Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Dave Mustaine

Dave Mustaine

Dave Mustaine to ikona metalu: dla jednych mistrz, dla innych cieszący się złą sławą awanturnik o trudnym charakterze. Niedawno ukazał się nowy album zespołu Megadeth, "United Abominations" jest zatem okazja, aby spotkać się z Davem i trochę pogadać...

 

Dave Mustaine ma pewien problem: gdzieś pomiędzy Londynem i Stanami Zjednoczonymi zginęła mu gitara, i to nie byle jaka - prototyp firmy Dean sygnowany nazwiskiem Mustaine’a. Atmosfera nie sprzyja więc wywiadowi i czujemy się w tym całym zamieszaniu trochę niezręcznie. Dave zaskakuje nas jednak swoim spokojem: "Ależ nic się nie stało. Wstałem dziś rano i doszedłem do wniosku, że gitara może znajdować się w kilku miejscach - oczywiście istnieje też prawdopodobieństwo, że została ukradziona. Na pewno jest ktoś, kto wie, gdzie ona się znajduje". Mustaine dorobił się reputacji muzyka o trudnym charakterze, ale na razie rozmowa idzie nam gładko. Wydaje się zadowolony i ma ku temu dobry powód: właśnie niedawno ukazał się na rynku nowy album grupy Megadeth zatytułowany "United Abominations". Płyta jest wprost rewelacyjna, pełna wspaniałych solówek, dynamiczna, a w tekstach nie brakuje politycznych aluzji, od których nasz bohater nie stroni.

Jak wiadomo, Dave Mustaine był gitarzystą prowadzącym w zespole Metallica, z którego został wyrzucony, jeszcze zanim ukazał się debiutancki album formacji, "Kill ‘Em All" (ang. Zabij ich wszystkich). Ale Mustaine się nie poddał - udało mu się założyć zespół Megadeth, który wspiął się na wyżyny muzyki metalowej. Jednak historia tej grupy jest dość burzliwa, bowiem częste zmiany składu i problemy z narkotykami były na porządku dziennym.

Na domiar złego w 2002 roku kariera Dave’a zawisła na włosku - istniało realne niebezpieczeństwo, że przestanie grać z powodu uszkodzenia nerwu, którego wynikiem był niedowład palców lewej ręki. Lecz artysta nie poddał się i po ponadrocznym okresie intensywnej rehabilitacji wrócił na scenę i, co więcej, zorganizował nawet swój własny festiwal metalowy pod nazwą Gigantour, który objął swoim zasięgiem całe Stany Zjednoczone. A więc przyszłość wygląda nad wyraz optymistycznie: nowy album, nowy skład i nowy model gitary - czegoż można chcieć więcej?

 

Czym płyta "United Abominations" różni się od pozostałych albumów Megadeth?

Na tej płycie znalazło się wiele riffów w stylu tak zwanej starej szkoły - riffów, które kiedyś uczyniły mnie sławnym. Na krążku jest także całe mnóstwo solówek, zdecydowanie więcej niż na dwóch ostatnich płytach razem wziętych. Do tego doszła prawdziwa chemia, która wytworzyła się pomiędzy mną i nowymi kolegami z zespołu - doskonale się rozumiemy, co z pewnością ma swoje odzwierciedlenie w końcowym efekcie. Jak wiesz, ostatnią płytę "The System Has Failed" z 2004 roku nagrywałem z trzema muzykami sesyjnymi. Oczywiście Megadeth to przede wszystkim mój głos i moja gitara. Wprawdzie wiele utworów współtworzyłem razem z kolegami, ale są to wciąż moje wizje. Koledzy to przyprawy, które dodaje się do potraw ja nadal jestem głównym daniem. Ta płyta to rodzaj introspekcji - w moim życiu prywatnym wydarzyło się wiele rzeczy, co znalazło swoje odbicie w mojej muzyce. Wcześniej, przy nagrywaniu kilku ostatnich płyt wiele spraw uznawałem za oczywiste, ale teraz nastąpiło pewne przewartościowanie. Myślę, że w kilku utworach słychać prawdziwą wściekłość - nagrywałem materiał w pechowym czasie: miałem wypadek i ogólnie problemy ze zdrowiem. Utwory rejestrowaliśmy w starym studiu Davida Gilmoura, Hookend Manor. Wisiało nade mną chyba jakieś fatum, bo kilka razy przewracałem się w tym samym miejscu i w końcu złamałem nogę. Potem okazało się, że mam cztery kamienie w nerkach! Zazwyczaj ludzie w całym swoim życiu nie mają tylu złych momentów co ja. Byłem z dala od rodziny, kiedy nagle dowiedziałem się z gazet, że się rozwodzę z żoną. Całe szczęście nic takiego nie miało miejsca i wszystko w końcu wróciło do normy. W każdym razie podczas nagrywania tej płyty miałem wiele przemyśleń i odbywałem duchowe poszukiwania. Myślę, że jest to słyszalne także w muzyce. Jej klimat można porównać do krążka "Rust In Peace".

Tak więc podczas powstawania płyty zmagałeś się z problemami emocjonalnymi i zdrowotnymi, ale nie z muzyką...

Tak, sama gra to była dla mnie wielka frajda - to był prawdziwy "shred fest". Niektóre riffy trzeba było grać tak szybko, że po kilku godzinach człowiek wysiadał. Jeśli jednak obaj gitarzyści są jednakowo utalentowani, to można osiągnąć bardzo wiele. Samo oglądanie Glena (Drovera - przyp. red.) w akcji dostarczało mi ogromnej przyjemności. Dobrze się bawiłem, grając z nim, ponieważ wspaniale się uzupełniamy. Kiedy wchodziliśmy do studia, każdy z nas był przekonany, że to właśnie ten drugi jest lepszym gitarzystą. Ale już po kilku sesjach byliśmy pod wielkim wrażeniem swoich możliwości. Mogę powiedzieć, że po nagraniu tego krążka rozumiemy się już bez słów. Z Martym Friedmanem osiągnęliśmy taki etap dopiero po kilku wspólnych płytach, z Jeffem Youngiem nigdy się tak dobrze nie rozumiałem, a z Chrisem Polandem byliśmy wręcz jak ogień i woda.

W jakim stopniu Glen Drover miał wpływ na charakter tej płyty?

On i jego brat, Shawn (perkusista - przyp. red.) mieli ogromny wpływ na charakter tego krążka. Fascynują się death metalem - ja niestety nie mogę traktować tej muzyki poważnie, przede wszystkim ze względu na wokal. Zdaję sobie sprawę, że muzycy grający w zespołach deathmetalowych są naprawdę utalentowani, ale kiedy słyszę wokal, tracę zainteresowanie tą muzyką. Pod wpływem braci Drover zainteresowałem się tym gatunkiem i niejako wróciłem do korzeni - postanowiłem, że dobrze będzie znowu grać rozbudowane riffy. Mogę zapewnić, że moi fani będą usatysfakcjonowani nowym krążkiem. Nie zabraknie na nim skomplikowanych riffów ani przeróżnych wygibasów na gryfie!

Z której solówki na tej płycie jesteś najbardziej dumny?

Zdecydowanie jest to solo z utworu "Burnt Ice". Kiedy to usłyszysz, będziesz wiedział, o co mi chodzi. Ta solówka jest lepsza niż w "Holy Wars... The Punishment Due" - a to był mój faworyt przez długie lata. Jak zwykle preferuję bardzo cienkie progi i uważam, że im cieńsze, tym lepsze. Dla mnie progi mogłyby mieć grubość włosa, choć wtedy struny by długo nie wytrzymały. Dziwi mnie ta fascynacja wszelkimi klockami typu jumbo, ale to już inna historia...

Na płycie nie brakuje motywów politycznych...

Muzyka nie powinna iść w parze z polityką, bo często muzycy mówią to, co ludzie chcą usłyszeć. Ja mówię to, co myślę i dlatego się narażam. Głosowałem na Busha, bo uważałem, że ten drugi kandydat byłby gorszy - trzeba więc było wybrać mniejsze zło. Wspieram poczynania naszych sił zbrojnych i jestem wdzięczny, że możemy liczyć na pomoc innych krajów - między innymi Wielkiej Brytanii. Wiem, co dzieje się teraz w Stanach. Kocham swój kraj i rozumiem, że walka z terroryzmem wymaga wielu poświęceń. Jeśli chodzi o elementy polityczne na tej płycie, dotyczą one raczej wątków historycznych. "Washington Is Next!" mówi o upadaniu światowych potęg. Myślę, że takie teksty mogą być bardziej interesujące dla młodych ludzi niż ta papka, którą się im serwuje w muzyce masowej. Jest cała masa zespołów muzycznych, które śpiewają chwytliwe piosenki, mają dobre partie gitarowe, ale ich teksty są tak słabe, że nie da się tego słuchać. Nie rozumiem, jak młodzi ludzie mogą identyfikować się z muzyką, która ukazuje się obecnie na rynku. Teksty są banalne, ich zrozumienie nie jest dla nikogo wyzwaniem. Nie trzeba sprawdzać żadnych określeń czy zwrotów w słowniku! (śmiech)

Wróćmy na chwilę do przeszłości. W 2002 roku miałeś poważny problem z lewą ręką. Jak wyglądała twoja rehabilitacja?

Poza fizjoterapią, jakiej zostałem poddany, brałem lekcje gry. Te lekcje niewiele mi pomogły pod względem samej gry, ale dużo rozmawiałem z moim nauczycielem i to mi trochę coś dało, zaś samo ćwiczenie nie bardzo mi odpowiadało. Owszem, ciekawie było zagrać klasykę, ale to jest nie dla mnie. Moja lewa ręka była uszkodzona i właściwie tylko na niej chciałem się skupić. Zawsze chciałem grać po swojemu, choć czasem znajdzie się ktoś, kto powie, że coś robi się nie tak. Jest całe mnóstwo takich mądrali. Dla mnie gra na gitarze to bardzo osobiste doświadczenie.

Przez te wszystkie lata zagrałeś mnóstwo koncertów. Który był dla ciebie wyjątkowy?

Raczej staram się nie rozpamiętywać tragicznych wydarzeń, ale jeden taki koncert nasuwa mi się na myśl - kiedy graliśmy na festiwalu Mosters Of Rock w Castle Donington w 1988 roku, zginęło dwóch młodych Brytyjczyków. Wciąż dostaję gęsiej skórki, gdy pomyślę, co się wtedy stało. Nie zmarli podczas naszego występu, ale strasznie ciężko było po tym wszystkim wejść na scenę. Takie samo tragiczne zdarzenie miało miejsce w Brazylii... No i jest jeszcze ta cała historia związana z występem w Irlandii... (w 1988 roku na koncercie w irlandzkim mieście Antrim Dave wykrzykiwał hasła popierające działania organizacji IRA, wywołując spore zamieszanie - przyp. red.). Mieliśmy różne wzloty i upadki - przewracano barierki, przerywano występ po kilku pierwszych utworach. W Indonezji widziałem, jak policja okładała kolbami pistoletów młodych ludzi, którzy tłoczyli się przy barierkach. To mnie doprowadza do bezsilnej wściekłości - może stąd się wzięła moja reputacja osoby, która łatwo wpada w szał, ale naprawdę ze sceny widać wszystko. Robię muzykę, a potem... widzę ludzi, którzy przez nią cierpią - coś takiego potrafi doprowadzić człowieka do szału.

Wyobrażam sobie, że trudno jest opracować listę utworów na koncert. Fani chcą usłyszeć tyle różnych utworów...

To prawda, każdy chciałby usłyszeć coś innego. Są takie kawałki, które mają dla mnie szczególne znaczenie i chciałbym je zagrać, ale niewiele osób je zna, bo są stare. Młodzi fani w Stanach Zjednoczonych dopiero teraz odkrywają Megadeth i sięgają po nasze klasyki. Tak więc, jeśli sięgnę po "So Far, So Good... So What!" nikt tego nie będzie znał. Kolejnym tego typu przykładem jest "Hook In Mouth" - utwór pochodzący z drugiej połowy lat 80., bardzo kontrowersyjny i wówczas niezwykle popularny. A iluż z naszych obecnych fanów było wtedy na świecie?

Jakie to uczucie, kiedy podchodzą do ciebie fani i mówią, że wasza piosenka zmieniła ich życie?

Jest to naprawdę wspaniałe uczucie. Z naszą muzyką identyfikują się przede wszystkim ludzie, którzy sporo w życiu przeszli. Nie wyobrażam sobie bogaczy na jachtach, którzy słuchają naszej muzyki. Nasi fani to ludzie podobni do nas. Wychowała mnie mama, która pracowała jako gosposia. Funkcjonowaliśmy przede wszystkim dzięki talonom żywnościowym i pomocy socjalnej. Wciąż lubię jeść makaron z serem i hamburgery, choć stać mnie na prawdziwe rarytasy. Nie udaję, że jestem kimś innym, bo udało mi się wybić. Oczywiście zmieniłem się przez te wszystkie lata, ale jeśli pamięta się o swoich korzeniach, to zawsze można się z kimś identyfikować. Dlatego właśnie napisałem piosenkę "Never Walk Alone...A Call To Arms". W przeszłości często szedłem po trupach do celu i wiem, że wiele osób przeze mnie cierpiało, ale teraz się zmieniłem i potrafię żyć z ludźmi, i ich rozumieć.

Czy wciąż uważasz, że niektórzy ludzie cię nie rozumieją?

Cóż, nigdy niczego nie ukrywałem. Jestem dość otwarty, a w brytyjskiej prasie to wciąż tabu - nie wypada opowiadać o uzależnieniu od narkotyków, o zdradach czy kłótniach w zespole. Ale mam dla was rewelację - The Beatles mieli te same problemy i Oasis też mają te same problemy! Generalnie gwiazdy mają tego typu problemy, ale w przeciwieństwie do wielu znanych osób, ja nie boję się o nich mówić. Może dzięki mnie jakiś młody chłopak nie popełni samobójstwa lub zejdzie ze złej drogi, na jaką ja kiedyś wszedłem. Zawsze będę o tym mówił. I niech sobie ze mnie kpią, niech się naśmiewają. Zamierzam otwarcie mówić o moich doświadczeniach, a jeśli ktoś będzie umiał z nich wyciągnąć wnioski dla siebie, to będę zadowolony. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. A tak przy okazji, to okazało się, że nasz rozmówca miał rację odnośnie swojej gitary - instrument szczęśliwie się odnalazł i jeszcze tego samego dnia dotarł do swojego właściciela.

V jak... Dave

Dave Mustaine od zawsze grał na gitarach (o korpusie w kształcie litery "V") takich firm jak: B.C. Rich, Jackson czy ESP. Ostatnio nawiązał współpracę z firmą Dean, w wyniku której powstał sygnowany nazwiskiem artysty model Vehement (VMNT). W rzeczywistości na rynek mają trafić dwie wersje tej gitary: Dean USA Dave Mustaine V - model w limitowanej serii 150 egzemplarzy i Dean Dave Mustaine VMNT. Ten drugi dostępny w wersji classic black i metallic silver. Obie gitary posiadają przetworniki sygnowane nazwiskiem Mustaine’a - Seymour Duncan Live Wire.

Dystrybutorem gitar marki Dean w naszym kraju jest firma FX-Music Group (Częstochowa, tel.: 034-374-06-46 siedziba firmy; Zamość, tel.: 084-643-92-46 oddział handlowy; www.fxmusic.pl).

Czy ta gitara ma w sobie wszystko to, co odnajdywałeś w instrumentach, jakie miałeś do tej pory?

Tak, to piękny instrument! Grałem na różnych gitarach i za każdym razem wprowadzałem przeróżne modyfikacje. Jackson robił doskonałe wiosła, ESP był w stanie je skopiować, wprowadzając zmiany zgodne z moimi sugestiami. W ten sposób moje instrumenty ewoluowały przez lata, stając się coraz lepsze. Możliwe, że ESP nie zrezygnuje z produkcji moich gitar, a usunie z nich tylko moje nazwisko. Kiedy przechodziłem do Deana, nie byłem pewny, czy sprostają moim oczekiwaniom. Głównie chodziło mi o główkę, choć nie tylko. Ale gdy przysłali mi kilka modeli testowych, miałem okazję się przekonać, że są to bardzo dobre gitary. Wystarczyło jedynie dopasować kształt i rozmiar do mojej ręki. Mój styl gry jest dość agresywny, dlatego potrzebuję ostrego sprzętu. Strojenie jest też bardzo istotne. Ponadto nie potrzebuję blokady na gryfie, mam zwykłe siodełko grafitowe, ponieważ nie używam mostka typu tremolo.

Co możesz powiedzieć na temat przetworników sygnowanych twoim nazwiskiem, mam na myśli Seymour Duncan Live Wire...

Przypominają humbuckery Jeffa Becka, ale mają więcej kopa. Chciałem uzyskać coś podobnego do JBJ z mocniejszym sygnałem. Mają czarne wykończenie, które potem się wytrze i będzie wyglądało obciachowo. Ale jeśli komuś zależy przede wszystkim na nienagannym wyglądzie gitary, to z pewnością jest to gitarzysta, który gra inny rodzaj muzyki niż ja (śmiech).

 

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie