Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Paweł Małaszyński (Cochise)

Paweł Małaszyński (Cochise)

Kiedy w słuchawce telefonu usłyszałem Pawła Małaszyńskiego, pomyślałem, że właśnie mam możliwość wymiany kilku słów z jednym z czterech muzyków, którzy w ostatnim czasie mocno rozrabiają na polskiej scenie rockowej...

A chodzi oczywiście o działalność Cochise, zespołu, który nad Wisłą bezkompromisowo wskrzesza ideały grunge. Ekipy, której koncerty pozostają w pamięci długo po ich zakończeniu. Wreszcie też czwórce porządnych muzyków, którzy niedawno wydali swój trzeci album studyjny zatytułowany "118"

Właśnie wspominany krążek był jednym z tematów mojej rozmowy z Pawłem Małaszyńskim. To również możliwość spojrzenia na funkcjonowanie kariery muzyka i zarazem aktora w kraju, w którym ludzie sukcesu często stają się obiektem licznych ataków. Tymczasem Małaszyński z powodzeniem koncertuje i nagrywa udane albumy w ramach Cochise, a jego kariera aktorska przez dekadę zdążyła nabrać rumieńców.

Na pytania o siłę, jaką niesie ze sobą Cochise, a także o cienie i blaski życia scenicznego, odpowiada charyzmatyczny frontman i wokalista zespołu Paweł Małaszyński.

Chwilę myślałem, czy można zacząć rozmowę nie sięgając banału i wymyśliłem dobre pytanie rozgrzewkowe....

Jak się masz?


Bywało lepiej... (śmiech)


Ok, żarty na bok, bo wokół Cochise dzieje się dużo poważnych rzeczy. Jesteście zajebiści. Mnóstwo koncertów, trzy duże albumy i o zespole zrobiło się głośno. To rezultat przemyślanej promocji? Czy nastały czasy dobrej koniunktury na muzyczne dziedzictwo po grunge?


Trudno mi rozszyfrować czy słowo "zajebiści" w Twoim pytaniu to sarkazm? Ok, nieważne. Przyznam się szczerze, że nie zauważyłem nic takiego spektakularnego jeżeli chodzi o Cochise. Oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia, jakimi kategoriami myślisz zadając to pytanie. Osobiście czuję, że cały czas jesteśmy na początku naszej drogi. To dobrze. Nie mieliśmy czasu by nam odwaliło, by rozwiązać zespół. Tak jak dziesięć lat temu stawiamy małe, ale przemyślane kroki. Docieramy się jako muzycy. Poznajemy się bliżej jako ludzie. Doświadczamy i odkrywamy. To budujące. Koncertów jest oczywiście coraz więcej, z czego bardzo się cieszymy. Przybywa też publiczności, widzimy tych samych fanów, którzy są w stanie przyjechać na nasz występ z drugiego końca Polski. Dla nich warto grać i tworzyć.


Celowo nie wymieniłem innej ewentualnej przyczyny popularności Cochise. Syndromu znanej twarzy. W tym przypadku Twojej twarzy, bo gdy w 2010 roku zespół debiutował albumem "Still Alive" byłem przekonany, że nigdy nie uwolni się od popularności Małaszyńskiego. Tymczasem Cochise to dziś samodzielna marka, którą tworzy czterech muzyków. W którym momencie tak naprawdę poczułeś, że ludzie słuchają Cochise dla samej muzyki, a nie dla Ciebie jako popularnego aktora?


Cochise zawsze było samodzielną marką, którą tworzy czterech muzyków. To nasza rzeczywistość pewnie inna niż ta przed, którą uciekamy. Staramy się by ta nasza miała trochę więcej przestrzeni intensywności i głębi. Od początku naszego istnienia i działalności staraliśmy się bronić naszego imienia. Zawsze staraliśmy się, staramy i będziemy się starać być fair wobec samych siebie, naszych fanów, muzyki i ludzi, z którymi współpracujemy.


W jaki sposób reagowałeś na etykiety w stylu: "Hej, to ten nieznany zespół, w którym śpiewa Małaszyński"? Wkurzało Cię to?


Od zawsze byliśmy przeciwnikami promocji zespołu poprzez wykorzystywanie mojego wizerunku. To słabe niczym strzał w kolano. Taka forma nam nigdy nie odpowiadała. Jeżeli chodzi o etykietki to pod tym względem nadal nic się tak naprawdę nie zmieniło. Z nieznanego zespołu Pawła Małaszyńskiego teraz jesteśmy "Cochise zespół Pawła Małaszyńskiego". Z deszczu pod rynnę. Przynajmniej zespół jest z przodu. Zdajemy sobie sprawę, że Cochise przykuwa większą uwagę, szczególnie mediów, ze względu na moją osobę w składzie i być może gdyby nie ten fakt nikt by o nas nie usłyszał, ale to także nie oznacza, że by nas nie było. Nazwisko czasem pomaga, jednak na dłuższą metę to cholernie trudne. Więcej w tym negatywów niż pozytywów. Wiele osób, które spotykamy na naszej drodze stara się to wykorzystać za naszymi plecami. Są też tacy co walą prosto w twarz. Walczymy z tym, ale to walka z wiatrakami. Przyznam szczerze, że już nam powoli ręce opadają i coraz mniej mamy sił. Być szczerym i prawdziwym w tych czasach to szczyt rzadko osiągalny. Zamykamy oczy i usta. Skupiamy się na muzyce. Ważne jest, że ludzie, którzy są z nami od początku wiedzą o tym i szanują nasze decyzje w tych kwestiach.


Stereotypów i etykiet nie brakuje! Film i muzyka to przenikające się światy, ale uliczne mądrości głoszą, że albo jesteś dobrym aktorem, albo dobrym muzykiem. Chciałbyś to jakoś skomentować czy wolisz zrolować to pytanie?


Nie widzę nigdzie żadnej umywalki więc myślę, że dam radę. Nie mnie to oceniać. Zawsze opinie będą podzielone - to oczywiste. Ja osobiście nie tracę czasu na zastanawianie się nad tego typu klimatami. Pozostawiam ten problem zainteresowanym. Jak mówi Joan Baez: "łatwiej jest nawiązać szczerą, prawdziwą więź z kilkusetosobowym tłumem niż z jedną osobą". Zawsze będę poszukiwał inspiracji - pewnego rodzaju bliskości i intymności. Będę poszukiwał i odkrywał siebie tak samo w filmie, teatrze, jak i w muzyce.


Chciałem w tej rozmowie błysnąć jakimś dobrym porównaniem, ale nic nie przyszło mi do głowy. Małaszyńskiego jako frontmana i wokalistę trudno porównać z kimkolwiek innym! Tworzysz swoją własną wielką sceniczną historię. W czym rzecz? Przecież musiałeś czerpać wzorce od starszych mistrzów... na kim się inspirowałeś?


Myślę, że każdy artysta w pewien sposób tworzy swoją własną historię: pisząc, śpiewając, malując, rzeźbiąc. Dzięki niej można zmieniać postrzegania człowieka i świata. Każdy artysta dorastał otaczając się osobami, które mówiły podobnym językiem i myślały tak jak on. Wierzyłeś i wierzysz im. Stają się Twoimi przyjaciółmi. Nie nazywam tego inspiracją, a bardziej duchowym przewodnikiem. Ja też mam paru: John Lennon, James Douglas Morrison, Bono, Freddie Mercury, Eddie Vedder, Kurt Cobain, Bob Marley, Layne Staley... znalazłoby się jeszcze paru.


W filmie wcielałeś się w różnych bohaterów. Byłeś szkolonym w Legii Cudzoziemskiej mordercą, poszukującym zemsty dziennikarzem, idiotą, hoolsem, a także uosobieniem marzeń każdej teściowej znad Wisły. W Twojej karierze filmowej znalazło się też ważne miejsce w polskiej martyrologii wojennej. Czy któraś z tych ról miała jakieś przełożenie na Twoje teksty, które tworzysz w Cochise?


Nigdy. To osobiste doświadczenia zebrane podczas obserwacji. Mieszam własne przeżycia z tymi, które chciałbym doświadczyć. Życie ma ich więcej do zaoferowania niż jakikolwiek scenariusz. Tego nie jesteś w stanie zagrać. Ból jest prawdziwy i namacalny.


Pytanie nie trzyma poziomu, ale pewnie wielu fanów zespołu sobie już je zadało. Na ile Cochise dla Ciebie to kolejna rola, a na ile szeroka perspektywa respiratora stojącego tuż obok starzejącego się Ciebie podczas koncertu?


Mam nadzieje, że wchodząc z Cochise na scenę za jakieś dwadzieścia lat, jeżeli jeszcze będziemy istnieć, będzie mi bliżej do Lemmiego Kilmistera z Motörhead niż George'a Clooneya (śmiech). Z całym szacunkiem dla Clooneya.


Gdzieś obok tego wielkiego świata filmu i muzyki znajduje się też rodzina. W jaki sposób Twoi najbliżsi reagują na aktywność w Cochise?


Wszyscy moi najbliżsi wychowali się w tych samych rockowych klimatach, co ja. Począwszy od żony, a kończąc na rodzicach. Także jest to dla nich środowisko naturalne. Wspierają nas... jeszcze (śmiech).


Czy miałeś kiedyś coś takiego, że po którymś koncercie, po dłuższej imprezie, większej ilości wypitego alkoholu i wykrzyczanych słów, czułeś, że masz dosyć muzyki?


Tu nie chodzi o alkohol ani o imprezy po. Myślę, że to naturalne uczucie. Przez dziesięć lat istnienia Cochise doświadczyłem wielu rożnych skrajnych emocji. Począwszy od głębokiego rozczarowania, znudzenia, zwątpienia po gniew i agresję. Teraz jestem na etapie wyciszenia, co nie znaczy, że jestem do końca emocjonalnie poukładany. Cały czas poszukuję stanu równowagi - staram się chwytać szczęście. Wiem na pewno, że to będzie przewodnią myślą kolejnej płyty.


W tej rozmowie nie można zabraknąć "118". To trzeci album Cochise. Chwilę temu miała miejsce jego premiera. W jaki sposób porównałbyś to dzieło do dwóch poprzednich krążków zespołu?


Rozmawiając o tym z kolegami z zespołu doszliśmy do wniosku, że to naturalny krok do przodu. Taki powolny rozwój. Tworząc tę płytę nie zastanawialiśmy się nad tym, jaka ona ma być, jaka powinna być. Po prostu robiliśmy swoje i tak wyszło. My to odbieramy tak, ktoś inny może mieć zupełnie inne zdanie. Na pewno nie jest łatwa w odbiorze. Staramy się podnosić naszą poprzeczkę.


Które kompozycje, spośród trzynastu premierowych, wymieniłbyś jako swoje ulubione?


"Before you Sleep" i "Little Witch".


Trzeci krążek w karierze każdego zespołu jest na ogół przełomowy. Materiał zawarty na "118" sprawia wrażenie jakby ten przełom miał wywindować Cochise szerzej poza granice kraju. Czy myśleliście w zespole aby ze "118" spróbować na poważnie sił za granicą?


Zupełnie się nad tym nie zastanawialiśmy. Byłoby fajnie, gdyby ktoś zaproponował nam koncerty za granicą i może spróbował nas tam wypromować, ale to raczej kategoria marzeń niż możliwej rzeczywistości. Poza tym nie bardzo wiem co znaczy spróbować na poważnie sił za granicą.


Kolejne albumy wydajecie regularnie, co dwa lata. Tak samo jak zmieniacie wytwórnię. Teraz jesteście w Metal Mind Productions, a co będzie za kolejne dwa lata? Roadrunner?


Co będzie za dwa lata czas pokaże. My nadal robimy swoje. Przygotowujemy kolejną płytę, koncertujemy... Chcielibyśmy by nasza kolejna podróż miała swój początek jesienią 2015 roku. Naprawdę ciężko przewidzieć co się wydarzy.


Jaki jest kierunek Cochise jeśli chodzi o oprawę liryczną zawartą na "118"?


Ty mi powiedz. Ja nie lubię omawiać czy też rozbierać na części pierwsze swoich tekstów. Powiedz mi co zobaczyłeś za drzwiami "118"?


Refleksje przed nami, a ja zacząłem banalnie, to i banalnie zakończę. Cobain czy Staley?


Z całym szacunkiem i moją wielką miłością do grunge'u: Alice in Chains zawsze było bliżej mojej natury.


Dzięki za Twój czas. Samych sukcesów w studio i na koncertach! Dodam, że ostatnia rola Ostaszewskiego u Pasikowskiego wypadała fenomenalnie. Więcej Małaszyńskiego u Pasikowskiego! To w każdym razie refleksja poza tematem.


Ale się podlizałeś... (śmiech)


Ostatnia refleksja nie miała zostać wprowadzona do publikacji, ale Paweł Małaszyński stwierdził…


…jeśli chcesz możesz to wrzucić! (śmiech)


Konrad Sebastian Morawski
konrad.morawski@wp.pl


Zdjęcia: Basia Witkowska

Strona internetowa Cochise: http://www.cochise.pl

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie