Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Butterfly Trajectory

Butterfly Trajectory

Butterfly Trajectory - nazwa ta ostatnio coraz częściej przewija się w polskich (i nie tylko) mediach muzycznych, najczęściej z dopiskiem "polski Opeth".

Ten dopisek z pewnością nie wyczerpuje istoty ich twórczości, ale coś w nim jest. Poniżej rozmawiam z wokalistą i gitarzystą grupy Piotrem Żurawskim oraz z gitarzystą Tymonem Urbańczykiem, a to wszystko przy okazji Festiwalu Odkryj Muzykę, który odbył się w klubie Pod Minogą, w rodzimym dla muzyków Poznaniu.

Przedstawcie się, proszę.


Cześć, nazywam się Tymon Urbańczyk, jestem gitarzystą rytmicznym - czasem też solówkowym - w Butterfly Trajectory.


A ja jestem Piotrek, Piotr Żurawski, wokal, gitara.


Bardzo mi miło. Jak wrażenia po koncercie?


Byliśmy zaskoczeni bardzo mocno tym, jak nas przyjęła publiczność. Ponieważ zwykle ludzie stoją, podoba im się, ale dzisiaj przerośli nasze najśmielsze oczekiwania. Szaleli, przewracali się na scenę… jeden koleś wpadł mi na efekty, odłączył mi zasilacz od tych efektów… było naprawdę srogo.


Odczuwaliśmy trochę presji, bo graliśmy z zespołami, które prezentują naprawdę wysoki poziom. Stamina, Nihilosaur, a przede wszystkim Godbite, przed którym chcieliśmy wypaść świetnie. Poznańska publiczność tak wszystko zmiażdżyła, że nie było potem czego sprzątać.


Właśnie, Poznań to wasze rodzinne miasto. Możecie opowiedzieć, jak wyglądały wasze początki tutaj? Pierwsze koncerty, sukcesy, porażki?


No, na początku było ciężko, ponieważ zagrać koncert, nie będąc kompletnie znanym nikomu, nie jest łatwo, jeżeli chodzi o organizację. Ale jakoś udało nam się w końcu dopchać do niektórych klubów w Poznaniu. Pierwszy koncert, jaki zagraliśmy, był z Obscure Sphinx. Pozdrawiamy panów… oraz jedną panią.


A ja w zasadzie dołączyłem do zespołu, jak już miał status gwiazdy poznańskiej.


Nieee… to dzięki Tymonowi mamy status gwiazdy (śmiech).


Ja jestem od robienia sprzężeń i pisków na delayu.


Czy to z twoim dołączeniem pojawiły się elementy "opethowe" w waszej twórczości?


Nie, nie, nie. Opeth, Cult of Luna, Katatonia, Emperor, Ulver i tona innych zespołów są dla nas wszystkich wspólną inspiracją. Myślę po prostu, że w momencie, kiedy dołączyłem, wykrystalizował się skład. Od razu, od pierwszej próby załapaliśmy z chłopakami wspólny język. Pierwszy wywiad Rudego, który był bardzo skrupulatny i wymagający względem mojej osoby, wypadł bardzo pozytywnie, więc zostałem przyjęty i do dzisiejszego dnia funkcjonuje to po prostu zajebiście.


Gdy szukaliśmy gitarzysty, to wyglądało tak, że daliśmy gdzieś tam oczywiście ogłoszenie, po znajomych pytaliśmy… i mieliśmy kilka wybranych osób. Na to, żeby przyszły, pograły, napiły się piwka i pogadały z nami… Tymon był pierwszą osobą. Przyszedł na próbę i mniej-więcej po trzydziestu minutach grania i wspólnego przebywania w piwnicy nikt z nas nie miał najmniejszych wątpliwości, że on musi dołączyć do naszego zespołu. Te same inspiracje, to samo poczucie humoru, to samo rozumienie świata, że tak powiem. Dogadywaliśmy się doskonale na każdej płaszczyźnie i takim sposobem Tymon jest w zespole, i jest jego najbardziej utalentowanym członkiem.


Rozumiem. À propos wspólnego języka, który odnajdujecie na próbach - słyszałem, że słowa dyktuje tu głównie Rudy. I co by Rudy na to powiedział?


No, tak jest. Czasami się chłopaki nawet denerwują, jak nie chcę przepuścić jakiegoś motywu i jak się mieszam w ich pomysły i coś tam zmieniam. Zwykle tak było, że ja przynosiłem jakiś riff, chłopaki dorzucali tam coś od siebie. Początkowo to tak wyglądało, że graliśmy we dwójkę, ja i perkusista nasz poprzedni, Andrzej, którego bardzo serdecznie pozdrawiam. I ja robiłem praktycznie całą muzykę. Ale chłopaki dołączyli… nie mogę przecież kontrolować ich instrumentów i ich mózgów. Automatycznie oni zaczęli dorzucać swoje rzeczy, nadawać charakter temu zespołowi. Mimo że ja przynoszę riff, to dopiero po  ich obróbce on nabiera swojej świetności.


Teraz chciałbym zapytać o utwory, które graliście na koncercie i które ewidentnie nie pochodziły z waszych dwóch EP-ek. Czy to już zapowiedź pełnego albumu?


Chciałbym powiedzieć: tak, ale cały czas odkładamy ten album i nie możemy się zabrać do jego nagrywania. Wiemy, że trochę osób na to czeka. My mamy cały czas ciśnienie, na każdej próbie pojawia się temat, kiedy zaczynamy nagrywać, ale mamy różne przeciwności losu. Finansowo-życiowe, że tak powiem.


Powiem tak. W przyszłym roku on musi wyjść. Najlepiej, że to była jego pierwsza połowa. I te utwory, które dzisiaj graliśmy się na nim znajdą. W takiej lub nieco zmienionej formie. Zwykle jak już zaczynamy nagrywać, to się okazuje, że coś zmieniamy. Ale chcemy coś z tego materiału zamieścić na longplayu.


Rozumiem. W sumie macie taki "toolowy" system wydawania albumów - wychodzą rzadko, ale jak już się ukażą, to są dopracowane w najmniejszych szczegółach. Perfekcjonizm jest bardzo ważnym składnikiem waszej muzyki i wydaje się, że każdy element siedzi na swoim miejscu. Nie lubicie przekombinowania.


Wiesz co… tutaj faktycznie należy sięgnąć do tego, że Rudy narzucił nam wcześnie tyranię. Okej, jest strasznym skurwielem, trzyma nas za pysk, ale to jest potrzebne. Bo w momencie kiedy dziesiąty raz z rzędu ćwiczymy na próbie pewne podejście i zastanawiamy się, czy ten riff jest na pewno czytelny, jest na pewno dobrze osadzony, to się broni na koncercie. I wszystkie uwagi Rudego w tym momencie po prostu wychodzą na dobre na koncertach. Bo ludzie czują, że - właśnie tak, jak mówisz - to siedzi w dobrym miejscu, w dobrym czasie. To samo się tyczy nowego albumu. Nie chcemy wydać rzeczy, która będzie niedopracowana i będzie tylko podsycała haj. Nie zależy nam na tym, żeby w kółko walić sweet focie. Chcemy wydawać dobrą, szczerą muzykę i to musi być dopracowane. Dlatego mam nadzieję, że wszyscy okażą odrobinę cierpliwości względem tego.


Muszą okazać. Bo już mamy info od niektórych osób: "ile można kurwa robić album". Także tak to wygląda. I dobrym przykładem odnośnie tego, dlaczego tak się babrzemy z każdym motywem, są utwory, które między innymi dzisiaj graliśmy. Które mają dwa lata. I one do dzisiaj zmieniają swoją formę. Od dwóch lat. Dodajemy nowe rzeczy, coś tam zabieramy… cały czas coś się zmienia. "Defibrylacja", utwór, który mamy na naszej pierwszej EP-ce, dzisiaj jest moim zdaniem utworem dosyć mocno innym. Często jest tak, że ja na próbie mówię: "chłopaki, może zmienilibyśmy to". Zwykle perkusista patrzy wtedy na mnie z pobłażaniem i mówi: "ile, kurwa, razy można". Wydaje mi się, że to jest jednak klucz do sukcesu. Jak to się mówi: diabeł tkwi w szczegółach.


Wasza twórczość cały czas się zmienia. Mimo to - szczególnie po drugiej EP-ce - dorobiliście się łatki takiego "polskiego Opeth". Zamierzacie z nią zerwać?


Nie, nie. Ani trochę. Nie (śmiech). Ja myślę, że nie ma drugiego zespołu, który grałby nawet podobnie. Jest wiele gatunków, wiele różnych podgatunków, gdzie mamy do czynienia z zespołami oscylującymi mniej-więcej wokół danego nurtu… Opeth jest jedyny w swoim rodzaju. I uważam, że jeżeli banda chłopaków z Poznania zacznie grać coś podobnego, to jeszcze nadmiaru w tej kwestii nie będzie.


Myślę też, że to duża zasługa wokalu tego łysego pana, który siedzi koło mnie, bo jest to po prostu najlepszy growl w Poznaniu i podejrzewam, że jeden z najlepszych w Wielkopolsce. I niewątpliwie nawiązuje właśnie do "Blackwater Park", tej płyty, która jest złotym okresem tego zespołu.


Trochę żartowałem z tym naśladowaniem Opeth. Oczywiście, dajemy coś od siebie. Ale mamy kawałek, taki jeden ze świeższych, który chcieliśmy nawet nazwać tak mniej więcej: jakby wziąć z trzy słowa z różnych tytuł Opeth i zrobić z tego własny tytuł. Tak z przymrużeniem oka. To byłby hołd oddany temu zespołowi.


A teraz odnośnie twojego growlu, który wydaje się być porównywalny do potężnego ryku Mikaela Åkerfeldta: dużo ćwiczysz?


W miarę regularnie. Zwykle na próbach. Jak mam dłuższą przerwę, to trochę ćwiczę sobie w domu albo przed próbami, ale zwykle staramy się robić w miarę regularne próby. Tak, żeby indywidualna rozgrzewka nie była aż tak potrzebna. Kiedy uczyłem się growlować, znalazłem taki filmik na YouTube, w którym jakiś koleś mówił: "nie staraj się naśladować swoich idoli, bo masz swoje własne gardło i nie będziesz nigdy śpiewać tak, jak oni". Myślę sobie: "Szkoda. Chciałbym brzmieć jak Mikael Åkerfeldt. No, ale sobie zluzuję, bo widocznie nie ma to sensu". I robiłem to po swojemu. I po nagraniu swojej EP-ki, niczego nieświadomy, nagle zaczynam dostawać informacje od różnych ludzi, że brzmię jak Åkerfeldt. Pukam się w głowę: "to nie jest możliwe". Wsłuchuję się w tę EP-kę… i nagle zaczynam zauważać, że są podobieństwa. Także ja tego na początku sam w ogóle nawet nie słyszałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to tak brzmi. Nie wiem, czy jest tak podobny. Nieco podobny jest moim zdaniem, ale nie jest identyczny. To na pewno.


Co do waszych koncertów. Mam wrażenie, że zagraliście jeszcze lepiej niż na EP-kach. Czy są one dla was ważniejsze niż albumy studyjne?


Jest wiele kapel, które mówią, że koncertowanie jest dla nich esencją działania. Ja aż tak skrajnie nastawiony nie jestem. Bardzo lubimy koncertować, tak jak zresztą - mam nadzieję - było dzisiaj widać. Każdy czerpał z tego ogromną satysfakcję i przyjemność. Prawda, Tymon?


Tak. Nie mogę się nie zgodzić. Wyleciałbym z zespołu.


Ale siedzenie w sali prób bez perspektywy koncertu na horyzoncie i taki luz, który sprawia, że możemy się pobawić, jest moim zdaniem bardzo korzystny dla nas i bardzo to lubimy. Jak na przykład możemy sobie odpuścić ćwiczenie kawałków. Tylko na przykład Tymon zapodaje jakiś motyw, perkusista zapodaje jakiś rytm, basista wchodzi… i zaczynamy się bawić. Wczoraj mieliśmy próbę, ale Tymon wczoraj naprawiał komputer, w co nikt nie wierzy. Ale dobra, Tymon nie przyszedł na próbę, niech mu będzie. Przecież nikt go nie zmusi. I zrobiliśmy zajebisty motyw bez Tymona. Niech żałuje, że go nie było. I to było właśnie to, na co możesz sobie pozwolić, jak nie masz koncertów w perspektywie. Na zabawę tym dźwiękiem. Także nie powiedziałbym, że tylko koncertowanie jest esencją naszego zespołu. Tworzenie materiału i nagrywanie go jest realną częścią tego, co sprawia nam satysfakcję z grania.


Dużo improwizujecie?


Zdarza nam się improwizować, ale nie na koncertach, podczas grania utworów. To są pojedyncze rzeczy. Dzisiaj poniosło mnie na przykład w "Three", w ostatnim numerze. I zamiast grać normalne dźwięki, zacząłem po prostu uderzać we wszystkie struny, z gitarą uniesioną nad głową. Czasem nas tak ponosi. Ale improwizacje sprowadzają się bardziej do zabawy na próbach. Nie na koncertach.


Niedawno spotkałem się z opinią, że improwizacja pozwala lepiej się wyrazić, dokładniej grać to, co ci w danym momencie w duszy leży. Jakbyś się do tego odniósł?


Improwizacja jest bardzo szlachetnym i pięknym sposobem robienia muzyki, ale uważam, że w pewnych gatunkach nie może ona być jedynym środkiem wyrazu. U nas bardzo często utwory powstają na podstawie mozolnego dłubania. To nie jest tak, że wchodzimy sobie do salki, włączamy wzmacniacze i każdy zaczyna sobie coś brzdąkać. To też się zdarza. Ale z tego nie powstaje większość materiału. Większość materiału powstaje w domowym zaciszu, z gitarą podłączoną do komputera.


Rozumiem. Czyli bawicie się w homerecording.


Troszeczkę tak. Bardziej na potrzeby tego, żeby komuś wysłać jakiś pomysł, aby nauczył się go na próbę. Zawsze bez większego rezultatu, bo nikt nie odbiera ode mnie poczty. Nagram coś, wyślę, przychodzimy na próbę: "słuchaliście empetrójki, którą wam wysłałem?". "Eee… nie". Zwłaszcza perkusista. Perkusista nigdy nie odbiera maili z nowymi motywami. Nigdy w życiu.


A planujecie znaleźć sobie wytwórnię?


W swoim czasie próbowałem wysłać kilka maili do topowych polskich producentów. Jakichś tam Mysticów i innych… i nie dostałem żadnego maila zwrotnego, więc chyba po prostu nikt nie jest zainteresowany.


Ja myślę, że wytwórnia nie ma sensu. Wytwórnia musi o tobie usłyszeć, żeby się do ciebie odezwać. To jest jedyna opcja. Ale nie potrzebujemy tego. Na razie będziemy sami sobie grali, sami wydawali nasze EP-ki… Chcemy zrobić crowdfundingowy projekt. Taki jak na przykład Polak Potrafi w Polsce albo Indiegogo.


O. Hetane tak na przykład wydało swoją płytę.


Udało im się?


Udało im się.


To fajnie, bardzo fajnie. Chcemy zrobić coś podobnego. I tak naprawdę w momencie, kiedy wydasz płytę, maksymalnie dwie, i będą to płyty na pewnym poziomie, jesteś w stanie dotrzeć do takiej liczby ludzi za pomocą różnych metod internetowych, że ci ludzie do końca twojej kariery będą w stanie fundować ci nagranie i wydanie albumu. Kupienie jej zawczasu, że tak powiem. I widzę w tym przyszłość. Także wytwórnia nie jest jedyną ścieżką i jak na razie uważam, że bez wytwórni jest nam całkiem dobrze.


Znaczy, miło by było, gdyby znalazła się organizacja ustalająca trasy, zapewniająca technicznych noszących bardzo ciężkie wzmacniacze i zmieniających struny, czego nienawidzę robić. To by było miłe, żeby mieć całe zaplecze merchandise’u, płyt i tak dalej. Ale można funkcjonować bez tego. Choć wiadomo: blask i chwała.


Jest to fajne, jak ktoś za ciebie wzniesie wzmacniacz na scenę, ale niewiele kapel z naszego okręgu może sobie na coś takiego pozwolić.


Z tym jest troszeczkę ciężko w Polsce, niestety. Jak jakiś czas temu byliśmy na koncercie Long Distance Calling i dowiedzieliśmy się, jaka jest cena za występ onego zespołu, to zrobiło nam się trochę smutno. Bo w Polsce - jakie by nie były topowe zespoły, choćby Obscure Sphinx - to tak naprawdę są to pieniądze za paliwo i za busa. Nie ma jakiekolwiek możliwości zarabiania na tym. I to jest takie dołujące troszeczkę.


No tak, faktycznie. Muszę trochę skorygować swoją wcześniejszą wypowiedź. To jest tak, jak Tymon mówi. Zorganizowanie koncertu w Polsce to jest wypruwanie sobie żył tak naprawdę. I jeżeli byłby ktoś, kto by chociaż w jakimś stopniu odciążył nas, to byłby naprawdę spory luksus.


Pod warunkiem, że nie wtrącałby się nam w muzykę.


A kiedy wysyłaliście materiał do wytwórni?


Po drugiej EP-ce. Robiłem to jeszcze wtedy, kiedy Rudy był na wygnaniu za granicą i zarabiał na sprzęt.


Ja nawet tego nie wiedziałem. Dowiaduję się teraz, że on to robił bez mojej wiedzy.


Z najlepszymi intencjami.


Mówiliście o koncertach. Jakaś trasa w planach czy na razie skupiacie się na materiale studyjnym?


Moim marzeniem osobistym byłoby ruszyć w Górny i Dolny Śląsk po wydaniu płyty. Ja jestem akurat z krainy kominów, czyli z Górnego, z miejsca, gdzie powietrze się wycina i trzeba je przeżuwać. Bardzo bym chciał pojechać na południe, mam tam kupę przyjaciół, znajomych, którzy niestety nie mają za bardzo czasu jechać sześć godzin pociągiem na koncert. I myślę, że byłoby super. Tak samo marzy mi się też trasa po Pomorzu. Mam kilka zaprzyjaźnionych zespołów, na przykład Godbite, z którym dzisiaj graliśmy.


Południe byłoby zajebiste, ponieważ Tymon stamtąd pochodzi. Byśmy zajechali do jego wioski, w której jest więcej kopalni niż ludzi. Byłoby bardzo spoko.


Wrocław?


We Wrocławiu jeszcze nie graliśmy. Byłoby bardzo spoko.


A wracając do crowdfundingu - spotkałem się ostatnio z teorią, że lepiej nie zbierać na wydanie konkretnej płyty, tylko na studio - choćby domowe - i w nim nagrywać po prostu kolejne albumy. Co o tym sądzicie?


Jeżeli ktoś ma smykałkę do tego, żeby się w nich dłubać i robić tę produkcję, to jak najbardziej. To jest najbardziej komfortowa opcja. Gdybyśmy mieli w zespole kogoś, kto zajmuje się profesjonalną produkcją, to byśmy byli w najbardziej komfortowej sytuacji z możliwych. Tak mają koledzy z Cult of Luna na przykład. Tam jest perkusista, z którym notabene byliśmy w kontakcie w sprawie miksu naszej płyty. Coś się nie dogadaliśmy, ale niewykluczone, że jakiś owoc naszej współpracy się pojawi w przyszłości. Więc jest ten perkusista wyżej wymieniony, który produkuje im płyty. To jest sytuacja doskonała. Zespół wchodzi do studia, nie ma osób z zewnątrz, które trzeba wtajemniczać, że tak powiem, wszyscy się doskonale rozumieją. Nagrywają to, produkują i brzmi to idealnie. Tak, jak oni chcą. To jest najlepsze rozwiązanie. Jeżeli jest ktoś taki w zespole, to faktycznie: lepiej pozbierać na studio, a potem nagrywać płyty. U nas nie ma kogoś takiego. Nie mamy czasu, żeby się bawić. Bawimy się raczej na poziomie homerecordingowym, jak wspomniałeś wcześniej. Na potrzeby puszczania znajomym albo innym członkom zespołu. Ale żeby to wydawać - to raczej nie.


Dzięki za rozmowę.


Bartosz Nysler

GALERIA
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie