Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Martin Barre (Jethro Tull )

Martin Barre (Jethro Tull )

Na kilka godzin przed sopockim koncertem legendarnej brytyjskiej grupy Jethro Tull udało nam się namówić na wywiad gitarzystę Martina Barre'a. Jest on drugim co do długości stażu (po Ianie Andersonie) muzykiem zespołu - gra w nim od czasu nagrania drugiej płyty ("Stand up", 1969), kiedy to zastąpił Micka Abrahamsa, zorientowanego przede wszystkim na bluesa (przed nim w zespole grał krótko Tony Iommi z Black Sabbath).

Podobnie jak w większości zespołów progrockowych gitara nie pełni w Jethro Tull roli pierwszoplanowej, a jej partie podporządkowane są wymogom kompozycji charyzmatycznego lidera - Iana Andersona.

 

W wielu zespołach w proces komponowania zaangażowani są w mniejszym lub większym stopniu wszyscy ich członkowie. W Jethro Tull jest inaczej - 95 procent całego materiału pochodzi od Iana Andersona. Jak się czujesz w roli odtwórcy czyichś pomysłów, a nie twórcy własnych?

Trudno mi się zgodzić z podobnymi stwierdzeniami. To niezupełnie jest tak. Jeśli chodzi o samo komponowanie utworów, to owszem, Ian pisze wszystkie utwory, ale potem dochodzą do nich pomysły muzyczne od innych muzyków - na przykład ode mnie. Swego czasu wiele wnosili również David Palmer, Peter Vetesse czy Eddie Jobson. Ian często przynosi gotowe kompozycje, do których później dodawane są różne pomysły i partie instrumentalne, na przykład w metrum 5/4 czy 6/8, które komponujemy wszyscy jako zespół. Tak było w przypadku płyty "Thick As A Brick", która prawie w połowie jest instrumentalna i została skomponowana przez wszystkich członków zespołu. Kolejny przykład to płyta "Crest Of A Knave" - poszczególne kompozycje tworzą jakby szkielet albumu. Jednak wokół nich jest cała masa muzyki napisanej przeze mnie i innych muzyków. Przykładowo w utworze, który trwa pięć minut, jest co najmniej półminutowy lub dłuższy fragment instrumentalnych pasaży czy wstawek. Tak jest w każdym utworze. Powiedzmy, że mamy bardzo prosty pomysł Iana na utwór - cztery akordy na gitarze akustycznej plus linia wokalu, jednak później dochodzą do tego partie gitarowe, klawiszowe - a to wszystko przecież trzeba skomponować i napisać partie, które zostaną dodane do utworu. Jeśli weźmiemy utwory innych wykonawców, na przykład Pink Floyd, Franka Zappy czy kogokolwiek innego, to zawsze jest to kompozycja, piosenka, z którą jednak coś trzeba dalej zrobić i dlatego dodawane są do niej różne dodatkowe partie. Tak więc trudno w naszym przypadku mówić o 95 czy też 80 procentach - w niektórych utworach Ian napisał wszystko, łącznie z partiami gitary i klawiszy; w innym zaś przypadku są to tylko trzy akordy rzucone jako pomysł, z którym trzeba coś zrobić - wtedy ma miejsce duży wkład innych muzyków.

Ian Anderson powiedział kiedyś, że na niektórych płytach musiał dokładnie powiedzieć każdemu, co i jak ma zagrać. Czy to prawda?

Tak, na niektórych płytach tak było, ale tylko w utworach, co do których miał dokładną koncepcję w swojej głowie i wiedział ze szczegółami, czego chce - tak na przykład było w "Dun Ringill". Ja także komponuję - nagrałem trzy solowe płyty i w niektórych utworach wiem dokładnie, czego chcę, a więc jak ma wyglądać partia gitary, klawiszy, fletu czy basu. W innym zaś utworze mam tylko partię gitary i wtedy zwracam się do klawiszowca z prośbą o pomysły czy brzmienia. Tak więc, jeśli nagrywa cały zespół, to często powstaje potrzeba zaangażowania się innych muzyków, a tak naprawdę jest to właśnie czynnik, który sprawia, że zespół istnieje. Kwestia kompozycji nie jest więc tak jednoznaczna i czarno-biała...

Czy to jednak nie oznacza, że cały zespół tworzy muzykę, a na okładce płyty widnieje tylko nazwisko Iana Andersona jako kompozytora?

Nie odczuwamy tego jako problem - on jest kompozytorem, a my robimy aranżację i jest to część naszej pracy jako muzyków. Pojawia się nowy utwór i zarazem pytanie - w jaki sposób powinienem zagrać tę muzykę, jak powinna wyglądać moja partia gitarowa, a jaką partię muszę sam dokomponować. Aranżowanie to coś więcej niż bycie tyko muzykiem. Utwory, które gramy, może zagrać każdy. One nie są aż tak trudne i tysiące gitarzystów może to zrobić. Ale skonstruować partię gitarową to już zupełnie inna sprawa, w tym zespole robię to ja; być może ktoś inny zrobiłby to lepiej, a może gorzej - nie wiem tego, ale jeśli zrobiłby to np. David Gilmour, byłoby to coś zupełnie innego, ponieważ ma on inne spojrzenie na muzykę.

Na jednym z materiałów wideo powiedziałeś, że jesteś właściwie gitarzystą bluesowym, a jeśli wydaje się komuś, że grasz w innych stylach, to nieprawda, bo wtedy tylko udajesz...

Nie wiem, czy mogę nawet powiedzieć o sobie, że jestem gitarzystą bluesowym... Niektórzy ciągle próbują klasyfikować ludzi - ty grasz jazz, ty klasykę itp. Moje korzenie są bluesowo-rockowe i nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że umiem grać jazz, nie gram też muzyki klasycznej. Jednakże rozumiem wpływy tych gatunków na to, co tworzę. Gdybym chciał powiedzieć, że zajmuję się jazzem, klasyką czy country, nie byłaby to prawda, ponieważ jedyne, czym dysponuję, to szerokie spojrzenie na swoją grę z uwzględnieniem elementów tych stylów. Dzięki temu wiele rzeczy mogę zrobić lepiej, ale tak właściwie to jestem po prostu gitarzystą rockowym.

Czy słuchasz innych gitarzystów, a może szukasz inspiracji w różnych instrumentach, stylach? Możesz podać jakieś nazwiska?

Nie słucham zbyt wielu gitarzystów. Słucham po prostu dobrej muzyki, niekoniecznie gitarowej. A więc wolę słuchać skrzypków, pianistów, flecistów, lecz nie odczuwam zbytniej potrzeby słuchania gitarzystów - usłyszę jakąś zagrywkę i myślę sobie, że gdzieś już to słyszałem. Większość gitarzystów gra to samo, co wszyscy, i brzmi jak wszyscy - te same zagrywki, te same akordy. Ale na przykład słuchanie orkiestry jest bardzo pouczające, ponieważ jest tam melodia, harmonia, emocje - tak więc w wolnych chwilach chętnie słucham takiej muzyki i uczę się. Tym niemniej lubię dobrą muzykę gitarową w wykonaniu choćby takich artystów, jak: Robben Ford, Scott Henderson, Gary Moore, Mark Knopfler czy David Gilmour. Tak więc lubię dobrą muzykę gitarową, ale nie słucham jej zbyt często, ponieważ w muzyce jest bardzo wiele ciekawych rzeczy do słuchania.

Ale gdy zaczynałeś grać, na pewno wzorowałeś się na kimś. Kim byli twoi mentorzy? Czyżbyś uczył się tylko z książek?

Tak, miałem jedną książkę (śmiech). Problemem we wczesnej brytyjskiej muzyce rockowej było to, że gitarzyści słuchali Freddiego Kinga, B.B. Kinga czy Alberta Kinga i próbowali grać tak jak oni, ale było to niemożliwe. Nie możesz grać dokładnie tak samo. Jedynym człowiekiem jakiego znam, który nauczył się przekazywać emocje tak jak tamci muzycy, jest Gary Moore. Także Stevie Ray Vaughan był jednym z niewielu, którym się to udało, natomiast wszyscy inni próbują po prostu tylko kopiować ich styl. Możesz próbować to robić, ale wiadomo, że nigdy tego nie osiągniesz, więc po co sobie tym zawracać głowę? Kiedy zaczynałem, wszyscy grali bluesowe zagrywki, a ja zadawałem sobie pytanie: "po co?". Tak więc nigdy się ich nie nauczyłem, bo nigdy nie chciałem tego robić. Zawsze słuchałem wszystkiego, na przykład dużo nauczyłem się z muzyki folk, i to często całkiem nieświadomie. Po prostu była to zabawa. To nie znaczy, że jak jestem gitarzystą, to muszę słuchać gitarzystów - słucham wszystkiego, bo muzyka to bardzo szeroki temat, to coś więcej niż tylko muzyka gitarowa.

Bardziej lubisz grać na gitarze elektrycznej niż akustycznej?

Nie, niezupełnie. Prawdopodobnie nie wiesz o tym, ale nagrałem trzy płyty solowe...

Słuchałem tylko jednej, "Stage Left".

To ostatnia moja płyta. W czasie nagrywania moich płyt grałem dużo akustycznie, poza gitarą próbowałem swoich sił także na buzuki, mandolinie i naprawdę mi się to podobało. Jednak w zespole od dawien dawna grałem przede wszystkim na gitarze elektrycznej, ponieważ Ian grał głównie na gitarze akustycznej, a bardzo rzadko na elektrycznej. Jednak w ciągu ostatnich 15 lat coraz bardziej interesuję się gitarą akustyczną, po prostu uwielbiam ją. Jeśli grasz na gitarze, możesz zainteresować się także buzuki, mandoliną lub mandolą - nie trzeba ograniczać się tylko do gitary, możesz wybierać spośród różnych instrumentów. Jeśli grasz na gitarze elektrycznej, trzeba po prostu przełożyć ten sposób gry na instrument akustyczny. Uczysz się w ten sposób różnych technik, poszerzając też swoją wiedzę.

Ile godzin dziennie ćwiczysz na gitarze?

Czasami nie ćwiczę w ogóle, na przykład gdy jestem w trasie. W domu gram codziennie, ale trudno to nazwać ćwiczeniem. Biorę po prostu gitarę i gram, ale zazwyczaj po godzinie rozlega się wołanie: "Martin, gdzie jesteś? Chodź skopać ogród i pozmywać naczynia!", więc odkładam ją i idę tam, gdzie mnie wołają (śmiech). Gram w każdej chwili, kiedy mogę to robić, czasem są to trzy, cztery godziny, a czasem jedna lub pół godziny dziennie. Robię to wtedy, kiedy mogę, i specjalnie nie zwracam uwagi na czas.

Masz jakieś ulubione ćwiczenia, gamy czy pasaże?

Grając gamy, odświeżam swoją pamięć - we wczesnych latach mojej muzycznej kariery widziałem, jak wiele osób ćwiczy skale znalezione w książkach, ale ja nigdy tego nie lubiłem. Dla mnie skale są jak matematyka, geometria - myślę, że ty znasz je wszystkie, jeśli zajmujesz się opracowywaniem transkrypcji na większą skalę, ale musisz wiedzieć, że ja nie czytam nut i wszystko, co gram, odnoszę do geometrycznych schematów - ta skala pasuje do tego akordu... i tak dalej. To coś w rodzaju systemu bezpieczeństwa. Jeśli go opanujesz, nigdy się nie zgubisz. Mimo to czasem zdarza mi się taki moment podczas koncertu, gdy nie wiem, gdzie jestem (śmiech). Pozytywną stroną znajomości skal jest fakt, że zawsze wiesz, gdzie jesteś i jakie masz nuty pod palcami.

Nie jest ci to potrzebne?

W mojej pracy w zespole nie jest mi to potrzebne, gdyż jeśli wydajemy jedną płytę na rok, jestem w stanie nauczyć się tego wszystkiego na pamięć. Zresztą podobnie jest z Ianem, nie posługuje się on zbytnio nutami - owszem, jeśli trzeba coś zapisać, potrafimy to zrobić, ale przede wszystkim gramy ze słuchu.

Teraz pytanie niemal obowiązkowe w wywiadzie dla magazynu gitarowego: Jakiego sprzętu używasz?

Gdy gramy koncerty tego typu jak ten dzisiejszy, to często korzystamy z tanich linii lotniczych - np. EasyJet, Wizzair czy Ryanair - wtedy nie możemy zabrać ze sobą całego naszego sprzętu, gdyż w samolocie nie ma tyle miejsca. Wtedy muszę ograniczyć się tylko do gitary i wzmacniacza. Kiedy gramy w Anglii lub Stanach, mam cały duży zestaw, który brzmi fantastycznie. Dajemy jednak dużo koncertów w takich miejscach jak dzisiaj i wtedy chcę brzmieć najlepiej, jak jest to możliwe, tak więc muszę mieć zestaw, który mogę zabrać w każde miejsce na świecie i być z niego zadowolony. Jednym z jego elementów jest gitara PRS 513, którą mam od czterech lat. Mam bardzo dobre układy z firmą PRS, gram dla nich wiele występów typu marketingowego, m.in. na targach NAMM. Lubię te gitary i samą firmę - wspaniałe gitary, fantastyczni ludzie. Mogę śmiało powiedzieć, że ich gitary są świetne i doskonale wyregulowane.

Owszem, ale najwyższe modele są chyba dość drogie?

Tak, ale ich jakość warta jest tej ceny. Kupiłem także tańszy model PRS wykonany w Korei i muszę przyznać, że jego jakość też jest dobra. Tak więc gitarą, którą zabieram wszędzie jest PRS model 513. Co do strun to używam wyłącznie strun marki GHS, zresztą mam dobry kontakt z tą firmą, oni często przychodzą na nasze koncerty i to nie jest sprawa pieniędzy - dostajemy te struny od nich, ponieważ oni kochają naszą muzykę i chcą wspierać nasz zespół. Mamy ze sobą bliski, przyjacielski kontakt, a to bardzo ważne. Jeżeli chodzi o wzmacniacze, to używam Soldano Decatone. Z kolei w Soldano nie dadzą ci choćby dolara czy 50 centów rabatu na wzmacniacze, nawet jeśli nazywasz się Steve Vai. To mała firma, która robi może trzy wzmacniacze na tydzień, ale ich jakość jest zdumiewająco wysoka. W czasie transportu lotniczego zdarza się, że sprzęt jest rzucany, jednak nawet po takich przejściach wzmacniacz Soldano brzmi tak samo jak przedtem. Używam tych urządzeń od 15 lat, latam z nimi po całym świecie i zdarzył mi się tylko jeden przypadek, kiedy coś się popsuło - podczas przelotu liniami British Airways jedna z lamp pękła - była to jedyna usterka w ciągu 15 lat!

A co z multiefektami, kostkami analogowymi?

Nie używam żadnych efektów z wyjątkiem pogłosu PicoVerb firmy Alesis - to jest małe pudełeczko, które wpinam w pętlę wzmacniacza, bo trudno jest grać na całkowicie suchym brzmieniu. Poza tym nie używam żadnych efektów pojedynczych ani multiefektów, po prostu nie lubię ich, pracuję wyłącznie na zestawie: gitara - wzmacniacz.

Czy ćwicząc w domu, też używasz wzmacniacza?

Soldano Decatone sprawdza się i pod tym względem - jest tam dużo możliwości ustawienia i redukcji głośności, tak więc mogę spokojnie ćwiczyć na wzmacniaczu, nie przeszkadzając nikomu. Włączam kolumnę z jednym głośnikiem i brzmienie jest równie dobre jak przy większej kolumnie. Wzmacniacz ma trzy kanały: clean, crunch i solo, co umożliwia uzyskanie praktycznie każdego brzmienia.

Wracając do muzyki: czy masz jakieś ulubione zespoły rockowe?

Nie ma zbyt wielu zespołów, na których koncerty chodzę i których słucham. Jak już wspomniałem, zawsze chętnie słucham Scotta Hendersona czy Robina Forda, a także Gary’ego Moore’a, który jest zresztą moim przyjacielem. W zeszłym tygodniu nawet graliśmy razem, potem porozmawialiśmy chwilę i rozeszliśmy się do pokojów hotelowych. Był też kiedyś taki zespół, który nazywał się UK, słyszałeś o nim? Wydali chyba tylko trzy płyty, przy czym na pierwszej grał na gitarze Allan Holdsworth. W latach 80. była też pewna popowa kapela o nazwie Go West, w której grał nieżyjący już gitarzysta Alan Murphy. Jak już mówiłem, lubię też brzmienie orkiestry, z przyjemnością słucham Mozarta czy Beethovena. Co do muzyki gitarowej, to słucham jej od 45 lat, więc nie ma w tym dla mnie żadnej magii, co nie znaczy, że tego nie lubię, lecz po prostu nie chcę się na nikim wzorować i wolę grać swoje własne rzeczy. Jeżeli jesteś znakomitym gitarzystą, to z całym szacunkiem, ale ja nie chcę się uczyć od ciebie. Proces poznawania gitary wolę przejść sam, ponieważ jest to wielka przyjemność. Doświadczanie tego na własnej skórze daje wiele radości. Nie potrzebuję oglądać kasety wideo, na której pokazujesz to czy tamto, wolę odkryć to sam, na przykład skalę półzmniejszoną - mówię sobie wtedy: "Aha, to jest ta skala, odkryłem ją!".

Jak określiłbyś obecny styl Jethro Tull? Czy jest to w dalszym ciągu rock progresywny? Ostatnimi czasy ten gatunek nie ma się chyba zbyt dobrze...

Z określeniem "rock progresywny" kojarzy mi się inne, równie mało precyzyjne: "new romantic". Progrock jest to jeden z tych gatunków, który ostatnio wywołuje wiele nieporozumień, często zakrawających na żart. Miesiąc temu graliśmy na Progrock Festival, gdzie występowały takie zespoły, jak Uriah Heep, Ten Years After czy The Doors... Nie chciałbym być kojarzony z tego rodzaju muzyką. Nie uważam, że jest ona zła, ale... Na początku istnienia zespołu zostaliśmy zaklasyfikowani do kategorii progresywnego rocka, lecz zaraz potem nasz styl uległ zmianie, odjechaliśmy nieco w kierunku folku, gramy także elementy rocka, bluesa, a nawet metalu. Łączymy wszystkie te elementy i powstaje coś, co jest po prostu stylem Jethro Tull.

Jaką radę mógłbyś dać naszym Czytelnikom? Którędy prowadzi droga do odnalezienia własnej osobowości na gitarze?

Dokładnie tak jak powiedziałeś - należy odnaleźć swoją własną osobowość. Na początku dobrze jest uczyć się od innych gitarzystów, ale trzeba mieć bardzo otwarty umysł i nie próbować kopiować ich zbyt dokładnie. Jednym z najsmutniejszych obrazków, jakie widziałem, był widok pewnego chłopca, którego ojciec jest chyba niespełnionym gitarzystą. Chłopiec ten grał na gitarze model Steve Vai i wyczyniał z gitarą to samo, co Steve Vai. Najpierw pomyślałem sobie, że to fantastyczne, ale potem zdałem sobie sprawę, iż jest to biedne dziecko... Bo gdy grasz jak Steve Vai, mając 90 centymetrów wzrostu, to wszyscy mówią, że jesteś genialny. Ale gdy jesteś już dwa razy wyższy i wciąż grasz jak Steve Vai, to marnujesz w ten sposób swoje życie, bo jesteś tylko jego klonem. Coś takiego jest bezcelowe i głupie, to najbardziej bezsensowna rzecz, jaką można robić. To biedne dziecko stało się pewnie jednym z miliona gitarzystów naśladujących Vaia. Dlatego trzeba mieć własną osobowość, własny charakter. Gdy nauczysz się już grać na gitarze, to zacznij komponować najwcześniej, jak tylko jesteś w stanie. W ten sposób odnajdziesz swój własny styl, swoją muzykę - bardzo ważne jest komponować, i to nawet jeśli te kompozycje nie zwalają nikogo z nóg. Najlepiej jest rozwijać umiejętności kompozytorskie równolegle z umiejętnością gry na gitarze, ponieważ dzięki temu rozszerzasz swoją wiedzę. Ważne jest mieć swój własny charakter w tym, co grasz - lepiej jest być gitarzystą, który gra prosto, ale takie rzeczy, których nikt inny nie gra, niż być nadzwyczaj doskonałym technicznie i grać dokładnie w takim samym stylu, co inni. Dobrze jest też słuchać nie tylko gitarzystów, ale zainteresować się także muzyką klasyczną (np. frazowaniem skrzypcowym), tymi wszystkimi niuansami i emocjami, stopniowaniem głośności i barwy dźwięku - tak wiele można się przy tym nauczyć.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia na wieczornym koncercie.

Dziękuję również. Macie tu dziś fajną pogodę, więc zaraz pójdę na plażę i trochę pobiegam (rozmowa toczyła się w Grand Hotelu w Sopocie - przyp. RL).

Ile kilometrów robisz każdego dnia?

Około dziesięciu. Nie, około ośmiu, ale codziennie!

Robert Lewandowski

GALERIA
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Zobacz wszystkie