Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mark Tremonti (Alter Bridge)

Mark Tremonti (Alter Bridge)

Co zrobić kiedy projekt twojego życia wartkim krokiem zmierza ku katastrofie ciągnąc za sobą twoją karierę i reputacje? Z takim problemem musiał się kiedyś zmierzyć Mark Tremonti, dzisiaj jeden z najznamienitszych gitarzystów na świecie.

Co pozostało z zespołu Creed i czy Alter Bridge kiedykolwiek będzie w stanie powtórzyć sukces swojego nie tak znowu dalekiego kuzyna? O to i kilka innych rzeczy zapytałem samego założyciela obu tych formacji…

Wasze płyty ukazują się średnio co trzy lata. Rzeczywiście tyle czasu potrzebujecie na wydanie każdego krążka?


To prawda, że lubimy to trochę przeciągać (śmiech). Czasami jest to rezultat niemożności dopasowania do siebie naszych indywidualnych harmonogramów. Każdy z nas zajmuje się jeszcze kilkoma innymi projektami. Do tego dochodzą rzeczy solowe, Myles, który gra ze Slashem, i kilka innych aspektów. Z drugiej strony, dzięki temu, że trwa to trochę dłużej, możemy doszlifować materiał, który mógłby nas normalnie kłuć w ucho.


Skoro jesteśmy już przy temacie łapania kilku srok za ogon, to czy nie czujesz się ostatnio trochę przepracowany? Jakiś czas temu trasa z Creed, rok temu płyta solowa, teraz Alter Bridge - może czas na wakacje?


Wręcz przeciwnie. Uważam, że jest to dla mnie naprawdę dobry okres. Cała czas piszę nowe piosenki i staram się mieć nad wszystkim kontrolę. Na razie plan jest taki, żeby w przyszłym roku trochę koncertować z Alter Bridge. Do tematu Creed wrócę najpewniej po trasie, więc dobra passa trwa (śmiech).


Czy proces nagrywania waszego nowego albumu różnił się czymś od twoich poprzednich doświadczeń na tym polu?


Jeśli chodzi o Alter Bridge, to tym razem zdecydowanie więcej czasu poświęciliśmy na pre-produkcję. Razem z Mylesem zaszyliśmy się w studio na około trzy tygodnie i przerobiliśmy wszystkie pomysły jakie zebraliśmy na tę płytę. Staraliśmy się wyciągnąć z tego materiału absolutne maksimum. Pracowaliśmy nad różnymi aranżacjami tak, aby były one jak najmniej przewidywalne i jednocześnie ciekawe dla słuchacza.


Ciężko ci jest po tylu projektach zachować świeżość w tym co robisz?


Zawsze jest to jakieś wyzwanie. Trzeba zawieszać sobie poprzeczkę wysoko i nigdy nie chodzić na skróty. Należy ingerować w strukturę utworów, eksperymentować z różnymi pomysłami i korzystać z rozwiązań, których do tej pory nikt nie próbował. Jest to najlepszy sposób na to, żeby się wyróżnić w rokrocznym zalewie nowych płyt.


Gdzie zatem w szeregu waszych dotychczasowych dokonań postawiłbyś "Fortress"?


Uważam, że jest on mniej więcej na tym samym poziomie co album Blackbird, który do dzisiaj jest chyba moim ulubionym krążkiem w naszej dyskografii.


Cofnijmy się trochę w czasie. Co takiego sprawiło, że Creed zaliczył w 2004 roku tak bolesny upadek?


Główną przyczyną takiego obrotu spraw był konflikt jaki narastał przez lata pomiędzy nami, a Scottem (przyp. red. Scott Stapp, wokalista). W pewnym momencie każda ze stron chciała czegoś innego i nie potrafiliśmy się dogadać. Granie w tym zespole przestało nam sprawiać przyjemność i nie widzieliśmy powodów, aby to dalej kontynuować. Jednocześnie byliśmy na tyle doświadczonymi adeptami rynku muzycznego, że czuliśmy się na siłach stworzyć nowy zespół, który nie tylko pozwoliłby nam zarobić pieniądze, ale również dać radość z wykonywania swojego zawodu. Chcieliśmy poczuć szacunek do samych siebie i przestać okłamywać naszych fanów, że wszystko jest w porządku.


Wasze ostatnie koncerty w tamtym układzie należały do jednych z najgorszych w historii zespołu. Prasa i fani nie zostawiali na was suchej nitki. Jak radziliście sobie z tą sytuacją?


To było bardzo upokarzające doświadczenie i ciężki okres w naszym życiu. Nie wiedzieliśmy do końca jak się z tego wytłumaczyć i czy w ogóle będziemy jeszcze razem grać. Moja kariera i wiarygodność wisiała na włosku, więc musiałem zrobić cokolwiek, aby zatrzeć to złe wrażenie tak szybko jak to tylko możliwe. Nie zastanawiając się nawet nad tym zbyt długo, kupiłem sobie studio, wziąłem kilka lekcji z obsługi całej tej plątaniny kabli i przełączników, a potem zabrałem się za pisanie pierwszych kawałków Alter Bridge. Niedługo potem zadzwoniłem do Scotta Phillipsa i Briana Marshalla, aby zaproponować im granie w nowym zespole i tak to się zaczęło.


Pewnie początki nie były dla was szczególnie łatwe?


No niestety tak to bywa, kiedy zakładasz nowy zespół na gruzach innego. Po naszej pierwszej płycie niemal wszyscy zarzucali nam odcinanie kuponów od Creeda. Poniekąd właśnie dlatego nasza kolejna płyta (przyp. red. Blackbird) była tak inna w porównaniu do One Day Remains. Paradoksalnie to właśnie ta ostatnia otrzymała lepsze recenzje, ale ponieważ mieliśmy dość haseł w stylu "Creed 2" zdecydowaliśmy się pójść w kompletnie innym kierunku i znaleźć swój własny styl. Dopiero wtedy ludzie zaczęli nas postrzegać jako Alter Bridge i obdarzyli kredytem zaufania, który staramy się spłacić z każdą kolejną płytą. Album Fortress jest chyba pierwszym krążkiem w naszej dyskografii nad którym pracowaliśmy bez tego bagażu, który ciągnął się za nami latami.


Po co w takim razie na bocznym torze ciągniecie nadal ten wagonik o nazwie "Creed"? Czy ten zespół ma dla was jeszcze jakiekolwiek znaczenie?


Na pewno podchodzimy dzisiaj do tego zespołu inaczej niż jeszcze 10 lat temu. Teraz to Alter Bridge jest dla nas priorytetem. Tutaj jesteśmy ze sobą w stałym kontakcie, a ze Scottem nie rozmawiałem już dobre pół roku. Jest to zupełnie inna relacja i nie sądzę, aby kiedykolwiek miało się to jeszcze zmienić. Chyba nigdy sobie nie wybaczyliśmy pewnych rzeczy jakie wtedy miały miejsce i ciągnie się to za nami po dziś dzień. Kilka lat temu staraliśmy się to poskładać do kupy i znowu zacząć z tego czerpać jakąś przyjemność, ale prawda jest taka, że dzisiaj jest to jedynie maszyna do zarabiania pieniędzy. Teraz po prostu stawiamy się na koncert, gramy swoje i każdy idzie w swoją stronę. Najwięcej przyjemności mają z tego fani Creed, którzy nadal przychodzą na koncerty i trochę chyba też przez szacunek dla nich utrzymujemy ten zespół pod respiratorem.


Nie sądzisz jednak, że przez granie "dla kasy" robicie być może dla fanów coś zupełnie odwrotnego? Nie jest to przypadkiem brak szacunku?


Niekoniecznie, gdyż jakby na to nie spojrzeć nadal szanujemy muzykę, którą gramy. Cały czas jestem dumny z tego, co udało nam się wspólnie osiągnąć i bez grama zażenowania jestem w stanie się pod tym podpisać. Problemem jest natomiast fakt, że ciągle zwlekamy z nagraniem nowej płyty. Fani pytają się kiedy znowu wejdziemy do studia, a tak naprawdę na dzień dzisiejszy po tym całym czasie spędzonym w trasie mamy jedynie trzy nowe kawałki. Obawiam się, że nikt nie jest w stanie zrozumieć jak ciężko jest nam w tej chwili wypracować chociażby jeden termin w jakim możemy się wszyscy spotkać. Każdy z nas ma swoje priorytety, więc po drodze pojawia się wiele przeszkód, które musimy pokonać.


Każdy gitarzysta miał kiedyś swoich idoli. Czy z biegiem czasu zmieniłeś zdanie na temat któregoś ze swoich?


Pewnie, że tak. Kiedy zaczynałem grać na gitarze byłem jedynie dzieciakiem, więc postrzegałem ich przez taki sam pryzmat jak każdy inny fan. Dzisiaj mam niejednokrotnie możliwość zagrania na jednej scenie z tymi ludźmi, a co za tym idzie poznania ich prywatnie. Są to zawsze bardzo miłe doświadczenia, które niezwykle rzadko okazują się kubłem zimnej wody. Nie dalej jak wczoraj jadłem chociażby kolacje z Johnem Petruccim, który od zawsze był jednym z moich największych bohaterów. Jeśli się nad tym zastanowić, to jest to trochę surrealistyczne doświadczenie (śmiech).


Co należy zrobić, aby któregoś dnia grać jak Mark Tremonti?


Przede wszystkim nigdy nie uczyć się grać w tradycyjny sposób. Z perspektywy czasu najbardziej dumny jestem z faktu, że na początku nie uczyłem się grać piosenek, których słuchałem. Przez kilka pierwszych lat konsekwentnie starałem się pisać własne utwory. Co ciekawe, nie robiłem tego ponieważ tak było trudniej, tylko dlatego, że nie miałem aż tak dobrego ucha, żeby grać coś ze słuchu (śmiech). Niemniej jednak, dzięki temu wyrobiłem w sobie dobre nawyki i nauczyłem się pisać przyzwoite piosenki. Ponieważ nie uczyłem się od nikogo, mogę dzisiaj powiedzieć, że brzmię jak Tremonti, a nie jak ktokolwiek inny. Pamiętam, że dopiero później zacząłem kupować szkółki gitarowe na VHS i DVD, które rozwinęły mój warsztat. Myślę zatem, że ponad wszystko najważniejsza jest determinacja i wytrwałość. Jeśli chcesz być naprawdę dobry w tym co robisz, musisz się do tego przyłożyć.


Który utwór z nowej płyty jest twoim ulubionym?


Bardzo lubię otwierający "Cry Of Achilles" i "Bleed It Dry". Na płycie na pewno wyróżnia się również tytułowy "Fortress".


Poza byciem gitarzystą trudnisz się chociażby pisaniem piosenek i produkcją. Które z tych zajęć sprawia ci dzisiaj największą frajdę?


Zdecydowanie pisanie melodii pod wokale. Jest to chyba najprzyjemniejsza część pisania piosenek. Nawet jeśli to nie ja mam je potem śpiewać to i tak wolę to od czegokolwiek innego. Moim zdaniem właśnie to jest najważniejszą częścią każdej piosenki.


rozmawiał Marcin Kubicki

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie