Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Leszek Cichoński

Leszek Cichoński

Leszek Cichoński to czołowy polski gitarzysta bluesowy i zasłużony pedagog. W tym miesiącu dowiemy się, jakie są najbliższe plany pierwszego Polaka, który wystąpił na legendarnej scenie w Monterey podczas zeszłorocznej imprezy Monterey Bay Blues Festival.

Jesteś zaangażowany w wiele projektów. Który z nich jest tym ulubionym?

Jest to na pewno mój band, Guitar Workshop. Jego idea polega na tym, że zapraszam do współpracy różnych muzyków, a więc jego trzon jest w zasadzie ruchomy. Poza tym ci muzycy również mają inne projekty, i tak: Tomek Grabowy gra od ponad roku na basie (coraz częściej zastępuje go Darek Ziółek), na trasie we Francji na bębnach grał Michał Czwojda, teraz częściej gra Marek Kapłon. Od dawna współpracuje też z nami Robert Jarmużek na klawiszach. Gramy w kwartecie, dodatkowo od ponad roku śpiewam, i to jest to, co mnie ostatnio najbardziej kręci...

Jednoczesne granie i śpiewanie?

Tak. Myślę, że dopiero teraz jest to dla mnie pełnia bycia na scenie - można coś zagrać solo, zaśpiewać, zagrać unisono z wokalem, coś dodać do linii wokalnej, uzupełnić ją... to jest dopiero zabawa i czuję, że o to mi chodziło cały czas. Broniłem się przed tym, miałem jakąś blokadę psychiczną, bo człowiek się boi śpiewać - to całkiem inna forma wyrażania siebie niż gra na instrumencie.

Gdzie uczyłeś się grać na gitarze?

Jestem samoukiem. Uczyłem się w domu m.in. z Claptonem, B.B. Kingiem, Winterem, Hendriksem... Słuchałem tych gigantów i grałem, kopiując ich zagrywki i improwizując. Moja samodzielna edukacja połączona była przede wszystkim z przeżywaniem muzyki - od dziecka słuchałem soulu, bluesa, po prostu żyłem tą muzyką. Później przełożyło się to na dźwięki w sposób bardzo naturalny i właśnie dlatego mój styl jest taki, a nie inny. Początkowo grałem tylko ze słuchu, ćwicząc z nagraniami lub improwizując do nagranego przez siebie podkładu.

Długie lata zupełnie nie myślałem o tym, że zostanę zawodowym muzykiem. Zdecydowałem się dopiero właściwie po skończeniu studiów, co jest dowodem na to, że nigdy nie jest za późno, żeby zwariować (śmiech). Skończyłem studia, obroniłem pracę, jako magister inżynier ożeniłem się - i nagle zbieg różnych, dość dramatycznych okoliczności spowodował, że zdecydowałem się jednak zostać muzykiem.

Jak żona na to zareagowała?

Przyjęła to dosyć spokojnie, zresztą teściowie też... (śmiech). To był czas stanu wojennego. Po studiach miałem załatwioną posadę inspektora sanitarnego w Dyrekcji Zakładów Karnych. To załatwiało wszystkie problemy, jakie ma młody człowiek - mieszkanie, praca zawodowa, pensja, trzynastki, wczasy i na dodatek zwolnienie z wojska. Ślub odbył się 4 września, a już 13 września była zadyma na ulicy (butelki z benzyną, ZOMO strzelało gazem po oknach itd.). Jak to zobaczyłem, wiedziałem co wybrać.

Skąd wziął się pomysł na szkołę gry na gitarze?

Gdzieś koło roku 1985 gitarzysta, którego imienia już nawet nie pamiętam, pożyczył mi kasetę ze szkołą gry Robbena Forda. Jak usłyszałem te dźwięki, to stwierdziłem, że jest to dokładnie to, co ja gram, tylko że lepiej. Kiedy grałem z Andrzejem Ryszką, puściłem mu kawałek tej szkoły, a on mi powiedział: "Wiesz co, fajnie zagrałeś". I w tym momencie mógł się pomylić, bo było wiele wspólnego w mojej i Robbena grze, przede wszystkim stosowanie pentatonik. Wtedy zrodził się pomysł stworzenia szkółki opartej na zagrywkach.

W 1989 roku nagrałem przykłady takich zagrywek, fragmentów solówek, układających się w pewną logiczną całość, i myślałem, że ta szkoła będzie właśnie tak wyglądać. Ale później przyszło mi na myśl, że w zasadzie wielu ludzi boryka się z czymś, czego ja w zasadzie też kiedyś nie potrafiłem: chcą poukładać sobie jakoś te skale na gryfie, sensownie je połączyć. Zacząłem więc nad tym pracować i w efekcie powstał zbiór diagramów. Co ciekawe, szkoła jest wciąż aktualna, jest to swego rodzaju biblia, z której korzystają kolejne generacje gitarzystów.

Kto wydał tę szkołę?

Nikt w kraju nie był zainteresowany wydaniem tego materiału, bo kto będzie się uczył grać na gitarze? Jeszcze jakieś podciągania strun? Przed wydaniem szkoły zapytałem Jacka Krzaklewskiego ile wydać tych podręczników: 500, 1000, 2000... On zaś poradził mi, żebym zrobił 50 kserokopii i zobaczył, czy w ogóle znajdą się jacyś chętni - czyli podszedł raczej sceptycznie do pomysłu na wydanie szkółki. Zresztą wszyscy wątpili w to, czy w ogóle ktoś będzie chciał się uczyć grać na gitarze, używając takiej pomocy dydaktycznej. Mimo to wydrukowałem na początek tysiąc egzemplarzy i, o dziwo, rozeszło się to dość szybko. Wydrukowałem więc drugi tysiąc i cały nakład (razem z tym pierwszym) został wyprzedany w ciągu jednego roku. Okazało się więc, że był to strzał w dziesiątkę, i co roku praktycznie dodrukowywałem 500-1000 egzemplarzy, które znajdowały nabywców.

Dzieje się tak już od 15 lat. W 1992 roku były pierwsze warsztaty zorganizowane w Bolesławcu. Pamiętam, że na pierwszych zajęciach czułem się trochę niepewnie - byłem świeżo upieczonym autorem podręcznika, który nigdy nie prowadził takich zajęć w formie warsztatów. W sumie uczyłem się wtedy prowadzić warsztaty, bazując na swym podręczniku, ale szybko zauważyłem, że moja metoda "pięciu superpozycji" sprawdza się w praktyce. Wielu moich wychowanków założyło później swoje zespoły, wśród których był Maciek Mazurek i Oskar Kunicki. Na pierwszych warsztatach był też Wojtek Garwoliński, który założył z innymi chłopcami z tychże warsztatów grupę Pivo.

Czy zmieniał się program prowadzonych zajęć?

Oczywiście, już na drugich warsztatach wprowadzałem nowe tematy, bo widziałem pewne niedostatki mojego kursu w konfrontacji z częstym brakiem poczucia rytmu u uczestników warsztatów. Trzeba było sobie z tym jakoś poradzić. Chodzi o to, żeby każdy gitarzysta miał cały czas w sobie tempo, w jakim gra, żeby chociaż stukał w time’ie podczas gry. Z reguły pierwsze dwa dni zajęć upływały na graniu ćwiartek i szesnastek oraz akcentowaniu ich w górę i w dół... do tej pory tak robię, bo ta metoda znakomicie się sprawdza. W podobny sposób modyfikowałem i rozszerzałem inne ćwiczenia. W pewnym sensie rozszerzeniem i uzupełnieniem mojego pierwszego kursu o rzeczy podstawowe i bardzo ważne w graniu jest nowy kurs "Gitarowe ABC" którego korektę właśnie kończę. Tym razem jest to interaktywny kurs multimedialny z plikami audio i wideo, do komputera. Jest tam też instruktaż, jak przygotować utwory, które gramy zawsze w maju na "Thanks Jimi Festiwal". "Gitarowe ABC", będzie dostępne już w kwietniu na mojej stronie internetowej www.cichonski.art.pl.

Załóżmy, że ktoś, kto ma 30 lat, bierze gitarę do rąk po raz pierwszy. Od czego ma zacząć?

Od "Hey Joe"! (śmiech). A potem przyjechać do Wrocławia na bicie rekordu, zagrać te pięć akordów i już jest to, co trzeba - jest przyjemność z grania, są emocje, jest przeżycie, a to przecież podstawa dobrego startu. Kiedyś myślałem, że trzeba zaczynać od pentatoniki, od skal, ale nie! Wystarczy tylko opanować pięć akordów, przyjechać na wrocławski Rynek i przeżyć coś razem z armią gitarzystów - jest to najlepszy bakcyl, którym się można zarazić, aby dalej grać.

Czy Gitarowy Rekord Guinnessa owocuje jakimś wysypem nowych adeptów śmigania po gryfie?

Tak! Obserwuję zdecydowanie większe zainteresowanie związane z uczestnictwem w rekordzie. Na zdjęciach z kolejnych lat widzę te same osoby - najpierw ze starymi "pudełkami", potem z coraz lepszymi, albo z gitarami elektrycznymi. Lubię przeglądać materiały z poprzednich lat. To mnie bardzo motywuje - warto tę imprezę rozwijać. Mam ogromną satysfakcję, kiedy widzę uśmiechnięte twarze grających razem i patrzących na siebie ludzi. To jest coś, co ładuje mi akumulatory. Powstał nawet fanklub tej imprezy "Guitar Emotions" - z przyjemnością tam zaglądam. A co było rok temu 1 maja rano? Leje deszcz, zimno, jak w takich warunkach iść z gitarą na Rynek? O godzinie dziewiątej rano na forum miałem pytania, czy jest jakiś wariant awaryjny, a ja na to odpowiedziałem: "Wariant awaryjny jest taki, że o piętnastej przestanie padać". No i dokładnie o tej godzinie przestało padać! (śmiech)

Jaka była twoja pierwsza gitara?

W moim przypadku był to mały Defil dla dzieci, który dostałem w wieku około 12 lat. Później długo nie myślałem o gitarze elektrycznej. Dopiero w liceum, kiedy chcieliśmy założyć zespół, okazało się, że są w szkole jakieś dziwne polskie instrumenty, przede wszystkim Defil i Jola 2 w typie Jaguara, a także wzmacniacze Eltron. W trzeciej klasie liceum wybrałem się do mojego wujka do Niemiec i tam kupiłem czeską Jolanę, ale w wersji robionej na eksport do Niemiec, pod marką Graziella. To był mój pierwszy instrument elektryczny, bardzo zresztą udany, śpiewny, trochę rozstrajający się, ale - jeśli chodzi o barwę dźwięku i manualne wykonanie - całkiem porządny. Zresztą później szukałem tej gitary i chciałem ją odkupić, ponieważ sprzedałem ją, gdy robiłem kopię Gibsona SG u Jakubiszyna.

Zdaje się, że jego instrumenty zaczynają być poszukiwane...

Owszem, on robił dobre instrumenty... Niestety zmarł 8 lat temu. Zresztą, jak mi się uda, to odkupię tego mojego pierwszego SG, bo wiem, gdzie on jest. Może być to jednak trudne, tym bardziej że jego dzisiejszy właściciel wie, iż to był jeden z moich pierwszych instrumentów i nie pali się do sprzedaży (śmiech). To był instrument z olchy, z cienkim korpusem, co przekładało się na jego niewielką wagę. Od liceum miałem problemy z kręgosłupem i zawsze staram się kupować lekkie gitary. Ciekawy instrument przywiózł mi z Nashville John Jaworowicz. Jest to Reverend, którego korpus jest plastikowo- -drewniany. Teraz gitara jest już cięższa, bo wsadziłem kawałek klonu w taki sposób, aby drewno znajdowało się pod mostkiem i przetwornikami i aby drewno łączyło mostek z gryfem. Zobacz sam (Leszek Cichoński pokazuje gitarę).

Odnoszę wrażenie, że mam w rękach zabawkę (śmiech)

To tylko takie wrażenie, bo to są ciekawie brzmiące gitary, dobre instrumenty, które zresztą kosztują około 1.200 dolarów. Model z korpusem plastikowym jest dynamiczny, jasny, trochę jak Fender Strat. Brzmienie charakteryzuje się dużą selektywnością, nawet gdy struny są stare. U wspomnianego Jakubiszyna zrobiłem dwie gitary SG, z których jedną sprzedałem w Rosji. Jednak szybko zacząłem tego żałować i od tego czasu nie sprzedaję swoich instrumentów.

Ale to były czasy, gdy polscy muzycy koncertujący w ówczesnym Związku Radzieckim sprzedawali instrumenty ze sporym zyskiem...

Tak, wtedy naprawdę opłacało się sprzedać tam gitarę. Kolejny instrument zrobił dla mnie Marek Witkowski - trochę jak Jackson--Kramer, z hokejową główką. Byłem z tym sprzętem w Chicago z Tadeuszem Nalepą i pokazywałem ją Hammerowi w Guitar Center. Hammer był zaskoczony, że w Polsce powstał tak doskonały instrument, bo rzeczywiście ta gitara, jeśli chodzi o drewno, była wypieszczona, pięknie polakierowana, znakomita manualnie. Jedyne, co mu się średnio podobało, to był osprzęt.

Bo z dostępem do osprzętu było wtedy nie najlepiej?

Tak, nie było łatwo dostać hardware na odpowiednim poziomie. Później miałem gitarę firmy GMR, która w końcu przestawiła się na produkcję gitar basowych. Ta gitara również została w Rosji, czego strasznie żałuję, zwłaszcza że był w niej jeden pickup firmy Fury, który pięknie grał pod mostkiem. To była specjalna konstrukcja z tulejkowatymi magnesami, co pozwalało bardziej zbliżyć struny do przetwornika, gdyż magnes nie hamował strun. Gitara miała przez to świetną dynamikę i jednocześnie śpiewność, a do tego nie za dużo góry. Żałuję, że chociaż nie zabrałem tego przetwornika, bo zdaje się, że już ich nie ma na rynku. Później Jakubiszyn zrobił mi gitarę bez główki (żeby była lekka i mała), więc powstało coś w rodzaju Steinbergera. W sumie wykonał dwie identyczne sztuki - dla mnie i dla Mietka Jureckiego. Mój egzemplarz odzywa się rewelacyjnie, grałem na niej 6 lat i tak się przyzwyczaiłem, że źle grało mi się na innych instrumentach. Nie sprzedałem tej gitary i mam ją do tej pory. Tylko ze strojeniem jest problem, bo konstrukcja osprzętu jest niestabilna, zresztą mostek i cała reszta toczona była ręcznie. Grałem na tej gitarze na pierwszym rekordzie gitarowym, żeby Jurek Jakubiszyn chociaż poprzez ten swój instrument był z nami... duszą. Później, kiedy już pograłem na normalnych instrumentach, nie umiałem wrócić do tej gitary, bo wszystko mi uciekało.

Moja kolejna gitara to Strato, a potem miałem Stratocastera Plus (oryginalnie z sensorami), ale nie pasowały mi pickupy, więc dokupiłem do niego dwa przetworniki Hot Rail firmy Seymour-Duncan i jeden DiMarzio Fast Track. Tym sposobem było wreszcie tak, jak chciałem: grubo, śpiewnie i nie piskliwie. W tym czasie dostałem do testowania świetnie brzmiący instrument marki Chevi, który mi przypasował, choć był bardzo ciężki. Ale niestety przekombinowałem z nim, bo oryginalny mostek, w którym był taki feler, że jedna struna nie brzmiała, zamieniłem na mostek Fendera, przez co gitara straciła swój charakter. Nagrałem na niej sporą część pierwszej płyty Guitar Workshop. W roku 1996 kupiłem od Marka Witkowskiego kopię Stratocastera w kolorze niebieski metalik, na którym obecnie gram, bo to jest najbardziej uniwersalny instrument w mojej kolekcji. W tej gitarze zmieniałem już trzy razy korpus i trzy razy gryf..., szukamy optymalnego rezonansu między tymi dwoma kawałkami drewna. Marek zrobił mi niedawno następny korpus (dużo lżejszy) i myślę, że to już będzie dokładnie to, o co mi właśnie chodzi.

Widzę, że jesteś zwolennikiem gitar typu Stratocaster?

Tak, bo one są uniwersalne i wygodne, a poza tym mają kształt, który idealnie układa się podczas grania.. Zamontowałem w swoim Stracie przetworniki Hot Rail, które mają grubszy sound i więcej ciepełka. Był to trochę eksperyment, ale intuicyjnie przypuszczałem, że jeżeli ten pickup łączy w sobie cechy humbuckera, jego środkowy atak, a jednocześnie selektywność singla - to będzie to właśnie coś dla mnie. Założyłem te przetworniki, sensory poszły w niepamięć, i gram na tym zestawie już dość długo, tj. ok. 10 lat. Miałem też Stratocastera Plus i w oryginalnej konfiguracji była to fajna gitara, ale miała palisandrową podstrunnicę, przez co dźwięk był dla mnie trochę za mało agresywny, tzn. ładnie i śpiewnie brzmiała, jednak brakowało jej tego zadzioru, którego poszukuję. Mnie interesuje przede wszystkim konkretny atak, bo mam fioła na tym punkcie.

Spotkałeś już w ogóle idealną gitarę?

Cały czas jej szukam... Chociaż miałem parę spotkań z takimi instrumentami. Na przykład kiedyś, gdy grałem na drugim SG od Jakubiszyna, podczas koncertu zerwałem strunę i kolega podał mi awaryjnie Schectera typu Strato. Na początku dziwnie mi się grało, ale po chwili zaczął mi śpiewać pod palcami... Później on sprzedał tę gitarę i nie mogłem na nią trafić, aczkolwiek ostrzę sobie zęby na jakiegoś dobrego Schectera. Gdybym przypadkiem trafił na dobry egzemplarz i małżonka by się o tym nie dowiedziała, to... (śmiech). Poza tym coraz trudniej jest mi sprzedać gitarę, ponieważ mam emocjonalne podejście do instrumentu.

A jak wygląda sprawa ze wzmacniaczami?

Moim pierwszym wzmacniaczem był lampowy piec robiony przez Maderę pod Wrocławiem. On konstruował podróbki Marshalli i Fenderów, przy czym ja miałem podróbę Fendera - zresztą bardzo udaną. To była pełna lampa na polskich głośnikach Tonsil. Kiedy w 1982 roku grałem na nim w Jarocinie, to ekipa z jakiegoś zawodowego zespołu przyleciała zapytać, co ja mam za głośniki, że tak dobrze grają. Później zamontowałem tam głośniki Celestion i wtedy to zagrało jeszcze lepiej. Niestety, to był bardzo ciężki piec (zbyt ciężki do transportu), dlatego kolejnym zakupem był Fender Sidekick, 30-watowy, tranzystorowy piecyk, na którym grałem, łącząc go czasami z lampowym piecem Laboga. Fender był piecykiem naprawdę super, sprawdzał się zarówno na koncertach, jak i podczas nagrań. To właśnie na nim nagrywałem Nalepie cztery kawałki...

Przyjechaliśmy na próbę przed nagraniem albumu "Twój blues", wyciągnąłem ten piecyk, kieszonkowe maleństwo, plus taką małą gitarkę typu "drzazga". Tadek popatrzył na mnie podejrzliwie, bo on i Andrzej Nowak to zawsze Marshall, Gibson, Fender, wszystko grube, firmowe, zawodowe - a ja wyciągam jakieś ogryzki i do tego multiefekt. Tadek był trochę zdegustowany, zwłaszcza że wszyscy grali bardzo głośno, przez co nikt mnie nie słyszał na próbie. Właściwie dopiero podczas nagrania w studio usłyszeli w słuchawkach, jak gram - gdy nagrywaliśmy tę płytę, to wtedy się dopiero przekonali, jak brzmi ten wzmacniacz (śmiech).

Czyli można grać na tranzystorze, multiefekcie i na dziwnej gitarze?

Tak, bo stara prawda jest taka, że dźwięk powstaje w głowie i palcach, a nie w sprzęcie. Zawsze to mówię na warsztatach i bardzo często ustawiam ludziom wzmacniacze, pokazując, że także na starym niepozornym sprzęcie można ukręcić fajną barwę, trzeba tylko do tego odpowiednio podejść - w zasadzie można tak ukręcić, że wszystko zabrzmi zaskakująco dobrze. Sam zaczynałem od przesteru z pieca, w bardzo prosty sposób. Ale w pewnej chwili zacząłem używać multiefektów, z których pierwszym był jakiś model Ibaneza, w którym miałem chorus, delay i kompresor. Do lampowych końcówek zapinałem już Korga A2 - przede wszystkim, żeby dodać przestrzeni. Później pojawił się cyfrowy wzmacniacz Line 6 Vetta - wygodny piec, nie trzeba wozić ze sobą kilku kostek, no i jest możliwa aktualizacja oprogramowania wzmacniacza, co daje rokrocznie większe możliwości, pojawiają się kolejne efekty i zwiększają się możliwości edycyjne. Wracając do efektów, to kiedyś stosowałem też kostki.

Natomiast pierwszy poważniejszy drive, jakiego używałem, zrobił mi Mandaryn, wrocławski elektronik. Był świetny i nadawał się dosłownie do wszystkiego - można go było nawet włączyć w linię. Jedynym jego minusem było to, że był dość awaryjny. Długo na nim grałem, ale kiedy zaczął zawodzić, kupiłem overdrive Marshall Gov’nor i mam go do tej pory. Posiadam też ciekawy efekt o nazwie Xotic AC-Booster, który ściągnąłem ze Stanów, bo zobaczyłem, że gra na nim Scott Henderson. Ostatnio próbowałem nowego drive’a o nazwie Zendrive, który brzmi podobnie jak AC-Booster, ale ma jeszcze w dźwięku coś śpiewnego, wiem, że używa go już Roben Ford oraz paru innych poważnych gości.

Masz w domu coś w rodzaju studia?

Mam "kanciapkę", a w niej trochę sprzętu, który przystosowany jest do nagrywania, tylko że czasu ciągle mało. Komputer, Cubase, nieduża karta M-Audio - a wszystko to kupione jakieś 4 lata temu. W domu przygotowuję sobie demówki, bo do etapu nagrania płyty nie jestem jeszcze gotowy, na co nie pozwala mi mój stopień zaawansowania w obsłudze oprogramowania. Dotychczas wszystkie moje nagrania odbywały się "na żywca", ale chciałbym teraz w końcu nagrać płytę wyprodukowaną w studio. Niestety na razie nie mam na to czasu. Żeby żyć z muzyki niekomercyjnej, trzeba załatwiać sobie grania, powysyłać oferty, podzwonić itd., co jest mniej przyjemną stroną tego biznesu.

Sam zorganizowałeś sobie koncerty w Stanach?

Wyjazd do Stanów to wynik płyty, którą nagrałem z Johnem Tuckerem dwa lata temu. Płyta tam się spodobała i szefowie Monterey Bay Blues Festival zaprosili mnie oraz Wojtka Karolaka. Wojtek zrezygnował przez formalności związane z wizami, ale ja na szczęście otrzymałem wizę w miarę szybko i udało mi się w ostatniej chwili pojechać i zagrać na tej słynnej scenie.

Jak blues ma się w Stanach?

Szczerze mówiąc, bardziej podoba mi się nasz rynek... Tam blues ma jeszcze mniejszy procent rynku niż u nas. W klubach bluesowych gra się w zasadzie tylko w weekendy, i to za darmo lub za ok. 50 dolarów... A więc tak naprawdę nie możemy narzekać na sytuację w Polsce, bo nie jest u nas źle - jest dużo miejsc do grania, a przede wszystkim publiczność, która słucha bluesa. I to jest spora publika, która na dodatek zna się na tym, lubi tę muzykę, przychodzi na koncerty i kupuje płyty (chociaż też trochę je kopiuje, bo nasze realia finansowe są takie, a nie inne). Poza tym ludzie wchodzą na fora dyskusyjne, interesują się tematem - uważam więc, że nie jest u nas źle. Przed wyjazdem do Stanów byłem jeszcze w marcu na trasie we Francji i tam również zaobserwowałem upadek bluesa; tam się już w ogóle nie gra poza weekendami, zespoły z kwintetów stają się duetami, żeby ograniczać koszty. Nie napawa to optymizmem.

A poziom muzyków w Stanach?

Jak wszędzie, jest tam duża rozpiętość. Nie jest wcale tak, że zawsze i wszędzie czarni świetnie grają, choć są tacy, którzy grają naprawdę znakomicie i właśnie miałem przyjemność grać z Billem Turnerem - perkusistą, który grał z Collinsem i Wellsem. Miałem też okazję słuchać i grać na jamach z czarnymi muzykami, którzy byli po prostu kiepscy. U nas funkcjonuje stereotyp, że jak przyjedzie czarny bluesman, to musi grać wybitnie, no i okazuje się, że niekoniecznie... Inna sprawa, że tam jest zupełnie inna tradycja - oni są od pokoleń wychowani na tej muzyce, bardziej ją czują, na niej wyrośli. Potrafią też genialnie nagrywać wszelką muzykę gitarową. Natomiast na festiwalu w Monterey byłem rozczarowany - ustawienie odsłuchów na scenie było fatalne, a inżynier dźwięku nie reagował na uwagi. Wygląda na to, że w Stanach blues jest takim niższym gatunkiem sztuki i np. jakikolwiek festiwal jazzowy jest tam o dwie półki wyżej - jeśli chodzi o technikę, zabezpieczenie imprezy czy dbałość o artystów...

Najbliższe plany? Ponoć pracujesz nad płytą?

Nagrywam pomysły, piosenki i w sumie mam już materiał na 2-3 płyty. Muszę tylko znaleźć czas, by usiąść, poaranżować te kawałki do końca i wejść do studia. Tylko trzeba jeszcze wiedzieć: kto to wyda, za co, jaki będzie budżet itd. - a to są przyziemne sprawy, które wszystko skutecznie opóźniają. Natomiast projektów jest mnóstwo, chciałbym na przykład nagrać płytę z formacją Take It Jazzy, z którą grywamy od 3 lat. To jest zespół trzech liderów: Wojtka Karolaka, Tomka Szukalskiego i mój, wokół których krąży kilka sekcji gotowych do nagrania płyty. Gramy różne pod względem stylistycznym rzeczy i te sekcje wpasowują się w to idealnie, ale - jak na razie - nie ma kogoś, kto to pociągnie produkcyjnie. I w ten sposób sprawa zaczęła się znowu rozmywać, bo od ośmiu miesięcy nie zagraliśmy żadnego koncertu...

Jak nie ma nagrań, to nie ma koncertów i koło niemożności się zamyka. Najbardziej pochłania mnie jednak idea, o której na początku marca nawet nie myślałem. W tym roku rozszerzamy "Thanks Jimi Festival" na CAŁY ŚWIAT! Robimy transmisję internetową z gitarowego rekordu. A więc 1 maja CAŁY ŚWIAT może zagrać z nami ON-LINE! Zaraziłem już tym projektem fanów gitary w kilku stolicach świata i redaktorów magazynu "Guitar Player". Napiszą o tym i wyemitują w "TV Guitar Player" spoty promujące to wydarzenie. Bardzo spodobało im się hasło: 1st of May - World Guitar Day! Chciałbym przy tej okazji zaapelować do gitarowej braci o rozesłanie informacji o tej akcji wszystkim znajomym i na wszystkie możliwe fora gitarowe. Wszelkie informacje - również po angielsku - dostępne są na mojej stronie www.cichonski.art.pl. Każdy z nas chciałby mieć swoje płyty na amazon.com lub choćby guitar9.com. Niestety polska gitara jest prawie nieobecna w światowym Necie. To, co się wydarzy 1 maja 2007, może zwrócić "Oczy Świata" na nasz malutki, acz bogaty w treści, gitarowy ryneczek. Pomysł ma raptem trzy tygodnie i to, w jakim stopniu uda się go zrealizować, zależy od udziału każdego z NAS. Guitarists of all countries unite!

 

Bartłomiej A. Frank

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie