze strony NASA przetrawiamy to, przetwarzamy jakoś po swojemu i wychodzą nam takie dziwactwa (śmiech).


Zastanawia mnie jedna rzecz. Produkcja takiej muzyki i wymyślenie określonych tematów to jedno. To bardzo złożone, wymagające dźwięki, które o ile na płycie zawsze brzmią zabójczo, na koncertach nie mają już takiej mocy. Jak wy macie zamiar przygotowywać się do występów? Nie ukrywam, że przydałby się własny akustyk…


Jeszcze jesteśmy na etapie opanowywania brzmienia we własnym zakresie. Wiele dobrze funkcjonujących w wyższych strojeniach rozwiązań w ogóle nie sprawdza się, a nawet zwyczajnie utrudnia sprawę, kiedy chcemy grać w F. Ta zmiana nie tylko wymaga od nas zmiany instrumentów z technicznego punktu widzenia, przesiadamy się z Łukaszem na gitary 7 i 8 strunowe, ale wymusza także zmianę w ich postrzeganiu i nową rolę jaką odgrywają w wypełnianiu naszej muzyki. Dlatego na przykład, mocniej eksponujemy bas i stroimy go do C, a nie oktawę niżej jak zwykle ma to miejsce. Dzięki temu gitary często grają w kwarcie.

Jeśli chodzi o akustyka, jest to rzeczywiści zupełnie uzasadnione. Tak naprawdę nie tylko w przypadku tak problematycznej w realizowaniu muzyki jak nasza. Na pewno będziemy o tym myśleć, chociaż gdzieś tam wciąż obecny hardcore'owy duch podsuwa nam raczej rozwiązania o charakterze DIY. Dodatkowo wszelakie doświadczenia związane ze znalezieniem właściwych osób na właściwe miejsce póki co nas w tym tylko utwierdzają. Zobaczymy jak się to rozwinie.


A skoro o występach mowa. Jeszcze w starym składzie niewiele koncertowaliście. Myślisz, że teraz się to zmieni? Jak na razie wychodzi na to, że wszędzie gra, jak nie Materia, to Drown My Day (śmiech). Sądzisz, że taka muza znajdzie swoje miejsce na naszej scenie i zostanie zrozumiana ? Ja mam nadzieję, że takie się znajdzie. Powodzenia i do zobaczenia na południu kraju.


Mam nadzieję, że wreszcie się to zmieni, ale nie ukrywam, że temat grania koncertów jest dla nas dosyć trudny. Tak jak mówisz, przez ciągłe problemy ze składem nasze doświadczenie koncertowe jest bardzo skromne. Jednocześnie jako zespół cały czas usiłujemy się rozwijać. Jesteśmy świadomi, sprzężonych z rozwojem i upływającym czasem, rosnących oczekiwań i chcemy im sprostać jak najlepiej. Wychodzimy z prostego założenia, że albo robimy coś w naszym mniemaniu dobrze, albo w ogóle. Kiedy uporamy się ze wszystkimi przeszkodami wydawniczymi, będzie to coś na czym szczególnie się skupimy. Mam nadzieję, że nie zawiedziemy.

Jeśli chodzi o drugą część pytania, to szczerze mówiąc zupełnie nie mam pojęcia. Jeśli na tej scenie nie znajdzie się dla nas miejsce, to może znajdzie się na innej (śmiech). Zupełnie się na tym nie znam i serio słabo rozumiem mechanizmy jakie kierują ludźmi w takich społecznościach, czasami zupełnie nie rozumiem dlaczego coś jest fajne, a coś innego już nie. Czasami mam wrażenie, że decyduje o tym wyłącznie przypadek. Staram się o tym nie myśleć. Jakkolwiek trywialnie to nie brzmi, chcę i myślę, że takie podejście rozkłada się również na resztę zespołu, po prostu grać i pisać muzykę i robić to po mojemu/naszemu, licząc na to, że znajdą się ludzie o podobnej do naszej wrażliwości, albo tacy którzy docenią jakąś szczerość i autentyczność zawartą w naszej muzyce.


Grzegorz "Chain" Pindor

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie