Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Guthrie Govan

Guthrie Govan

Niedawno dostał nowiutkiego Charvela i umieścił ogromną ilość powalających zagrywek na drugim już albumie super utalentowanego trio Aristocrats. Zobaczmy, co ma nam do powiedzenia żonglujący dźwiękami władca podstrunnicy...

Powiedzmy wprost: Guthrie Govan jest czymś w rodzaju skarbu narodowego. Może grać z nieziemską precyzją i powtarzalnością, ale równie często wybiera proste, ekspresyjne podciągnięcia dla osiągnięcia celu. Czasami (niesłusznie) przypinana jest mu łatka shreddera, jednak w rzeczywistości z niezwykłą łatwością potrafi poruszać się w zadziwiająco szerokiej stylistyce, od zadymionego jazzu po zakręcone, country'owe zagrywki. Spotkaliśmy Guthriego, żeby opowiedział trochę o ostatnim albumie Aristocrats, odsłonił nieco tajemnic na temat nowego prototypu Charvela oraz udzielił rad jak opanować tak zatrważającą technikę kostkowania...

Co możesz powiedzieć o ostatnim albumie Arystokratów?


Na 99 procent byliśmy pewni, że album będzie zatytułowany "Culture Clash", co wzięło się od jednego z rozwijanych przez nas na trasie dowcipów. Oglądaliśmy razem film braci Cohen "A Serious Man" ("Poważny Człowiek"). Jest tam scena, w której ktoś rzuca frazę 'culture clash'. Później, przez kilka następnych tygodni byliśmy w trasie po Europie - każdego dnia graliśmy w innym kraju i za każdym razem pojawiały się jakieś nowe, dziwne rzeczy. Wałkowaliśmy tą kwestię i mieliśmy przy tym mnóstwo zabawy, aż pewnego dnia nagle przestało to być śmieszne. Pomyślałem, że wskrzeszę ten dowcip przez zatytułowanie jednego z utworów Culture Clash, i w końcu pojawiła się idea takiego tytułu dla całego albumu. Nazwa też nieźle pasuje do naszego zespołu, tworzymy przecież ciekawą mieszankę: Brian (Beller, bas) ma żydowskie korzenie i pochodzi z New Jersey, Marco (Minnemann, perkusja) to gość z Niemiec mieszkający w Kalifornii, i w końcu ja - pół-Szkot, pół-Anglik. Jak widać, w tym sensie pochodzimy z trzech różnych planet.


Jak różni się praca z Aristocrats w porównaniu do twojego projektu solowego?


Cóż, na Erotic Cakes miałem dużo swobody, część numerów napisałem już jakieś 20 lat temu. To coś w rodzaju pokazania "Oto moja gitarowa muzyka." Jest coś wyjątkowego w tworzeniu albumu opatrzonego twoim nazwiskiem, coś mówiącego "Sprawdźcie mnie!" (śmiech). Ale w wielu aspektach wolę jednak być częścią zespołu. Wspaniałą sprawą w przypadku Arystokratów jest obecność trzech niesamowitych, muzycznych osobowości. Każdy ma tu coś do powiedzenia, mamy pełną demokrację. Jeśli chodzi o komponowanie jesteśmy równorzędnymi partnerami: jeśli album ma 9 tracków, każdy z nas przygotowuje 3 utwory. Opinia każdego z nas jest tak samo ważna.


Jakie brzmienie chciałeś uzyskać na nowym albumie?


Przy tej płycie zmieniliśmy trochę koncepcję. Na pierwszym albumie byliśmy nieugięci - miało być trzech gości grających na żywo w jednym pomieszczeniu. Bez makijażu, oszukiwania, dogrywek. Chcieliśmy zrobić szczery album, który będziemy mogli w 100 procentach odtworzyć na koncertach. Myślę, że tym razem różniliśmy się trochę między sobą w podejściu do nagrywania. Dla przykładu, Marco powiedział: "Ok, pieprzyć to, nagraliśmy już surową płytę jako trio. Teraz chcę dodać mnóstwo dogrywek, chcę uczestniczyć w produkcji." Nie wiedziałem nawet, że tak właśnie zamierzał robić, ale tak wygląda wspaniała demokracja, musieliśmy liczyć się z pomysłami każdego z nas! Od tej strony nowy album jest dużo bardziej zróżnicowany.


Czy miałeś jakiś konkretny pomysł na partie gitarowe?


W zasadzie tak. Próbowałem eksperymentować z różnymi aspektami grania w tak energetycznym trio. Niektórzy goście potrafią zrobić to od razu. Piszą po prostu muzykę, która brzmi perfekcyjnie i spójnie w takim okrojonym składzie. Do głowy przychodzi mi tu na pewno Eric Johnson. Słuchasz niektórych utworów, które gra w trio i w ogóle nie brakuje ci czwartego instrumentu. Przy części numerów na Culture Clash myślałem, że pójdę inną drogą, wycofam nieco gitarę. Myślałem w kategoriach jednego, wielkiego instrumentu, składającego się się z gitary i basu. Próbowałem ciekawych, harmonicznych rozwiązań, w których pojawia się np. akord niemożliwy do zagrania na każdym z tych instrumentów osobno.


Zbaczając w kierunku sprzętowym, jakich gitar używałeś przy nagrywaniu tego albumu?


W większości był to poprzednik obecnego modelu Charvela - prototyp widocznej tu gitary, który również miał klonowy, 'podpieczony' gryf z 24 progami i customowe przetworniki. Korpus zrobiony był z drewna koa, będącego moim ostatnim odkryciem. Przez całe lata byłem fanem mahoniu. Mahoń jest oczywiście rewelacyjny do mocnego rocka, ale czasami barwa gitary zrobionej z tego drewna nie wyczyszcza się tak dobrze, jak tego oczekuję. Koa brzmi tak, jakbym nagrał mahoniową gitarę i później puścił to nieco szybciej od tyłu. Po prostu czyste barwy wydają mi się trochę lepsze. To bardzo uniwersalne, ładnie brzmiące w rockowej gitarze drewno. Jednym z problemów jest niestety wyniszczanie tego gatunku przez człowieka. Ktoś powiedział mi, że w tym tempie eksploatowania koa za 50 lat zniknie z powierzchni ziemi - chociaż myślę, że większość winy ponoszą za to producenci mebli i podobnych rzeczy.

Więc używałem Charvela na niemal całym albumie, jedynie w kilku miejscach, jako zupełną zmianę, wykorzystałem pożyczonego Gretscha. To sygnowany model Reverend Horton Heat - pomarańczowy Gretsch z mostkiem Bigsby, pickupami Filter'Tron i całą resztą - chyba najbardziej nietypowa gitara dla Guthriego. Pomyślałem, że to niezła zabawa i warto sprawdzić, co z tego wyniknie. Jeden z kawałków, Louisville Stomp, napisany przez Briana, pochodzi jakby z innych czasów. Ma taki niemal komediowy, oldschoolowy charakter. Wydawało się, że najlepiej będzie spróbować go nagrać w pseudo rockabilly, przypominającym nieco styl Briana Setzera, z mocnym atakiem i nadużywaniem mostka Bigsby.


Co skłoniło cię do zmiany Suhra na Charvela?


Cały czas mam dobry kontakt z Suhrem - wszystko jest w porządku. Ale jeśli chodzi o pracę nad sygnowanym modelem zdecydowaliśmy, że powinniśmy spróbować z kimś innym. Było to więc jakby polubowne rozejście, ciągle używam wzmacniaczy Badger. Jestem podekscytowany Charvelem, ponieważ ta (drugi prototyp) gitara jest rodzajem logicznego postępu w prawidłowym według mnie kierunku, i prace nad nią jeszcze trwają.


A co jeśli chodzi o wzmacniacze?


Całość została nagrana przy pomocy dwóch wzmacniaczy. Głównie był to Suhr Badger z paczką 2x12 Warehouse na, jak je nazywają, dwóch głośnikach Veteran 30. To w zasadzie amerykańskie odpowiedniki Celestion Vintage 30. Dosyć długo używałem tego wzmacniacza na koncertach Aristocrats, bardzo dobrze znam jego brzmienie. Pomimo, że jest to konstrukcja jednokanałowa, wiem jak wydobyć z niego wiele różnych barw nie zmieniając jednocześnie ustawień potencjometrów, dla mnie to coś normalnego. Był też 22-watowy Fender Super-Sonic. Omikrofonowaliśmy je i rozdzieliliśmy sygnał gitary, by docierał do obu wzmacniaczy. Później całość zmiksowaliśmy. W większości muzyki sprawdza się skrajne rozmieszczenie obu barw w panoramie, chociaż niezupełnie 100 procent na lewo i prawo. Dzięki temu połączone sygnały ze wzmacniaczy tworzą szerokie, bardziej trójwymiarowe brzmienie. Ostatnio testuję też prototyp głowy Victory, zbudowany przez Martina Kidda z UK.


Twój pedalboard na potrzeby trasy ze Stevenem Wilsonem został dosyć mocno przebudowany. Dlaczego?


Ponieważ potrzebowałem nowych barw. Przy większości rzeczy, które grałem ostatnio, na przykład z Aristocrats, mogłem korzystać z jednokanałowego Suhra Badgera oraz pedału Suhr Koko Boost i uzyskiwać różne brzmienia operując tylko potencjometrami w gitarze oraz dynamiką gry.

Jednak muzyka Stevena jest inna. Zespół jest większy, dzieje się dużo więcej rzeczy, w związku z czym odpowiednia głośność poszczególnych partii gitar ma tu dużo większe znaczenie. Ze Stevenem czasem muszę przełączyć od razu kanał we wzmacniaczu, ściszyć całość o cztery decybele, dodać efekt rotary i kompresor itd. Cztery takty później trzeba znowu zupełnie zmienić brzmienie. To jedyny sposób, żeby podołać w takim układzie.


Wspomniałeś o tym, że jesteś w stanie uzyskać całą paletę różnych brzmień tylko przy pomocy rąk - opowiedz nam o swoim stylu kostkowania...


Podoba mi się pomysł, w którym twoja prawa, trzymająca kostkę ręka jest czymś w rodzaju noża Armii Szwajcarskiej: jedna rzecz z różnymi zastosowaniami, w zależności od tego, jakiej techniki chcesz użyć w danym momencie, ale podstawowa pozycja ręki powinna być zawsze taka sama. Wydaje mi się, że dużo łatwiej jest przechodzić z jednej techniki gry do drugiej, jeśli nie trzeba zbyt mocno zmieniać pozycji ręki i ruchu nadgarstka.


Skąd więc pochodzi ruch przy kostkowaniu?


Myślę, że z nadgarstka. Łatwo tu się pomylić. Kiedy patrzysz na grającego gitarzystę czasami wydaje się, że ruch przy kostkowaniu pochodzi z przedramienia. Ale w rzeczywistości często jest to praca mięśni i ścięgien w tej części ręki, które powodują właśnie ruch nadgarstka. Podstawowy ruch kostki przypomina wkręcanie - coś w rodzaju analogii do przekręcania klucza w drzwiach. Kostkowanie tylko z palców daje bardzo niedobre rezultaty, ponieważ obciążamy zbyt wieloma zadaniami bardzo niewielką część naszego ciała. Przy kostkowaniu z łokcia można osiągnąć niesamowitą szybkość, jednak nadwyrężamy mocno ścięgna. Dla mnie więc praca przedramienia polega na przyciśnięciu gitary, w taki sam sposób jak kładziemy rękę na biurku podczas pisania. Dzięki temu można wykonywać bardziej subtelne ruchy przy kostkowaniu i mieć pewność, że zawsze precyzyjnie trafimy w dźwięki.


Czy ciągle postrzegasz podstrunnicę jako obszar do wizualizowania boksów dźwiękowych?


Wydaje mi się, że mam to już gdzieś głębiej zakorzenione. Moja lewa ręka prawdopodobnie sama "widzi" podstrunnicę. Nie ma dla mnie znaczenia czy patrzę na gryf, chyba że muszę zagrać coś w stylu Waves, kiedy dobrze jest skontrolować po kilkunastu nutach czy podążam w dobrym kierunku. Chociaż zdarzyło się, że musiałem zagrać ten numer po ciemku, i w większości wszystko było ok. Generalnie teraz wykorzystuję 'pamięć mięśni' i nie muszę aż tak na wszystkim się koncentrować. Możecie też zauważyć, że w tej gitarze mam dosyć dziwne markery na podstrunnicy, które nie znalazły się tam bez powodu. Kiedy miałem na koncertach gitary z klonowymi gryfami zdarzało się, że niektóre efekty oświetleniowe powodowały znikanie markerów na podstrunnicy, niezależnie od ich rodzaju. Dlatego umieściliśmy tu połączone czarne i białe kółka; zawsze któreś będzie widoczne, niezależnie od światła. Więc zobaczymy, wydaje mi się, że to rozwiązanie będzie teraz idioto-odporne. W razie potrzeby zawsze będę mógł dostrzec te kropki.

GALERIA
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Zobacz wszystkie