Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Wojciech Powaga i Jacek Kuderski (Myslovitz)

Wojciech Powaga i Jacek Kuderski (Myslovitz)

Najpierw opuścił ich frontman, później ktoś przejął ich Facebooka, a na koniec przez tłocznię musieli opóźnić premierę płyty. Dużo pecha jak na jeden zespół, który zdaje się był przez wiele lat na fali.

Jak jednak kiedyś twierdzili, "życie to surfing", a napływowi krytyki, która się do nich zbliżała, postanowili oprzeć się błyskawicznie nagranym materiałem. To właśnie z jego powodu się spotkaliśmy...

Co kryje się pod liczbą 1.577? Skąd pomysł na taki właśnie tytuł waszej nowej płyty?


Przemek (przyp. red. Przemysław Myszor) przeczytał pewne zdanie, przytoczę je z pamięci, więc może być niedokładnie: "Choćbym nawet tysiąc słów powiedział i tak nie uwierzą." Była to odpowiedź Jaromira Nohavicy na pytanie, czemu się nie broni przed oszczerstwami dotyczącymi jego rzekomej współpracy z komunistycznymi agentami. Kiedy odszedł Artur, całe mnóstwo ludzi mówiło nam, że nie mamy prawa dalej grać pod nazwą Myslovitz. Przemek zaproponował, żeby płyta miała tytuł "Tysiąc...", bo choćbyśmy nawet tysiąc słów powiedzieli, napisali, zaśpiewali to i tak znajdą się ludzie, którzy z całym przekonaniem będą twierdzili, że nie mamy prawa nazywać się Myslovitz. Wtedy Jacek zaproponował, żeby policzyć wszystkie słowa napisane na płytę.


Dokładnie tak. Wszystkie słowa, ze wszystkich tekstów. Dwoje ludzi wzięło się za liczenie słów i wyszło nam, że jest ich 1577 (śmiech).


Czego zatem możemy się spodziewać pod względem muzycznym przy okazji tej właśnie płyty?


Postanowiliśmy zbliżyć się nieco do tego co wykonujemy live. Zawsze sugerowano nam, że płyty Myslovitz brzmią delikatniej i subtelniej, a dopiero na koncertach wychodzi z nas prawdziwy ogień. Dlatego właśnie postanowiliśmy, że przy okazji tej płyty postaramy się gdzieś zrównać te dwa aspekty naszego grania i znaleźć jakąś wypadkową.


Kiedy doszedł do nas Michał, mieliśmy już zrobione niemal wszystkie piosenki oprócz "Telefonu". Szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę, że Michał jest jednak trochę innym gitarzystą niż Artur. On grał bardziej agresywnie, z dużą ilością Big Muffa. Michał z kolei gra delikatniej - palcówkowo, trochę pod Radiohead. Jego riffy są bardziej rwane. Podczas aranżowania tej płyty i samych gitar poszliśmy zatem w bardziej przemyślane dźwięki.


Jest tam mniej grania plamami muzycznymi, mniej sfuzzowanych gitar i harcerskiej nuty. Zamiast tego są dużo bardziej przemyślane gitary w aranżu. Nie są ścianą dźwięku, ani plamą. Każde wiosło ma swoje czytelne miejsce. Ścianę gitar możesz wszak sobie zrobić nawet jednym instrumentem, jeśli to dobrze zaaranżujesz.


Również moja gra była na tej płycie zupełnie inna. Kiedy nagrywałem w studiu u Borsa swoje partie do jednej z piosenek, Marcin któregoś dnia powiedział: "Wojtek, grałeś to już dwieście tysięcy razy. Zagraj to inaczej". "Ale jak inaczej?" - odpowiedziałem. "Wywal delaya, wywal to i tamto…". Ostatecznie grałem na swojej gitarze samym tremolem i chyba nieźle mi to wyszło.


Pozmienialiśmy również tempo w wielu utworach. Na początku wszystko było bardziej ociężałe, wolne i senne. Dopiero jak przyspieszyliśmy to nabrało to trochę energii. Jak grasz na koncercie, to grasz wtedy jeszcze szybciej. Wolniej gra się tylko wtedy kiedy jest się na kacu (śmiech).


Marcin znalazł nam też świetne studio w Gdańsku - Custom 34. Kiedy tam wszedłem i zobaczyłem cały ten sprzęt to oniemiałem. Najlepsze gitary i piece były do naszej bezpośredniej dyspozycji. Pamiętam, że był tam Gretsch za 46 000 złotych, którego bałem się w ogóle dotykać. Zacząłem sobie niewinnie najpierw brzdąkać na jednej z tych gitar, podszedł do mnie Jacek i zapytał czy wiem ile ta gitara kosztuje. Strzeliłem, że 20 000 złotych (śmiech). Kiedy się dowiedziałem o ile się pomyliłem, odłożyłem ze strachem to cudo na statyw. Ostatecznie nagrywałem na gitarach od Piotra Łukaszewskiego. Nazywają się Suhr - świetne gryfy i świetne brzmienie.


To wiem już na czym nagrywał Wojtek. A co z basem?


Jestem raczej klasykiem, więc kocham grać na gitarach typu Fender Jazz Bass, Rickenbacker, czy Fender Precision i takie też trzy gitary posiadam. Kupiłem sobie ostatnio również Hofnera na jakim grał Paul McCartney, w najprostszej wersji. Do tego oczywiście Ampeg jako paczka, który mi się trochę niestety rozsypał (śmiech). Jak się okazuje głośniki Eminence’a, które są w VST-410HLF są papierowe. Przez wilgoć strzeliły membrany. Okazało się, że wszystkie są do wymiany, ale na szczęście są ludzie, którzy kleją takie rzeczy i nie trzeba wymieniać wtedy całych głośników. Czasami się też zastanawiam czy nie lepiej kupić coś mniej rasowego a trwałego na plenery, bo to one często niszczą sprzęt. Mało kto sobie z tego zdaje sprawę. Podobnie jest kiedy grasz w zawilgotniałej sali prób. Dlatego może niedługo zakupię coś sprawdzonego w plenerze z dobrym głośnikiem 15-calowym. Poza tym na koncertach często podłączam bas w linię przez DI boxa. Oczywiście gdyby ci piec wysiadł masz jeszcze odsłuch. Wtedy przynajmniej ludzie na przodach dalej cię słyszą. Na dobrą sprawę jakby człowiek się uparł, to by sobie poradził i bez tego pieca, bo odsłuchy na naszych scenach są na szczęście coraz lepsze.


Jest w takim razie jakiś konkretny sprzęt, który chciałbyś niedługo nabyć?


Chciałbym mieć na pewno Ampega lampowego i paczkę chociażby na czterech dziesiątkach. Może też być piętnastka na dole i cztery dziesiątki u góry. ale też ze względu na gabaryty samochodu i na to, że koledzy mają dużo sprzętu, dla mnie jest tam coraz mniej miejsca (śmiech).


Sami przyznajecie, że live Myslovitz zawsze wypada inaczej niż na albumach studyjnych. Czemu nie wydaliście nigdy płyty koncertowej?


Żeby nagrać płytę live, musisz ciągnąć ze sobą mnóstwo sprzętu. Potrzebujesz chociażby rejestrator wielośladowy, który pozwoli ci nagrać "kilka" koncertów, z których wybierzesz potem tą swoistą pigułkę na płytę. Przy okazji ostatniej trasy jaką jeszcze graliśmy z Arturem, zanim dowiedzieliśmy się, że odchodzi, rzeczywiście mieliśmy ze sobą ten rejestrator i nawet nagraliśmy kilka koncertów, łącznie z ostatnią Warszawą w grudniu 2011. Wszystko jest zatem na śladach, ale w świetle ostatnich zmian w zespole, nie ma sensu w tej chwili się tym zajmować.


Zmiana wokalisty jest zawsze dużym wydarzeniem w każdym zespole. Jak sobie z tym poradziliście? Mieliście taki moment, w którym chcieliście zakończyć pracę pod szyldem Myslovitz?


Pamiętam to jak dziś, kiedy Artur powiedział nam w hotelu: "Wiecie co, ja odchodzę". Przeżyliśmy wtedy kilkusekundowy zawał serca. Na tym samym spotkaniu powiedzieliśmy: "Artur, zdajesz sobie sprawę, że będziemy dalej grać?". Na co on opowiedział: "Tak, wiem. Jesteście muzykami, z tego żyjecie i będziecie dalej grać." Po jakimś tygodniu paniki i niepewności spotkaliśmy się na sali prób i od razu zaczęliśmy robić piosenki.


Przed Michałem (przyp. red. Michał Kowalonek) zatem ciężkie zadanie. Jak sobie radzi?


Ciężko pracuje i jest coraz lepszy. Odgrywanie starych piosenek jest dla Michała w tej chwili, może nie tyle traumą, co sporym wyzwaniem. Ponieważ gramy je w dość wysokich rejestrach, nie każdy jest w stanie je udźwignąć. Czasami trzeba go trochę popychać i szturchać, żeby się zmobilizował, ale jako człowiek i muzyk jest niezwykle zdolny.


Na polskiej scenie muzycznej istniejecie już ponad 20 lat, a wasza marka raczej nie słabnie w społecznej świadomości. Obaj macie swoje dodatkowe projekty muzyczne. Skąd u was ta determinacja, aby dalej ciągnąć ten zespół?


Myslovitz to całe nasze życie. Pamiętam jak mieliśmy kilka lat temu dłuższą przerwę w graniu, to przez pierwsze dwa miesiące myślałem, że wyjdę z siebie. Brakowało mi strasznie grania, kontaktu z ludźmi, hałasu z gitary i szału na scenie. Myślę, że po dwudziestu latach muzykowania nie potrafilibyśmy robić nic innego.


Poza tym, w dobie bezrobocia chyba nikt i tak by nas teraz nie zatrudnił (śmiech). Cóż moglibyśmy robić po tak długim czasie? Nikt z nas nie zakładał, że będziemy w jakimś krótkim czasie musieli się przebranżowić, więc postanowiliśmy kontynuować z sukcesem lub bez i póki co nie narzekamy.


Przez te wszystkie lata zmienił się również rynek. Kiedyś płyty sprzedawały się dużo lepiej niż dzisiaj. Jak się w tym odnajdujecie?


Ze sprzedaży płyt można było żyć, ale było to bardzo dawno temu. Teraz trzeba dawać dużo koncertów. To też ma jednak swoje plusy, gdyż płyty są dzisiaj bardzo często "przeprodukowane". To, że ktoś nagrywa muzykę na płycie niekoniecznie oznacza, że będzie ją potrafił potem dobrze odegrać live.


W tej chwili jest coraz ciężej z koncertami biletowanymi. Zauważyliśmy, rozmawiając z innymi muzykami, że ludzie przestają chodzić na płatne koncerty do klubów. Jest zaledwie parę kapel w Polsce, które się wyprzedają i boję się, żebyśmy my muzycy, nie zaczęli za chwilę przez to grać koncertów z piórami w tyłku, żeby tylko przyciągnąć ludzi.


Ostatecznie możemy zacząć grać do kotleta (śmiech).


Marcin Kubicki

Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie