Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ian Anderson (Jethro Tull)

Ian Anderson (Jethro Tull)

"Nie jestem najlepszym flecistą na świecie, ale prawdopodobnie najgłośniejszym." Do premiery albumu Iana Andersona "Homo Erraticus" pozostał miesiąc, a my z legendarnym liderem Jethro Tull rozmawiamy na temat jego najnowszego dzieła.

Dlaczego "Homo Erraticus" nie został wydany pod szyldem Jethro Tull?


Dla mnie Jethro Tull to katalog, repertuar. Jethro Tull to moje wszystkie dokonania od początku istnienia zespołu. Jestem na tyle dobrze kojarzony z Jethro Tull, że nie widzę problemu w wydaniu "Homo Erraticus" pod moim nazwiskiem. Nadal komponuję, nagrywam i koncertuję. Gdybym mógł cofnąć czas, nigdy nie nazwałbym zespołu w ten sposób. Ponieważ nie uważałem na lekcjach historii, nie wiedziałem, że Jethro Tull to postać prawdziwa, a nie bohater jakiejś legendy. To ważna osoba w historii nie tylko Wielkiej Brytanii, ale również świata, bowiem jest on wynalazcą siewnika. Zdałem sobie z tego sprawę zbyt późno, by zmienić nazwę z Jethro Tull na inną, ponieważ byliśmy z nią kojarzeni.


Czy nie obiera Pan czasem drogi Rogera Watersa?


Nie sądzę, żeby porównywanie mnie z Rogerem Watersem było trafne. Owszem, można powiedzieć, że główny koordynator, lider zespołu po pewnym czasie utożsamia się z materiałem, jaki stworzył na tyle, że traktuje go jako własny, po latach występując pod własnym nazwiskiem z repertuarem zespołu, w którym grał. Traktuję to jako naturalną zmianę. Zawsze, gdy jestem pytany, czy czegokolwiek żałuję jako muzyk, odpowiadam: "Tak, nazwy zespołu". Możesz nawet to wygooglować, dość często to powtarzam. Zatem to powód, dla którego postanowiłem choć trochę odciąć się od szyldu Jethro Tull. Na koncertach tegorocznej trasy poza nowym materiałem, zagramy największe utwory Jethro Tull. Możliwe, że w związku z tym na biletach umieścimy nazwę zespołu obok mojego nazwiska.


Czy jest Pan zadowolony z efektów pracy nad "Homo Erraticus", czy wszystko poszło po Pana myśli?


Czy jako dziennikarz kiedykolwiek byłeś w stu procentach zadowolony z efektów swojej pracy? (śmiech). Poza tym - czy kiedykolwiek jakiś muzyk powiedział Ci, że jego nowy album jest beznadziejny? (śmiech).


Oczywiście, że nie (śmiech). "Homo Erraticus" to koncept album, traktujący o przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości.


Zgadza się. Należy pamiętać o tym, że to dość złożony koncept album. Historia w nim zawarta ma swoje początki w latach '20 XX wieku, a dokładnie w 1920 roku, gdy brytyjska armia zmagała się z ciężką chorobą, jaką jest malaria. W teraźniejszości mamy do czynienia postacią Geralda Bostocka, moim alter ego. Teraźniejszość i przyszłość na "Homo Erraticus" odnosi się do przeszłości (1920-1928 r.) zawartej w tekstach na albumie.


Czy możemy utożsamiać się z tytułową postacią "Człowieka wędrownego"?


"Homo Erraticus" (łac. Człowiek wędrowny) to historia człowieka, każdego z nas. Ludzie migrowali, migrują i migrować będą. Życie opiera się na migracjach, przemieszczaniu się z jednego miejsca do drugiego. Już w prehistorii mieliśmy do czynienia z migracjami w przypadku Homo Sapiens. Niejeden kraj na świecie zawdzięcza swoje istnienie migracji i wiele ludzi migruje z różnych powodów, często ekonomicznych. Część z nich szuka lepszej pracy za granicą, inni natomiast po prostu podróżują.

Czy możemy utożsamiać się z "Człowiekiem Wędrownym"? Właściwie tak. Weźmy jako przykład Londyn. Większość populacji Londynu faktycznie nie urodziła się w tym mieście. Tytułowy "Człowiek Wędrowny" to człowiek walczący o przetrwanie, stanowi on metaforę wcześniej wspomnianych migracji. Musiał zmagać się z przeciwnościami, z pewnością bał się czegoś, zresztą jak każdy z nas.

Wróćmy do epoki wiktoriańskiej, kolonizacji i budowania Imperium brytyjskiego. Ma to swe odzwierciedlenie w dzisiejszej rzeczywistości. Kontrolę nad danym krajem, społeczeństwem można sprawować zdalnie, będąc z dala od "podbijanego" kraju. Mam na myśli zachodnią kulturę i media, które przyczyniają się do amerykanizacji świata, a szczególnie Europy. To taka nowoczesna ekspansja kulturalna.


Kiedyś powiedział Pan: "Byłem Jimim Hendrixem fletu".


Porównałem siebie do Jimiego Hendrixa, ponieważ mamy trochę cech wspólnych. Mimo że Jimi Hendrix nie był najlepszym na świecie gitarzystą, jeżeli weźmiemy pod uwagę technikę gry, to stworzył muzykę, która jest innowacyjna, wyprzedzająca epokę, ponadczasowa. Hendrix to muzyczny autorytet. Jest wzorem dla tysięcy muzyków, niekoniecznie gitarzystów. Jego gra sprawiła, że dominował w swoim zespole i nie tylko. Dominował wręcz globalnie. Dokonał rzeczy, których w tamtych czasach na przykład Eric Clapton, czy Jimmy Page nie dokonali. Zatem łączy nas wiele, mimo, że Hendrix grał na innym instrumencie i reprezentował trochę inny styl muzyczny. Nie jestem najlepszym flecistą na świecie, ale prawdopodobnie najgłośniejszym (śmiech).


Jak wspomina Pan wspólny koncert z Jimim Hendrixem z 1969 roku w Sztokholmie?


Graliśmy support przed Jimim Hendrixem. Przed koncertem spotkałem Hendrixa na konferencji prasowej. Zapamiętałem go jako sympatycznego i spokojnego człowieka. Byłem mu wdzięczny za wsparcie i pomoc. Szepnął parę słów organizatorowi koncertu, który mieszkał w Niemczech, że Jethro Tull mogłoby tam zagrać. To były początki Jethro Tull, więc wsparcie Jimiego było wtedy nieocenione. Jestem mu bardzo za to wdzięczny. Wystąpiliśmy również na festiwalu Isle of Wight w 1970 roku, podczas którego Hendrix jako headliner wraz z zespołem grał jeden ze swoich ostatnich koncertów. Zapamiętałem moment, w którym Jimi spacerował po scenie. Był smutny, nieszczęśliwy. Akurat tamtego dnia nie rozmawialiśmy ze sobą. Wtedy spotkałem go ostatni raz. Parę tygodni później zmarł.


Na przestrzeni lat twórczości pozostał Pan sobą, wciąż wierny własnemu, wyrobionemu stylowi. W nowej muzyce można dostrzec coraz mniej indywidualistów. Teraz wiele zespołów chce brzmieć, jak ich idole.


Na przestrzeni lat moja muzyka i podejście do gry na flecie, czy gitarze trochę się zmieniało. Pewne jest to, że nie straciłem tego istotnego pierwiastka w moim brzmieniu, z którym jestem kojarzony. Owszem, czasem wprowadzałem jakieś zmiany, jednak pewnych drzwi nie da się zamknąć i całkowicie pozbyć się swojej tożsamości. Moim zdaniem należy balansować pomiędzy własnym stylem, a jednocześnie wdrażać inspiracje, na które napotykamy po drodze.


Czy w dzisiejszej muzyce są jakieś zespoły, które zwróciły Pana szczególną uwagę?


Gdybyś zapytał mnie o to w latach ’70, powiedziałbym ci dużo na ten temat. Obecnie słucham muzyki głównie dla relaksu. Nie zwracam szczególnej uwagi na to, kogo w danym momencie słucham, nie mam pamięci do nazw nowych zespołów. Większość dnia spędzam na pracy z własną muzyką na próbach, czy w studio. Czasem w ogóle nie słucham muzyki. Ty, jako dziennikarz zajmujący się muzyką na co dzień powinieneś czasem zrobić sobie przerwę od muzyki, załóżmy na jeden dzień w tygodniu (śmiech).


Czego można spodziewać się po Pana występach na tegorocznej trasie?


To trasa promująca mój najnowszy album, więc w setliście znajdą się przede wszystkim utwory, jak nie cały materiał z "Homo Erraticus". Oczywiście poza tym zagramy największe utwory Jethro Tull, coś w stylu "The Best of Jethro Tull". Po trasie w Wielkiej Brytanii zagramy trasę europejską, wystąpimy również w Polsce (Festiwal Legend Rocka w Dolinie Charlotty, przyp. red.).


Rozmawiał Wojciech Margula

GALERIA
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie