Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ed Lay i Justin Lockey (Editors)

Ed Lay i Justin Lockey (Editors)

Czwarty studyjny album zespołu Editors, który ujrzał światło dzienne w lipcu tego roku był dla formacji z Birmingham prawdziwym egzaminem dojrzałości. Oto zespół z trzema solidnymi krążkami rozstaje się ze swoim wieloletnim gitarzystą i nagrywa wydawnictwo, które ma przyćmić popularnością swoich poprzedników. Czy podołali? Z tym i kilkoma innymi pytaniami Magazyn Gitarzysta udał się do perkusisty Eda Lay’a i nowego gitarzysty zespołu, Justina Lockey’a.

Czy wasz czwarty studyjny album wydany w lipcu tego roku cieszy się taką samą popularnością jak trzy poprzednie krążki? Jak wasi fani przyjęli to wydawnictwo?


Muszę przyznać, że bardzo dobrze. Sami nie spodziewaliśmy się tak świetnych recenzji. To naprawdę dobry album, z którego jesteśmy szalenie dumni. Dopiero teraz po kilku miesiącach od premiery widać, że wielu osobom wszedł w krew na dobre. Wszyscy znają teksty piosenek i to słychać na koncertach. Brzmieniem materiał ten różni się w stosunku do naszego trzeciego krążka. Jest tu dużo więcej gitar i wpływów klasycznego rocka. Do tego Tom odwalił kawał naprawdę dobrej roboty przy wokalu, co dało nam potężnego kopa i motywację do pracy.


Który z czterech doczasowych albumów Editors jest waszym ulubionym?


Tak z muzycznego, jak i lirycznego punktu widzenia, bezwzględnie będzie to "The Weight of Your Love". Ten materiał jest naprawdę dopracowany pod każdym kątem. Dzisiaj wiemy dużo więcej o robieniu muzyki niż chociażby przy okazji "In This Light And On This Evening".


Dla mnie jest to również "The Weight Of Your Love", ale ponieważ zrobiłem z chłopakami dotychczas tylko ten jeden album to nie jestem obiektywny (śmiech).


Czy w takim razie mam rozumieć, że nie byłeś fanem zespołu przed przystąpieniem do niego (śmiech)?


Dokładnie, nienawidziłem ich z całych sił. Nie wyobrażasz sobie ile odbiorników radiowych zniszczyłem przez ich piosenki (śmiech). Ciężko jest mieszkać w Anglii i nie natknąć się na muzykę chłopaków. Tak się złożyło, że nasz wspólny przyjaciel pomagał im przy nagrywaniu ich trzeciego albumu i to właśnie wtedy złapałem prawdziwego bakcyla. Pamiętam, że szczególnie spodobały mi się single z dwóch pierwszych albumów.


Wspomniałeś, że nie sposób jest u was nie natknąć się na muzykę Editorsów. Przypomina mi to sytuację z singlem "Papillon" z "In This Light And On This Evening". Nie zrozumcie mnie źle, ale po jakimś czasie miałem tego kawałka po dziurki w nosie. Był on grany w niemal każdej rozgłośni radiowej. Czy nie jest czasami trochę tak, że bombardowanie ludzi jednym utworem może narobić większej szkody niż dobrego?


Na takie rzeczy nie ma się wpływu. Kiedy utwór zaczyna żyć własnym życiem, nam wypada się z tego cieszyć. Zawsze jednak będą ludzie, dla których po jakimś czasie zaczyna to przypominać prawdziwe tortury.


Z oczywistych powodów nigdy nie będziemy narzekać, na to, że puszcza się nas za dużo. Każdy w tej branży chce, aby jego muzyka wybrzmiewała tak często jak to tylko możliwe i my nie jesteśmy wyjątkiem. Z drugiej strony skłamałbym, gdybym nie zgodziłbym się z twoim doświadczeniem z "Papillon". Nigdy nie był to mój faworyt i nadal nie przepadam za tym kawałkiem, ale z jakichś przyczyn ludzie się za nim opowiedzieli i nalegali, żeby był on grany tak często jak to tylko możliwe. Nie twierdzę zatem, że jest to nasze szczytowe osiągnięcie, ale trzeba przyznać, że bardzo nam się przysłużył.


(Justin) Jak sam zauważyłeś jesteś relatywnie nowym nabytkiem w zespole. Jak odnajdujesz się w Editorsach?


Może to zabrzmi dziwnie, ale w najśmielszych marzeniach nie podejrzewałem, że będzie się nam układało tak dobrze. Z początku miałem zagrać z nimi tylko kilka koncertów. Potem nagrać parę partii gitarowych, a dzisiaj jestem w Polsce jako pełnoprawny członek zespołu. Sądzę, że dobrze się dogadujemy między sobą. Mamy podobne gusta i poczucie humoru, a kiedy jesteś z kimś w trasie przez kilka miesięcy to wierz mi, iż aspekt ten nabiera dużo większej wartości niż by się to mogło na początku wydawać. Nie było kocenia nowego, więc nie mam się na co uskarżać (śmiech).


Jak w ogóle doszło do tego, że trafiłeś do zespołu?


Za to możesz winić Flooda (śmiech).


To nasz wspólny znajomy i naprawdę świetny producent. Współpracował kiedyś z poprzednim zespołem Justina i tak się poznali. My z kolei mieliśmy przyjemność robić z nim nasz trzeci krążek. Kiedy przymierzaliśmy się do czwartego albumu Flood był na bieżąco z naszymi problemami i dokładnie wiedział kto pomoże nam wypełnić pustkę po odejściu Chrisa.


Cały proces był naprawdę bezbolesny. Po prostu pojawiłem się na próbie, zagrałem kilka rzeczy, poszliśmy coś zjeść i tak zaczęła się moja przygoda z Editors.


(Ed) Kiedyś i ty byłeś "tym nowym" w zespole. Ciężko jest się odnaleźć osobie, która musi się wpasować w już tak dobrze naoliwioną maszynę?


Podejrzewam, że z wiekiem nabiera się do tego większego dystansu. Każdy z nas jest już po 30-tce. Nie jesteśmy nastolatkami, które zabiegają o rozgłos i sławę. Nikt z nas nie ma potrzeby zaznaczania swojego terytorium. Wszyscy mamy podobne poglądy i zainteresowania, dlatego łatwo jest się nam dogadać w wielu sprawach.


W takiej sytuacji trzeba odsunąć na bok swoje ego i otworzyć się na nową sytuację. Na szczęście każdy z nas jest na takim etapie swojego życie, iż nie sprawia to nam problemu. Sam co prawda nie miałem jeszcze z Justinem na pieńku (śmiech), ale zdarzały nam się w przeszłości kłótnie o naprawdę różne rzeczy. Czasami trzeba chodzić na kompromisy, bo na koniec dnia jesteśmy rozliczani ze swojej pracy jako zespół Editors, a nie jako Justin, Ed, czy Tom. To nasze wspólne dzieło.


Co w takim razie poróżniło was z Chrisem?


Wszystko zaczęło się od tego, że Tom napisał kilka utworów na nowy album i miał bardzo wyraźną wizję tego w jakim kierunku powinniśmy zmierzać jako zespołów. Niestety Chris miał inne zdanie na ten temat. Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Oczywiście próbowaliśmy iść na pewne ustępstwa i nagrywaliśmy te kawałki tak, żeby każdy był zadowolony. Ostatecznie jednak wspólnie stwierdziliśmy, że zmierzamy donikąd i odrzuciliśmy każdy z nich. To był bardzo bolesny okres. Chris jest naszym przyjacielem i cały zespół zawdzięcza mu bardzo wiele, ale nie mogliśmy się już dogadać muzycznie.


Jak w takim razie wyglądają wasze relacje dzisiaj?


Szczere powiedziawszy mogłyby wyglądać lepiej. Nie gadaliśmy od dłuższego czasu. Trochę ciężko jest mi sobie wyobrazić taką rozmowę w tej chwili. Kosztowało nas to zbyt wiele, żeby teraz do tego wracać. Jestem pewny, że za jakiś czas odnowimy naszą znajomość, ale chyba każdy z nas potrzebuje jeszcze trochę czasu.


Jak w takim razie dzisiaj wygląda wasz podział obowiązków w zespole?


Zazwyczaj Tom wpada do sali z jakimś pomysłem na tekst, czy melodię a my staramy się to rozbudować. W rezultacie każdy dodaje coś od siebie i tak to się kręci. Nie ma tu żadnego mistycznego planu.


Pracowaliśmy tak od samego początku i nic się nie zmieniło. Doświadczenie nauczyło nas, że w ten sposób osiągamy najlepsze efekty. Nikt nie ma oporów powiedzieć reszcie, że ten czy inny kawałek mu się nie podoba. Tom nie zgrywa i nigdy nie zgrywał gwiazdora. Tak się po prostu składa, że często wpada na dobre pomysły, które trafiają w nasze gusta.


Jest dokładnie tak jak mówi Ed. Byłem w zespołach, w których ludzie kręcili się wokół własnego ogona. W Editors każdy wie czego chce i nie kryje się ze swoją opinią. Z drugiej strony jeśli twój pomysł nie spodoba się reszcie chłopaków to nikt nie strzela focha, tylko szuka innego rozwiązania. To bardzo przyspiesza proces nagrywania i pozwala skupić się na rzeczach, które są naprawdę ważne.


Po waszym debiutanckim krążku ludzie zaczęli was przyrównywać do takich kapel jak Joy Division, Interpol czy nawet U2. Ta łatka ciągnęła się za wami kilka dobrych lat. Czy dzisiaj, po czterech albumach, zdarzają się wam jeszcze takie komentarze?


Rzeczywiście zdarza się jeszcze czasami, że niektórzy dziennikarze przyrównują nasze brzmienie do tego jakim raczyło wszystkich Joy Division. Sam jednak nie jestem w stanie uwierzyć w to, że gdyby Ian Curtis pod koniec lat 70. przesłuchał nasze płyty powiedziałby, że brzmią jak muzyka jego zespołu. Niektórzy mogą twierdzić, że Tom śpiewa z podobną manierą co Ian, ale muzycznie jesteśmy na dwóch różnych końcach świata.


Moim zdaniem, Tomowi bliżej wokalnie do Jima Morrisona niż Iana Curtisa - zwłaszcza na naszym ostatnim krążku.


W takim razie od dzisiaj zmieniamy Joy Division na The Doors jeśli chcecie (śmiech)?


Świetnie, dokładnie o to nam chodziło (śmiech).


Wczoraj świat obiegła informacja o śmierci Lou Reeda. Człowiek ten odcisnął trwale piętno na muzyce i będzie zapamiętany jako wielki artysta. To smutne zdarzenie prowokuje jednak pewne pytanie: Za co wy chcielibyście kiedyś zostać zapamiętani?


Wydaje mi się, że z muzycznego punktu widzenia chciałbym zostawić po sobie kilka naprawdę dobrych albumów. Nie musi to być nawet hit za hitem. Wystarczy kilka solidnych krążków i będę zadowolony. W ten sposób zostawiamy coś po sobie i nawet kiedy nas samych już nie ma, nasza muzyka trwa nadal - tego właśnie bym sobie życzył. Mam taką cichą nadzieję, że po części już się nam ta sztuka udała. Nigdy nie zadowolisz wszystkich, ale jeśli uda ci się stworzyć coś co przetrwa dziesięciolecia, to wiesz, że wykonałeś kawał dobrej roboty.

rozmawiał Michał Lis

Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie