Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jarosław Śmietana

Jarosław Śmietana

Wywiad z Jarosławem Śmietaną polskim gitarzystą i kompozytorem jazzowym.

Na najnowszej płycie wziąłeś na warsztat polskie piosenki. Słuchając ich, dziwiłem się, jak naturalnie brzmią te melodie osadzone w kontekście jazzowym. Skąd ten pomysł?

Właściwie nie jest to żaden nowy pomysł. Tak wygląda praca muzyków jazzowych na całym świecie. Najwięksi artyści jazzowi, jak m.in. Louis Armstrong, Charlie Parker, Wes Montgomery, John Coltrane czy Miles Davis zawsze grali standardy. Urodzili się w USA, więc były to standardy amerykańskie, które w gruncie rzeczy są ich popularnymi piosenkami pisanymi przez takich artystów, jak choćby George Gershwin, Cole Porter czy Duke Ellington. Ludzie znali te piosenki z musicali lub innych wykonań komercyjnych muzyków pop. Potem melodie te grali też muzycy jazzowi i w ten sposób popowe piosenki stawały się standardami jazzowymi. Znany standard "My Funny Valentine" najpierw był przecież wielkim hitem musicalowym. U nas jest inaczej. Mamy bardzo dobrą literaturę muzyczną, mnóstwo popowych piosenek, ale brakuje ich jazzowych wykonań. Tymczasem, po drobnym zreharmonizowaniu, zmianie aranżacji, dostosowaniu do potrzeb zespołu jazzowego, piosenki te okazują się świetnymi standardami. Tak więc zrobiłem to, co robią muzycy jazzowi na całym świecie, z tym że postawiłem na nasze piosenki, bo kocham polską muzykę. Uważam, że jest wspaniała. Mamy olbrzymi dorobek kulturalny, więc i piosenek, które można zrobić, jest mnóstwo. Ja wybrałem dziesięć z nich.

To był chyba trudny wybór. Czym się kierowałeś podczas selekcji materiału?

Jak już mówiłem, dobrych piosenek jest bardzo dużo i spokojnie moglibyśmy nagrać kilka takich płyt. Wraz z kolegami z zespołu wybraliśmy utwory, które są jednymi z naszych ulubionych, te, do których mamy szczególny sentyment. Staraliśmy się też unikać monotonii i dobierać je tak, aby płyta była barwna i różnorodna. Najstarszą piosenką na krążku jest "Już nie zapomnisz mnie" autorstwa Henryka Warsa. Pochodzi ona z filmu "Zapomniana melodia" z 1938 roku. Nagraliśmy również inne znane melodie, takie jak "Ta ostatnia niedziela" czy "Pod papugami", a także utwory Nalepy, Grechuty, Zelińskiego i wielu innych.

Uważasz, że jest szansa na spopularyzowanie polskiej muzyki i pokazanie światu piękna polskich piosenek? Nasi muzycy chyba nadal wolą opierać się na standardach z tzw. "Real Book’a", czyli na piosenkach amerykańskich.

Uważam, że nadeszła na to pora. Czas wziąć się za polskie piosenki, bo są to utwory często na tym samym poziomie. Poza tym melodie te zawsze będą się nam z czymś kojarzyć, dzięki czemu poszerzają krąg odbiorców. Takiej płyty z polskimi standardami może posłuchać każdy, nie tylko człowiek interesujący się na co dzień jazzem.

Czy utwory te wymagały ingerencji w warstwę melodyczno- -harmoniczną?

Tak, trzeba było je zaaranżować na nowo. Zastosowaliśmy sporo nowych pomysłów na harmonię, w czym duża zasługa Wojtka Karolaka, bo jest on specem od różnych kombinacji i kruczków harmonicznych. Gdzieniegdzie zmieniliśmy trochę melodię. Oczywiście nie modyfikowaliśmy tego materiału aż tak, by było to nierozpoznawalne. Tutaj wszystko się zgadza. Można powiedzieć, że dosypaliśmy tylko do potrawy szczyptę jazzowego pieprzu, aby była to płyta jazzowa. Jazzowa, ale dla szerokiego grona odbiorców.

Przedstaw proszę innych muzyków towarzyszących ci na tej płycie.

Wojtek Karolak na organach Hammonda, natomiast Adam Czerwiński na perkusji. Można powiedzieć, że jest to moje stałe trio. Wojtek to już postać w polskim jazzie legendarna. Jest odpowiedzialny za dużą część pomysłów aranżacyjnych i harmonicznych na tej płycie. Gra bardzo stylowo i jest świetnie osadzony w bluesie, czyli muzyce, którą kocham. Sądzę, że nie ma jazzu bez bluesa i nie ma bluesa bez jazzu. Z Adamem nagrałem kilkanaście płyt i uważam go za świetnego perkusistę. Spoiwem, które łączy mnie z tymi ludźmi, jest zrozumienie i podobne spojrzenie na muzykę. Wyczuwamy się, powiedziałbym, intuicyjnie.

Zaprosiłeś też gości...

Tak! Chciałem, aby płyta miała więcej kolorów. W trzech utworach zagrał Janusz Muniak - ceniony jazzowy saksofonista. W dwóch utworach zagrał perkusjonista meksykańskiego pochodzenia - Thomas Celis Sanchez.

Co najbardziej lubisz w tej płycie?

Lubię, kiedy muzyka nagrywana jest na tak zwaną "setkę". W dzisiejszych czasach w studiu można robić cuda. Zdarzają się absurdy, w których muzyk gra dwa razy wolniej, a na płycie słyszymy frazy w podwojonej szybkości. Ja tego nie akceptuję. Na płycie musi być prawda - to dla mnie podstawowe kryterium. Tutaj w większości się to udało. W kilku miejscach musiałem poprawić ślady, ale nie wyciśniesz ze mnie - w których (śmiech). Pozostawiam to słuchaczom. Poza tym, najzwyczajniej w świecie lubię tę płytę za materiał, czyli za utwory, które podczas grania sprawiają mi przyjemność. Kto by pomyślał, że z piosenki "Gdzie ci mężczyźni" może powstać tak rasowy blues...

Zachwyciła mnie tu twoja artykulacja. Słychać, że gitarzysta nie wystukał nut równo z metronomem, ale wręcz zaśpiewał na gitarze (przykład 1A, 1B).

To jest coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Gram intuicyjnie, na ucho, tak jak na to pozwala mi wieloletnie doświadczenie muzyczne. Prawdopodobnie jeśli nagrałbym to drugi raz, to usłyszałbyś już coś innego. Zapisanie tych wszystkich niuansów graniczy z ekwilibrystyką. Ważne są nie tylko same nuty, ale to, co dzieje się pomiędzy nimi. Pauzy są tak samo ważne jak dźwięki. Im wcześniej się to zrozumie, tym lepiej. Młodzi muzycy są zwykle na etapie poszukiwania dźwięków - to na nie zwracają największą uwagę i to właśnie je cenią najbardziej. Nie zwracają uwagi na przestrzeń pomiędzy nimi. Ta przestrzeń to też jest muzyka. Właśnie gospodarowanie pauzami pokazuje twój artyzm i styl.

Charakterystycznym smaczkiem artykulacyjnym w twojej grze jest też granie nut lekko z tyłu, zamiast równo na beat, co Amerykanie nazywają laid-back...

Grając muzykę, staram się nie śpieszyć. Granie typu laid-back odbierane jest przez podświadomość. Ludzie wrażliwi czują to. Czują, że muzyka nie jest wymuszona, wyduszona w pocie czoła. Tak mogą powstawać dzieła rzemieślnicze, natomiast prawdziwa sztuka robiona jest z pewną nonszalancją, jakby od niechcenia. Jeśli przy tworzeniu muzyki artysta się męczy, to przy obiorze tejże muzyki męczy się również i słuchacz. Granie laid-back daje poczucie relaksu.

W "Pod papugami" wykorzystałeś ciekawy pomysł aranżacyjny z metrum.

Tak. Część "A" jest na 5/4, a część "B" na 4/4. Sprawia to, że temat staje się zakręcony. Jednocześnie udało nam się to zagrać tak, że brzmi bardzo naturalnie. I o to właśnie nam chodziło.

Wspomniałeś wcześniej o stylu. Czym jest styl Jarka Śmietany?

To suma pewnych elementów, jakie powtarzają się w mojej grze, takich jak te, które próbowałeś uchwycić w pierwszym przykładzie. Te charakterystyczne szczegóły artykulacyjnie gram już nieświadomie. To składowa mojego osobistego języka. Oczywiście to nie przychodzi ot tak, natychmiast. Pracuje się nad tym całe życie.

W dokonaniach najbardziej znanych gitarzystów znajdujemy powtarzające się frazy - ich muzyczne znaki rozpoznawcze. U ciebie takim znakiem jest pewna pentatoniczna, kwartowa fraza, którą usłyszeć możemy w outro utworu "Już nigdy nie zapomnisz mnie" (przykład 2).

Gitarzyści mają problemy z graniem pentatoniki w niestandardowy sposób. To jest coś, co świetnie potrafił robić John Coltrane. Ta spisana przez ciebie fraza kojarzy mi się właśnie z graniem saksofonowym.

Porozmawiajmy o sprzęcie. Grasz na sygnowanej własnym nazwiskiem gitarze firmy Mayones?

To model Virtuoso. Posiada pickup piezo, a także pasywny Gibson Classic i Seymour Duncan JB. Gitarę tę zbudowano według moich zaleceń. Ja dałem pomysły, a firma technologię. Konstruowanie jej trwało prawie dwa lata, tak więc design jest przemyślany i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko - kształt, parametry, menzura, profil gryfu - dopasowane zostało do moich potrzeb. Powstał instrument dla mnie idealny i gram na nim zupełnie bez przymusu. W tej chwili jest to moja gitara numer jeden. Gitary robione w Polsce są stosunkowo mało popularne. Wszyscy wolą mieć napis znanej firmy, wierząc, że to zapewnia im wysoką jakość. Tymczasem w Ameryce firmówkę może mieć każdy, ale mieć tam gitarę customową - to jest dopiero coś.

Jesteś też znany ze swojego zamiłowania do Gibsonów. W nagraniu wykorzystałeś jazzowego Gibsona Super 400.

Tak, od lat jestem maniakiem Gibsonów. Gibsony produkowane, powiedzmy, do 1980 roku, były gitarami, które miażdżyły wszystko. Mam kilka takich instrumentów vintage - Les Paul, jazzowe hollow-body - i uważam, że lepszych gitar do dziś nie zrobiono. Kocham Gibsona, ale kiedyś nie było takiej sztancy. Gitary starano się wykonywać tak, aby przetrwały wieki. Poza tym większą wagę przywiązywano do materiałów. Drewno było lepsze. Pokażę ci zaraz podstrunnicę w starym Gibsonie 400, którego mam tutaj ze sobą. Jest to tak doskonały heban, że wygląda prawie jak tafla czarnego metalu. Taka listwa na podstrunnicę warta jest około 2.000 dolarów. Nie chodzi nawet o to, że obecnie firma tnie koszty. Po prostu zapas tamtych materiałów lutniczych już się wyczerpał.

Gdzie zdobyłeś taki instrument?

Tego Gibsona Super 400 przywiozłem z USA. To rocznik 1963. Najlepsza gitara jazzowa jaka kiedykolwiek została zrobiona. Biorąc ją do ręki, człowiek od razu czuje szacunek. W tej części Europy to chyba jedyny taki egzemplarz, a na pewno jedyny w takim stanie. Wartość tej gitary to przeszło 40 tys. dolarów. Zresztą już w latach 60. była najdroższa w ofercie Gibsona. Les Paula można było wtedy kupić za około 300 dolarów, a model Super 400 kosztował 2.000 dolarów. Oczywiście wartość niematerialna takiego instrumentu jest o wiele wyższa. Gitara ma własnego ducha, który inspiruje wręcz do innej gry. Jej magię potęguje fakt, że grał na niej Wes Montgomery.

Nadal grasz kostkami grubości medium?

Tak. Są to kostki Gibson medium. Struny - "jedenastki" Elixira - zakładam do Mayonesa, a do Gibsona Thomastiki.

Do jakiego wzmacniacza podłączasz gitary?

Gitarę wpinam do wzmacniacza Vox AC30 w wersji head plus paczka. Jest to fenomenalny wzmacniacz, do którego doszedłem po 30 latach grania i poszukiwania sprzętu. Paradoksalnie uważałem kiedyś, że jest on technologicznie przestarzały. Trzydzieści lat szamotałem się, przechodziłem przez wszystkie, aktualnie robione wzmacniacze - Fendera, Marshalla, Riverę, Randalla, Mesę, Polytone’a, Peaveya - miałem już prawie wszystko, co jest produkowane na świecie. Wreszcie wylądowałem na AC30, od którego powinienem zacząć, bo grali na nim muzycy w latach 60. Co jest rewelacyjnego w tym wzmacniaczu? Jest to ciężka, duża głowa o rozmiarach 100-, 150-watowego wzmacniacza innych firm. Transformator ma taki, jak do 200-watowego wzmacniacza, ale jego moc to jedynie 30W. Dzięki temu ma niesamowite nasycenie dźwięku. Poza tym jest na lampach EL84, a nie popularnych EL36 Marshalla czy 6L6 Fendera. Jest to lampa mniejsza, ciepłobrzmiąca i szybka. Do tej głowy podpinam specjalną paczkę na dwóch 12-calowych głośnikach Blue Alnico o mocy 15W. Zwykle podobne głośniki firmy Celestion czy Eminence mogą mieć 100 czy nawet 150W. W porównaniu z zestawem standardowym, szlachetność brzmienia, jakie daje ta paczka, jest porażająca. Niestety jest to najdroższa opcja w ofercie firmy Vox, uważam jednak, że są to dobrze wydane pieniądze. Wzmacniacz ma jedno brzmienie, ale dokładnie takie, o jakie chodzi - mocne, tłuste i nieuciekające spod palców.

Jednakże podczas nagrań zdradzałeś go ze wzmacniaczem Kafel Custom...

To mój drugi wzmacniacz. Jak sama nazwa wskazuje, jest to konstrukcja robiona na zamówienie. Jacek Kafel jest moim kolegą jeszcze z dawnych czasów. Zajmował się konstruowaniem wzmacniaczy od lat 60., kiedy nie było u nas w ogóle sprzętu. Wtedy pół Polski grało na sprzęcie Kafla. Później wyemigrował do Ameryki i zamieszkał w Chicago. Tam powrócił do koncepcji budowania customowych wzmacniaczy. Obecnie robi sprzęt z najwyższej półki, wyłącznie na zamówienie najlepszych muzyków. Jeśli chodzi o brzmienie, Vox trochę "kranczuje" - oczywiście w sposób cudowny, taki, który wszyscy kochają. Natomiast Kafel ma szlachetne, krystaliczne, wzorcowe czyste brzmienie. Na wzmacniaczu tym gram praktycznie tylko w studiu. Nie chcę go wozić, bo jest to prawdziwy Rolls Royce wśród wzmacniaczy.

Czy jest to autorska konstrukcja Jacka Kafla, czy kopia jakiegoś znanego wzmacniacza?

To jego autorski projekt i to naprawdę na światowym poziomie. Po prostu hi-end. Na wzmacniacz trzeba czekać, bo robione są powoli. Tutaj instrument nie jest sztancą, gdzie pociąga się tylko za wajchę i z maszyny wyskakuje gotowy produkt, a za chwilę kolejny taki sam. Wzmacniacz Kafla wykonywany jest ręcznie, każdy detal jest dopieszczony i doprowadzony do perfekcji. W pewnym sensie jest to sprzęt niepowtarzalny, bo pojawiają się tu pewne różnice spowodowane ręką człowieka. O to właśnie chodzi i ja osobiście bardzo to sobie cenię. Uwielbiam robione instrumenty - zarówno wzmacniacze, jak i gitary.

Widzę, że w temacie sprzętu jesteś tradycjonalistą...

Owszem, można powiedzieć, że jesteśmy ortodoksami. Jeśli wzmacniacz, to koniecznie lampowy. Jestem zwolennikiem grania analogowego i brzmień typu vintage - prawdziwych. Uważam, że najlepszy przester daje wzmacniacz, a nie efekt gitarowy w kostce. Zresztą Wojtek również nie używał żadnych keyboardów, tylko prawdziwych, analogowych organów B3 Hammonda, tak jak je Pan Bóg stworzył. W Polsce jest takich instrumentów dosłownie kilka i nadają one muzyce naprawdę ciepły, naturalny charakter. Uważam, że coś utraciliśmy poprzez pchnięcie muzyki w stronę cyfrowości. Brzmienia typu digital są doskonałe, ale wszystkie brzmią jednakowo. Kiedy słuchasz muzyki z lat 60., obojętnie w jakim stylu, to po dwóch taktach wiesz, jaki to zespół. Ray Charles brzmi inaczej niż Joe Cocker, Cocker inaczej niż Janis Joplin, Joplin inaczej niż Jimi Hendrix, a Hendrix inaczej niż Eric Clapton... Można mnożyć przykłady. Po dwóch taktach wiesz, że to gra Procol Harum, po innych dwóch, że to Jethro Tull. Teraz włączasz radio i wszystko brzmi tak samo. Możesz słuchać godzinę i nie wiedzieć, czy to zespół z Ameryki, Ukrainy czy z Peru, bo wszyscy dysponują tym samym cyfrowym sprzętem, z tymi samymi wysokiej jakości cyfrowymi samplami.

Teraz każdy może mieć barwy jakościowo doskonałe, ale jednocześnie nijakie. Paradoksalnie im więcej możliwości, tym mniej może być indywidualności...

Oczywiście, ale to nie jest do końca złe. Przede wszystkim jest to wygodne i tanie, bo żeby uzyskać podobne rezultaty w tradycyjny sposób, trzeba się nieźle namęczyć. Konieczne jest też posiadanie drogich instrumentów i umieć je wykorzystać, kręcić gałkami. Teraz komputeryzacja poszła tak do przodu, że w jednym małym efekcie można mieć tysiące brzmień wzmacniaczy i rozmaitych efektów gitarowych. Ale to nie jest do końca tak, że brzmienia modelowane i oryginalne są takie same. Brakuje w nich prawdziwości, czynnika ludzkiego, osobistego charakteru muzyka, który ustawia i konfiguruje swój sprzęt w indywidualny sposób. Teraz, gdy słuchasz radia, wszystko jest wyczyszczone, perfekcyjne, bez błędów i jednocześnie płaskie.

Czyli zamiast prawdziwej dźwiękowej twarzy artysty widzimy gotową maskę, którą można kupić w każdym muzycznym supermarkecie?

Tak. Nawet jeśli są zdolni ludzie, to często mają zabitą potrzebę poszukiwania samego siebie. Wszystko jest teraz na wyciągnięcie ręki. Jeśli młody człowiek chce brzmieć jak Satriani, to kupuje kilka urządzeń, które zagwarantują mu podobne brzmienie. £atwo i bez wysiłku. To zabija jego indywidualność i po jakimś czasie człowiek ten staje się kopią. A kopia ma to do siebie, że obojętnie czy jest dobra, czy nie, to ludzie zawsze wolą oryginał. Jeśli chcę posłuchać Satrianiego, to słucham Satrianiego, a nie udającego go człowieka - niezależnie od tego, jak dobry w tym jest. Dlatego trzeba od początku grać swoje i szukać swojego własnego brzmienia, a do tego nadaje się najlepiej sprzęt analogowy.

Czy, idąc tym tropem, słuchasz głównie muzyki nagranej w erze analogowej?

Nie, jestem otwarty na każdy gatunek muzyki i staram się poznawać wszystko, co ciekawe. Muzyk musi być przecież osłuchany z możliwie jak najszerszym spektrum muzyki. Najbardziej jednak kocham muzykę z lat 60. czy 70. i nie dam sobie powiedzieć, że wymyślono potem cokolwiek lepszego. Nie ma lepszego gitarzysty blues-rockowego od Jimiego Hendriksa, nawet jeśli są tacy, którzy grają szybciej od niego. Szybkich gitarzystów jest mnóstwo, a gitarzystów z duszą - niewielu.

Trzeba też dodać, że Jimi był pionierem, który wytyczył kierunek rozwoju gitary elektrycznej na kolejne dekady.

Dokładnie. Kiedy się teraz słucha jego płyt, dochodzi się do wniosku, że nikt się dotychczas nie zbliżył do prawdy, jaką on wydobywał ze swojego Stratocastera.

Niemniej co krok można spotkać młodzików, którzy cenią bardziej Michaela Angelo, bo gra szybciej. To chyba nie tyle kwestia gustu, ale dojrzałości muzycznej...

Do smakowania pewnych niuansów w muzyce trzeba dorosnąć. Na początku, z daleka, widzi się w muzyce tylko to, co największe, najbardziej jaskrawe, najgłośniejsze, i właśnie... najszybsze. Dopiero z czasem zaczyna się doceniać szczegóły. Mnie osobiście szybko nudzą gitarzyści nadmiernie epatujący swoją techniką. Mogę tego chwilę posłuchać, ale po jakimś czasie jestem zmęczony. Natomiast Hendriksa mogę wysłuchać dwie płyty pod rząd i mnie to nie nudzi.

Powiedziałeś kiedyś, że szybkie granie wyklucza wręcz dynamikę. Dotyczyło to chyba Franka Gambale...

Wyklucza, bo przy tak dużej szybkości nie ma czasu na zastanawianie się nad każdą nutą. Ja natomiast zawsze będę zwolennikiem smakowania, delektowania się nutami. Tutaj muszę zaznaczyć, że to wszystko dotyczy osobistych preferencji. Mówię tylko o sobie, o tym, co ja lubię, o moim poczuciu smaku. Doceniam Franka Gambale, bo to świetny gitarzysta i nie chcę o nim nic złego powiedzieć. Tak samo nie przepadam za Patem Metheny, ale tylko w sensie stylistyki. Mogę pochylić czoła, a nawet klęknąć przed nim jako przed niebywałym wirtuozem gitary. Jednak wolę słuchać muzyki osadzonej w innej stylistyce. Lubię gitarzystów grających wolniej, z elementami bluesa, wyciskających każdą nutę, takich jak Bill Frisell, John Scofield. Tacy muzycy są mi bliżsi.

Skoro weszliśmy już w sferę techniki: jak ćwiczy Jarek Śmietana?

Zawsze staram się ćwiczyć na jakimś konkretnym materiale muzycznym. Przykładowo, na rozruszanie palców gram arpeggia od kolejnych dźwięków - w górę i w dół gryfu (przykład 3). Ważne jest, aby grać to ćwiczenie dokładnie z tą artykulacją (legato i glissy). Dzięki temu fraza zaczyna żyć i pulsować. W podobny sposób ćwiczę również inne przydatne arpeggia, na przykład akordu półzmniejszonego (przykład 4). Następnie gram rozmaite wariacje w oparciu o te arpeggia - wymienię tu choćby dominantowe (przykład 5A), gdzie na niższych strunach jest diatoniczne arpeggio G7, a w górze G7 z podwyższoną kwintą. Każde takie arpeggio można zakończyć improwizowaną frazą (przykład 5B). Jest to przykład na ogranie dominanty (A7), gdzie alteracje wprowadzają napięcie, następnie rozwiązywane są na akord toniczny (D) (nad nutami zaznaczono pojawiające się tu interwały alterowane; dla ułatwienia analizy podane są skale, do jakich przyporządkować można te ciągi dźwięków - przyp. Red.).

Czy grasz jakieś ćwiczenia typowo techniczne, np. popularne chromatyczne "pajączki"?

Nie. Ja gram muzykę i staram się ćwiczyć również muzykę. Nie interesują mnie żadnego rodzaju czysto techniczne wprawki. Jeśli gram jakieś ćwiczenia, to dlatego, że wymaga tego określony utwór. Bardzo często moje ćwiczenie polega po prostu na graniu. Przykładowo, biorę gitarę do ręki i... (tutaj Jarek przez kilka minut improwizuje akordami bluesa) tak sobie można pograć bluesa nawet przez pół godziny. To jest bardzo przyjemna sprawa.

Czy podczas improwizacji myślisz teorią, skalami, itp? Czy po prostu grasz na słuch?

Zawsze gram na słuch i uważam, że to jest jedyna droga. Słucham, co się dzieje w muzycznym planie, i na to reaguję. W ogóle nie toleruję zagrywek wyćwiczonych w domu, czyli: "wiem, że są akordy Dm-G7-C... acha, to jest patent numer 4, który ćwiczyłem przedwczoraj... i gram to". To nie jest żadne granie. Cała sztuka polega na wyćwiczeniu naszego "procesora" w głowie tak, aby był bardzo szybki i potrafił szybko reagować na to, co dzieje się w otoczeniu. Wtedy słyszysz dźwięk, wiesz, gdzie postawić palce i w którą stronę iść dalej. Nie mogą nami rządzić palce, bo wtedy proces odbywa się jakby w drugą stronę. Mamy wyćwiczone jakieś patenty i próbujemy dopasować do nich muzykę. W ten sposób grać się nie da. Reasumując, nie polecam wyrwanych z kontekstu wprawek. Trzeba starać się improwizować i ćwiczyć od razu muzykę. Siedząc samotnie w pokoju, podczas ćwiczeń trzeba grać tak, jakby się grało koncert. ćwiczenie to powinien być koncert grany przed wyimaginowaną publicznością. Tę publiczność musisz czymś zainteresować. To bardzo pomaga. Nie polecam również grania przed telewizorem. Niektórzy ćwiczą jałowe wprawki, których nudę i monotonię próbują zabić oglądaniem jakiegoś filmu czy programu. Wykonywanie ruchów palcami w zupełnym oderwaniu od myślenia prowadzi prostą drogą do bełkotu muzycznego, bo takie bezmyślne granie wchodzi w nawyk. Taki sposób ćwiczenia czasami może przynieść większe straty niż zyski.

Na koniec - gratulując ci wydania świetnej płyty - muszę zapytać, czy planujesz kontynuację tego pomysłu na polskie standardy?

Zobaczymy, jaki będzie odzew. Już mamy sygnały, że muzyka ta jest świetnie przyjmowana. Na koncertach ludzie doskonale się bawią, rozpoznając w jazzowej oprawie dobrze znane sobie melodie. Sama płyta zbiera pozytywne recenzje. Wydaje mi się więc, że pomysł jest trafiony. A jeśli okaże się na tyle dobry, by go dalej kontynuować, to być może nagramy kolejne płyty z cyklu "Polish Standards", na których zaprezentujemy inne polskie piosenki.

Krzysztof Inglik

GALERIA
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie