Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Romantycy Lekkich Obyczajów

Romantycy Lekkich Obyczajów

Romantycy Lekkich Obyczajów to duet ze stolicy Warmii i Mazur. Reprezentują trudny do zdefiniowania gatunek muzyczny, który jest wypadkową brzmień począwszy od folku, piosenki kabaretowej, rocka oraz wielu innych, jakie mogą przyjść do głowy, bowiem ich twórczość nie zamyka się w jednej stylistyce.

Z Damianem Lange oraz Adamem Millerem rozmawiamy o losach zespołu od początku do dziś, okolicznościach powstawania i szczegółów zawartości najnowszego krążka "Kosmos dla mas" oraz o niedawno zakończonej trasie koncertowej. Zdradzili nam również plany na 2014 rok oraz udzielili rad młodym, początkującym zespołom.

Olsztyn jest małym miastem. Wszyscy muzycy się znają, nawet ci z różnych muzycznych światów. Jak doszło do współpracy między wami?


W mniejszym mieście zespołów, które się wybijają jest stosunkowo mało. Weźmy jako przykład festiwal "Ostro, zdrowo, rockowo". Mamy tam do czynienia z mieszanką. Nie ma nawet możliwości, żeby zorganizować festiwal, na którym występowałyby zespoły z jednego gatunku, więc występując na takich festiwalach, jak ten, siłą rzeczy muzycy poznają się ze sobą i zawierają znajomości.


Przebywając w różnych miejscach, np. puby, czy kluby nie ma siły, by nie spotkać muzyków, których wcześniej widziało się na scenie. Prędzej, czy później tacy ludzie się ze sobą poznają. Nasze spotkanie zaczęło się od współpracy w studio.


Poznaliśmy się nagrywając, a potem powstała więź i przyjaźń między nami. Całkowicie na odwrót, jak ma to zazwyczaj miejsce. Spotkaliśmy się z Damianem w moim studio domowym przy okazji nagrywania płyty Fade Out. Damian był poproszony o nagranie wokalu do instrumentalnej piosenki. To utwór "Bez ciebie odchodzę", zresztą znalazł się on na reedycji "Lejdis & Dżentelmenels", którą wydało S.P. Records.


Gdy zaczęliście wspólne muzykowanie, jeszcze przed nagraniami, zdawaliście sobie sprawę z tego, że tak daleko to zajdzie, z takim sukcesem?


Pewnie, że nie. Czy sukces? To właściwie wszystko trwa i my nie wiemy, czy to sukces. Sukces to kilka różnych płaszczyzn. Po prostu cieszymy się, że możemy to robić. Najpierw zaczęło się od nagrywania, nie od myślenia, co z tego wyjdzie. Nie było zamysłu, typu wspólny projekt, czy dokładne plany. Zaczęliśmy od spontanicznego nagrywania, więc tym bardziej nie mieliśmy w głowie myśli, że coś może z tego powstać. To było takie niewinne…


To było poznawanie się z włączoną czerwoną lampką "Recording" w tle.


"Kosmos dla mas" to projekt "zrób to sam".


W ogóle Romantycy to zespół "zrób to sam". Czasem pomagają nam przyjaciele, na przykład Maciek Łojewski, który nam robi zdjęcia, albo Łukasz Dramiński, który robił nam stronę internetową. Dzięki nagrywaniu we własnym studio, polegamy tylko na sobie, to nam daje taki "mentalny luz". Czasami, gdy Damian do mnie przychodzi, nic nie nagrywamy.


Nie musimy wcale nagrywać. Czasami Adam mówi, wskazując na studio: "Tu dzisiaj nie wchodźmy". Czy to, że spotkaliśmy się, oznacza że musimy nagrywać?


Tworzymy niezależnie, więc nikt nie narzuca nam tempa działania. Dla mnie frajdą jest nagrywanie, czy siedzenie i klejenie klipów. Dajemy sobie wielki luz przy tworzeniu takich rzeczy, bo nie jesteśmy od tego finansowo uzależnieni. Wiadomo, nagrywanie płyt kosztuje, teledyski również. Gdyby było na odwrót, działalność zespołu musiałaby skupiać się na graniu jak najwięcej i zarabianiu, by móc finansować te rzeczy. Kiedy robisz to sam, z jednej strony zapewniasz sobie rozwój, robiąc coraz to nowe rzeczy, a z drugiej strony dajesz sobie niezależność finansową. Mamy jeden mikrofon, jeden mały mikser na dwa wejścia i kilka gitar. Oczywiście dążymy do tego, by poszerzać zaplecze sprzętowe, ale na ten czas staramy się wykorzystać sprzęt jaki posiadamy najlepiej, jak tylko potrafimy.


Jak doszło do współpracy z S.P. Records? Podobnie jak w przypadku Transsexdisco?


Gdy jako Transsexdisco mieliśmy podpisaną umowę, Sławek Pietrzak zaczął przeglądać Internet, by dowiedzieć się czegoś o mnie, czym się zajmuję. Oczywiście trafił na link Romantyków. Pierwszą płytę Romantyków puściliśmy na Youtube. Taki był nas zamysł, niech nasi znajomi coś z tego mają. Uznał, że to jest fajne. Po dwóch tygodniach powiedział: "A może byśmy jeszcze tych Romantyków wydali?". Powiedziałem, że już mamy płytę, nagraną, w formie CD, więc dla nas ta płyta już właściwie wyszła.


I później ukazała się reedycja?


Dokładnie. Nie sprawiło to problemu, by ponownie ją zmasterować i wydać pod szyldem S.P. Records, gdzie dostała już jakąś większą formę promocji. Nie taką, jak mieliśmy dotąd, czyli Facebook i Youtube. Jeden z numerów z tej płyty, "Poznajmy się" okazał się dla wytwórni atrakcyjny. Numer ten napędzał Romantyków również ogólnopolsko, m.in. w radiu, co nas zaskoczyło.


Wasz wydawca, Sławomir Pietrzak powiedział o tobie: "Jeżeli chodzi o teksty to Damian Lange może usiąść na jednej ławce z Kazikiem, Grabażem i Nosowską, naturalnie każdy jest mistrzem w swojej własnej dyscyplinie".


To jest oczywiście miłe. Człowiek, który stąpa po ziemi tak artystycznie wie, że nie ma to spowodować jakiegoś wybuchu euforii, tylko daje do myślenia, że mam jakieś predyspozycje, by za kilkadziesiąt lat ktoś powiedział, że kiedyś ten chłopak opisał dobrze świat. Wśród artystów jest taka maniera, żeby pozostawiać coś po sobie. A jeśli Sławek porównał mnie do osób piszących i opisujących ten świat, nie pozostaje nic innego, niż cieszyć się.


Przejdźmy teraz do "Kosmosu dla mas". Czy jest to nowy materiał?


Większość numerów na tej płycie jest nowa. Powstały w ciągu ostatniego roku. To są nowe kompozycje. Mieliśmy trochę więcej numerów na album, co jest zabiegiem, że tak powiem światowym (śmiech). Tak podobno się robi na zachodzie. Weźmy jako przykład Red Hot Chili Peppers, gdy nagrywali "Californication", mieli kilkadziesiąt numerów i wyselekcjonowali je, pozostawiając 15. Chodzi o selekcję, wybór najlepszych utworów.


W Polsce jest chyba na odwrót (śmiech).


Dokładnie. W Polsce jest tak, że obojętnie, co wymyślisz, od razu chciałbyś to nagrać, chcesz, by to znalazło się na krążku. Właściwie wszyscy są w gorącej wodzie kąpani. I to nie tylko my, młodzi (śmiech). U nas w kraju potrzeba jakiegoś kuratora, opiekuna nad zespołami, który mówiłby w taki normalny, ludzki sposób: "Grajcie, spokojnie, bez pośpiechu". Mam jednak wrażenie, że ludzie zaczęli sobie z tym radzić. Jak wydajesz płytę, obserwujesz, z jakim odbiorem się spotyka. Otworzyły nam się oczy na to, że jest masa takich ludzi jak my, walczących z naklejką "Alternatywa". Wcale nie chcieliby mieć takiej naklejki. Nie tylko po to, by być znanym, komercyjnym, ale pokazać, że jest duch walki o ludzi. Mam wrażenie, że ludzie się rozleniwili w kwestii słuchania muzyki. Nie ma w tym osobistej, własnej selekcji w tym, czego słuchają, tylko "biorą wszystko łopatami".


Niestety, to jest era konsumpcjonizmu.


Zespoły mają też wrażenie, że trzeba na bieżąco dostarczać słuchaczom nową muzykę, niczym produkt. Jest też druga strona medalu. Właściwie jest to dobre. Najpierw nagrywać regularnie, a później sukcesywnie spowalniać, gdy ugruntujesz swoją pozycję. Oczywiście, niekoniecznie na siłę. Często mi się podobają powroty dobrych zespołów po dłuższej przerwie. Może w Polsce takich przypadków jest mniej, częściej na zachodzie ma to miejsce. Czasem mam wrażenie, że po dłuższej przerwie, słuchacze "odwracają" się od ciebie, przestają ciebie słuchać. Ale ten, kto raz zaufał twojej sztuce, pozostanie ci wierny na zawsze, tak mawiają doświadczeni artyści. Mam nadzieję, że tak jest i będzie zawsze.


Nowy album jest troszeczkę inny, niż debiut. Słucha się go jako całości, jak koncept album.


Nie podchodziliśmy do tego, żeby koniecznie nagrać album spójny, jednolity. Po dłuższej współpracy, złapaliśmy wspólny język z Damianem. Jesteśmy młodzi i rozwijamy się. Chcemy uczyć się nowych rzeczy, takich jak produkcja, czy aranżacja.


Gdybyśmy byli leniwi, w myśleniu chociażby, zrobiliśmy znów numery typu "Poznajmy się", właściwie tak na siłę pewnie byśmy to robili, bo komuś się to podobało. Nowa płyta jest ciekawsza pod względem aranżacji, bardziej rozbudowana. Jak przyjdziesz, na koncert, będzie grany zarówno starszy, jak i nowy materiał. Mogę powiedzieć, że to się razem spaja, mimo, że materiał z "Kosmosu dla mas" jest jedną ciągłością. Materiał świetnie się sprawdza na żywo.


Damian kiedyś powiedział, że pierwsza płyta jest bardziej jego, taka wiejska, a druga jest bardziej Millera, miejska (śmiech).


Lubię sobie pograć tak swojsko, mam po prostu takie naleciałości (śmiech).


Skoro jesteśmy już przy temacie miasta, utwór "Gdańsk" jest twoim numerem. To jedyny utwór instrumentalny na płycie, funkcjonuje jako interludium, przerywnik.


Czasem rodzi się pomysł w głowie i nigdy nie wiesz, w którą stronę ciebie zaprowadzi. Nie wiesz, czy to będzie piosenka rock'n'rollowa, do tańca, czy nagle wyjdzie ci z tego instrumentalny numer, do którego nie będzie można dopasować żadnego tekstu. To numer o miłości, samotnej, romantycznej miłości, którą starałem się opisać. Ja nie umiem pisać tekstów takich jak Damian, więc nawet nie starałem się pisać czegokolwiek. Pamiętam, jak spróbowaliśmy z Damianem wykorzystać jeden z jego wierszy. Stwierdziliśmy jednak, że muzyka w tym kawałku jest wystarczająco wymowna.

To ukłon w stronę mojej dotychczasowej twórczości, bo w Fade Out grałem muzykę instrumentalną. Nagrałem ten utwór w Gdańsku, gdy mieszkałem sam na stancji i jakoś znów tak jak w utworze "Poznajmy się", ta samotność zaczęła doskwierać człowiekowi i to, że nie może znaleźć swojego miejsca. Podróżowałem często z Gdańska do Olsztyna i na odwrót, albo na koncerty w weekendy. Miałem tak często, że budzę się w obcym mieście, nie wiedząc, gdzie jestem. Na przykład szukasz odruchowo budzika, a dopiero później uświadamiasz sobie, że nie jesteś u siebie. Taka powtarzalność sprawia, że wprowadzasz się w stan depresyjny. Nie możesz przestać myśleć, że jesteś w mieście, w którym nie chciałbyś być. Nie dlatego, że jest brzydkie, tylko nie ma w nim miejsc, do których jesteś przyzwyczajony.

Tak chciałem nazwać ten utwór, by zamknąć jakiś etap za sobą. Ciekawe jest to, że ten numer najpierw miał inne zakończenie. Najpierw, gdy nagrałem go w Gdańsku, kończył się molowym akordem, a teraz na końcu jest E-dur. Nową, durową końcówkę nagrałem w Olsztynie. Chciałem zamknąć ten utwór radośnie. Gdy zmieniłem w Olsztynie to zakończenie, miałem wrażenie, że zamknąłem za sobą pewien etap.


Płytę dedykujecie rodzinie, przyjaciołom i Matce Naturze, ale również dziadkowi. Adam, twój dziadek był muzykiem.


Tak, był multiinstrumentalistą. Był też dyrektorem szkoły muzycznej. Całe życie grał. Kiedy nagrywaliśmy "Kosmos dla mas", zmarł. Saksofon, który jest na tym czarno-białym zdjęciu, otrzymałem w spadku po dziadku. Na płycie jest utwór "Introwertyk". Na początku jest taki rozłożony akord, zagrany na saksofonie. To ja zagrałem ten fragment. Nie umiem grać na saksofonie, po prostu wydmuchałem tych kilka dźwięków, bo chciałem oddać hołd dziadkowi. Moja babcia bardzo wzruszyła się, jak zobaczyła to zdjęcie na książeczce.


Czy to dzięki dziadkowi zainteresowałeś się muzyką?


Nie, właściwie mój dziadek mnie zniechęcał do tego, co chciałem robić. Miał mnie za szarpidruta. Nie lubił tego, że gram na basie i nie umiem grać z nut na tym instrumencie. Ja jestem po szkole muzycznej w klasie fortepianu. Do momentu, kiedy byłem w szkole muzycznej, dziadek wspierał mnie w tym, co robię. Później były kłótnie na ten temat. Nie czułem większego wsparcia dziadka, jeżeli chodzi o muzykę, ale mój dziadek jest silnym wspomnieniem jako muzyk.


Czy "Remiza" to przedłużenie tematu "Lodziarki" z poprzedniej płyty?


Trochę tak (śmiech). Tym razem jest to historia bardziej dosadna. W "Lodziarce" tkwi jakaś tajemnica, a w "Remizie" jest już bezpośrednio. Traktuję to jako kolejną frywolną piosenkę. Czasami wymyślam sobie, że jest to forma piosenki kabaretowej. Piosenka kabaretowa jest tak skonstruowana, że nie powoduje salw śmiechu. Opisuje świat dosadnie, używając prostych słów. Postanowiliśmy, że taki numer się przyda, by rozluźnić atmosferę na płycie.


Jak na koncertach sprawdza się ten utwór?


Zagraliśmy go dopiero cztery razy. Czuję, że będzie niezły balet pod sceną, bo jest to utwór taneczny, żywiołowy.


Ludzie bardzo pozytywnie reagują na ten numer. Nam się go gra dobrze ze względu na ten beat, pulsującą sekcję rytmiczną. To jest to, czego brakowało mi na pierwszej płycie. Lubię, gdy jest żywioł na scenie, gdy energia rozrywa cię od środka, a to, jak cyka ci perkusista, powstrzymuje twój wybuch (śmiech), bo cały czas sprowadza cię na ziemię. Ja uwielbiam grać ten numer, bo pozwala dojść do energii, którą masz w sobie podczas koncertu.


Nowa płyta przyniosła zmiany w szacie graficznej. Nie jest tak kontrowersyjnie, jak w przypadku debiutu. Czy był taki zamysł, że "wygrzeczniliście się"?


Były trzy pomysły na okładki, najpierw były stare zdjęcia…


Dokładnie. Najpierw były stare zdjęcia, to nie przeszło. Później był pomysł, żeby były same grafiki, bez zdjęć z naszymi twarzami, ale był problem z realizacją pomysłu. To nie był pomysł autorski, był inspirowany grafiką, której autora nie mogliśmy znaleźć. Jeżeli chodzi o sesję fotograficzną, dokładnie tak jak tą do poprzedniej płyty, robił nasz przyjaciel, Maciek Łojewski. Czy jest grzeczniej? Wtedy podchodziliśmy do projektu bardziej kabaretowo. Teraz czujemy się już bardziej zespołem.


Z waszym koncertem w Szczecinie wiąże się problem z happy endem…


Mieliśmy zagrać w DK Słowianin. Kiedyś tam byłem, grają tam kapele, które ściągają masę osób przy droższych biletach. Musieliśmy zrobić trochę droższe bilety niż zwykle, a wiadomo, jak daleko od Olsztyna jest Szczecin. Jechaliśmy wtedy trzema samochodami (trasa razem z Transsexdisco, przyp. red.). By być pewnymi sprzedaży biletów, zrobiliśmy przedsprzedaż. To był jednocześnie eksperyment. Najpierw bilety słabo szły. Po raz kolejny okazało się, że w ludziach tkwi siła. Adam zwyczajnie przemówił do ludzi, wyjaśniając sytuację. I tak wyszło, że bilety zaczęły lepiej się sprzedawać.


Ludzie zaczęli udostępniać wydarzenie o naszym koncercie. W dwa dni sprzedało się ok 80 biletów.


Taka sprzedaż nas satysfakcjonowała. Ważne, że była wymiana publiczność-zespół. Ludzie chcieli pomóc nam, zwłaszcza, że RLO jeszcze tam nie grali. Był problem, ale trzeba wierzyć w ludzi. Ja zawsze będę dbał o fanów. Nigdy nie można ich lekceważyć. To oni informują znajomych, oni udostępniają wydarzenia, to oni kupują bilety. Ludzie to są jacyś aniołowie, którzy robią za ciebie mnóstwo roboty. Widzisz, są trudne przypadki, wystarczy odezwać się, poprosić. Nie ma sensu sugerować się tymi, co siedzą nadęci, oceniają i wielce się interesują muzyką.

Ja wolę takiego człowieka na koncercie, który nie jest nie wiadomo jakim melomanem, tylko takiego, który to czuje, przeżywa. Dla nas frekwencja na koncercie nie jest po to, by pochwalić się nie wiadomo jak wypełnionym klubem. Zdajemy sobie sprawę, że przed nami długa droga, zanim zaczniemy dobrze na tym zarabiać, ale dobre jest to, że wracamy z koncertu, z drugiego końca Polski i masz świadomość, że nie jest to czas stracony. Masz świadomość, że pojechałeś tam z misją, pielgrzymką duchową.



Jakieś plany koncertowe na 2014 rok?


Damian ostatnio rozmawiał z Grabażem ze Strachów na Lachy. Niedługo Romantycy zagrają przed Strachami w Gdańsku, Warszawie, Łodzi i Krakowie.


Grabaż jest fajnym człowiekiem, po prostu zadzwonił do mnie, zapytał, jak nam się żyje, zaproponował koncerty. Transsexdisco pomógł dwa razy. Cieszę się, że pamięta o nas. To będzie ważne przeżycie, bo grać przed Strachami na Lachy to jest rewelacja. Zawodowa ekipa, normalni ludzie, fajni kolesie. Koncerty grane z takimi zespołami są jak mini festiwale.


Czy macie jakieś rady dla początkujących muzyków, którzy są u progu swoich muzycznych poczynań?


Ja nadal uważam, że jestem początkującym muzykiem. Ale to byłoby nie fair, żebyśmy niczego nie doradzili. Ludzie do nas piszą, przesyłają linki do swoich utworów. Całkiem fajnie grają, ale pytają nas, czy pójść w stronę alternatywną, czy bardziej popową. Wiesz, to jest trudne pytanie. Ktoś z sercem opowiada, czym dla niego jest twoja muzyka i jest to dla mnie przerażające pytanie. Ja nie wiem, na jakiej zasadzie dokonywałem wyborów. Wynikały one z gniewu, gdy gniewałem się na różne rzeczy, które robiłem w danym momencie i dlatego chciałem robić coś innego. Wtedy powstawało mi coś za sprawą świeżego podejścia, że takich rzeczy jak Romantycy Lekkich Obyczajów wcześniej nie robiłem.

Gdybym miał coś doradzić, to z jednej strony to, żeby cały czas próbować i mieć cierpliwość, a z drugiej strony, żeby inspirować się czyjąś twórczością, pozostając sobą. Jeśli rynek okaże się dla ciebie nieodpowiedni, to nie znaczy, że trzeba dać sobie spokój. Jeśli są ludzie, którzy słuchają tego, a ty czujesz cały czas zapał i energię w tym, co robisz i masz jakiś plan na siebie i chciałbyś to zrealizować, należy to robić. To są dobre uczynki. Jeśli nawet nie sprzeda się to nie wiadomo jak i nie zdobędziesz tylu fanów, ile gwiazdy, to jest to dokładanie cegiełki do budowania lepszej rzeczywistości.


Jeszcze chciałbym dopowiedzieć coś o młodych zespołach, tak od strony psychologicznej. To powinno być dla każdego zrozumiałe, że zespoły to grupy ludzi o różnych charakterach, o różnym przedziale wiekowym. Często są to bardzo młode osoby, jeszcze dojrzewające. Żeby stworzyć coś na przyszłość, to na samym początku polecałbym młodym kapelom, żeby oddzieliły życie prywatne od pracy w zespole. Nie ma sensu się gniewać, tylko skupić na pracy. Przy robieniu piosenki nie powinno ciebie obchodzić, że wczoraj ktoś zachował się wobec ciebie źle. Albo robisz muzykę, albo muzykę z włączeniem życia prywatnego. Chodzi o skupienie się na muzyce, sztuce, a nie przerzucaniu swoich emocji do tego.


Rozmawiał Wojciech Margula

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie