Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Orion (Behemoth)

Orion (Behemoth)

W trakcie trasy Czarna Polska Jesień, przed m.in. niedzielnym występem w warszawskiej Stodole, spotkaliśmy się z Orionem, muzykiem formacji Behemoth, która na początku przyszłego roku planuje wydanie swojego kolejnego krążka o wdzięcznym tytule "The Satanist".

Po waszych wpisach internetowych można było wnioskować, że mocno wyczekiwaliście trasy po Azji. Jak się udała?


To chyba najciekawsza trasa, na jakiej byłem w życiu. W ciągu jednego miesiąca przejechaliśmy wielki kawał świata. Byliśmy w Tajlandii, Japonii, Chinach, Singapurze, Indonezji… ale także w Australii, Nowej Zelandii czy Nepalu. W części z tych miejsc nie byliśmy nigdy wcześniej i było to dla nas niesamowitym przeżyciem. Okazuje się, że nawet w najbardziej odległych i dziwnych dla nas kulturach słucha się muzyki metalowej. Ludzie chodzą na koncerty i świetnie się na nich bawią. Cieszą się, że mają możliwość zobaczenia zespołu, który przyjechał z daleka, a zespół cieszy się, że może tam być. Największe wrażenie wywarł na nas Nepal.


Przez co tak szczególnie zapadł ci w pamięć?


Nepal jest szczególnym miejscem, zupełnie wyjątkowym. Spędziliśmy tam tydzień, choć zagraliśmy tylko jeden koncert. Wrażenie które w nas pozostawił ten kraj jest nieporównywalne z niczym. Przeżycia podczas tego tygodnia były intensywniejsze niż kiedykolwiek. To, jak wyglądają himalajskie krajobrazy i miasta bez dróg, sposób w jaki żyją tamtejsi ludzie i ich podejście do życia, ich trudny do pojęcia przez europejczyka rodzaj religijności, miejsca i sytuacje zupełnie zaskakujące i niespodziewane... wszystko tam jest warte zobaczenia, doświadczenia i bardzo inspirujące.


Ta religijność nie kłóciła się tam z waszą muzyką?


Nie. 70% Nepalu to hinduiści, 20% to buddyści. Pozostałe 10% stanowią wszelkie inne religie. Te dwie główne zaś nie próbowały w ogóle wpływać na to, co nam tam wolno, a czego nie. Jest pewnie kilka takich miejsc, w których niestety nigdy nie zagramy. Wyklucza to przede wszystkim Islam. W Azji problemy sprawiały co najwyżej względy polityczne, bo miejscami panują tam dość ostre systemy, również komunistyczne.


Mieliście jakieś przygody w związku z tym?


Wiesz, kiedy przyjeżdża jakiś zespół zza granicy na przykład do Chin, to wszystko idzie tam przez cenzurę. Ktoś - nie mam pojęcia kto - przegrzebuje się przez wszystkie teksty i potem wydaje werdykt.


I próbowali postawić jakieś warunki w związku z waszym przyjazdem?


Generalnie nie zgodzilibyśmy się na żaden koncert, na którym ktoś próbowałby nam czegokolwiek zakazać. Był jednak na tej trasie jeden kraj, w którym generalnie nie wolno robić wielu rzeczy. Singapur i jego zakazy, bo o tym kraju myślę, to już dość osławiona historia. Abstrahując od tego, że poproszono nas żebyśmy chociaż nie przeklinali podczas występu na scenie, to nie można tam pluć na ulicy ani żuć gumy. I za jedno i za drugie grozi 500 dolarów grzywny, a gumy nie kupisz nigdzie.


Co kraj to obyczaj. Powracając do Nepalu - co robiliście tam przez tydzień?


Dużo zwiedzaliśmy. Byliśmy w wielu przepięknych miejscach, ani na chwilę nie mieliśmy dość. Chłonęliśmy wszystko. Mieliśmy to ogromne szczęście, że opiekował się nami Polak mieszkający tam od kilkunastu lat, który wiedział gdzie nas zabierać, stąd również mieliśmy wstęp w miejsca niedostępne turystom. Genialne przeżycia. Wschód słońca w Himalajach, skoki na paralotni... bajka.


Na tej trasie graliście już chyba nowy materiał? Jak się przyjął?


Zwykle jest tak, że jak się gra jakiś nie wydany jeszcze utwór, to ludzie zatrzymują się w całym szaleństwie i słuchają. Kawałek, który graliśmy, będzie pierwszym singlem z płyty i na razie powiedziałbym, że wzbudził zainteresowanie. Zobaczymy co się stanie, kiedy ludzie poznają go już po jego wypuszczeniu na świat.


Podobno polscy fani ganią was za to, że rzadko gracie w kraju. Stąd obecna trasa?


Gramy stosunkowo często w kraju, robimy zwykle dwie trasy do płyty plus kilka dodatkowych okazjonalnych koncertów. Teraz faktycznie mieliśmy dłuższą przerwę i chcieliśmy fanom w Polsce dać coś jak najszybciej, więc masz trochę racji. Premiera albumu nastąpi za kilka miesięcy i dopiero wtedy rozpoczynamy cały cykl koncertów promujących go. W Polsce będzie to dopiero jesienią przyszłego roku. Generalnie wychodzimy z założenia, że lepiej pozostawić niedosyt, niż zanudzić kogoś sobą.


Granie w Polsce różni się od grania za granicą? Macie nawet dwa oddzielne konta na Facebooku - dla nas oraz reszty świata.


Dla nas różni się o tyle, że jesteśmy stąd i traktujemy Polskę w sposób szczególny, jest to zawsze mega ważne miejsce na mapie koncertów. Dwa fanpage również trochę z tego powodu. Dużo dzieje się z tym zespołem rzeczy lokalnych, których nie ma sensu wypychać poza granice kraju i języka. Poza tym mamy też w Polsce oddzielną wytwórnię płytową.


Istnieje i krąży taki pogląd, że za granicą gra się lepiej niż tu. To prawda?


Absolutnie nie. Nie kategoryzowałbym tego w ten sposób, tym bardziej, że za granicą potrafi być gorzej niż u nas, wszystko zależy od ludzi i sytuacji. W Stanach chociażby organizowano w związku z naszymi koncertami pikiety, a przecież to kraj uchodzący za otwarty i tolerancyjny. U nas mamy barwną postać, jaką jest Ryszard Nowak, który wielokrotnie usiłował pokrzyżować nam plany. Fakt, to nasz lokalny koloryt, ale takich ludzi spotkać można wszędzie na świecie. Ciekawie jest zresztą doświadczać różnych punktów widzenia.


Targały wami różne negatywne sytuacje, szczególnie choroby. Podcięło wam to skrzydła, czy przeciwnie - umocniło zespół?


Były trudne momenty podczas choroby Nergala, szczególnie w tym pierwszym jej etapie, kiedy nie wiadomo było jeszcze co się stanie. Poza tym, że była to kwestia życia i śmierci dla niego, to dla nas stanowiło to test na każdym poziomie. Nagle znaleźliśmy się w momencie, kiedy zatrzymało się w miejscu wszystko co robiliśmy. Choroba jednego z nas pokazała nam wiele perspektyw, punktów patrzenia na to co robimy, o których w jakiś sposób zapomnieliśmy, pędząc do przodu. Nikt się nie spodziewał takiej sytuacji, ale musieliśmy z niej wybrnąć. To wszystko było ważne i spowodowało sporo pracy nad sobą, na bardzo osobistym poziomie. Wyszliśmy z tej sytuacji silniejsi niż kiedykolwiek. Nigdy wcześniej tak dobrze się nie dogadywaliśmy jak w tej chwili. Ważne, by nawet z takich ciężkich chwil wyciągać wartościowe wnioski, uczyć się z nich. Myślę, że nam się to właśnie udało.


A co też się tyczy chorób, mieliście ostatnio problemy z perkusją.


Inferno nadal jeszcze nie gra, jest po operacji. Niby błahostka i rutynowa sprawa pod tytułem wyrostek, a zakończyło się komplikacjami. Jako, że mieliśmy zaplanowane koncerty, gramy je w tej chwili z Kerimem, który grał kiedyś z Decapitated. Świetnie daje sobie radę. Jest zupełnie innym perkusistą niż Inferno, zupełnie inaczej ukształtowanym. To jest też dla nas bardzo ciekawe, bo na początku współpracy z nim zastanawialiśmy się czy cisnąć go, by grał w jak najbliższym stylu do oryginału. Szybko od tego odeszliśmy, ponieważ jest na tyle dobry, że gra ten materiał świetnie po swojemu. Inferno wraca jednak do nas już niedługo i myślę, że te koncerty od lutego, gdy ukaże się płyta, zagramy z nim.


No właśnie - płyta. Co wpłynęło na przesunięcie jej premiery?


Płyta przesunęła się w czasie dość mocno z zupełnie niezależnych od nas przyczyn. Mieściliśmy się we wszystkich terminach, aż wydarzyło się coś niespodziewanego. Człowiek, który miksował materiał, po pięciu tygodniach zwyczajnie się wycofał. Za chwilę miał być mastering, trasa koncertowa, a zostaliśmy postawieni w punkcie, z którego jakoś trzeba się było odgrzebać. Trasę niestety odwołaliśmy, inaczej nie skończylibyśmy płyty w tym roku. Chwilę zajęło nam też znalezienie nowego człowieka, który zajmie się miksami. W przypadku, gdy w nasz album zaangażowanych jest tylu ludzi, tyle firm, różnych terminów, z którymi trzeba się wyrobić - to przesunięcie jednej rzeczy o dwa miesiące powoduje całą lawinę zmian i reakcję łańcuchową.


Czego w takim razie możemy się po niej spodziewać?


Jak się rozmawia ze znajomymi o ich płytach, które jeszcze się nie ukazały, a słucham ich własnych opinii, to potem zupełnie mi się to nie zgadza. Wiem dlatego, że czegokolwiek bym nie powiedział, ludzie będą słuchać naszego materiału po swojemu. Tak czy inaczej - zdanie mogę mieć tylko swoje. Ta płyta będzie zupełnie inna od każdej, którą do tej pory stworzyliśmy. Te wszystkie trudności, jakie przytrafiły się nam po drodze, spowodowały automatycznie zupełnie inne podejście do tego, co robimy. Pozbyliśmy się kompleksów i zaczęliśmy słuchać siebie nawzajem. Zaczęliśmy żyć dźwiękiem, który się tworzy, a przestaliśmy zarazem cokolwiek planować w tej kwestii, ścigać się z kimkolwiek. Proces aranżacji był bardzo naturalny. Nie oznacza to wcale, że ta płyta jest pełna bólu i cierpienia - to jest album, na którym w ogóle się siebie nie boimy. Przestaliśmy się zastanawiać i kalkulować, a zrobiliśmy to, co z nas wynikało. Cieszę się, ze możemy sobie dzisiaj na to pozwolić, bo jest to bardzo oczyszczające przeżycie. Chyba żadna płyta Behemotha nie była dla mnie tak szczera i ważna, jak ta.


Czyli możemy od niej oczekiwać przede wszystkim szczerości…


Zdecydowanie, to podstawowa jej wartość. Również w kwestii brzmienia jest trochę inaczej. Czuć bardziej rockowy sound, album nie jest skrajnie death-metalowy i wyżyłowany pod względem technicznym. Jest miejscami rodzajem ukłonu w przeszłość, co też nie oznacza, że brakuje mu ciężaru. W utworach panuje inny klimat i atmosfera, ale nadal jest to Behemoth, więc nie zabraknie zawiei i zamieci.


I już na pewno luty?


Tak. Album ukaże się w lutym, a póki co na 4 grudnia przewidziana jest premiera pierwszego singla o nazwie "Blow Your Trumpets Gabriel" na winylu, oraz premiera klipu do tego utworu. Wersja winylowa będzie limitowana do dwóch tysięcy sztuk - tysiąc w kolorze czarnym i tysiąc w białym. Prócz tego ukaże się film o tym, jak powstawała ta płyta, ale na ten temat jeszcze nie pora…


Rozmawiał Maciej Barski