Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tomek Lipiński

Tomek Lipiński

Kompozytor, autor tekstów, gitarzysta, wokalista, lider zespołów Brygada Kryzys, Tilt, Fotoness. Znany z niebanalnych utworów z poruszającymi tekstami, w których głęboka treść kryje się w pozornie prostych słowach.

Co było najpierw: muzyka czy bunt?


Ciężko powiedzieć, to zależy jak rozumieć bunt, ale zawsze sprawiałem problem, później zająłem się muzyką. Można w to wierzyć albo nie, ale gdy zacząłem cokolwiek rozumieć z tego co się dzieje, to od razu ukochałem sobie Chopina, bo mama będąc w ciąży chodziła w 1955 r. na koncerty Konkursu Chopinowskiego. Kiedy jako malutkie dziecko słyszałem muzykę Chopina w radio, biegłem do odbiornika i bardzo się cieszyłem. Później, kiedy miałem osiem, może dziewięć lat zacząłem bardzo intensywnie słuchać muzyki rockowej, zwłaszcza anglosaskiej, która w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych była w rozkwicie. To był taki czas, gdy to, jakiej muzyki się słuchało, świadczyło o światopoglądzie i było to bardziej istotne niż dzisiaj. Chodziłem na koncerty, kupowałem płyty. Pamiętam też dużo piosenek francuskich prezentowanych w Polskim Radio, ale również orkiestry swingowe, które o dziwo przepuszczano przez ideologiczne sito. Rocka słuchałem głównie w Radiostacji Harcerskiej, która nadawała w tamtym czasie na falach krótkich. Nadajnik był blisko mojego domu a stacja należała do ZHP i nie podlegała regulacjom Radiokomitetu. Właściwie na bieżąco puszczali wszystko to, co się działo na świecie. Na przełomie podstawówki i liceum, czyli na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, był chyba najlepszy czas w muzyce rockowej, kiedy wydarzyło się właściwie wszystko co dziś artystów zapładnia. Trudno byłoby znaleźć coś nowego, co nie czerpałoby z tamtej muzyki. Jednocześnie był to też wspaniały okres w jazzie, rodząca się popularność free jazzu i nurtu sięgającego bardzo odważnie do muzyki etnicznej. To był też początek intensywnego przenikania się kultur. Zacząłem słuchać dużo oryginalnej muzyki etnicznej - indyjskiej, afrykańskiej, mongolskiej, wietnamskiej, południowoamerykańskiej, zwłaszcza brazylijskiej. Bardzo chciałem grać, ale nie było warunków, żeby do mieszkania wstawić pianino - ani finansowych, ani lokalowych, więc pomyślałem, że najprościej będzie grać na instrumentach perkusyjnych, które zacząłem sobie sam budować. Oprócz tego ćwiczyłem na harmonijce ustnej i na melodyce. Na instrumentach perkusyjnych zacząłem w latach siedemdziesiątych grywać z innymi ludźmi, a w połowie tej dekady z młodymi muzykami free jazzowymi. Próbowałem się wmontować gdzie się dawało. Od 1976/1977 r. razem z grupą przyjaciół zaczęliśmy słuchać reggae. Byliśmy pierwszym środowiskiem w Polsce, które przez Londyn miało dostęp do wszystkiego, co się w tamtym czasie ukazywało na Jamajce, do nawijających DJ-ów. W 1977/1978 r. pojawił się punk rock, który przez swoją siłę, energię i nie stawianie wysokich wymagań rzemieślniczych, ośmielił mnie do tego, by zacząć grać na gitarze elektrycznej. Piosenki pisałem już od jakiegoś czasu, w liceum próbowałem grać na gitarze, a poważniej spróbowałem mając 20 lat, początkowo w otwartych strojach, później w normalnym. Traktowałem gitarę jako instrument akompaniujący śpiewowi, pozwalający mi komponować i pisać piosenki.


Pamiętasz swój pierwszy występ z gitarą elektryczną?


Pierwszy raz na gitarze elektrycznej zagrałem na jakiejś imprezie w willi w Sopocie, w lecie 1978 r. - tam wykonałem kilka swoich piosenek. Rok później zacząłem montować zespół, który zmaterializował się jesienią ’79 roku jako Tilt.


Później była słynna Brygada Kryzys.


Tilt w pierwszym składzie rozpadł się po roku. W 1981 r. z Robertem Brylewskim założyliśmy Brygadę Kryzys, która też istniała tylko kilka miesięcy, bo zaraz był stan wojenny i różne kłody rzucano nam pod nogi - kazano zmienić nazwę, itp. Mieliśmy też bardzo duże problemy z perkusistami. Dzisiaj w Polsce jest wielu znakomitych bębniarzy, wtedy znalezienie dobrego i wszechstronnego perkusisty było dużym problemem, więc pierwszą płytę nagraliśmy z perkusistą jazzowym. Zawsze słuchałem dużo jazzu a muzycy jazzowi byli wówczas bardziej wszechstronni niż rockowi.


Jak wygląda u Ciebie pisanie piosenek? Czy to przychodzi łatwo?


Powiedziałbym, że jest coraz trudniej (śmiech). Józek Skrzek z SBB napisali kiedyś taką piosenkę "Z pierwszych ważniejszych odkryć" i pierwsze piosenki to są te pierwsze ważniejsze odkrycia. Człowiekowi wydaje się, że wszystko odkrywa pierwszy, że jeszcze nikt nic nie wie i że on musi to wszystko oznajmić innym. Ta nieświadomość jest wspaniała, bo pozwala dosyć bezkrytycznie podchodzić do tego, co się pisze. Później z upływem czasu okazuje się, że wszystko zostało powiedziane i trudno wymyślić coś nowego. Można powiedzieć znane prawdy w nowy sposób, ale to nie jest tak proste jak kiedyś, bo człowiek stawia sobie coraz wyższe wymagania. Z rozmów z kolegami wiem, że jest nas wielu takich, którym pisanie kolejnych utworów przychodzi, może nie tyle z większą trudnością, ile autokrytycyzm jest coraz większy, więc mniej utworów przeciska się przez to sito. Piosenki powstają na dwa sposoby. Jeden sposób to gdy rzeczywiście coś nagle spływa, w krótkim czasie wszystko jest na miejscu i gotowe, ewentualnie robi się jakieś lekkie doszlifowanie. Tak, jak powiedział Keith Richards - one wszystkie tu fruwają, tylko trzeba je złapać. Druga sytuacja jest gdy ktoś jest przyciśnięty, na przykład czasowo, bo jutro trzeba nagrać kolejną piosenkę. To też jest dobre, bo stres powoduje, że coś nagle się otwiera. Sporo moich utworów powstało w ten sposób a później okazały się udane. Najgorzej jest z piosenkami wymęczonymi, nad którymi się siedzi i niby coś tam się dzieje, w końcu piosenka jest gotowa, nawet wydaje się zgrabna, ale…


Jak to się mówi - nie żre.


Nie ma tego nieuchwytnego elementu, który sprawia, że piosenka żre. Nawet jeżeli mam pomysł bez skończonej formy, to ja sobie ten pomysł odkładam i wracam do niego za jakiś czas. Jeżeli znowu sprawa nie jest oczywista, znów odkładam. Takich odłożonych pomysłów mam bardzo dużo.


Całą szufladę?


To raczej obszerny folder w komputerze. Są takie sytuacje, że piszę tekst i wyciągam jakiś fragment czy melodię, która tylko czekała na ten moment. Ogólnie pisanie piosenek to czynność dosyć magiczna i niejasna.


Wszystko piszesz w komputerze, czy może część tradycyjnie?


Mam dwa albo trzy kajeciki, gdzie notuję pomysły tekstów. Próbowałem zapisywać je na dyktafonie, ale z jakiegoś powodu to się nie sprawdza. Nie wiem na czym to polega, ale czynność pisania jest skuteczniejsza. Natomiast jeśli chodzi o pomysły muzyczne to często jest tak, że siadam sobie z gitarą, włączam nagrywanie i rejestruję kilkadziesiąt pomysłów w ciągu paru godzin - cokolwiek mi przychodzi do głowy. Później okazuje się, że 99% to są jakieś brednie, ale gdzieś w tym jest jakaś perełka, która mnie samego zaskakuje. Sporo pomysłów rodzi się w ten sposób, sporo pojawia się na próbach i ten sposób bardzo lubię. Improwizujemy, wyruszamy w podróż w nieznane, łapiemy jakiś groove, motyw, gramy go sobie, zmieniamy i ja otwieram się - a nuż mi przypłyną jakieś słowa, które ta sytuacja czy brzmienie zainspiruje.


Która piosenka jest Twoją ulubioną?


Z moich?


Tak.


Wiesz, to trudno powiedzieć. Zawsze porównuję piosenki do dzieci…


Jesteś bardzo płodny.


No tak (śmiech). Dzieci są różne, niektóre sobie lepiej dają radę w życiu, robią karierę, inne wolą prowadzić ciche, prywatne życie. Z piosenkami jest podobnie. Niektóre żyją utajonym życiem, mają swoich zagorzałych wielbicieli, ale nie są bardzo popularne. Inne są może mniej wyrafinowane, ale zyskują popularność. Wszystkie je kocham równo, jak dzieci. To wszystko gdzieś się odbija w repertuarze koncertowym - najbliższe mi znajdują się w programie koncertu. Muzycy, z którymi gram, mają też pewien wkład i podsuwają pomysły, co zagrać.


Ostatnio mówi się o kryzysie w pisaniu piosenek, w tworzeniu muzyki, że kiedyś było lepiej, bo powstawały znakomite teksty i kompozycje. Z czego może to wynikać?


Myślę, że głównym powodem jest to, że kiedyś trudno było liczyć, że się muzyką zarobi dużo pieniędzy. Dzisiaj paradoksalnie jest to bardziej prawdopodobne. Jeśli ktoś odniesie szybki sukces w taki czy inny sposób, wiąże się to z dosyć pokaźnym zarobkiem, o którym trzydzieści lat temu nie mogliśmy śnić. Bardziej koncentrowaliśmy się na tym, żeby napisać coś fajnego, niż żeby to było tak napisane i zagrane, by przyniosło pieniądze. Sądzę, że dziś jest bardzo wielu artystów, zwłaszcza młodych, którzy traktują muzykę po prostu jako zawód i chcieliby w tym zawodzie odnieść sukces, który miałby również wymiar materialny, w związku z tym podporządkowują swoją twórczość temu modelowi, co siłą rzeczy staje się miałkie i wtórne. Rzeczywiście jakoś zanikła szczególna umiejętność pisania dobrych piosenek, czyli tzw. songwritingu. Jeśli sięgniemy do lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych to oprócz ogromu szmiry, jaka również powstawała w tym czasie, pojawiło się mnóstwo znakomitych piosenek, do których współcześni wykonawcy sięgają jak do wzorca metra. Raz po raz ktoś nagrywa piosenki W. Młynarskiego, K. Klenczona, piosenki z Kabaretu Starszych Panów itp., bo są to po prostu rewelacyjnie napisane utwory. Tam wszystko od początku do końca się zgadza, wszystko jest przemyślane, ma ten nieuchwytny walor, tak jak piosenki Burta Bacharacha, Eltona Johna, czy Abby. Wszyscy pytają, jak to się stało, że one przeżyły tyle lat i ciągle są słuchane, ciągle się podobają. Dziś mało komu udaje się napisać tak dobrą piosenkę jako formę. Piosenki stają się podobne do siebie - przelatuję przez stacje radiowe i słyszę kolejne takie same. Będąc muzykiem i trochę słysząc nie jestem w stanie odróżnić jednej wokalistki od drugiej - mają tych samych nauczycieli, którzy ustawiają głos w ten sam sposób, wszystkie śpiewają z tą samą manierą. Co to jest? Usłyszysz jedną nutę Janis Joplin czy Grace Slick i ułamek sekundy wystarczy, żeby poznać, kto to jest.


Co byś polecił komuś, kto chciałby się dowiedzieć, co to jest prawdziwa piosenka?


Przede wszystkim radziłbym sięgnąć do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, do pierwszych hitów rock and rollowych z lat 1955- 57, później do pierwszej połowy lat sześćdziesiątych - do rocka brytyjskiego, który w zasadzie wziął się z fascynacji rhythm and bluesem i muzyką country. Beatlesi inspirowali się country a Stonesi grali rhythm and bluesa. Podobnie Eric Burdon, The Kinks, The Who, itd. Ich utwory wytyczyły pole, na którym poruszamy się do dzisiaj. Sugerowałbym też zainteresowanie się pomnikowymi zespołami przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Moim zdaniem ostatnim wielkim twórcą rockowym, jaki się objawił, był Kurt Cobain.


Złośliwi twierdzą, że nie umiał grać na gitarze.


Grał fenomenalnie na gitarze i był świadomym artystą. Niedawno oglądałem film dokumentalny o nagrywaniu płyty "Nevermind" - koledzy z zespołu i producent opowiadali, na czym zależało Cobainowi. On widział siebie jako autora piosenek - songwritera. Trochę się bał, że pisze za ładne piosenki i dlatego chciał, żeby Nirvana była zespołem brzmiącym brudno, obskurnie, by te piosenki nie brzmiały za słodko. Dla mnie był ostatnim wielkim geniuszem. Odchodząc od tej działki, jest jeszcze chociażby Prince, czy muzyka country. Jest wiele utworów, których nie utożsamiamy z country, np. "I Will Always Love You", który w filmie "Bodyguard" śpiewała Whitney Houston, a to przecież kompozycja Dolly Parton.


W piosenkach country jest zawsze opowiedziana jakaś historia.


Jest historia, ale jest też mnóstwo szmiry. Jest jeszcze moja wielka miłość - Bob Dylan napisał tony nieprawdopodobnie prostych i cudownych pieśni. Jest i inny Bob, którego kocham - Marley. Długo by wymieniać…


To może opowiedz na czym grasz.


Wróciłem do koncepcji grania w stereo na dwóch wzmacniaczach. Wiele lat temu eksperymentowałem w ten sposób, później miałem okres ascezy: gitara - kabel - wzmacniacz. Teraz mam dwie linie efektów, które są tak podłączone, że mogę je alternatywnie rozdzielać w różnych wariantach, np. przez delay stereo albo flanger stereo. Mam na obu piecach czystą gitarę, albo na jednym przester z lampy, na drugim sfuzzowany dźwięk z efektu Little Big Muff, albo dwa różne przestery lampowe… Używam rewelacyjnych wzmacniaczy V-Empire produkcji chłopaków z Warszawy, którzy robią je ręcznie. Dziś na koncercie drugim piecem będzie Fender Blues Deluxe, pożyczony od Korka, bo mój drugi V-Empire jest w trakcie budowy. Mam trzy gitary elektryczne. Amerykański Fender Telecaster - moja pierwsza gitara, gram na niej od 30 lat. Drugi to też amerykański Fender Stratocaster, którego kupiłem sobie na 55 urodziny - jego kolor ma numer 55 (śmiech). Trzecia gitara to półpudło Gretsch Electromatic, bardzo fajnie się wzbudza i świetnie sprawdza się w ciemniejszych brzmieniach. W domu i na akustycznych koncertach gram na akustycznym Martinie M36 z pickupem Fishman, którego podłączam do małego piecyka Vox Aga 70.


Nad czym ostatnio pracowałeś?


W tej chwili pracuję nad nową płytą, która ukaże się na wiosnę 2014 r. Będę ją nagrywał jeszcze w tym roku z Karolem Ludewem na perkusji, z Piotrkiem Leniewiczem na basie, czyli z moją stałą sekcją, która pracuje też w znakomitym zespole Semantik Punk; razem gramy nieprzerwanie już ósmy rok. Jest też pianista Wojtek Konikiewicz, gościnnie w niektórych utworach wystąpi Alek Korecki; z oboma pracuję z przerwami od lat niemal 30. Chciałbym zaprosić jeszcze paru gości. Sam sięgnę też po inne instrumenty, jak np. harmonijki ustne, bębny… Wszystko ukaże się pod szyldem Tomek Lipiński. Nie ma specjalnie powodu, żeby nie występować pod własnym nazwiskiem - tak mogę reprezentować całość tego, co w życiu zrobiłem z różnymi składami. Na koncertach gramy nie tylko repertuar Tiltu, ale też utwory z repertuaru Brygady Kryzys, a także efemerycznego zespołu Fotoness, który założyłem z Marcinem Ciempielem i Jarkiem Szlagowskim. Skład istniał na przełomie 1987/88 r. i nawet wydał wtedy płytę, która jest teraz wznowiona na CD z paroma bonusami.


Jaka będzie nowa płyta?


To najtrudniejsze pytanie, dlatego, że to się okaże, kiedy ona zostanie nagrana. Pewnie będzie spokojniejsza i wolniejsza. Brzmienie będzie szło tropem, o którym mówiliśmy - bardzo szeroka gitara podbudowana mocno brzmiącą sekcją rytmiczną. W tym cieście, jak rodzynki czy ślady czekolady, wprzęgnięte będą klawisze. Tu chciałbym wykorzystać Wojtka z rozmaitymi vintage-owymi klawiszami, których używał w latach osiemdziesiątych, np. Roland Juno 106. Będzie sporo odniesień do rozmaitej muzyki, jakiej słuchałem w swoim życiu - nie dosłownych odwzorowań, ale inspiracji. To ma być płyta, na której będzie więcej muzyki (śmiech). Większa zawartość muzyki w muzyce - taki mamy plan.


Co chciałbyś przekazać młodym gitarzystom?


To jest doświadczeniem moim i wielu wiekowych artystów: im dłużej gramy, tym lepiej rozumiemy, że trzeba grać coraz mniej dźwięków. Im mniej dźwięków, tym lepiej.


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: Fender Telecaster, Fender Stratocaster, Gretsch Electromatic, Martin M36.
• Pedalboard: tuner Planet Waves, Electro-Harmonix LPB-1 Linear Power Booster, Jim Dunlop Cry Baby, Marshall EchoHead EH-1, Electro-Harmonix Little Big Muff, Boss BF-3 Flanger, Behringer Instrument/Amp Selector
• Wzmacniacze: V-Empire Greenpoint 30W combo, V-Empire 50W głowa+kolumna, Vox Aga 70 Accoustic.

Wojtek Wytrążek

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie