Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Steve Lukather

Steve Lukather

Steve Lukather, gitarzysta, aranżer i producent nagraniowy, mimo że najbardziej znany jest jako gitarzysta rockowego zespołu Toto, wydał także kilka albumów solowych. W tym miesiącu rozmawiamy ze Stevem o jego najnowszym krążku zatytułowanym "Ever Changing Times"

Podobno zaczynałeś od perkusji. A zatem kiedy nastąpił moment przełomowy, w którym stwierdziłeś, że przeznaczona ci jest właśnie gitara?

Cóż, większość małolatów na początku wali w bębny, bo muszą jakoś odreagować emocje. Ja też próbowałem swoich sił na perkusji, ale nie był to instrument dla mnie. Poza tym moje hobby nie spodobało się mojemu tacie - po prostu nie uśmiechało mu się, że nawalałem w domu w talerze. Gitarę dostałem na siedemnaste urodziny wraz z płytą "Meet The Beatles". Płyta owszem super, ale gitara była do niczego - to był akustyczny Kay ze strunami koszmarnie wysoko nad podstrunnicą. Później rodzice przerobili ją na lampę (śmiech). Stoi w moim biurze i przypomina mi, na czym musiałem kiedyś grać.

Czy już w tak wczesnym wieku wykazywałeś muzyczny talent?

Nie myślałem o tym w takich kategoriach, po prostu próbowałem uczyć się grać, odkąd miałem siedem lat. Pewnego dnia siedziałem z gitarą na ganku i nagle wszystko zaczęło mi wychodzić. To było tak, jakby natchnął mnie sam Bóg - nagle umiałem grać na gitarze! Wiem, że brzmi to jak opowiastka z ckliwego filmu, ale to prawda.

Jako nastolatek byłeś gitarzystą sesyjnym. Dobrze wspominasz tamte czasy?

To była świetna zabawa. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, uczestniczyłem w około dwudziestu pięciu sesjach tygodniowo i było mnie stać na dom. Naprawdę zaimponowałem tym ojcu - jak się zarabia dwadzieścia tysięcy miesięcznie w tym wieku (a był to rok 1977), to chyba można zrobić wrażenie. Przełomowym wydarzeniem był dla mnie koncert z Bozem Scaggsem. Kiedy skończyłem trasę z tym artystą, powstawała grupa Toto. Nagrywałem demówki z perkusistą Jeffem Porcaro i Davidem Paichem na klawiszach. Gdy wróciłem z trasy, weszliśmy prosto do studia, żeby zarejestrować materiał na nasz pierwszy album. Miałem szczęście - każdy gitarzysta w mieście chciał grać z Toto!

Pierwsza płyta zespołu zatytułowana "Toto" (1978) ukazała się, kiedy święcił triumfy ruch punkowy. Czy rock nie wyszedł wtedy przypadkiem z mody?

My byliśmy zespołem antypunkowym. W punku chodzi przecież o to, żeby nie grać za dobrze, natomiast my ciężko pracowaliśmy, żeby doskonalić nasze umiejętności, bo podchodziliśmy do muzyki bardzo poważnie. Chcieliśmy dzięki niej zarabiać na chleb. Gdy byliśmy młodzi, nie chodziło nam o image, tylko o to, żeby umieć grać. W 1977 roku, kiedy byłem w Londynie, odwiedziłem Kings Road i widziałem koncert punkowy na żywo. I co? Dla mnie to było nieporozumienie. Nie mogłem pojąć tego fenomenu. Miałem dziewiętnaście lat, pracowałem jako muzyk sesyjny, ale słowo "muzyka" znaczyło dla mnie zupełnie coś innego niż dla tych kolesi.

Czy łatwo było zostać gwiazdą gitary w latach 80., kiedy Van Halen był niemal bogiem?

Nigdy nie planowałem tego, że zostanę gwiazdą. Po prostu chciałem być dobrym gitarzystą i profesjonalnym muzykiem. Niestety w latach 80. ludzie zaczęli mieć prawdziwego hopla na punkcie techniki gry, a cały ten koszmar zapoczątkował Eddie Van Halen. To przez niego wszyscy zaczęli grać obiema rękami na gryfie - mam tu na myśli ten cały tapping... Niektórym nawet to wychodziło, ale inni używali tego jako taniej sztuczki. Nie chcę, żeby mój syn tak grał, więc zawsze go ostrzegam: "Jak zobaczę prawą rękę na gryfie, potrącę ci 50 dolarów kieszonkowego!" (śmiech).

Płyta "Toto IV" (1982) przyniosła grupie prawdziwą sławę. Czy ta popularność była dla ciebie ciężarem?

Powinieneś chyba powiedzieć "niesławę"... Byliśmy prawdopodobnie najbardziej znienawidzonym i krytykowanym zespołem rockowym w historii rocka. Najpierw mnie to bolało i zastanawiałem się, dlaczego ludzie nas tak nie znoszą. Podejrzewam, że słuchacze postrzegali nas jako jakiś sztuczny twór wyprodukowany przez wielką wytwórnię. Ale my byliśmy po prostu szkolnym zespołem, który był jednocześnie na tyle profesjonalny, żeby grać o każdej porze i każdy rodzaj muzyki. Poza tym ludziom nie podobała się nasza nazwa. Zresztą mnie też się strasznie nie podobała! Dlatego błagałem kolegów, żeby zmienili nazwę zespołu. Przez nią sami narażaliśmy się na śmieszność. No i proszę, trzydzieści lat później wciąż jestem Mr Toto!

Dla ciebie jako gitarzysty słuch jest bardzo ważny. Jak się czułeś, kiedy pod koniec lat 80. zacząłeś cierpieć na tinnitus, czyli szumy uszne?

Częściowo straciłem słuch, kiedy byłem muzykiem sesyjnym. Tinnitus natomiast dał mi się we znaki około roku 1985, ale długo to lekceważyłem. W ciągu dnia można to było wytrzymać, ale po koncercie czułem, jakby ktoś mi krzyczał do uszu! Musiałem się upić, żeby zasnąć. Joe Satriani uratował mi życie, kiedy powiedział, że powinienem zacząć stosować stopery. Skorzystałem z tej rady i ocaliłem swój słuch.

Na twoich albumach solowych wystąpili dwaj znani gitarzyści: Eddie Van Halen i Steve Vai. Jak ci się z nimi współpracowało?

Doskonale! Muszę powiedzieć, że w ogóle nie było między nami rywalizacji, a wręcz przeciwnie - słuchaliśmy siebie nawzajem. Wszyscy jesteśmy skromni. Mówiliśmy: "O kurcze, stary. To, co zagrałeś, było niesamowite. Ja bym tak tego nie zagrał". To nie jest sport. Tak, w przeszłości zapraszałem do nagrania płyt wielu moich przyjaciół. Ale wszystkie solówki na ostatniej płycie "Ever Changing Times" postanowiłem zagrać sam. W końcu to moja płyta! Są na niej piosenki rockowe i potężna dawka doskonałych partii gitarowych.

Co grupa Toto ma jeszcze do zaoferowania po trzydziestu latach na scenie?

Szczerze mówiąc, Toto już się kończy. Nie chcę przez to powiedzieć, że zamierzamy ogłosić rozpad. Chodzi o to, że musimy sobie zrobić dłuższą przerwę. Nie wiadomo, co będzie później, trudno to przewidzieć. Jestem w zespole od samego początku i w tej chwili bardzo potrzebuję odetchnąć. Powiedzmy więc, że zamykam wieko trumny, ale nie zabijam jej gwoździami...

Henry Yates

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie