Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / DragonForce wojownicy rocka

DragonForce wojownicy rocka

W tym miesiącu spotykamy się z dwoma "rycerzami" gitary. Herman Li i Sam Totman z DragonForce swoim agresywnym stylem gry podbili niejeden kontynent, a występowali już chyba wszędzie - od Teignmouth do Tokio - zdobywając przy tym kolejne rzesze fanów i wyjeżdżając z każdego miasta jako TRIUMFATORZY.

Wbrew sceptykom, którzy naśmiewali się z trampolin ustawionych na koncertach, inspiracji muzyką z gier wideo z przełomu lat 80. i 90., a także z plastikowych i kiczowatych mieczy - grupa DragonForce osiągnęła ogromny sukces, a rok 2006 był dla zespołu rokiem nadspodziewanie udanym. W Stanach Zjednoczonych bilety zostały wyprzedane na wszystkie koncerty, zanim zespół podpisał kontrakt z wytwórnią, a nawet zanim ukazała się trzecia płyta formacji. Album "Inhuman Rampage" zrobił absolutną furorę, natychmiast gdy tylko ukazał się w sprzedaży. Zespół podbił wszystkie miasta, w których się pojawił. Jak im się to udało?

Sukces - rzecz jasna - nie przyszedł sam, lecz był wynikiem ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Formacja DragonForce powstała sześć lat temu w Londynie. Już od samego początku muzycy mieli jasno sprecyzowane cele. Po pierwsze, najważniejszym ich zamierzeniem było stworzenie własnego, niepowtarzalnego stylu gry - nie chcieli być kolejnym zespołem, który naśladował wielkie gwiazdy metalu. A po drugie wiedzieli, że muszą dążyć do perfekcji w tym, co robią. Oba te cele bez wątpienia udało im się w pełni osiągnąć - nie tylko grają ostrzej niż konkurencja, ale są też i szybsi.

Wystarczy dać im tylko do ręki gitarę, a Sam Totman i Herman Li natychmiast udowodnią, że znajdują się w światowej lidze, zwłaszcza jeśli chodzi o szybką i precyzyjną technicznie grę. Bilety na koncerty w Wielkiej Brytanii rozeszły się, zanim zespół zdążył odpocząć po swym kolejnym tournée. Najwyższy więc czas, aby spotkać się z muzykami i zapytać, czy służy im życie w trasie koncertowej.

 

Jakiego rodzaju publiczność przychodzi na wasze koncerty w Wielkiej Brytanii?

Mamy bardzo zróżnicowaną publiczność. Na nasze koncerty przychodzą zarówno ludzie młodzi, jak i dojrzali fani metalu. Są wśród nich ludzie słuchający death, power i black metalu. Wiem też, że czasem pojawiają się osoby, które w ogóle nie słuchają ostrzejszej muzyki, ale chcą obejrzeć nasz występ!

Zawsze wiedzieliśmy, że możemy dotrzeć do szerokiej publiczności, do ludzi o zróżnicowanych gustach muzycznych. Ale teraz, kiedy gramy tak dużo koncertów, wiemy już, że faktycznie jesteśmy w stanie zaoferować coś, co jest przeznaczone dla bardzo wielu odbiorców i to nas bardzo cieszy.

Czy fani wciąż przynoszą na wasze koncerty plastikowe miecze?

O tak, wciąż się to zdarza! Ale teraz, przy tak licznej publiczności, osoby z mieczami trochę giną w tłumie... Obecnie kolesie z mieczami stanowią raczej mniejszość (śmiech).

Poza tym ochrona bardziej się czepia. Na mniejsze koncerty łatwiej było wnieść miecze, natomiast na stadion - już gorzej.

Czy to prawda, że jakiś fan na koncercie w Glasgow wszedł na scenę i poprosił o rękę swoją dziewczynę?

Tak, to prawda. Znamy go - to jeden z naszych najbardziej zbzikowanych fanów, który jest z nami praktycznie od samego początku. Kiedyś poprosił mnie, żebym złożył mu autograf na pewnej części ciała... (śmiech). Teraz postanowił się ustatkować i muszę przyznać, że całe to wydarzenie z oświadczynami było bardzo romantyczne. Gość po prostu wszedł na scenę i poprosił dziewczynę o rękę.

Nie można mu odmówić oryginalności!

Wracając do tych autografów na ciele... W Szkocji jest to chyba jakaś tradycja, ponieważ podobne sytuacje zdarzyły się tam już kilka razy, i to wszystkie na terenie tego właśnie kraju (śmiech).

Słyniecie ze stosowania efektów pirotechnicznych na koncertach. Pewnie pochłaniają one sporą część waszej gaży?

Mamy własnego speca od wybuchów i ekipę, która zajmuje się realizacją tych efektów. Ale to wcale nie znaczy, że na scenie jesteśmy mało aktywni - wciąż dużo z siebie dajemy, skaczemy, robimy piruety i gramy do góry nogami. Uważam, że w dzisiejszych czasach zespoły w zbyt dużej mierze uatrakcyjniają swe występy wybuchami, światłami, efektami specjalnymi, a przecież to nie one są istotą całego przedstawienia. Zauważyłem, że muzycy na ogół tylko stoją i grają, jakby im się nic więcej nie chciało, a cała reszta dzieje się sama tuż za ich plecami.

W sumie ma to swe uzasadnienie, bo gdy dokładnie słyszysz, co grasz, nie popełnisz większej ilości błędów...

W zasadzie takie też były nasze wcześniejsze koncerty - naprawdę musieliśmy się dobrze słyszeć, szczególnie że gramy taką, a nie inną muzykę.

Ludzie mówią nam, że dawniej nasze brzmienie pozostawiało wiele do życzenia. To była głównie wina sprzętu, jakiego wtedy używaliśmy. W naszych utworach bardzo dużo się działo, ale nasz sprzęt w tamtych czasach nie dorastał do naszej muzyki, która - jak by nie patrzeć - jest pod tym względem dość wymagająca.

Graliśmy w małych klubach, gdzie system nagłaśniający ledwo dyszał i nie umożliwiał nam rozwinięcia skrzydeł.

Na scenie skaczecie na trampolinach. Podejrzewam, że trudno było się nauczyć grać w locie...

Niestety nie zawsze możemy zainstalować trampoliny. Na przykład dzisiaj gramy w Bristolu i tam ich na pewno nie zamontujemy. To kwestia miejsca. Niekiedy wielkość sceny jest po prostu niewystarczająca i wtedy musimy z niektórych rzeczy zrezygnować. Czasem gramy na sali, gdzie wejdzie tysiąc osób, ale scena jest na tyle głęboka, że spokojnie zmieścimy tam też i trampolinę. A czasem sala jest większa, lecz scena za płytka - jak właśnie ta w Bristolu. Będziemy więc musieli skakać z podestu dla perkusji. A odnośnie skakania, to co rusz mamy jakieś małe kontuzje (śmiech).

Zgadza się. Na przykład w tej chwili mam posiniaczoną całą nogę, a najbardziej kolano, którym często uderzam w gitarę, żeby trochę podkręcić wybrzmiewające akordy (śmiech).

No cóż, nie da się uniknąć poobijania, jeśli się tak żywiołowo skacze. Ale uważamy, że nie wystarczy się tylko rozwijać muzycznie. Trzeba też dostarczyć ludziom dodatkowych atrakcji i prawdziwego show.

Czy po roku intensywnego koncertowania jesteście w stanie powiedzieć, który koncert najbardziej utkwił wam w pamięci?

Szczególnie utkwił mi w pamięci koncert w Wiltern Theatre w Los Angeles, który był kompletną klapą. Wszystko było do bani, nawet też pod względem technicznym.

Dokładnie! A do tego nie mieliśmy żadnej próby. Dwa i pół tysiąca sprzedanych biletów, pierwszy występ na trasie. Na domiar tego autobus ze sprzętem spóźnił się dwa dni. Poza tym, na pierwszym koncercie w trasie, nigdy nie jest się w szczytowej formie. To był niestety najgorszy koncert, jaki kiedykolwiek zagraliśmy.

Ale za to następnego dnia daliśmy w San Francisco prawdziwego czadu!

Dziwi was sukces, jaki odnieśliście w Stanach?

Myślę, że Amerykanie dali się zwieźć, bo nie brzmimy jak zespół europejski. Szybkość gry i ostry rockowy shred nie mają nic wspólnego z tradycyjnym metalem.

Tak naprawdę to właśnie w Stanach szybciej zdobyliśmy popularność niż w Europie. Po głębszym zastanowieniu, to wcale mnie to nie dziwi. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak przechwałka, ale zawsze wiedzieliśmy, że to, co robimy, jest dobre, a przede wszystkim nowatorskie. Najważniejsze było, żeby ludzie o nas usłyszeli. Wytwórnia Roadrunner Records bardzo nam pomogła w promocji. Można być najlepszym zespołem na świecie, ale bez sztabu ludzi od promocji nikt się o tym nie dowie. To smutne, ale prawdziwe.

Jakie wpływy muzyczne były dla was najważniejsze?

Nigdy nie fascynowali mnie gitarzyści w stylu Satrianiego czy Vaia. Zawsze ich ceniłem, ale nie byłem w stanie wysłuchać całej płyty od początku do końca. Za to moim idolem był Richie Sambora, który stworzył - tak uważam - kilka niesamowitych solówek łatwo wpadających w ucho. Dobre solo można zanucić po jednokrotnym wysłuchaniu. Nie pamiętam jednak, żebym miał jednego ulubionego gitarzystę, który byłby dla mnie inspiracją. Raz spodobała mi się solówka jednego gitarzysty, ale potem zagrywka innego. Czerpałem więc z wielu źródeł.

Słuchałem tak zwanych wirtuozów gitary, ale słuchałem też licznych zespołów. Nawet nie potrafię wskazać kogoś konkretnego.

Czy narzucacie sobie dyscyplinę, jeśli chodzi o ćwiczenie?

Raczej nie. Przecież cały czas doskonalimy swoje możliwości, grając chociażby koncerty. Zaczynałem, ucząc się grać rzeczy, które sprawiały mi trudność. Teraz mi się nie chce, bo cały czas jesteśmy w trasie. Wolę oglądać seriale w telewizji czy coś w tym rodzaju (śmiech).

Ja mam zupełnie inne podejście. Frustruje mnie to, że po każdej trasie koncertowej jestem gorszym gitarzystą. Wpadam w rutynę - wchodzę na scenę, gram to, co już dobrze znam, a potem nie mam już siły ćwiczyć, bo jestem zmęczony. Granie oklepanych kawałków nie jest żadnym wyzwaniem w sensie technicznym - owszem, można trochę improwizować, ale ma się już wyuczone ruchy. Teraz, kiedy mieliśmy krótką przerwę, jestem lepszym gitarzystą, ponieważ miałem czas na ćwiczenia.

Na płycie "Human Rampage" przekroczyliście wszelkie granice szybkości. Przed wami wielkie wyzwanie - a przecież szybciej grać już się chyba nie da!

Na tej płycie nie gramy szybciej niż na poprzedniej - po prostu jest tam więcej szybkiej gry niż na "Sonic Firestorm", dlatego tak się może wydawać.

Moje frazowanie się polepszyło, przez co można odnieść wrażenie, że gram lepiej. Na naszej drugiej płycie (przeznaczonej na rynek japoński) znalazł się dodatkowy utwór pod tytułem "Cry Of The Brave", który był szybszy niż wszystko, co kiedykolwiek graliśmy. Obawialiśmy się wręcz, że ten utwór może być za szybki. Teraz wydaje mi się, że niektóre piosenki moglibyśmy zagrać jeszcze szybciej...

"Cry Of The Brave" to kawałek grany w tempie 250BPM...

..a zazwyczaj gramy w 200BPM.

Wiem, że wasza twórczość w dużej mierze inspirowana jest muzyką z gier wideo. Może to właśnie stąd się wzięła fascynacja szybkością?

Raczej nie - muzyka w grach wideo nie jest wcale taka szybka. Zainspirowały nas za to melodie.

Zabawne efekty dźwiękowe z gier świetnie wzbogacają brzmienie. Przecież prawie każdy potrafi grać flażolety sztuczne, a nam chodziło o stworzenie czegoś nowego, nietypowego. Są muzycy, którzy uważają, że muzyka z gier wideo to chłam. My do nich nie należymy i uważamy, że ta muzyka jest super!

Którą grę wideo ocenilibyście najwyżej pod względem muzycznym?

W zdecydowanej czołówce na pewno znalazłaby się gra "Double Dragon".

Dla mnie "Outrun" to numer jeden - wciąż to gramy. "Street Fighter" też ma świetne melodie.

Czy podczas trasy liczy się tylko praca, czy znajdujecie czas na rozrywkę?

Doszliśmy już do pewnej wprawy w godzeniu pracy z rozrywką... Wiem, że mogę strzelić sobie określoną ilość piw na pewien czas przed występem. Z drugiej zaś strony, gdybym wyszedł na scenę całkiem trzeźwy, to pewnie zrobiłbym więcej błędów. Na statywie od mikrofonu mamy specjalne uchwyty, gdzie trzymamy piwo, dzięki temu nie musimy robić sobie przerw w graniu. Wymyśliliśmy ten "patent", gdy po raz pierwszy graliśmy w Japonii, bo nie mieliśmy czasu na robienie przerwy między utworami.

W ten sposób Sam nie musiał wyłączać głośności i sięgać po piwo. A był w tym naprawdę dobry!

Teraz także i w piciu osiągnęliśmy perfekcję! (śmiech)

Rady Hermana Li dla żółtodziobów


BĄDŹ SWOIM WŁASNYM TECHNICZNYM

Jeśli chcesz być dobrym gitarzystą, to nie wystarczy tylko dobrze grać. Spotkałem wielu muzyków, którzy nie mają bladego pojęcia o czynnościach regulacyjnych związanych z gitarą. Nie mają też pojęcia o żadnych funkcjach. Boją się przesunąć mostek czy nawet zmienić strunę. Ale warto nauczyć się, jak to działa. Dlatego ja mam do tego inne podejście. Wysyłam gitary do serwisu, a kiedy wracają, dokonuję korekt w ustawieniach - nikt nie wie pewnych rzeczy lepiej niż osoba, która gra na danym instrumencie. Na gitarze można uczyć się grać we własnym domu, ale jeśli zamierzasz koncertować, musisz dowiedzieć się, jak różne wzmacniacze brzmią w określonych warunkach - chodzi mi o przestrzeń. Ja uczę się tego codziennie i jeszcze nie wiem wszystkiego.

NIE TYLKO SZYBKOŚĆ

Z rozmów, jakie odbyłem z młodymi gitarzystami, wynika, że w grze niektórych zespołów brakuje nie tylko szybkości. Oprócz pracy z metronomem ważne jest także to, aby nauczyć się czuć każdą nutę na gryfie - musi mieć ona swe odzwierciedlenie w grze. Ponadto trzeba doskonalić się w trudnej sztuce improwizacji, żeby rozwijać słuch. Najlepszym sposobem na ćwiczenie słuchu jest granie do ulubionych utworów.

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie